Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie-folk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie-folk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 kwietnia 2021

MF TOMLINSON - "STRANGE TIME" (Bandcamp) "Proste historie"

 

   Parafrazując słowa  Benedykta Chmielowskiego możemy powiedzieć - czasy, jakie są, każdy widzi. I pewnie w ocenie tego, co rozgrywa się za naszymi oknami, jesteśmy wyjątkowo zgodni. Pomimo wysiłków pandemia nie zamierza odpuścić, nasza izolacja w domach trwa. Nie możemy w pełni korzystać z czasu wolnego, rozwijać swoich talentów czy pasji. Wielu artystów zamiast utyskiwać na dni, w których przyszło nam żyć, pozwoliło sobie przelać na papier prywatne refleksje, i potraktować je jako inspiracje do wyrażania się na niwie artystycznej. Jednym z takich twórców jest Michael Tomlinson, który własnym sumptem, korzystając z platformy Bandamp, postanowił podzielić się z nami debiutanckim wydawnictwem.

  Już po wysłuchaniu pierwszego utworu - "Strange Time" - możemy dojść do jedynie słusznego wniosku, że artysta pochodzący z Brisbane, a rezydujący obecnie w Londynie, niebyt długo będzie cieszył się statusem "wolnego strzelca". Chcę przez to powiedzieć, że zdziwiłbym się bardzo, gdyby wydaniem tego materiału nie zainteresowała się wkrótce jakaś niezależna wytwórnia. Poszczególne kompozycje są świetnie zaaranżowane i zrealizowane. Do rejestracji sześciu utworów Tomlinson wykorzystał zacisze domowych pieleszy oraz wnętrza trech studiów nagraniowych - Ariesound Studios, Rainy Studios, Vacant Tv Studios. Pomoc podczas nagrywania tych urokliwych pieśni udzieliło kilkunastu muzyków, którzy zagrali miedzy innymi: na trąbce, klarnecie, wiolonczeli, flecie, flugelhornie, wiolonczeli, gitarze, saksofonie, basie, perkusji. Nad całością albumu "Strange Time" unosi się momentami radosny, w innych fragmentach refleksyjny i nostalgiczny, folkowy i art-rockowy duch z przełomu lat 60/70 -tych. Te folkowe impresje zwykle stanowią punkt wyjścia albo główne motywy, wokół których Australijski twórca rozbudowuje kompozycje. Czuć w nich osobliwą lekkość, a nawet rozmach, momentami wręcz przepych i swobodę w łączeniu ze sobą kolejnych nut, a także wskazywania miejsca dla następnych instrumentów. Pomyślałby kto, że Michael Tomlinson to zaprawiony w boju rockman, stary, nie tylko gitarowy, wyjadacz, z dorobkiem liczącym co najmniej kilkanaście wydawnictw. Tymczasem "Strange Time" to, jak wspomniałem wcześniej, jego autorski debiut. Wcześniej nasz dzisiejszy bohater udzielał się wokalnie oraz grał na gitarze w mało znanej grupie Yves Klein Blue, po której nie pozostał żaden znaczący czy warty uwagi ślad, a po przeprowadzce do Londynu, założył formacje Many Things; jej aktualny status jest mi bliżej nieznany. 

Debiutancki krążek "Strange Time" dźwiękami gitary udanie rozpoczyna tytułowa kompozycja i roztacza wokół słuchacza miękką nasyconą po brzegi przestrzeń kameralnego popu. Wokalista przywołuje frazy, w których, szczególnie w ostatnich miesiącach, pewnie odnajdzie się niemal każdy z nas: "Jestem zamknięty w swoim domu, po prostu przeglądam telefon...". To odwołanie się do osobliwych "covidowych" doświadczeń przewija się w tekstach kolejnych piosenek. Najlepsza, moim zdaniem, odsłona płyty, czyli wypełniony ptasim świergotem, znakomity "Spring", z powracającym motywem, zgrabnie rozpisanym na dźwięki trąbki - dyskretne nawiązanie do twórczości Roberta Wyatta, a jakże - zawiera refleksje dotyczące schyłku ludzkości. Autor zastanawia się, jak będzie wyglądał świat pozbawiony naszej obecności. "To byłoby najszczęśliwsze uczucie, jakiego od dawna doznałem, gdybym dowiedział się, że kiedy nas (ludzi) zabraknie, świat znów będzie należał do siebie". W tym kontekście nie dziwią zbytnio wersy autorskiej wizji, w stylu: "Lwy wzięły w posiadanie Traflagar Square, a delfiny wynurzyły się z Tamizy". Najwyższy czas! Jeśli nie teraz, to kiedy - chciałoby się dodać do marzeń Tomlinsona swoje trzy grosze. Najdłuższą kompozycją jest siedmiominutowa "Them Apples, jej współautorem jest Viljam Nybacka. Tutaj, jak i w poprzedzającej ją "A Long Day", znajdziemy odwołania do Billa Callahana, czy Ryleya Walkera.  Zwracają na siebie uwagę ozdobniki fletu, trąbki, chórek w osobach Connie Chatwin i Ann Kody, rozpoczynający "Them Apples, a potem skok, zanurzenie i kąpiel w melodyce lat 70-tych, świetnie poprowadzona muzyczna narracja, zmiany rytmu, gitarowa solówka, skojarzenie z płytami grup Caravan czy chociażby Yes itp. "Baby's Been Gone" to leniwie snująca się ballada, okraszona tonami wiolonczeli. Jedyne zastrzeżenia mam do utworu "Thursday, 8 pm", który kończy debiutanckie dzieło Australijczyka, i który zwyczajnie nie przypadł mi do gustu. W gruncie rzeczy to banalny temat - wymuszona dawka optymizmu, tytuł nawiązuje do podziękowań pod adresem personelu medycznego -  i niewiele można było z tymi pospolitymi nutami zrobić. "W zasadzie zajmuje się istotnymi, jak i błahymi rzeczami, które przewijają się przez nasze zwykłe i codzienne doświadczenia" - powiedział  w jednym z wywiadów Michael Tomlinson. Podkreślił również zaangażowanie i wkład w rozwój płyty zaprzyjaźnionych muzyków, którzy pochodzą z różnych zakątków globu: Turcja, Japonia, Finlandia, Nowa Zelandia, Wyspy Brytyjskie. Bez nich z pewnością nie byłoby tego wydawnictwa. To właśnie ich autor krążka "Strange Time" ukrył pod szyldem "MF", mówiąc o nich: "Most Talented Motherfuckers".

(nota 7.5/10)

 



Muszę przyznać, że piosenka "Spring" MF Tomlinsona jest jedną z moich ulubionych i najczęściej odtwarzanych w ostatnich dniach. Drugą bez wątpienia jest wyjątkowej urody pieśń "Perfect Sun", w wykonaniu Under Violet. Ten wyborny utwór pochodzi z niedawno opublikowanej płyty "Threes".




W kąciku improwizowanym wystąpi Whatido Archive Group, w kompozycji "Ethiopian Airlines", którą można znaleźć na świeżutkiej płycie "The Black Stone Affair". Krótko mówiąc swobodny lot w przestrzeni afrobeatu.




niedziela, 21 lutego 2021

SNOWPOET - "WAIT FOR ME" (Edition Records) - "Kluczem do życia jest... improwizacja"

 

    Muszę przyznać, że nie rozstaję się z albumem "Wait For Me" grupy Snowpoet. Cóż za osobliwe wyznanie, jak na tak zwany dobry początek, prawda? Nie rozstaję się z tym krążkiem od kilku dni. Takie lub podobne słowa często odnajdujemy w prywatnych relacjach albo recenzjach prasowych. Z jednej strony możemy je uznać za mało oryginalny chwyt marketingowy i przejść do dalszej części tekstu, jeśli takowa istnieje. Z drugiej zaś, pewnie w niejednym, również w moim, przypadku zdanie to odzwierciedla aktualny stan rzeczy. Kompozycje z płyty "Wait For Me" rzeczywiście wypełniają mi każdą wolną chwilę, i te chwile nieco bardziej  zajęte... także. Nawet w tym momencie, który już odszedł niepostrzeżenie, kreśląc te nieco koślawe dziś zdania, do moich uszu docierają subtelne dźwięki z tego albumu. A kiedy robię sobie od nich przerwę - bo warto sprawdzić pozostałe nowości płytowe, które ujrzały światło dzienne w miniony piątek - łapię się na tym, że zaczynam tęsknić za tymi piosenkami tak, jak tęskni się za tym, co świeże i nienachalne, subtelne i szczere, inteligentne i poruszające...

Lauren Kinsella to wokalistka, autorka tekstów, dyplomowana kompozytorka, kobieta z wolna dobiegająca do czterdziestki. Wypominać wiek płci przeciwnej nie wypada, ale robię to głównie dlatego, żeby podkreślić, że przez minione lata artystka dojrzewała, i nie jest kimś, kto na scenie muzycznej stawia dopiero pierwsze kroki. Kiedy prześledzimy nieco wnikliwiej jej biografię, możemy dojść do wniosku, że umiejętnie wykorzystała różne elementy, które podsunął jej kapryśny niekiedy los. Jako dziewczynka uczęszczała na lekcję baletu. A ze żmudnych powtórzeń tych samych figur oraz układów najbardziej polubiła momenty, kiedy prowadząca zajęcia zachęcała uczniów do swobodnej improwizacji. Tworzenie czegoś na własnych warunkach, swoboda skojarzeń i wolność stały się później czymś na kształt artystycznego modus operandi sympatycznej Irlandki. Nasza dzisiejsza bohaterka z czasów beztroskiego dzieciństwa pamięta również, że babcia, jak i matka, miały bardzo ładną barwę głosu. Jednak ani jedna, ani druga, nie miały możliwości, żeby ów głos systematycznie kształtować pod okiem odpowiednich pedagogów. Mając 23 lata Lauren udała się do Newpark Music Center, żeby studiować jazz i ćwiczyć głos, korzystając z cennych uwag Ronana Guilfoyle'a. Później były podróże i edukacja w Szwajcarii, Indiach oraz na Węgrzech.  Zwieńczeniem tego okresu było uzyskanie tytułu magistra w zakresie śpiewu i kompozycji w Royal Academy Of Music w Londynie. Jak sama przyznaje, przełomowym dla niej momentem w postrzeganiu kobiecej wokalistyki było poznanie albumu "Swingin'easy" - Sarah Vaughan (1957), który oszołomił ją: "mistrzostwem w zakresie harmonii i rytmu, kontroli głosu w zakresie barwy, projekcji, dynamiki i swingu". W dalszej kolejności Kinsella współtworzyła zespoły, projekty, występowała przed publicznością. W międzyczasie zdobyła kilka cennych nagród  i wyróżnień, jak: Kenny Wheeler Jazz Prize, czy tytuł "wokalistka roku JazzFM" (2016). Z ważniejszych przystanków na trasie artystycznego rozwoju warto wspomnieć: Lauren Kinsella Ensemble, Abhra, duet z saksofonistą Julienem Pontavianne, Roamer, współpraca przy tworzeniu opery, spektakli teatralnych, kolaboracje z kompozytorami muzyki klasycznej, granie z kwintetem Though-Fox. Z saksofonistą Alexem Huberem nagrała album zatytułowany "All This Talk About" (2012), inspirowany poezją Teda Hughesa, o którym Julian Barnes w znakomitym "Poczuciu kresu" napisał: "Oczywiście wszyscy się zastanawiamy, co będzie, kiedy już skończą mu się zwierzęta do tych wierszy".

I tutaj docieramy do kolejnego istotnego punktu w biografii irlandzkiej wokalistki - księgarnia ojca. To właśnie stamtąd nastoletnia Lauren pożyczała książki, żeby w zaciszu swojego pokoju otworzyć je na przypadkowej stronie, wybrać dowolny fragment tekstu, chociażby i Juliana Barnesa, czy Javiera Mariasa, a potem śpiewać go na różne możliwe sposoby. Nic więc dziwnego, że elementy nieskrępowanej zabawy utrwalone w dziecięcym pokoju nasza dzisiejsza bohaterka przeniosła później do swojej dojrzałej twórczości. Możemy je również usłyszeć na albumie Snowpoet. Płyta "Wait For Me" jest w dużej mierze sugestywnym i bardzo urokliwym pokazem możliwości ludzkiego głosu.



Czego tutaj nie mamy - śpiew solowy, pogłosy, motywy chóralne, harmonie i kontrapunkty, zmysłowy szept, oddech, deklamacje. Powtarzanie poszczególnych fraz, akcentowanie pojedynczych wyrazów, beztroskie punktowanie sylab, przypominające gaworzenie niemowlaka. A dookoła tego wszystkiego rozciągają się wspaniałe dźwiękowe przestrzenie, stworzone w oparciu o saksofon (Josh Arcoleo), fortepian (Matthew Robinson), syntezator (Chris Hyson), perkusję (Dave Hamblett), skrzypce (Alice Zawadski).  Grupa Snowpoet często i dość niesłusznie określana bywa przez dziennikarzy jako duet - Lauren Kinsella i Chris Hyson. Tymczasem wokalistka przy różnych okazjach podkreśla, że zespół tworzy sześcioosobowy skład; siódmym członkiem jest producent oraz inżynier dźwięku Alex Killpartrick, współpracujący z nimi od samego początku.  Niemal wszyscy członkowie brytyjskiego kolektywu poznali się podczas studiów w Royal Acadamy Of Music. Tylko pojawiający się gościnnie gitarzysta studiował w Guidhall.  Snowpoet w 2016 roku własnym sumptem wydali epkę - "Butterlfy", żeby dwa lata później podpisać kontrakt z wytwórnią Edition Records, nakładem której ukazał się pełnowymiarowy debiut "Thought You Knew". Główne jego motywy skupiały się wokół rozterek miłosnych, szukania ukojenia w powrocie do natury, odnalezienia harmonii z przyrodą. Stąd nie dziwiło wykorzystanie nagrań terenowych - śpiewu ptaków, szumu wiatru, odgłosów kroków w wysokiej trawie, zarejestrowanych w londyńskich parkach.

Najnowszy album wyjątkowo udanie otwiera znakomity "Roots", który rozpoczyna się od pętli fortepianowej i wokalnej, nieśmiałe blaszki perkusji wprowadzają dodatkowy podział rytmiczny. Owa delikatność, czy też subtelność brzmienia to znak rozpoznawczy grupy Snowpoet. Saksofonowe ornamenty Josha Arcoleo przenoszą kompozycję w inny, szerszy wymiar. Chris Hyson proces komponowania porównał do technik malarskich. I trzeba przyznać, że od pierwszych chwil albumu "Wait For Me" możemy przekonać się, iż nie jest to tylko przypadkowo rzucona metafora. Drugi utwór - "The Wheel" - zaczyna się słowem mówionym, wypowiadanie poszczególnych głosek jest tutaj środkiem artystycznego wyrazu. Melodia i rytm języka pobudza wyobraźnie artystki urodzonej w Dublinie. "Poszukuję emocjonalnego centrum słów" - oświadczyła w jednym z wywiadów. Lauren Kinsella dobitnie pokazuje, że ludzki głos można wykorzystać na wiele różnych sposobów.

"Czasem wszystko zaczyna się od rytmu, innym razem od melodii czy fragmentu tekstu". Ważnym elementem w twórczym warsztacie Kineslli jest improwizacja, swobodna gra skojarzeń, wzajemne interakcje członków zespołu, dokładanie kolejnych elementów na dalszych etapach produkcji. Muzyka Snowpoet, z godną pozazdroszczenia lekkością, przekracza ramy gatunkowe. Można bez cienia przesady powiedzieć, że w każdej z tych dwunastu kompozycji wypełniających krążek "Wait For Me", gatunek definiowany jest od nowa. To ciągły proces, stawanie się, próba określania, i wymykanie się jednoznacznym ujęciom. Ileż w tych nagraniach barw, ileż odcieni, pomysłów i zwykłej radości tworzenia. Porównań do istniejących już zespołów można znaleźć wiele, ale żadne nie będzie trafne. Dziennikarze w twórczości Lauren Kinselli odnajdują inspiracje Bjork, szczególnie albumem "Vespertime", lub dokonaniami Laury Marling. Sama wokalistka przywołuje nazwiska Laurie Anderson, Joan Baez, Olivii Chaney. Od siebie dodam, że w momentach najbardziej zbliżonych do indie-folkowych tematów, można przypomnieć postać Kate Bush, szczególnie jej płyty z ostatniego okresu. Słuchając utworu "Early Feelings" przypomniała mi się płyta Julii Holter, z jakże udanego, omawianego na łamach tego bloga, wydawnictwa "Aviary". Przebojowa, na charakterystyczny dla Snowpoet sposób, jest kompozycja "Face Time". Z kolei "Sky Thinking" to niespieszne refleksje stworzone w oparciu o przetworzone tony saksofonu. 

Improwizacja, folk, awangarda, pop, elementy elektroniki, kameralistyka - wszystko to łączy się i przenika na krążku "Wait For Me" w bardzo wyrafinowany sposób. Przepiękna, poetycka wręcz, kompozycja "Burn Bright" urzeka lekkością czy delikatnością zarówno śpiewu, jak i barwnych fortepianowo-skrzypcowych ornamentów. Tak delikatna i krucha może być tylko zakochana i nieco zagubiona wrażliwa kobieta, miłośniczka poezji Sylvii Plath, Larkina czy Johna O'Donohue'a. "Cisza to fascynująca obecność. Jest nieśmiała. Jest cierpliwa. Nigdy nie zwraca na siebie uwagi". A ta kompozycja zdaje się być stworzona na progu ciszy. Również na miejsce rejestracji nagrań członkowie formacji wybierają studia położone na uboczu, z daleka od wielkich aglomeracji, jak chociażby to w środkowej Walii - Giant Wafer Studio, gdzie  zrealizowali poprzedni krążek. W metodologii pracy brytyjskiej grupy znajdziemy połączenie analogowych i cyfrowych technik. "Diabeł tkwi w szczegółach" - twierdzi Chris Hyson i dodaje: "Eksperymentujemy z kolorem, fakturą, formą, narracją i sposobem połączenia wszystkich tych elementów w kompozycji".

"Wait For Me" to wspaniały, nienachalnie nowoczesny album, który koniecznie musicie poznać. Pozycja obowiązkowa!

(nota 8.5-9/10)  


 


W kąciku deserowym dziś zupełnie nieoczekiwanie wystąpi grupa - pewnie już się domyślacie - Snowpoet, z bardzo udanego albumu "Wait For Me". W tym miejscu muszę przywołać dość banalne z pozoru zdanie, ale cóż poradzić, skoro w banałach ukrywa się czasem sedno rzeczy. Ileż piękna, niezwykłych chwil i wzruszeń może ofiarować człowiek drugiemu człowiekowi. W tym przypadku co najmniej sześciu artystów, i Alex Killpartrick czuwający za suwakami konsolety. Mistrzu, padam do nóżek...




niedziela, 14 lutego 2021

ALEXANDER BIGGS - "HIT OR MISS" (Independiente) "Waga detali"

 

   Oczy wielu kibiców tenisa, w tym, ma się rozumieć, również moje oczy zielone, w minionych, a także nadchodzących, dniach zwrócone były, są i będą, na Australię. A dokładniej mówiąc, na korty wybudowane w 1988 roku w Melbourne Park. Co roku, mniej więcej o tej porze, zadaję sobie kluczowe, w kontekście sportowej rywalizacji, pytanie - jaką nawierzchnię przygotują w tym sezonie organizatorzy turnieju Australian Open. Od kilku lat nawierzchnia jest dość wolna, co jednym zawodnikom utrudnia pokazanie pełni możliwości, a innym odrobinę pomaga. Do tych drugich należy reprezentantka naszego kraju Iga Świątek, w grze której jest wciąż tak wiele naleciałości z wolnych kortów ziemnych. Ostatni raz, kiedy na obiektach Melbourne Park wyłożono szybką nawierzchnię, zwyciężył tam, również dzięki temu, Roger Federer. Póki co, jeśli chodzi o tegoroczne rozgrywki, nie doświadczyłem zbyt wielu spektakularnych widowisk. Z drugiej jednak strony turniej wchodzi dopiero w decydującą fazę i ci najlepsi właśnie teraz będą mogli się wykazać. Tak sobie pomyślałem, że przy tej okazji przedstawię nową płytę artysty z antypodów. Wielkiego wyboru nie było. Mogłem podchylić się nieco bardziej nad wydawnictwem "The Quiet Fire" - duetu, a właściwie tria, Heligoland, który pochodzi z Melbourne, ale rezydują obecnie we Francji. Tyle, że nie ma nad czym się pochylić. Słuchając tego krążka wynudziłem się okropnie. I nawet obecność dobrego znajomego - Robina Guthrie (Cocteau Twins), który zagrał na basie, zasiadł za zestawem perkusyjnym, a na dodatek wyprodukował całość, niewiele tym utworom pomogła. Kiedy miałem już porzucić mój niezbyt oryginalny pomysł, wpadłem przypadkiem na płytę Alexandra Biggsa - "Hit Or Miss", która ukazała się kilka dni temu.

Alexander Biggs, jak pewnie się domyślacie, pochodzi z Melbourne. Całkiem możliwe, że śledzi rozgrywki tenisowe, a może nawet wybrał się na któryś z obiektów, gdyż publiczność w pierwszych dniach znów mogła zasiąść, w ograniczonej liczbie, na trybunach okalających korty. Australijczyk muzyką zajmuje się od jakiegoś czasu. Mniej więcej od czterech lat dość regularnie dzielił się ze słuchaczami kolejnymi singlami, które ilustrowały zrobione przez niego teledyski. Cały album również wyprodukował samodzielnie, nagrywając poszczególne piosenki w różnych lokalizacjach, gdyż, póki co, nie czuje się zbyt komfortowo w studio nagraniowym. Czułe mikrofony rozstawił więc, to w salonie u znajomych, to w kuchni, to w starych fortach, czy w sypialni matki. Być może wychodził z założenia, że genius loci będzie miał wpływ na jakość kompozycji, które w liczbie 11-stu wypełniły ten całkiem udany debiut. Jak sami przyznacie, tytuł krążka "Hit Or Miss" również może zawierać tenisowe konotacje, choć zawartość albumu raczej ze sportem niewiele ma wspólnego. Dominują spokojne indie-folkowe ballady, stworzone w oparciu o gitarę akustyczną, syntezator oraz rozmaite efekty. Stylistycznie mamy tu do czynienia z dźwiękami, które z jednej strony przywołują dokonania portugalskiego Noiserv (oczywiście mniej tu myślenia prostymi pętlami), z drugiej zaś mogą kojarzyć się z pieśniami RY X z okresu świetnego krążka "Dawn". Ich autor dzieli się nostalgicznymi opowieściami, choć, jak sam przyznaje, wolałby być mniej sentymentalny, a za to bardziej prawdziwy. To, co te mniej lub bardziej urokliwe piosenki odróżnia od podobnego typu produkcji, to ciekawe pomysły, miła dla ucha faktura brzmieniowa. Artysta zwraca uwagę na drobne detale. Raz po raz odzywają się więc delikatne tony fortepianu, to zgrabnie przetworzona gitarowa solówka wypełni sobą przestrzeń. Alexander oprócz tworzenia linii  melodycznej całkiem nieźle radzi sobie z kreowaniem muzycznego tła, o czym możemy się przekonać słuchając dobrego otwarcia "Low". Nagrywanie samego siebie Biggs uważa za przedłużenie procesu pisania piosenki. Zwykle wszystko zaczyna się od tekstu, co raczej nie dziwi, skoro Australijczyk jest miłośnikiem poezji, do którego później młodzieniec z Melbourne szuka odpowiedniego opakowania. Niektóre z tych piosenek wypełniających debiutanckie wydawnictwo powstały wcześniej: "Miserable", "Madeleine". Ta ostatnia dotyczy bycia w toksycznym związku. Utwór "All I Know" nagrano podczas pobytu Alexa w Nowym Yorku, z gościnnym udziałem Wilsen (Tamsin Wilson), z którą Biggs zjadł później smakowity obiad na dachu budynku w dzielnicy Queens. Tytułowy "Hit Or Miss" dotyczy parkingu, na który Alexander jeździł o północy, żeby pokłócić się tam ze swoją dziewczyną. "Mostly I Feel Nothign" powstała jako ostatnia, kiedy nasz dzisiejszy bohater miksował już całą płytę, i obok żartobliwej "Macaroni Necklace" czy "Laundromat", stanowi najsłabsze ogniwo tego krążka.

(nota 6.5-7/10)

 

 


W kąciku deserowym pozostaniemy na przekór zimie w letnim nastroju, oto przed nami zapowiedź płyty, której tytuł ucieszy wszystkich psychologów - "Rorschach Test". Singlem "Why Wait Until Tomorrow" przypomina o sobie Jay-Jay Johanson.



Na otarcie kibicowskich tenisowych łez, które tam i tu wypełniły co wrażliwsze oczy po porażce Igi Świątek - choć pewnie nie tylko ja odniosłem wrażenie, że to nie Simona Halep wygrała ten dziwny mecz 1/8 finału, tylko przegrała nasza reprezentantka ( w tenisie czasem jest tak, że piłeczkę, która mknie do nas z zawrotną prędkością, wystarczy po prostu w miarę bezpiecznie przebić na drugą stronę siatki, niech przeciwnik się martwi, co z nią zrobić -  i właśnie między innymi tego Iga musi się jeszcze nauczyć), przeniesiemy się do słonecznej Kalifornii, skąd pochodzi grupa Young Jesus. Od kilku dni nie mogę się uwolnić od ich wybornej kompozycji "Pattern Doubt".




sobota, 16 stycznia 2021

BEAUTIFY JUNKYARDS - "COSMORAMA" (Ghost Box) "Badanie szerokości geograficznych"

 

Nazwa "Cosmorama" przenosi nasze skojarzenia wprost do XIX-wiecznego Londynu, na wystawę, która miała miejsce w budynku przy Regent Street. Dzięki specjalnie ustawionym zwierciadłom i soczewkom oraz strumieniom świateł można tam było obejrzeć, w sporym powiększeniu, zdjęcia dalekich zakątków świata i egzotyczne zwierzęta. Jak nie trudno się domyśleć, pokaz ten cieszył się  wtedy sporym powodzeniem. Ciekaw jestem, czy podobny aplauz zbierze płyta długogrająca o tym samym tytule. Jedenaście odsłon  wydanego w piątek albumu również pragnie zabrać nas na wyprawę pełną intrygujących, czasem nawet egzotycznych brzmień, z pogranicza indie-folku/indie-popu. Myślę, że twórcy, funkcjonujący na tak zwanej scenie alternatywnej, przez ostatnich kilka lat zdążyli nas już przyzwyczaić do tego, że gatunek to tylko punkt wyjścia, niejako pretekst albo wyzwanie, a nie warowna twierdza otoczona grubymi murami, z której nie sposób się wydostać.

Podobnie uważają członkowie portugalskiej formacji Beautify Junkyards, o czym można się przekonać obcując z ich ostatnich wydawnictwem. Zaczynali kilkanaście lat temu, w nieco innym składzie, jako Hipnotica (wydali pięć albumów i dwie epki). Po trzech latach przerwy zatęsknili za sobą na tyle, żeby powołać do życia grupę o nazwie Beautify Junkyards, z liderem Joao Branco Kyronem jako wokalistą. Debiutowali w 2013 roku krążkiem, który zawierał zestaw coverów, takich artystów jak: Donovan, Nick Drake, Roy Harper czy Linda Perhacs. Wybór piosenek nie był przypadkowy, gdyż Joao Branco Kyron kolekcjonuje stare winyle, a jego współpracownicy darzą sporym sentymentem muzykę z przełomu lat 60/70. Poza tym pośród swoich inspiracji chętnie wymieniają dokonania Dereka Jermana, Ash Ra Temple, Zeca Afonso, Austina Osmana Spare'a, kino naszych południowych sąsiadów, szczególnie zaś obrazy czeskiej nowej fali (chociażby takie klasyki jak: "Waleria i tydzień cudów", "Pociąg pod specjalnym nadzorem", "Pali się moja panno" itp.), oraz poezję Fernando Pessoi, Williama Butlera Yeatsa.

"Jesteśmy zespołem, który bada szerokości geograficzne w muzyce" - powiedział w jednym z wywiadów wokalista portugalskiej formacji. Trudno się z tym nie zgodzić. W ich kompozycjach indie-pop spotyka folkową psychodelię lub brazylijskie tropikalia, wyrafinowana elektronika podaje dłoń repetycji, itd. Przy okazji najnowszego wydawnictwa "Cosmorama" zaproszono do współpracy trzech gości: brazylijską wokalistkę Ninę Mirandę (z grupy Smoke City), Alisson Brice ( z formacji Lake Ruth) oraz zaprzyjaźnionego z zespołem harfistę Eduardo Raona -  to dźwięki jego instrumentu ozdobiły zamykający krążek "Fountain". Szeregi grupy opuściła natomiast Rivia Van, która wybrała drogę solowej kariery. Członkowie zespołu oprócz kreowania przestrzeni i rozpoznawalnego brzmienia, które często powstaje w wyniku długich prób oraz improwizacji, poszukują także instrumentów. Podczas nagrywania albumu "Cosmorama" w gościnnych progach Bela Flor Studio, wykorzystano nowy syntezator, nowy procesor efektów i niedawno zakupioną brazylijską gitarę ludową. W utworze "Revierie" odnajdziemy dość czytelne odwołania do twórczości grupy Broadcast czy nieco zapomnianego już Pram. Moim zdaniem muzycy z Lizbony prezentują się o wiele bardziej przekonująco, w tych nieco żywszych kompozycjach, niż onirycznych mglistych balladach. Kolejna udana odsłona najnowszego krążka - "Parangole" - rozpoczyna się tonami akustycznej gitary, a potem rozkwita i nasyca sobą przestrzeń atmosferą tropików. Do głosu dochodzą perkusjonalia, chórek oraz flet, który jest czymś na kształt znaku rozpoznawczego tej formacji. W tym układzie "A Garden By The Sea", zaśpiewany na dwa głosy, wydaje się być najbardziej klasyczną propozycją. "Vali" przywołuje efekty nagrań terenowych - odgłosy wody, lasu, ptaków. "Zodiak Klub" - tytułem odnosi się do kultowego niegdyś miejsca Zodiak Free Art Lab. Klub założony w Berlinie Zachodnim, w 1968 roku przez Conrada Schnitzlera i Hansa Joachima Roedeliusa. Swoją siedzibę miał w dzielnicy Kreuzberg, tuż obok brzegów kanału Landwehr. Było to miejsce spotkań artystów z kręgu muzyki improwizowanej czy awangardowej. Klub dość szybko, bo po roku działalności, zamknął swoje podwoje. Miejmy nadzieje, że piosenki Beautify Junkyards pozostaną z nami na dłużej. 

(nota 7/10)


 



W kąciku deserowym dwie odpowiedzi na listy. Pani Monika pyta o częstotliwość najbliższych wpisów. Odpowiadałem już kiedyś na ten temat pisząc, że kolejne publikacje na blogu ukazują się raz na tydzień, czasem dwa razy w tygodniu. Wszystko zależy od jakości nowych płyt, które pojawią się w następnych tygodniach. Proszę zaglądać tu o dowolnej porze dnia i nocy. Drzwi są zawsze otwarte. Pan Adam z kolei pyta, dlaczego nie zamieszczam notek dotyczących polskich wydawnictw. Portali, stron, czy blogów, które zajmują się krajową sceną alternatywną, i robią to całkiem nieźle, jest bardzo dużo. Nie ma więc sensu, żebym powielał podobne treści. 

W dodatku do dania głównego śliczny utwór z debiutanckiej płyty City of Exiles francuskiej grupy City of Exiles. Piosenka "Amor For A Broken Heart" otwiera ten krążek. 




niedziela, 1 listopada 2020

CHRISTIAN KJELLVANDER - ABOUT LOVE AND LOVING AGAIN" (Tapete Records) "Stany miłości"

 

       Pamiętam, jak przed laty jeden z moich ulubionych redaktorów muzycznych - Jacek Hawryluk  (pozdrawiam ekipę HCH) - prezentował fragmenty płyty Billa Callahana - "Sometimes I Wish We Were An Eagle", nagranej w The Track Studio i wydanej wiosną 2009 roku nakładem oficyny Drag City. Za oknem było rozgwieżdżone niebo, Orion i Altair mrugały zalotnie, na uszach słuchawki, leniwe tony sentymentalnego "Faith/Void", którego wtedy słuchałem na okrągło, nie tylko w księżycowe noce, ale również w coraz to cieplejsze i dłuższe dni. Muszę przyznać, że te wrażenia powróciły do mnie, i to całkiem sugestywnie, kiedy w ostatnich godzinach odkrywałem zakamarki najnowszego albumu Christiana Kjellvandera - "About Love And Loving Again".


O poprzedniej płycie, nieco moim zdaniem przegapionej przez prasę branżową, napisałem kilka ciepłych słów na łamach tego bloga. Dobre wiadomości są takie, że szwedzki bard powrócił i to w niezłej formie. Najnowsze wydawnictwo zawiera raptem siedem nagrań. Warto jednak dodać, że większość z nich czasem trwania oscyluje wokół siedmiu minut lub nieznacznie ten dystans przekracza. Kjellvander bardzo dobrze czuje się właśnie w takich dłuższych wypowiedziach. To wtedy jego głęboki głos, zbliżony odrobinę do tonu Billa Callahana, ma czas, żeby swobodnie wybrzmieć. Większość kompozycji to leniwe, spokojnie rozwijające się ballady, nawiązujące bezpośrednio do stylistyki spod znaku americana albo indie-folk. 

Był maj 2020 roku, kiedy Christian Kjellvander wraz z dwójką przyjaciół zamknął się w piwnicy zaadaptowanej na potrzeby studia nagraniowego. Ta pozostała dwójka muzyków, którzy wraz z nim zeszli po betonowych stopniach schodów, to Pere Nordmark - zasiadł za zestawem perkusyjnym oraz Pelle Andersson - obsługiwał pianino Rhodesa i syntezator Korga. Obydwaj muzycy pojawili się w składzie na poprzedniej płycie "Wild Hxmans". Pelle Andersson funkcjonuje jako muzyk sesyjny, w różnych składach, najczęściej podpisywał listę obecności na albumach Rogera Karlssona. Po raz pierwszy wystąpił u boku Kjellvandera na krążku "A Village: Natural Light" (2006). Per Nordmark wcześniej grał w formacji The Bear Quartet, czy Breach. Pomagał Kjellvanderowi już przy okazji prac nad debiutanckim krążkiem "Songs From A Two-Room Chapell" (2002).  

W porównaniu do tego, co zaproponował Bill Callahan na wspomnianej wcześniej płycie "Sometimes I Wish We Were An Eagle", Christian Kjellvander jest bardziej surowy, czy oszczędny na poziomie aranżacji. W poszczególnych nagraniach nie znajdziemy więc ani dźwięków skrzypiec czy drobnych orkiestracji, ani elektronicznych dodatków. Dominują dźwięki gitary, spokojny, wręcz monotonny rytm perkusji, syntezatorowe tło, ciekawsze niż na poprzedniej płycie, oraz głos, który mocno wypełnia całą przestrzeń. Ta gitara w rękach szwedzkiego wokalisty czasem pokazuje rockowy pazur, rozbrzmiewa groźnymi przesterowanymi szarpnięciami, złowrogimi pomrukami, jednak trzymana pewnie w cuglach nie wybucha w pełni gniewem, jak w " No Grace". Artysta z Malmo najwyraźniej wyciągnął lekcję z poprzedniego wydawnictwa i dojrzał. Myślę, że większość tych utworów wypełniających  najnowszy krążek świetnie by się obroniło w wersjach tylko na gitarę oraz głos. Taka to klasa wokalisty, który z łatwością kreuje, jak i swobodnie porusza się w różnych harmoniach. Z drugiej  jednak strony miło byłoby - tak dla odmiany - posłuchać szwedzkiego barda w jednej chociaż nieco bardziej rozbudowanej formie. Wszystkie kompozycje utrzymują równy dobry poziom, dzięki czemu całość brzmi gładko i spójnie. Gdybym musiał, wyróżniłbym świetny "Actually Country Gentle", gdzie autor śpiewa: "And The Happiness Is The First Thing We Forget", z bardzo dobrze utrzymanym napięciem, co jest znakiem rozpoznawczym szwedzkiego wokalisty. Napięciem, dodajmy, które funkcjonuje w oparciu o rozwijającą się, zwykle nostalgiczną, opowieść, a nie takim, które zmierza do konkretnego punktu kulminacyjnego. W utworze "Cultural Spain" - napisanym po powrocie z podróży po Europie, w chórkach możemy usłyszeć partnerkę pieśniarza - Fridę Hyvonen (wydawała płyty w oficynach Secretly Canadian czy Licking Fingers, uczestniczyła w trasie koncertowej z Jensem Lekmanem). Drugim utworem, który zrobił na mnie największe wrażenie jest tytułowy "About Love And Loving Again". Znakomicie rozpisana, ponad siedmiominutowa kompozycja pokazująca, jakie ogromne możliwości ma Kjellvander. Wyborna rzecz! Po prostu Wyborna!! To moje ulubione nagranie ostatnich dni.

(nota 7.5-8/10)

 

 



Jako drugie danie dziś zapowiedź nowej płyty grupy Lambchop, która nosi tytuł "Trip, i ukaże się 13 listopada. Tym razem zespół wykonał cudze utwory, zaproponowane przez członków formacji. W sumie sześć kompozycji takich zespołów jak: Supremes, Yo La Tengo, Georgy Jones, Stevie Wonder. Utwór "Reservations", z repertuaru grupy Wilco, zaproponował perkusista Matthew McCaughan.





Z kolei Matthew Lowe i Daniel Trenholme - to indie-folkwy duet Stables, powołany do życia w 2016 roku, nagranie "Sillhouette" pochodzi z ich najnowszego albumu o tym samym tytule.




Przeniesiemy się teraz do Norwegii, żeby posłuchać piosenki o duchach, kompozycja "Grateful Dead" pochodzi z płyty "Birds" - Simena Mitlida. Fani wczesnej twórczości Sufiana Stevensa powinni odszukać ten krążek i znaleźć na nim coś dla siebie.




W kąciku improwizowanym King Khan - "The Infinite Ones", czyli pierwsza jazzowa płyta artysty, który do tej pory funkcjonował w przestrzeni garażowego rocka. Album miał być hołdem złożonym takim wielkim postaciom jak Alice Coltrane czy Miles Davis. W składzie znajdziemy muzyków Sun Ra Arkestra, Marshalla Allena i Knoela Scotta, a także członków grupy Calexico, Johna Conventino, Martina Wenka. Kompozycja "Wait Till The Stars Burn" otwiera ten krążek.



 

niedziela, 18 października 2020

LOGAN FARMER - "STILL NO MOTHER" (Western Vinyl) "Jaka piękna katastrofa"

 

     Wyobraźmy sobie świat po kataklizmie. Dziś przychodzi nam to zrobić z większą łatwością, niż, dajmy na to, jeszcze dwanaście miesięcy temu. To prawda. Piekące niemiłosiernie słońce, permanentny brak deszczu, wyschnięte koryta rzek, sucha i popękana ziemia, na której jeszcze przez długi czas nic nie wyrośnie, w sadach i ogrodach obumarłe kikuty drzew oraz krzewów. Taką wizję miał przed oczami Logan Farmer, kiedy latem ubiegłego roku przystępował do pracy nad swoim debiutanckim albumem, który po chwili wahania ostatecznie przybrał tytuł "Still No Mother". Amerykański muzyk wcześniej funkcjonował pod szyldem Monarch Mtn., który powołał do życia w 2013 roku, wydając pięć płyt. Album opublikowany przez oficynę Western Vinyl jest pierwszym firmowanym przez jego nazwisko. "Porzucenie pseudonimu i użycie własnego imienia wydało mi się dobrą okazją do tego, żeby wyjść za zasłony".


Logan Farmer płytę "Still No Mother" nagrywał w weekendy ( gdyż w tygodniu pracuje w księgarni), w zaciszu domowych pieleszy, dokładnie mówiąc, w sypialni dla gości, gdzie rozstawił mikrofony oraz sprzęt. Wykorzystał laptopa, pianino cyfrowe Yamaha P-45, gitarę Cordoba z nylonowymi strunami. Do współpracy zaprosił Annie Leeth, która zagrała na skrzypcach oraz Naarah Strokosch (wiolonczela, drugi głos).

Wielką inspiracją dla Logana Farmera stał się amerykański folkowy klasyk "Dust Bowl Ballads" - Woody Guthrie'a. Album został wydany w 1940 roku i jest uznawany za jedną z pierwszych płyt koncepcyjnych. Temat przewodni tego wydawnictwa skupia się wokół ponurego losu farmerów, którzy z powodu kryzysu, suszy oraz interwencji banków stracili swoje majątki. Guthrie podróżował od miasta do miasta, gdzie słuchał i uczył się tradycyjnych pieśni folkowych i bluesowych. Farmer określa ten krążek jako: "Prototyp albumu o katastrofie ekologicznej". Początkowo chciał nagrać coś w stylu zbliżonym do "Dust Bowl Ballads", zamierzał stworzyć zestaw folkowych pieśni dla amerykańskich farmerów, którzy próbują żyć po katastrofie ekologicznej. Jednak nieoczekiwanie dla twórcy kolejne piosenki przeobraziły się w krążek pełen osobistych refleksji.

Skoro mamy wizje katastrofy ekologicznej, nic dziwnego, że na płycie dominuje smutny czy nostalgiczny nastrój. Począwszy od udanego otwarcia - "River Black", który zainspirowany został książką Paula Kingsnortha - "Savage Gods" - aż po ostatnie takty "No One Owes Us Anything", gdzie wykorzystano dźwięki terenowe topiącej się laguny, zarejestrowane podczas pobytu autora na Islandii, znajdziemy leniwe kompozycje pełne tęsknych tonów. Przeważają skromne, ale gustowne aranżacje - klawisze, gitara akustyczna, smyczki, delikatna elektronika. A w centrum uwagi słuchacza zawsze znajduje się głos, który świetnie brzmi zarówno w głębokich niskich rejestrach, jak i w zwiewnej górze. Tytuł płyty "Still No Mother" odnosi się do frazy jednego z utworów: "Nie mamy po swojej stronie matki ("Matki Ziemi", "Matki natury"). Z kolei kompozycja "Seventh Seal" zaśpiewana na dwa głosy nawiązuje do "Siódmej pieczęci", filmu Bergamana. Podczas pracy nad płytą Loganowi Farmerowi przyświecało zdanie zaczerpnięte z nieodżałowanego Marka Hollisa: "Zanim zagrasz dwie nuty, naucz się grać jedną nutę. Nie graj jednej nuty, chyba że masz powód, żeby ją zagrać". Cóż więcej dodać, poza tym, że warto poświęcić kilka chwil temu spójnemu i udanemu wydawnictwu nie tylko w jesienny czas.

(nota 7/10)

  

  


Przydałby się w "kąciku deserowym" jakiś miły dodatek, który dobrze korespondowałby z wydawnictwem Logana Farmera - "Still No Mother". Jest taki jeden wokalista, wciąż na dorobku, któremu od pewnego czasu uważnie się przyglądam. Dwa  single, to chyba wszystko, co na razie może zaproponować Austin Vos. Inspiracją do postawania utworu "Broken Dog" były wspomnienia z dzieciństwa i lęki... psa, który bał się odgłosów przechodzącej burzy. Czekamy na więcej.




W ostatnich dniach często wracałem do utworu "In Crept Doubt" - Topographies, od którego jakoś nie mogłem się uwolnić. Wszystko zgadza się w nim co do poszczególnej nutki. Myślę, że Gray Tolhurst, Jeremi Ruest i Justin Oronos całkiem nieźle odnaleźliby się w wizji świata po katastrofie. Przygodę muzyczną zaczęli mniej  więcej dwa lata temu, eksplorując shoegezowe rejony. Obecnie chyba nieco bardziej ciągnie ich do estetyki cold wave. Na ich koncie znajdziemy kilka singli oraz epek. Dobre informacje są takie, że na grudzień - czyli niezbyt typowy miesiąc jak na premiery wydawnicze - zaplanowali wydanie ich debiutanckiego krążka, który będzie nosił tytuł "Ideal Form". Utwór "In Crept Doubt" pochodzi z epeczki pod jakże wymownym tytułem "Difference & Repetition". Czyżby tytuł celowo nawiązywał do sztandarowego dzieła francuskiego filozofa Gilles Deleuze - "Różnica i powtórzenie". Wychodzi na to, że amerykańska młodzież czyta...




W "kąciku improwizowanym" kolejny album kolektywu jazzowego z Johannesburga, czyli płyta "Uprize! (Music from The Original Motion Pictures)" - Spaza. W skład formacji wchodzą basista Ariel Zamonsky, perkusista Gontse Makhene, pianista Malcolm Jiyana, i wokalistka Nonku Phiri. Ten album to nic innego jak ścieżka dźwiękowa do filmu dokumentalnego o tym samym tytule. Film dotyczy powstania w Soweto (Południowa Afryka), w czerwcu 1976 roku, które było punktem zwrotnym w walce z apartheidem. 





środa, 26 sierpnia 2020

SIV JAKOBSEN - "A TEMPORARY SOOTHING" (U OK? Rec.) "CHWILOWE UKOJENIE"

     Bardzo lubię barwę głosu Siv Jakobsen. Szczególnie zaś szkliste górne rejestry - coś jakby delikatnie obcierające się o siebie kawałki kryształów. W jej sposobie śpiewania odnajdziemy zarówno sporo dojrzałości, jak i dużo precyzji, pewnie postawionych dźwięków. Choć - co warto dodać - norweska artystka wciąż jest na muzycznym dorobku. Debiutowała w 2015 roku epką zatytułowaną "The Lingering". O jej ciepło przyjętym nie tylko przez krytyków pełnowymiarowym albumie "The Nordic Mellow", napisałem kilka słów na łamach tego bloga. Jakobsen urodziła się w Asker, niedaleko Oslo, i przez długi czas nie interesowała się muzyką. Może o tym zaświadczyć pierwsza zakupiona przez nią płyta długogrająca, którą był ponoć krążek Spice Girls (zaliczyła także koncert tej grupy). Cóż więcej dodać, każdy od czegoś musi zacząć swoją muzyczną przygodę. Dużo ważniejsze w biografii Siv Jakobsen jest to, co działo się później. A później zakupiła bilet lotniczy na podróż do USA, gdzie po wylądowaniu i przeszukaniu bagażów, w miejscowości Boston podjęła naukę na prestiżowej, i wielokrotnie wspominanej na stronach tego bloga, uczelni - Barklee College Of Music. Na drugim roku studiów zaczęła tworzyć pierwsze własne kompozycje. Pośród ważnych inspiracji, które na różnych etapach kształtowały jej gust - obok Spice Girls, ma się rozumieć - wymienia takich twórców jak: Ane Brun, Gregory Alana Isakova, Laurę  Marling. A także dokonania Bena Howarda - o jego ostatniej świetnej płycie wspominałem jakiś czas temu.

Tak się złożyło, że producentem albumu Howarda był Bond... Chris Bond, którego Siv Jakobsen poprosiła o pomoc podczas prac nad ostatnim wydawnictwem. I trzeba przyznać, że brytyjski producent dołożył wszelkich starań, żeby charakterystyczny głos norweskiej wokalistki znalazł dla siebie odpowiednią przestrzeń. O ile na debiutanckim "The Nordic Mellow" dominowało akustyczne brzmienie, o tyle na "A Temporary Soothing" znajdziemy mnóstwo ciekawych aranżacyjnych pomysłów. Dzięki wspólnym wysiłkom Chrisa Bonda oraz odpowiedzialnego za miksy Zacha Hansona (współpracował z Bon Iver, Waxahatchee), otrzymaliśmy do rąk zestaw dwunastu intrygujących indie-folkowych kompozycji. "Piosenki (...) są jak małe kapsuły czasu", potrafią przenieść twórcę do konkretnych momentów z przeszłości. "Pamiętam jak wyglądał wtedy pokój, jaka była pogoda...".
Już pierwsze słowa na płycie "A Temporary Soothing" zdradzają jej intymny charakter. Oto mamy do czynienia z czymś na kształt refleksji, zapisków, fragmentów prywatnego dziennika. "Nocą leżę w łóżku, obawiam się jutrzejszego światła". "Tytuł - "A Temporary Soothing" - powstał, kiedy uprzytomniłam sobie, że tak naprawdę nie można cały czas czuć się szczęśliwym" - zdradziła w jednym z wywiadów Siv Jakobsen. Do tej pory jej twórczość była kojarzona głównie z nordycką zadumą, melancholią, smutkiem, kobiecą delikatnością. Przy okazji drugiego wydawnictwa norweska wokalistka chciała, żeby piosenki zabrzmiały nieco mocniej oraz intensywniej. I takie też jest - jak na możliwości Jakobsen - energetyczne otwarcie albumu, czyli "Fearthe Fear". Potencjał alternatywnego przeboju posiada również "Anywhere Else" - piosenka o niepokoju, ale nie tym paraliżującym, czy wywołującym panikę, ale takim, który systematycznie drąży nas od środka i trzyma w "miękkim uścisku". Moją uwagę przyciągnął również śliczny "From Morning Made To Evening Laid", z bardzo dobrym rozwinięciem w drugiej części. Takich sugestywnych rozwinięć próżno było szukać na poprzednim krążku. Krótki i filmowy temat "Mothercombee" łagodnie i płynnie przechodzi w zamykający całość "I Call It Love". Z kolei "Fraud, Failure" przypomniał mi dawne dokonania Perry Blake'a - partia skrzypiec wykorzystana w tym utworze, przywołała barwny rustykalny pejzaż, chociażby taki, jaki rozciąga się na angielskiej prowincji, w pobliżu miejscowości Devon, gdzie nagrywano ten album. Kompozycja "A Feeling Felt Or Feeling Made" ma coś z estetyki rozwijanej przez Bena Howarda. Trudno dziwić się temu skojarzeniu, skoro tam i tu mamy do czynienia z tym samym producentem. Również ten klimat roztacza wokół siebie indie-popowa i moja ulubiona piosenka "Fight Or Flight". Inspiracją do powstania tego nagrania była fotografia bardzo starej - jak podkreśla Siv Jakobsen - pary leżącej razem w łóżku. Kto wie, być może on i ona, leżąc tak obok siebie, brali właśnie jeden z ostatnich oddechów. "Piosenka rozwinęła się w szersze spojrzenie na to, co znaczy zostać z kimś na zawsze, zdecydować o tym, i być tego pewnym" - oświadczyła Jakobsen. Stąd nie dziwią w tekście takie oto frazy: "To niekończąca się walka lub ucieczka, żeby przegrać, żeby kochać, odejść lub pozostać".
Dobre wiadomości z obozu Siv Jakobsen są takie, że norweska artystka uniknęła tradycyjnej pułapki drugiego albumu. Najnowsze wydawnictwo jest inne, ciekawsze i lepsze od udanego debiutu, pokazuje wyraźnie, że wokalistka wciąż stawia sobie nowe cele, i nadal się rozwija.

(nota 7.5-8/10)








  



sobota, 8 sierpnia 2020

THANYA IYER - "KIND" (Topshelf Records) "Dziewczyna z kraju klonowego liścia"

    Scena kanadyjska od lat przyciąga uwagę fanów muzyki alternatywnej. Najczęściej bywa kojarzona z grupami, których brzmienie opiera się na mniej lub bardziej wyeksponowanych gitarach. Nie brakuje również intrygujących wokalistek, chyba niemal każdy, kto nieco baczniej śledzi rynek wydawniczy, choć raz zetknął się z nazwiskiem Leslie Feist. Bohaterka dzisiejszego wpisu nie ma aż tak rozpoznawalnej barwy głosu jak Feist, ale potrafi komponować całkiem zgrabne piosenki, czego dowodem jest drugi, w jej wciąż skromnej dyskografii, album zatytułowany "Kind". Thanya Iyer ma korzenie indyjskie - ojciec pochodzi z New Dehli , a matka z Bangalore. Poszukując lepszych warunków do życia, rodzice wspólnie zdecydowali się na emigracje do kraju klonowego liścia. Thanya od najmłodszych lat pobierała lekcje gry na fortepianie oraz skrzypcach. Na kolejnym etapie edukacji wybrała studia, z zakresu psychologii, oraz muzyki, w Vanier College w Montrealu. To właśnie wtedy, wraz z Emilie Kahn i  Ali Levy, założyła swój pierwszy zespół o nazwie TEA (skrót pochodził od pierwszych liter imion członkiń grupy). Sympatyczne panie nie doczekały się jednak wydawnictwa płytowego. Thanya Iyer pierwszy kontrakt fonograficzny podpisała w 2016 roku, wtedy to ukazał się album "Do You Dream", który zawierał aż 19 utworów. Kanadyjska wokalistka asystujące jej koleżanki szybko wymieniła na dwóch przystojnych kolegów, Alexa Kassirera - Simberta, grającego na basie, i Daniela Gelinsa, obsługującego zestaw perkusyjny. Powołane w ten sposób do życia trio długo nie zastanawiało się nad odpowiednią nazwą, po prostu wybrali imię i nazwisko uroczej Kanadyjki o indyjskich korzeniach.

W jej muzyce nie ma zbyt wiele elementów, które zazwyczaj kojarzymy z kulturą Republiki Indii. Tak, jak mieszkańcy Indii mają słabość do bogactwa kolorów i smaków, tak Thanya Iyer ceni sobie w aranżacjach własnych  kompozycji instrumentalną różnorodność. Stąd na jej drugiej, ciepło przyjętej przez krytykę, płycie oprócz tradycyjnego zestawu: gitara, bas, perkusja, znajdziemy również instrumenty dęte, za które odpowiadał Devin Brahja Waldman (Godspeed You! Black Emperor), Felix Del Tridici zgrał na saksofonie, Anh Phung na flecie, Simon Millard na trąbce. Oprócz tego wprawne ucho pośród poszczególnych dźwięków wyłowi tony harfy oraz siedmioosobowy chór.
Thanya Iyer preferuje luźną strukturę kompozycji, która podczas prac nad nią często ulega różnym modyfikacjom. Tytuł drugiego wydawnictwa "Kind", zawiera w sobie proste przesłanie młodej wokalistki. Można zamknąć je w zdaniu: "Bądźmy mili dla siebie oraz dla innych, żeby w konsekwencji stać się odrobinę lepszymi ludźmi". Jak sama przyznaje w nielicznych wywiadach, tematami jej piosenek tym razem były relacje międzyludzkie oraz towarzyszące im emocje: lęki, depresja, żal, ból, a także tożsamość kulturowa, problematyka niepełnosprawności. W poszczególnych wersach kanadyjska wokalistka czasem powtarza pojedyncze zwroty, frazy, słowa. Thanya Iyer nie lubi zamykać swoich dokonań w sztywnych ramach jednego gatunku, ale przyparta do muru przez dziennikarza przyznała, że gra: "Future-folk", choć w jej piosenkach znajdziemy ślady indie-popu, chamber-popu, soulu, jazzu. Dużo w muzyce zawartej na albumie "Kind" kobiecej wrażliwości, delikatności, i subtelnego piękna. W warstwie lirycznej artystka daleka jest od udzielania dobrych, cennych czy sprawdzonych rad, zdecydowanie bardziej zdaje się wciąż szukać odpowiedzi.

(nota 7/10)








W drugiej odsłonie dzisiejszego wpisu lotem błyskawicy przeniesiemy się do miasta Anacortes, znajdującym się w stanie Waszyngton. Przed nami najnowsze wydawnictwo The Microphones zatytułowane po prostu "Microphones In 2020". Zawiera ono ponad 40-minutową pieśń, w której Phil Elverum snuje wspomnienia z dawnych lat oraz egzystencjalne refleksje. Smacznego! 



  

piątek, 1 maja 2020

JON MCKIEL - "BOBBY JOE HOPE" (You Change Records) "Magnetofon szpulowy TEAC A- 2340"

    "Panie Watson, proszę tu przyjść, potrzebuję pana" -  ponoć tak brzmiały pierwsze słowa wypowiedziane przez telefon, przez Grahama Bella do swojego asystenta, w dniu 10 marca 1876 roku. Rok później 29 listopada Thomas Alva Edison zademonstrował fonograf, pierwsze urządzenie do zapisu i odtwarzania dźwięku. Warto jednak pamiętać, że 20 lat wcześniej, w 1857 roku, swój fonograf (nazwany fonautografem), który był zdolny jedynie rejestrować dźwięk, opatentował Edouard -Leon Scott de Martinville - francuski zecer i księgarz. "Najstarszym odtworzonym nagraniem z archiwum Scotta jest nagranie z 9 kwietnia 1860 roku, na którym wynalazca śpiewa francuską piosenkę ludową: "Au clair de la lune, mon ami Pierrot" (wiki.). Pierwszym "magnetofonem" był telegrafon zbudowany przez duńskiego technika Valdemara Poulsena i opatentowany 1 grudnia 1898 roku (do rejestracji wykorzystywał stalowy drut). 25 grudnia 1932 rozgłośnia BBC nadała pierwszy program zarejestrowany na taśmie magnetycznej.

W 1957 roku w Tokio powstała firma produkująca sprzęt elektroniczny TEAC, której lata świetności - szczególnie w tak cenionym przez koneserów dobrego dźwięku segmencie HIGH-END - przypadły na lata 70 i 80-te ubiegłego wieku.
W 1973 roku  firma TEAC wypuszcza na rynek dwa nowe modele magnetofonów szpulowych, które wkrótce miały cieszyć się sporą popularnością: TEAC 2340 i TEAC 3340. Magnetofon TEAC A -2340 był zdolny do jednoczesnej rejestracji czterech kanałów. Charakteryzował się dość przyzwoitym, jak na tamte czasy, pasmem przenoszenia od 40Hz do 18KHz lub 30Hz do 22KHz, stosunek sygnał/szum wynosił odpowiednio: 48dB lub 55dB, sprzęt wyposażony był w 24 tranzystory i ważył ok. 20 kg.
To właśnie ten magnetofon szpulowy - TEAC A 2340 - wypatrzył na jednej z internetowych aukcji kanadyjski multiinstrumentalista Jon McKiel. We wrześniu 2015 roku artysta odebrał sporą paczkę z rąk zmęczonego doręczyciela. Kiedy ją otworzył, jego oczom ukazał się upragniony magnetofon szpulowy, do którego było dołączone 30 taśm. Nagrania na taśmach z pewnością nie zawierały zdania: "Panie Watson, proszę tu przyjść, potrzebuję pana", ani tym bardziej śpiewu w języku francuskim: "Au clair de la lune, mon ami Pierrot". Jon McKiel usłyszał z taśm próbki różnych dźwięków, całe partie instrumentów oraz jedną gotową piosenkę. Wszystko to postanowił wykorzystać we własnych kompozycjach, które zebrane w całość zatytułowaną "Bobby Joe Hope" ujrzały światło dzienne 24 kwietnia 2020 roku. Jednak do końca nie wiadomo, ile z tych "tajemniczych  szpulowych cytatów" (nazwanych roboczo "Royal Sampler") trafiło do poszczególnych utworów oraz w jakiej finalnej formie. Być może na etapie produkcji dźwięki ze szpulowej taśmy zostały poddane dodatkowej obróbce. Co nie zmienia faktu, że w ten właśnie sposób - przy dużym współudziale producenta Jaye'a Crockera i jego studia w Crousetown - powstały całkiem zgrabne piosenki. Jak nie trudno się domyśleć ich faktura nie jest zbyt skomplikowana. Podstawę tych kompozycji stanowią 10 sekundowe pętle, które obudowano tonami pozostałych instrumentów: bas, gitara, syntezator itd.
Piątą w dorobku płytę urodzonego w Halifax artysty rozpoczyna znakomity "Mourning Dove", zaśpiewany nieco rozmarzonym głosem, dzięki któremu wiele z tych piosenek zyskało dodatkowy wymiar. Pierwsze cztery kompozycję mają spójny charakter, z elementami nawiązującymi do indie-folku czy psychodelii. "Night Garden" jest czymś w rodzaju instrumentalnego przerywnika, oddzielającego stronę "A" od strony "B" albumu. "What Kind Of Light" - to nagranie w stylu lo-fi, wypełnione gitarowymi próbkami i zniekształconymi odgłosami. Najbardziej przypadł mi do gustu transowy "Private Eye". I tak oto znów przypomina się Jacques Derrida i jego "hauntologie".

(nota7.5/10) 









piątek, 24 kwietnia 2020

FEBUEDER - "TOMALIN HAS ETCHED IN" / OTHER LIVES - "FOR THEIR LOVE" (ATO Records) "Fantazyjne kapelusze, znajomy szept i urokliwe piosenki"

    I oto przed nami obiecana wizyta w Ascot, ale nie będziemy obstawiać wyścigów konnych, ani nie będziemy również świadkami rewii zapierających dech w piersiach kapeluszy. Tak się złożyło, że z Ascot pochodzi grupa Febueder, założona w 2011 roku przez trzech szkolnych kolegów. "Było nas trzech, a teraz pojawił się czwarty. Nie spodziewaliśmy się, że ta ściśle określona liczba powiększy się kiedykolwiek: etap nowych przymierzy i przyjaciół dawno minął, my zaś wyobrażaliśmy już sobie ucieczkę ze szkoły w prawdziwe życie" - napisał w tym samym 2011 roku Julian Barnes, w mistrzowskim "Poczuciu kresu". Członkowie formacji Febueder mogliby sparafrazować te słowa w stylu: "Było nas trzech, a teraz pozostało dwóch" - bowiem na początku działalności szeregi grupy opuścił Lato Henry Gill.

Aż dziw bierze, że przez te dziewięć lat duet Kieran Godfrey (multiinstrumentalista, śpiew ) i Samuel Keysel (perkusja), nie doczekał się pełnowymiarowego wydawnictwa. Nielicznym fanom przypominali o sobie, wydając kolejne single oraz epki: "Soap Caru", "Smithereen Display", "Al a Hoax", "Lilac Lame", "From An Album" (2017). Szczególnie to ostatnie wydawnictwo, chociażby tytułem, mogło sugerować, że wkrótce dostaniemy do rąk coś więcej niż zestaw czterech lub pięciu utworów. Z drugiej jednak strony, jak wielokrotnie podkreślałem na łamach tego bloga, bardzo szanuje właśnie taką uczciwą, również dla samych artystów, postawę.
Przyznam, że czekałem na ten debiutancki album - systematycznie wklejałem na moim profilu facebookowym kolejne single (teledyski) zapowiadające jego premierę - ale nie spodziewałem się, że na płycie znajdzie się aż 16 utworów. To Kieran Godfrey uparł się, że na krążku musi - "musi, bo się udusi" - znaleźć się minimum 12 piosenek. Wyobrażam więc sobie, że podczas układania playlisty tego upragnionego debiutu, w pewnym kluczowym momencie padło hasło: "Ok, drogi kolego, wrzucamy wszystko, co mamy" - a takie posunięcia nie zawsze przynoszą dobre efekty.
Ok, drogi kolego, troszkę się czepiam..., ale gdyby najnowsze wydawnictwo Febueder miało cztery, pięć utworów mniej, płyta jako całość w ogóle by na tym nie ucierpiała, wręcz przeciwnie. Można potraktować te dodatkowe utwory jako tak zwane "bonus tracki", albo powiedzieć sobie, że:" dobrego, drogi kolego, nigdy za wiele".
To, co od razu zwróciło moją uwagę, to charakterystyczne linie melodyczne, przywołujące nieco "skandynawskiego ducha", może nie Kings Of Convenience - którzy jak mogą, tak odwlekają premierę nowej płyty (The Whitest Boy Alive wydał niedawno nowy singiel "Serious", Erlend Oye współpracuje ostatnio z La Comitvą) - ale zdecydowanie bardziej Efterklang, Liima, Sin Fang, Peter Broderick, Beirut, itp. Owe charakterystyczne, zapadające w pamięć melodie są w dodatkowo intrygująco opakowane - niczym  głowy dam, które z dumą prezentują fantazyjne kapelusze podczas wyścigów konnych w Ascot - co sugeruje, że niemal na każdą kompozycję członkowie duetu mieli oddzielny pomysł (bogactwo użytych instrumentów, ciekawe perkusjonalia itd). Dominują krótkie ok. 3 minutowe utwory, gdzie w tekstach często powtarza się kilka fraz (melodyjny zaśpiew). Również barwa głosu wokalisty - Kierana Godfreya z pewnością należy do plusów. Wszystko to razem sprawia, że do niektórych piosenek po prostu chce się wracać.  Przebija z tych 16 kompozycji - wyrażająca się także poniekąd w ich liczbie - zarówno radość, jak i pragnienie tworzenia, chęć, czy nawet wewnętrzna konieczność, pokazania światu: "Oto jesteśmy!", "Tak, to my!" , mamy nowe pomysły i sposoby na zaznaczenie własnej obecności.
"Tymczasem byliśmy spragnieni książek, seksu, merytokracji, anarchii. Wszelkiego rodzaju polityczne i społeczne systemy wydawały się nam skorumpowane, a jednak nie zamierzaliśmy rozważać jakiejkolwiek alternatywy z wyjątkiem hedonistycznego chaosu" - Julian Barnes - "Poczucie kresu".

(nota 7.5/10)




    Druga propozycja to czwarty w dorobku, a nagrany po pięciu latach przerwy, album "For Their Love" amerykańskiej grupy Other Lives. Muzycy z Oklahomy w odróżnieniu od brytyjskich debiutantów mają już nieco bardziej  ugruntowaną pozycję w alternatywnym półświatku - pomogły im wspólne koncerty z Radiohead, występy u boku Bon Iver. Bardzo lubię ich wydawnictwo z 2011 roku (znów ta data, przypadek?), zatytułowane "Tamer Animals", które długo gościło w moim odtwarzaczu, ciesząc spragnione wrażeń uszy.
   Część członków formacji zaczynała pod nazwą Kunek, dając o sobie znać indie-rockowym albumem "Flight Of The Flynns". Jednak dopiero krążkiem "Tamer Animals" zjednali moją przychylność. W  tamtym okresie przyciągali uwagę słuchaczy smakowitymi aranżacjami, które wypełniały gustowne ornamenty (fagot, klarnet, wiolonczela, trąbka, waltornia itd.), zdradzające inklinacje kompozytorskie ich twórcy - Jesse'a Tabisha. Wokalista i gitarzysta grupy słuchał wtedy dużo współczesnej klasyki, wśród inspiracji wymieniał między innymi dokonania Philipa Glassa... oraz ścieżki dźwiękowe Ennio Moricone. W tamtym czasie wiele utworów w wersji pierwotnej powstało na komputerze, w oparciu o program do orkiestracji. Tekst zaś najczęściej przelewały się na papier w trakcie długich podróży furgonetką, pomiędzy jednym koncertem, a kolejnym występem przed publicznością.

O ile poprzednie wydawnictwo grupy "Rituals" (2015), było drobnym ukłonem w stronę nowoczesnego brzmienia (większe wykorzystanie elektroniki i studyjnych zabawek), o tyle najnowsza propozycja "For Their Love" stanowi swoisty powrót do indie-folkowych korzeni. Możemy się o tym przekonać słuchając dobrego otwarcia, ballady "Sound Of Violence", która aranżacją i wykonaniem przywołuje ducha krążka "Tamer Animals". Znów poszczególne dźwięki płyną łagodnie od taktu do taktu, łącząc się w urokliwą melodię, którą podkreśla wokaliza Jesse'a Tabisha (w chórkach usłyszymy Kim Tabish oraz Josha Onstotta). "Lost Day" i "Cops" nawiązują lub przywołują skojarzenia ze starym dobrym The National. Moją ulubioną kompozycją od pierwszego przesłuchania stała się "All Eyes/For Their Love" - specyficzny filmowy charakter udało się uzyskać dzięki orkiestracji, pokazując tym samym, wspomniany już wyżej, talent kompozytorski autora. "Dead Language" zaśpiewany został w nastroju Leonarda Cohena, a "Nites Out" ma potencjał przeboju.
I tym razem w tekstach Tabish nie stroni od społeczno-politycznych refleksji, nie ukrywa również swoich sympatii, nosząc na kurtce nalepkę z podobizną Bernie Sandersa. Nowy album wiąże się również z przeprowadzką - wokalista wraz z żoną opuścili rodzinne miasteczko Stillwater (Oklahoma), i przenieśli się do Cooper Mountain Nature Park, gdzie wnętrze góralskiej chaty (widocznej na okładce płyty i w teledysku), zaadaptowano na potrzeby studia nagraniowego "A-Frame". Tabish ceni sobie etykę pracy, powolne i żmudne dokładanie oraz rozbudowywanie kolejnych akordów, u podstaw którego zawsze leży linia melodyczna. Podkreśla również, jak ważny w jego twórczych dokonaniach jest element tajemnicy, niepewności. "Bez tego, co nieznane, bez możliwości popełnienia błędu, nie byłoby to takie ekscytujące. Gdybyś dokładnie wiedział, co robisz, zabrałoby to całą frajdę".
Pamiętam jak przed laty jeden z recenzentów napisał o płycie "Tamer Animals", że brzmi niczym: "Znajomy szept dawnego przyjaciela". Po wysłuchaniu krążka "For Their Love" mam nieodparte wrażenie, że znów słyszę ów znajomy szept.

(nota 8/10)







A na koniec moje ulubione cudeńko "All Eyes/For Their Love" i tradycyjne życzenia smacznego!




niedziela, 9 lutego 2020

THOMAS HOWARD MEMORIAL - "BONAVENTURA" (Upton Park Publishing) "Podwójna duża czarna"

   Dziś przeniesiemy się na kilka chwil, chwil kilka, do Francji, dokładnie mówiąc do niewielkiej miejscowości Loguivy-Plougras, która leży w Bretanii. To własnie tam mieści się wspaniałe studio nagraniowe Kerwax, prowadzone przez Christope'a Chavanona. Powiedzieć, że każdy miłośnik analogowego sprzętu powinien tam znaleźć coś dla siebie, to w zasadzie niczego nie powiedzieć. To prawdziwy raj dla fanów audio spod znaku "vintage". Szczególnie zapada w pamięć stół mikserski, wzmacniacze i przedwzmacniacze lampowe, które wraz z podpiętymi do nich mikrofonami dawno już obchodziły jubileusz złotych godów. Studio mieści się w budynku dawnej szkoły i posiada sporą powierzchnie użytkową (1350 metrów kwadratowych). W jego sercu znajduje się centrum dowodzenia, czyli lampowo-tranzystorowa 24-kanałowa konsola miksująca z lampą próżniową, poza tym można skorzystać z dobrodziejstw, który oferuje mikser tubowy Klangfilm Siemensa KLR060 (1960), przedwzmacniacz to między innymi Polygram Philips, a magnetofony szpulowe mają logo Revoxa. Całość robi spore wrażenie, nawet na tych, którzy sporo już w audofilskim temacie widzieli oraz rodzi poniekąd retoryczne pytanie - jak to możliwe, że sprzęty wyglądające na eksponaty muzealne wciąż są sprawne?

Przekonali się o tym dobitnie muzycy francuskiej grupy Thomas Howard Memorial. Zespół kilka lat temu założył jego lider, wokalista i gitarzysta Yann Ollivier, który wcześniej wyżywał się artystycznie w formacji Craftmen Club. Nazwę "Thomas Howard Memorial" zaczerpnął od prawdziwego imienia i nazwiska Jessego Jamesa. W ich dorobku znajdziemy trzy epki, jedną płytę długogrającą, wydaną w 2016 "In Lake", która pozostała bez większego odzewu w prasie branżowej.  Pozostali członkowie zespołu to: Vincent Roudaut (bas), Elouan Jeagat (gitara, śpiew), Camile Courtes (perkusja). To właśnie ten skład pojawił się w ubiegłym roku w gościnnych wnętrzach studia Kerwax, i co warte podkreślenia, pojawił się z niczym. Pierwsze pomysły, nieśmiałe szkice linii melodycznych ujrzały światło dzienne dopiero w otoczeniu zabytkowych wzmacniaczy lampowych, w wyniku wzajemnych interakcji oraz swobodnych improwizacji. Trzeba w tym miejscu dodać, że album "Bonaventura", szczególnie w niskich rejestrach, brzmi atrakcyjnie, głęboko i miękko, dzięki czemu zwraca na siebie uwagę sekcja rytmiczna. Od pierwszych chwil, tuż po psychodelicznym otwarciu "Tunnel", słychać fascynację art-rockowym, czy popowym graniem z przełomu lat 60/70-tych, jak w "The New Told Lies". Dominuje spokojne tempo narracji: "Irma's Death Toll", "Let It Glow", a psychodelicznych wtrąceń w dalszej części płyty pojawi się nieco więcej. Sugestywna wokaliza, charakterystyczna aura nagrania "The Call"( utwór poświęcony pamięci przyjaciela Vincenta Roudauta; ktoś dzwoni na automatyczną sekretarkę, żeby znów usłyszeć głos swojego bliskiego) sprawiła, że moje skojarzenia popłynęły w stronę twórczości Pink Floyd lub Porcupine Tree. Tych estetycznych tropów jest kilka, bo i Calexico czy Balthazar, ale także tony wyrafinowanego indie-folku pobrzmiewają na tym 60-minutowym albumie. Z kolei kompozycja "Clint" pokazuje zarówno fascynację westernami, jak i możliwości zespołu sprawnie poruszającego się w krainie gustownych soundtracków.  Niewiele jest - zważywszy na inspiracje i upodobania członków grupy - w tych trzynastu odsłonach "Bonaventura" solowych wypowiedzi gitarzystów; Yann Ollivier i Elouan Jegat grają dla zespołu, a nie przed nim czy na własny rachunek.  Album  pokaże pełnię brzmieniowych możliwości w podwójnej wersji winylowej.

(nota 7.5/10)













piątek, 20 grudnia 2019

SIDNEY LINDNER & THE SILVER WILDERNESS COLLECTIVE - "SUMMER GHOSTS/NIGHTFALLS" (BURST& BLOOM) "Kościół do wynajęcia..."

    Sidney Lindner pamięta, że to był długi upalny letni dzień. Żar lał się z nieba, wdzierał się bezczelnie do budynków i domów, wygrywając tam w nierównej walce z resztkami kojącego chłodu. Wiele wskazywało na to, że wakacje roku 2017 spędzone w stanie New Hampshire, przynajmniej pod względem pogody, zapowiadały się na wyjątkowo udane. "To na pewno tutaj?" - zapytał Lindner. "Tak, to tu..." - odparł z przekonaniem Michael Yorgensen. Obydwaj panowie prosto z Portland dotarli do miejscowości Sunapee, zatrzymali się pod adresem, gdzie według treści ogłoszenia miał znajdować się wskazany w nim obiekt. Jak dokładnie brzmiał ów anons, tego Sindey Lindner nie pamięta. Być może treść ogłoszenia zamknięto w kilku lakonicznych słowach w stylu: "Kościół do wynajęcia... tanio...". Michael Yorgensen od dawna chciał wynająć pomieszczenie starego kościoła, żeby zaadaptować je na potrzeby studia nagraniowego. Sidney Lindner z kolei od dawna zamierzał nagrać coś wspólnie ze swoim kolegą. To właśnie wtedy i w takich okolicznościach rozpoczęły się prace nad kompozycjami, które dwa lata później, w roku 2019, wypełniły album "Summer Ghosts/Nightfalls". Przy tej okazji powstało również studio nagraniowe - Community Recording Services - które Michael Yorgensen prowadzi wraz z Karen Elizabeth (obecna siedziba to miejscowość Tolland, stan Connecticut).

Wcześniej Sidney Lindner sporo podróżował, urodził się w Paryżu, później przeniósł się do USA, gdzie rodzina nigdzie nie mogła na dłużej zagrzać miejsca, stąd przyszły wokalista i autor tekstów musiał aż 11 razy zmieniać szkołę. Debiutował fonograficznie w 2002 roku albumem "The Shinning Example Is Lying On The Floor", z grupą The Hotel Alexis, w skład której wchodzili muzycy formacji Torrez i Josh Ritter's Band, wydanej we własnej wytwórni Broken Sparrow Records. Pod tym szyldem ukazały się jeszcze dwie płyty; wprawdzie zespół formalnie wciąż istnieje, jednak w najbliższym czasie nie należy się spodziewać ich nowych piosenek. W roku 2011 pojawił się solowy album Lindnera zatytułowany "Holy Brother Of The Mountain Sun", poświęcony zmarłemu bratu. Tak się złożyło, że najnowsze wydawnictwo "Summer Ghosts/Nightfalls" również dedykowane jest bratu. Inspiracją do jego powstania były niektóre kompozycje stworzone wraz z bratem - Cayce - kilkanaście lat temu. Dopiero teraz, po przeszło dekadzie, zyskały nowe barwy i zupełnie inne kształty.

"Musi istnieć coś w rodzaju "zdarzenia wyzwalającego", które zwykle rozpoczyna lawinę następujących po sobie pomysłów" - powiedział Lindner w jednym z wywiadów. Amerykański wokalista dużo słyszał o wpływie konkretnego miejsca na proces twórczy, i wreszcie chciał się przekonać o tym na własnej skórze. W ten sposób powstało kilkanaście kompozycji, które w pierwotnym zamyśle Lindner miał wykonać w duecie z Yorgensenem (gitara, organy, fortepian, syntezator). Jednak po krótkim namyśle i czasie zdecydowano się opublikować 10 utworów, a do składu dołączyli wspomniana już powyżej Karen Elizabeth (wokal), Gregg Porter (perkusja), Clara Kebabian (altówka, skrzypce), Guy Capecaletro (gitara, bas). Rynek muzyczny przywitał nowy twór: The Silver Wilderness Collective (nazwę amerykański muzyk zaczerpnął od tytułu płyty, którą nagrał przed laty wraz z bratem jako Golden Hotel).

Trzeba przyznać, że album "Summer Ghosts/Nightfalls" dobrze oddaje klimat letniej ciepłej nocy. Trochę tu nastrojów nawiązujących do twórczości Nicka Cave'a, Howarda Gelba, Drake'a czy Tindersticks. Dominuje podany gustownie indie-folk i leniwe takty americany. W poszczególnych aranżacjach wykorzystano partie skrzypiec, harmonijki czy trąbki, która w "The Rest Of My Days" przypomniała mi dokonania grupy The Belle And Sebastian. Niespieszna narracja wykreowana głębokim i ciepłym głosem Lindnera znajduje uzupełnienie w kolejnych odsłonach płyty. Uwagę przykuwają świetnie zrealizowane: "Lariat" , "You & Me Kid", a kompozycja "It's Just a Rush" ma w moim odczuciu potencjał alternatywnego przeboju.


(nota 7.5/10)










 Innym przebojem ostatnich dni, którym chciałbym się z Wami podzielić, jest dla mnie utwór Kaśki Sochackiej - "Śnię". Wracam do tych prostych nut regularnie i z uporem maniaka. Nutki, owszem, może i proste, ale połączone ze sobą tak, jakby w takim właśnie układzie trwały schowane od lat, czekając na odkrycie. W aranżacji coś można by zmienić, coś dodać tam i tu... Najważniejsze, że wokalistka subtelnie prowadzi za rękę słuchacza i trudno z jej zmysłowych objęć się uwolnić. Sympatyczna Kaśka wystąpiła kilka lat temu w programie "Mam talent" oraz później w "Must Be The Music". Niestety nie oglądam tego typu audycji, gdzie wątpliwej jakości "JURY" nieudolnie próbuje oceniać czasem naprawdę wyjątkowo uzdolnionych ludzi, którzy swoim talentem mogliby obdzielić i wątpliwiej jakości "JURY", i jeszcze kilka osób z wynajętej do oklaskiwania widowni. Pani Katarzyna współpracuje z wytwórnią Jazzboy Records. Mam nadzieję, że album "Summer Ghosts/Nightfalls" oraz cudny dream-pop od Kaśki Sochackiej umili Wam świąteczny czy też wolny czas.









piątek, 29 listopada 2019

VIREO - "LEAF HEAP" (Bandcamp) "Zosia Samosia na stercie liści"

    Nie ma to, jak znaleźć odpowiedni tytuł, który dobrze korespondowałby z tym, co aktualnie rozgrywa się, jeśli nie na naszych oczach, to z pewnością za naszymi oknami. "Listopad, prawie koniec świata", ciemno, szaro, niebo zaciągnięte powłoką gęstych chmur, uciążliwe pytania deszczu, i szybkie odpowiedzi wiatru, który przesuwa kolejne sterty liści. I tak też można przełożyć tytuł drugiego w dorobku albumu - "Leaf Heap" - projektu Vireo. Pod tą nazwą ukrywa się jedna osoba, amerykański twórca Chris Beaulieu. Bardzo lubię takie płyty z drugiego, jeśli nie z trzeciego obiegu, których niemal nikt nie zauważa, nikt nie recenzuje, a które zwykle przepadają bez większego echa. I pomyśleć, że niekiedy wystarczy poświęcić im kilka chwil, trafić na odpowiednią porę, właściwy nastrój, żeby porwał nas ze sobą zestaw odpowiednio ułożonych nut. I oto coś, co z pozoru wydawało się błahe, niezbyt intrygujące, nagle odkrywa przed nami swoją głębię.

Chris Beaulieu debiutował trzy lata temu płytą: "Vireonidae", gdzie oprócz swobodnej zabawy dźwiękiem, próbował wypracować ciekawe brzmienie, i uczył się podstaw kompozycji. Na drugiej płycie większą uwagę poświęcił linią melodycznym - lekkie, zgrabnie zaaranżowane, senno-marzycielskie (szczególnie w drugiej części albumu), i zapadające w pamięć piosenki, wypełniające "Leaf Heap", utrzymane są w indie-fokowej stylistyce. Podstawą wszystkich kompozycji są instrumenty akustyczne, dominują gitary, urokliwe harmonie wokalne, w aurze zbliżonej nieco do tego, co robi Denison Witmer. Amerykański artysta nie dość, że całkiem udanie tworzy sugestywne przestrzenie, to jeszcze potrafi wypełnić je delikatnym śpiewem. Chris Beaulieu bardzo lubi dokonania Fleet Foxes i Sufiana Stevensa, ponoć każdej zimy umila sobie czas słuchaniem jego albumu "Greetings From Michigan", stąd pewnie drobne naleciałości lub podobieństwa w prowadzeniu głosu. Owa wspomniana przeze mnie wyżej delikatność, "miękkość" to znak rozpoznawczy najnowszego albumu.
Mimo, iż za nazwą Vireo ukrywa się tylko jeden, 25-letni, człowiek, to w żadnym momencie album "Leaf Heap" nie sposób tego odczuć. Muzyk z Pittsburgha z dużym wyczuciem wykorzystuje kolejne instrumenty i nie pozwala słuchaczowi się nudzić. Jak sam przyznał, najbardziej lubi aranżować perkusję, czy mówiąc nieco szerzej - perkusjonalia. W utworze "Throwin' Skippers" autor wykorzystał dźwięki: taśmy izolacyjnej, noży kuchennych, garnków, patelni, kieliszków do wina oraz odgłosy maszyny do pisania. W tym przypadku trudno nie zgodzić się z tezą, że muzyka ukrywa się dookoła nas. W tak kreślonej perspektywie można odnaleźć subtelne podobieństwa, szczególnie w nastroju niektórych kompozycji amerykańskiego barda, do twórczości Noiserv. Podstawowa różnica jest tak, że Chris Beaulieu nie wykorzystuje tylu pętli, co David Santos. Portugalski artysta znany jest z tego, że zapętla partie kolejnych dźwięków, dodaje następne pętle, i tak sekwencja po sekwencji systematycznie rozbudowuje całą kompozycję, która w finale brzmi, jak wykonana przez małą orkiestrę. Skoro z Chrisa Beaulieu taka "Zosia Samosia" nie dziwi fakt, że również okładkę zaprojektował i stworzył sam. Stworzył w sensie dosłownym, gdyż ta jakże urokliwa makieta miasteczka to dzieło wytrwałości i żmudnej pracy jego rąk. Ostatni album inspirowany był długimi spacerami oraz książką "Pilgrim at The Tinker Creek" - Annie Dillard (powieść z 1974 roku, zdobyła Nagrodę Pulitzera,  dotyczyła kontemplacji życia oraz natury).


(nota 7/10)  









czwartek, 3 października 2019

FIELD GUIDES - "THIS IS JUST A PLACE" (Whatever's Clever) "AKSOLOTL Z BROOKLYNU"

    "Był czas, kiedy dużo myślałem o aksolotlach. Chodziłem je oglądać do akwarium w Jardin des Plantes i spędzałem całe godziny na przyglądaniu się im, obserwowaniu ich bezruchu, ich tajemniczych drgnień. A teraz sam jestem aksolotlem"  ("Aksolotl" - Julio Cortazar)

  Naszym dzisiejszym gościem będzie Benedict Kupstas oraz jego wesoła gromadka ukrywająca się pod nazwą Field Guides. Wyśmienitą do tego okazją jest trzecia w ogóle, a druga oficjalna, płyta, która ukazała się kilka dni temu, czyli krążek zatytułowany "This Is Just A Place". Benedict Kupstas to muzyk i pisarz rezydujący w Nowym Yorku. Zaczynał jako chłopak z gitarą, który dzielił się swoją twórczością tylko w wąskim kręgu bliskich znajomych. Tak się złożyło, że to jednemu z nich w końcu udało się namówić amerykańskiego artystę do publicznego występu. Koncert odbył się w... sklepie ze słodyczami, tyle że zamiast solowego recitalu Benedict wystąpił u boku zaprzyjaźnionych  muzyków, z którymi to zagrał wtedy między innymi cover grupy Smog. Najwyraźniej wspólne granie spodobało się wszystkim zainteresowanym na tyle, że postanowili je kontynuować, na salę prób wybrali dość egzotyczne miejsce - opuszczoną fabrykę farmaceutyczną Pfitzera, przy Flushing Avenue, oczywiście na Brooklynie.

Benedict Kupstas ma osobliwe hobby - zbiera nagrania terenowe z całego świata. Rejestruje głównie odgłosy przyrody: szum wody, liści, śpiew ptaków itd. Jego niespełnionym, póki co, marzeniem jest zostanie w przyszłości ornitologiem. Owe wspomniane przeze mnie wyżej nagrania terenowe wykorzystał na oficjalnym debiucie grupy: "Boo, Forever". Pośród nich znalazły się te dokonane w Parku Narodowym Corcovada na Kostaryce, oraz te z Parco Nationale delle Terre we Włoszech. Tytuł albumu został zaczerpnięty z twórczości jednego z ulubionych pisarzy naszego dzisiejszego bohatera - Richarda Broutigana (związany w ruchem beatników, autor powieści "Łowienie pstrągów w Ameryce"). Debiutancki krążek w ciekawy sposób łączył elementy alternatywnego rocka z indie-folkiem. W warstwie tekstowej był również wyrazem hołdu, jaki autor składał naturze, z jej bogactwem fauny i flory.

Na drugie oficjalne wydawnictwo przyszło nam czekać pięć lat. W tym czasie skład grupy ulegał zmianie, jedni muzycy odchodzili, ich miejsce zajmowali kolejni. Wydawnictwo "This Is Just A Place" przykuwa uwagę dojrzałością brzmieniowych rozwiązań, w stosunku do tego co oferował poprzedni krążek. Mamy tu mnóstwo ciekawych pomysłów aranżacyjnych, różnorodność użytych instrumentów - skrzypce, wiolonczela, saksofon, fortepian, organy Hammonda, ...paczka po chipsach. Całość zgrabnie zmiksował D.James Goodwin, w swoim prywatnym studiu "The Isokon", w Nowym Yorku, który współpracował między innymi z Kevinem Morby, Timem Berne, Davidem Tornem. Początek albumu czyli "Art of Fiction No.83" to delikatne westchnienia smyczek i gitary, oraz głosy - Kupstasa i Jamie Reeder. To śpiewanie na dwa wokale - męski i kobiecy - nie trzymanie się sztywnych podziałów, a więc swobodna ich wymiana, dzielenie się poszczególnymi partiami, sprawiło, że kompozycje zyskały na atrakcyjności. Kilka z tych ośmiu utworów zawartych na ostatnim wydawnictwie grupy przypomina dokonania Camera Obscura czy Belle And Sebastian, pozostałe kierują nasze skojarzenia w stronę takich formacji jak The National lub The War On Drugs, Yo La Tengo. Pośród ważnych inspiracji Benedict Kupstas wymienia konkretne tytuły oraz ich wykonawców: Nick Cave - "Distans Sky", Yo La Tengo - "Our Way To Fall", Gastr Del Sol - "Blues Subtitles No Sens of Wonder", Broadcast - "Tears In The Typing Pool",  Sparklehorse - "It's a Wonderful Life." Jeśli chodzi o tropy literackie, to jednym z ulubionych opowiadań amerykańskiego twórcy jest nowela "Aksolotl" Julio Cortazara, do którego to tekstu ponoć wraca kilka razy do roku. I tak oto w najlepszej i mojej ulubionej kompozycji "Mondegreen", podmiot liryczny staje przed akwarium i patrzy z uwagą przez szybę na przepływające tam ryby... "At The Aquarium Looking Through The Glass I Saw A Part Of Myself Looking Back" - zupełnie tak, jak bohater opowiadania Cortazara.

"I w tej ostatniej samotności, której już nie zakłóca swymi powrotami, pocieszam się, że może coś o nas napisze; będzie myślał, że opowiada bajkę, i napisze to wszystko o aksolotlach" (Julio Cortazar - "Aksolotl").


(nota 7/10)







piątek, 13 września 2019

DEVANDRA BANHART - "MA" (Nonesuch Rec.) "Na kanapie Jima Morrisona"

   O bohaterze dzisiejszego wpisu napisano wiele, także na naszym krajowym podwórku. Ciężko więc zamieścić chociażby i krótką wzmiankę, w której nie powtarzałoby się znanych faktów lub innymi słowy nie mówiło o tym samym. Można dla uproszczenia stworzyć mapę skojarzeń lub odniesień, mniej lub bardziej kojarzących się z amerykańskim artystą, która bez większej korekty i głębszego zastanowienia wyglądałaby następująco: Wenezuela, Ameryka, hinduski guru Prem Rawat, błogosławieństwo, imię Devendra (Indra) oznaczająca hinduskiego boga deszczu, nauka w San Francisco Art Institue, knajpy i granie, puby i solowe występy, Paryż, vagabunda, freak, pożyczona sekretarka do rejestracji pomysłów, San Francisco i Los Angeles, Michael Gira (Swans) przesłuchujący ponad 50 "demówek", płyta: "OH ME OH MY", freak folk, New Weird America, Caetano Veloso, Arthur Russell, Nowy York, nagroda Grammy za okładkę do albumu "What Will We Be", aparycja (niegdyś): "coś pomiędzy Frankiem Zappą, a... Rasputinem", Nathalie Portman, reklama Ray Ban, vibrato, kolekcjoner mistycznych artefaktów: marynarka Micka Jaggera, kanapa Jima Morrisona itd.

Gdybyśmy jednak na chwilę zapomnieli o wygodnych, głównie dla krytyków, szufladkach, gdybyśmy na moment zawiesili gdzieś modne i typowe skojarzenia, co nam pozostanie? Melodia i tekst, tekst i melodia, bowiem... i jako kompozytor, i jako tekściarz Devendra Banhart szczególnie na ostatnich wydawnictwach wypada bardzo dobrze. Amerykański artysta wyraźnie dojrzał - do prostoty, do wyrafinowania - czego dowodem są również najnowsze kompozycje wypełniające album "MA".  Płyta zawiera 13 piosenek w ciekawych aranżacjach - raz to wpadnie w ucho fraza fortepianu (Tyler Cash), to znów da o sobie znać oddech saksofonu lub trąbki (Jordan Katz). Część utworów zastała zaśpiewana w języku Javiera Mariasa, są też zdania po portugalsku czy japońsku.
Pisanie piosenek - pisanie w ogóle (na dobrym poziomie) - nie jest sprawą łatwą, nieraz przekonały się o tym nie tylko Siostry Godlewskie. Jednak obcując z utworami Devendry Banharta słuchacz może odnieść wrażenie, że ich skomponowanie nie przysporzyło autorowi żadnego trudu. Najlepsze jego kompozycje brzmią tak, jakby ukryte w nich melodie tylko czekały na to, żeby je dostrzec, podnieść i oprawić w gustowne ramy.

"Czasami piosenka zaczyna się od rysunku,  a czasami rysunek od piosenki". Przy czym, w wydaniu Banharta owe rysunki przypominają te, które na lekcjach plastyki lub w domowym zaciszu tworzą dzieci, bo to właśnie dziecięcą wrażliwość postrzegania świata amerykański artysta chciał w sobie ocalić (jeden z takich rysunków znajdziecie w książeczce dołączonej do płyty).
Zatem, co zapada w pamięć po przesłuchaniu najnowszej propozycji amerykańskiego artysty zatytułowanej "MA". W kolejności: "Ami", ciekawy aranż w "Memorial", śliczna "Caroline", naturalnie "Abres Las Manos" - od którego trudno się uwolnić, "The Los Coast", gdzie Banhart mocno zbliżył się do terytorium od lat zarezerwowanego dla Davida Sylviana, a na koniec zgrabny, i owszem, duecik z Vashti Bunyan, czyli: "Will I See You Tonight". Całość długimi fragmentami całkiem nieźle koresponduje z ostatnią propozycją Helado Negro: "This Is How You Smile", o której napisałem jakiś czas temu.

(nota 7.5/10)  









Na koniec jedno z moich ulubionych  nagrań Devendry Banharta - "Middle Names", nawet na gitarę i głos brzmi tak, jakby grała to kameralna orkiestra.