Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siv Jakobsen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siv Jakobsen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 stycznia 2023

MEG BAIRD - "FURLING" (Drag City)/ SIV JAKOBSEN - "GARDENING" (The Nordic Mellow) "W ogrodach kobiecości"

 

     "(...) w oknach, przez które wyglądaliśmy jako młodzi ludzie, w dziecięcym krajobrazie, który uważaliśmy za wyłącznie nasz, i na ulicach wyczerpanych patrzeniem na przemijanie pokolenia za pokoleniem, na wszystkich zmierzających do tego samego smutnego końca; w restauracjach i na spacerach, i w cudnych parkach, i na słodkich polach, na balkonach i tarasach, z których tyle razy podziwialiśmy księżyc znudzony patrzeniem na nas, i w naszych fotelach, i krzesłach, i w pościeli, aż znika z niej nasz zapach i wszelki ślad po nas, a prześcieradła zostają podarte na szmaty albo na ścierki, nawet przy pocałunku ktoś nas zastępuje, i wtedy ta druga osoba zamyka oczy, żeby nas lepiej zapomnieć; we wspomnieniach i w myślach, i w marzeniach, i wszędzie, i tak oto wszyscy jesteśmy jak śnieg na ramionach, śliski i uległy, a śnieg zawsze topnieje".  Javier Marias - "Trucizna, cień i pożegnanie"



W roli głównej dziś płyty dwóch pań, które pewnie się nie znają, choć przy bliższym poznaniu mogłyby znaleźć wspólny, nie tylko muzyczny, język. Pojawienie się obydwu albumów zapowiadałem jakiś czas temu pięknymi singlami, promującymi te, jak się okazało, bardzo udane wydawnictwa. Na pierwsze z nich "Furling" - Meg Baird czekałem nieco bardziej, cierpliwie odliczając długie tygodnie, skreślając dni i godziny, aż do upragnionego piątku 27 stycznia. Jak widzę, zerkając na wyjątkowo pochlebne recenzje, nie byłem osamotniony w tym oczekiwaniu, ponieważ miłe słowa i pochwalne epitety sypią się pod adresem amerykańskiej wokalistki zgodnie i z różnych stron. 

Mało kto, nie tylko z krajowych dziennikarzy, pilnie śledził jej solową karierę, która wcale nie była szumna i pełna zwrotów akcji, czego potwierdzeniem jest dopiero/już czwarta w dyskografii płyta długogrająca. Meg Baird urodziła się w New Jersey, pochodzi z muzycznej rodziny, jej ojciec grał na puzonie, podczas gdy córka rozpoczynała naukę gry na fortepianie, w wolnych  chwilach szarpiąc struny gitary akustycznej. Szerszej publiczności dała się poznać kilka lat później, z początkiem nowego tysiąclecia, jako wokalistka i gitarzystka psycho-folkowego zespołu Espers. Dwadzieścia lat temu było o nich głośno, szczególnie na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, gdzie tradycje psychodelicznego grania, nawiązującego do przełomu lat 60/70, wciąż są żywe i pielęgnowane. Jej solowy debiut przypadł na 2007 rok, nosił nazwę "Dear Companion". Wydany przez wytwórnię Drag City album zawierał akustyczne folkowe pieśni, rozpisane głównie na gitarę i głos, intymne i niezbyt przebojowe wyznania, utrzymane w duchu kompozycji Joni Mitchell, Nicka Drake'a, Lindy Perhacs, czy Joan Baez, do której często porównywano jej sposób śpiewania.

Delikatna, eteryczna wokaliza Meg Baird, wykorzystująca raz po raz niezbyt dziś popularne długie dźwięki i wysokie rejestry, potrzebuje odpowiedniego otoczenia, żeby wybrzmieć w pełni, i nie zostać przytłoczoną przez inne zbyt śmiało poczynające sobie instrumenty. Dlatego w tym przypadku tak ważne były inteligentne aranżacje, których na szczęście nie zabrakło na albumie "Furling". Układając tytuł najnowszego albumu Meg Baird wyobraziła sobie zwijanie żagla. Nie oznacza to jednak, że artystka miała na myśli głównie pożegnania i kres podróży; bez wiatru dmuchającego w żagle można również się przemieszczać, a właściwie swobodnie dryfować, co chyba najbardziej oddaje charakter tych dziewięciu kompozycji. Oprócz tradycyjnych w przypadku amerykańskiej wokalistki gitary akustycznej oraz fortepianu, znajdziemy w nich mnóstwo świetnie wykorzystanych instrumentów: klawesyn, melotron, harfa (pięć lat temu Meg Baird nagrała płytę z harfistką Mary Lattimare), flet, organy, wibrafon, rozmaite perkusjonalia. Płytę wyprodukował Tim Green w Louder Studios, z kolei fortepian oraz linie wokalne dograno w Panoramic Studios, a ostateczny mastering wykonał pochodzący z Egiptu inżynier Hera Kadry (znany ze współpracy ze Slowdive czy Beach House).

Kilka z tych utworów brzmi tak, jakby zarejestrowano je w przydomowym ogrodzie, podczas niczym nieskrepowanego muzykowania, jak chociażby jeden z moich ulubionych, niezwykłej urody - "Will You Follow Me Home?". W tych znakomicie połączonych ze sobą tonach jest jakaś lekkość, zwiewne flow, które popycha kompozycję naprzód, podkreślając wagę, a zarazem ulotność, poszczególnych chwil. Wystarczy kilka prostych dźwięków, powtórzonych rytmicznie taktów, i słuchacz już bez trudu wchodzi do środka. Rozciąga się przed nim oniryczny krajobraz, z łatwością odmalowany przez akordy gitary akustycznej i pozostałe instrumenty. Jednym z nich jest eteryczny długimi fragmentami głos Meg Baird, jak w otwierającym album "Ashes, Ashes", gdzie wokaliza oparta została na wspomnianych wcześniej długich dźwiękach, wijących się i unoszących w powietrzu niczym języki ognia albo pył poruszany podmuchami wiatru. Pewnie nie tylko autor tego wpisu, przy tej okazji przypomniał sobie filmy Antonioniego - "Powiększenie" czy "Zabriskie Point". Urokliwy "Star Hill Song" budzi skojarzenia z dokonaniami równie rozmarzonej Mazzy Star, w "Unnamed Drives" - amerykańska artystka spaceruje po terytorium, po którym od lat tak sprawnie porusza się Neil Young. Z kolei "Cross Bay", czy kończący całość "Wreathing Days" pokazuje nieco bardziej klasyczne oblicze Meg Baird, znane z jej poprzednich płyt. W warstwie lirycznej autorka tekstów tym razem nie szukała trafnych metafor, intrygujących porównań, czy też bezpośrednich form przekazu. Raczej skupiła się na stronie emocjonalnej lub dźwiękowej poszczególnych fraz, używając słów tak, jak używa się barw albo punktów wyjścia dla swobodnych skojarzeń.

(nota 8/10)

 


Zamiast dodatków, zgrabnych singli i świetnych piosenek, odnalezionych na słabych lub przeciętnych płytach, których mało kto wysłuchał do samego końca, mam dla Was drugi bardzo dobry album, który koniecznie trzeba przesłuchać. O jego autorce Siv Jakobsen wspominałem już wiele razy, na moim blogu znajdziecie recenzje dwóch poprzednich wydawnictw - "The Nordic Mellow" (2017), "A Temporary Soothing" (2020). Najnowsza płyta, chyba najlepsza w całym dorobku - "Gardening", ukazała się przed tygodniem, zawiera dwanaście dobrych i spójnych kompozycji, utrzymanych w indie-folkowej stylistyce. Zmiana producentów, tym razem norweska artystka postawiła na lokalnych mniej znanych fachowców - Hansa Olava Settema i Simena Mitlida - przyniosła zamierzony efekt. Poszczególne utwory pokazują Siv Jakobsen nie tylko jako zdolną wokalistkę, ale też autorkę pięknych, poruszających melodii i przemyślanych tekstów.

 Wokalistka z Oslo i Meg Baird mają sporo wspólnego. Obydwie panie stawiają kroki na tej samej żyznej folkowej glebie, przy czym Amerykanka jest w swoich poszukiwaniach nieco bardziej dojrzała i wyrafinowana, ciągnie ją w stronę psychodelicznych roślin i onirycznych zakątków, podczas gdy Jakobsen wciąż, mimo upływu lat, udało się zachować dziewczęcy urok, poszukuje ujścia dla swoich lęków, pragnień i myśli, w tradycyjnej piosenkowej formule. Norweżka bardzo lubi swój przydomowy ogród, gdzie dogląda i pielęgnuje rośliny, stąd też tytuł jej najnowszego albumu. Ogród jako metafora umysłu i pamięci, znajdziemy tutaj piękne kwiaty, i egzotyczne krzewy, ale także chwasty, których nieraz tak trudno się pozbyć. "Na tej płycie dokonuję intensywnej emocjonalnej pielęgnacji (...). Mam nadzieję, że te piosenki mogą być pomocne dla każdego, kto doświadczył trudnego lub destrukcyjnego związku". W tym kontekście nie dziwi, że utwór "Small" opowiada o próbie zamknięcia za sobą pewnego etapu i rozpoczęcia życia na nowo, że piosenka "Blue" traktuje o staraniach związanych z wybaczeniem byłemu partnerowi, a w urokliwej odsłonie "Most Of The Time", znajdziemy takie oto frazy: " Chcę się przekonać, jak to jest być samą bez ciebie w moich myślach". 

Nie byłoby albumu "Gardening", gdyby nie pomoc grupy muzyków i przyjaciół. Z tego całkiem sporego grona warto wymienić dwa nazwiska - Emma Gatril (znana ze współpracy z prezentowaną niedawno Rozi Plain, czy This Is The Kit), oraz Marcus Hamblett (również  Rozi Plain). Ostatecznych miksów dokonał Zach Hanson, który pomagał chociażby Bon Iver i Hand Habits. 

(nota 8/10)

 


W jednym z utworów artystkę wsparła Ane Brun, chyba wciąż nieco bardziej znana i rozpoznawalna skandynawska wokalistka.



W kąciku improwizowanym, całkiem nieźle w dzisiejszym kontekście powinien zabrzmieć Nat Birchall, który wczoraj opublikował najnowszy album "The Infinity". 





sobota, 22 października 2022

EDITH JUDITH - "BONES AND STRUCTURE" (Ruination Record Co.) "Kubistyczny pop"

 

     Do płyty "Bones And Structure" zwabiło mnie nazwisko Dustina Laurenzi, amerykańskiego saksofonisty i kompozytora. Jego postać pojawiła się całkiem niedawno, kiedy recenzowałem na łamach bloga bardzo udany album "A Better Ghost". Reprezentujący scenę chicagowską muzyk przewinął się przez kilka składów, grał nie tylko u boku Jeremy Cunninghama i Paula Bryana, z którymi nagrał wyżej wymienioną płytę, ale również z Jeffem Parkerem,  Makayą McCravanem, Marqiusem Hillem, uczestniczył w trasie koncertowej Justina Vernona (Bon Iver). Autor znakomitego krążka "For Emma Forever Ago" był tak miły, że pozwolił mu skorzystać ze swojego studia April Base Studios, gdzie Dustin Laurenzi zarejestrował nagrania wydane pod szyldem tria Twin Talk. W jego skład oprócz saksofonisty wchodzą: perkusista Andrew Green oraz basistka i wokalistka Katie Ernst. Ta ostatnia prywatnie jest partnerką życiową Dustina, nic więc dziwnego, że to właśnie z nią stworzył duet Edith Judith (nawa pochodzi od ich psa).

Album "Bones And Structure" to kolejne dziecko, które rodziło się czasie pandemicznej izolacji. Kompozycje powstawały w zaciszu domowego ogniska, początkowo rejestrowane były na komputerze i przesyłane w postaci plików. Laurenzi warstwa po warstwie tworzył ramy poszczególnych fragmentów, a Katie Ernst wypełniała je tekstami oraz liniami melodycznymi. Ernst swoją przygodę muzyczną zaczynała od szkolnego chóru. Później ukończyła studia jazzowe w Eastman School Of Music w Rochester. Grając na basie dopełniała listy obecności wielu grup, jak chociażby zespołu Jasona Morana, gdzie także udzielała się wokalnie. Z klarnecistą Jamesem Falzone stworzyła duet, czego efektem była płyta "Wayfaring". Całkiem niedawno wydała także solowy album "Little Words", zainspirowana poezją Dorothy Parker. Obecnie jest dyrektorem zespołu jazzowego Wheaton College i wykłada na Byron Creek Music Academy. Celowo podkreślam to jazzowe zaplecze Katie Ernst, gdyż płyta duetu Edith Judtih - "Bones And Structure", raczej nie wpisuje się w szeroki obszar muzyki improwizowanej. Zdecydowanie bardziej stanowi próbę wyjścia z dobrze znanej jazzowej strefy komfortu i podążania w kierunku indie-popowych rejonów. Gatunek na tym wydawnictwie nie jest czymś z góry narzuconym, redefiniuje się na bieżąco przy okazji kolejnych odsłon. To, co od razu zwraca na siebie uwagę w piosenkach duetu Laurenzi/Ernst , to specyficzne miękkie brzmienie oraz coś, co dla potrzeb tego wpisu określiłbym jako "nieliniową melodyką".

 Ernst w swoich melodiach lubi zastosować drobne zwroty, wykorzystać momenty odbicia czy kontrapunkty. Próbuje zaskoczyć słuchacza nieoczywistością skojarzeń, nietypowymi rozwiązaniami czy połączeniami, co w indie-popowym środowisku nie zdarza się często. W takich utworach jak "Carry" czy "Hot Lava" przypomina dawne dokonania grupy Snowpoet. Znacznie mniej tutaj finezji, głębi przestrzeni, tej specyficznej dla poczynań Irlandczyków gładkości, którą mogliśmy odnaleźć na tak chwalonej przeze mnie płycie "Wait For Me". W muzyce Edith Judith napotkamy więcej myślenia o płaszczyźnie, geometrii utworu, tytułowej strukturze, co może budzić skojarzenia z estetyką kubizmu. Barwa głosu Katie Ernst przypomina nieco ton Lauren Kinselli, jednak Amerykanka bywa delikatniejsza, subtelniejsza i nie stosuje aż tylu środków ekspresji. Zważywszy na fakt, że ulubionym i podstawowym instrumentem Dustina Laurenzi jest saksofon, nieco może dziwić stopień jego wykorzystania na krążku duetu Edith Judith. Prędzej znajdziemy oszczędny, ale jednak, solowy popis gitary elektrycznej, jak chociażby w "Bridge", niż jakikolwiek dłuższy pokaz możliwości Laurenziego. Wygląda na to, że wyrozumiały mężczyzna starał się zbytnio nie przeszkadzać swojej partnerce w tym muzycznym dialogu. Dobrze, że zastosowano dodatkowe linie wokalne, pojawiły się chórki, a także drugi męski głos, w świetnie zaaranżowanym "Flesh & Bone". Warto też podkreślić pracę sekcji rytmicznej, szczególnie instrumentów perkusyjnych, o które zadbał zaproszony do współpracy Ben Lumsdaine. Płyta do odkrywania.

(nota 7/10)

 


Miniony tydzień zdominowały u mnie dwa utwory, do których wracałem najczęściej. Jeden z nich to oczywiście, w kontekście ostatnich wydarzeń, nowy utwór The Cure, o którym nieco później. Drugi natomiast to urocza, cudna, niezwykła piosenka Meg Baird, która promuje album "Furling". Ten ukaże się 27 stycznia 2023 roku nakładem znanej nam dobrze oficyny Drag City.



Wpadający w ucho fragment albumu "Love Factory" grupy Metronomy, tutaj z gościnnym udziałem Katy J Pearson.



Kolejna nasza dobra znajoma, recenzowana na łamach tego bloga, Siv Jakobsen przypomina o sobie singlem, promując w ten sposób najnowszy album "Gardening", który ukaże się 20 stycznia.



W "kąciku weterana" najwyższy czas na The Cure... Spokojnie... bez pośpiechu... bez nerwowych  ruchów, poczekamy... cierpliwie... zobaczymy, co przyniesie czas... może najbliższe dni, albo tygodnie, których do końca roku nie pozostało już tak wiele. W pierwszych planach płyta "Songs Of A Lost World" miała ukazać się we wrześniu, ale ten mamy już za sobą. Zespół jest w trasie koncertowej i pokazuje zaskakująco dobrą formę. Z pewnością Robert Smith i jego świta niczego i nikomu nie musi udowadniać. A fakt, że przy okazji występów właśnie w Polsce odsłania kolejne nowe piosenki, z pewnością należy odnotować, od kilku dni krzyczą o tym zachodnie portale. 

The Cure to przede wszystkim sfera pogłębionych emocji (również tych prywatnych, intymnych)... to podeszwa buta przyciśnięta do krtani, to krew, gorąca krew, wypełniająca żyły, to plamy na dywanie i tęsknota za "zdradzieckim pocałunkiem", dłoń kogoś bliskiego mocno zaciśnięta, "pocztówka udanej niedzieli", i ciarki na plecach, ... I jeśli te emocje są żywo obecne w warstwie muzycznej, w warstwie tekstowej, The Cure nie ma sobie równych w tej estetyce. Od kilku dni nie mogę się uwolnić od tej niezwykłej kompozycji, a kiedy w 6 minucie i 23 sekundzie Robert Smith zaczyna śpiewać, czuję to, co poczułem po raz pierwszy... tyle lat temu... Zresztą posłuchajcie sami. Emocje ponoć potrafią się udzielić...



Pozostaniemy w kręgu zimnej fali, 4 listopada szwedzka grupa The Secret French Postcards opublikuje płytę "Life Got Claws". Oto dobre narzędzie promujące to wydawnictwo.



Znany ze składów The Smile czy Sons Of Kemet, Tom Skinner również 4 listopada wyda swoją najnowszą płytę "Voices Of Bishara".



Bardzo rzadko możemy posłuchać artystów z Gwatemali, a właśnie stamtąd pochodzi wiolonczelistka Mabe Fratti, która swój  niedawno wydany album "Se Ve Desde Aqui" nagrywała w studiach Meksyku oraz Rotterdamu.



Dawno nie słyszałem J. Petera Schwalma, a wy?  Jest do tego okazji, bowiem całkiem niedawno wystąpił on u boku szwajcarskiego gitarzysty Stehpana Thelena. Panowie wspólnie opublikowali album "Transneptunian Planets". Oprócz nich w studiu pojawili się: nasz dobry znajomy, gitarzysta Eivind Aarset, Tim Harries zagrał na basie, oraz Manuel Pasquinelli, który zasiadł za zestawem perkusyjnym.






środa, 26 sierpnia 2020

SIV JAKOBSEN - "A TEMPORARY SOOTHING" (U OK? Rec.) "CHWILOWE UKOJENIE"

     Bardzo lubię barwę głosu Siv Jakobsen. Szczególnie zaś szkliste górne rejestry - coś jakby delikatnie obcierające się o siebie kawałki kryształów. W jej sposobie śpiewania odnajdziemy zarówno sporo dojrzałości, jak i dużo precyzji, pewnie postawionych dźwięków. Choć - co warto dodać - norweska artystka wciąż jest na muzycznym dorobku. Debiutowała w 2015 roku epką zatytułowaną "The Lingering". O jej ciepło przyjętym nie tylko przez krytyków pełnowymiarowym albumie "The Nordic Mellow", napisałem kilka słów na łamach tego bloga. Jakobsen urodziła się w Asker, niedaleko Oslo, i przez długi czas nie interesowała się muzyką. Może o tym zaświadczyć pierwsza zakupiona przez nią płyta długogrająca, którą był ponoć krążek Spice Girls (zaliczyła także koncert tej grupy). Cóż więcej dodać, każdy od czegoś musi zacząć swoją muzyczną przygodę. Dużo ważniejsze w biografii Siv Jakobsen jest to, co działo się później. A później zakupiła bilet lotniczy na podróż do USA, gdzie po wylądowaniu i przeszukaniu bagażów, w miejscowości Boston podjęła naukę na prestiżowej, i wielokrotnie wspominanej na stronach tego bloga, uczelni - Barklee College Of Music. Na drugim roku studiów zaczęła tworzyć pierwsze własne kompozycje. Pośród ważnych inspiracji, które na różnych etapach kształtowały jej gust - obok Spice Girls, ma się rozumieć - wymienia takich twórców jak: Ane Brun, Gregory Alana Isakova, Laurę  Marling. A także dokonania Bena Howarda - o jego ostatniej świetnej płycie wspominałem jakiś czas temu.

Tak się złożyło, że producentem albumu Howarda był Bond... Chris Bond, którego Siv Jakobsen poprosiła o pomoc podczas prac nad ostatnim wydawnictwem. I trzeba przyznać, że brytyjski producent dołożył wszelkich starań, żeby charakterystyczny głos norweskiej wokalistki znalazł dla siebie odpowiednią przestrzeń. O ile na debiutanckim "The Nordic Mellow" dominowało akustyczne brzmienie, o tyle na "A Temporary Soothing" znajdziemy mnóstwo ciekawych aranżacyjnych pomysłów. Dzięki wspólnym wysiłkom Chrisa Bonda oraz odpowiedzialnego za miksy Zacha Hansona (współpracował z Bon Iver, Waxahatchee), otrzymaliśmy do rąk zestaw dwunastu intrygujących indie-folkowych kompozycji. "Piosenki (...) są jak małe kapsuły czasu", potrafią przenieść twórcę do konkretnych momentów z przeszłości. "Pamiętam jak wyglądał wtedy pokój, jaka była pogoda...".
Już pierwsze słowa na płycie "A Temporary Soothing" zdradzają jej intymny charakter. Oto mamy do czynienia z czymś na kształt refleksji, zapisków, fragmentów prywatnego dziennika. "Nocą leżę w łóżku, obawiam się jutrzejszego światła". "Tytuł - "A Temporary Soothing" - powstał, kiedy uprzytomniłam sobie, że tak naprawdę nie można cały czas czuć się szczęśliwym" - zdradziła w jednym z wywiadów Siv Jakobsen. Do tej pory jej twórczość była kojarzona głównie z nordycką zadumą, melancholią, smutkiem, kobiecą delikatnością. Przy okazji drugiego wydawnictwa norweska wokalistka chciała, żeby piosenki zabrzmiały nieco mocniej oraz intensywniej. I takie też jest - jak na możliwości Jakobsen - energetyczne otwarcie albumu, czyli "Fearthe Fear". Potencjał alternatywnego przeboju posiada również "Anywhere Else" - piosenka o niepokoju, ale nie tym paraliżującym, czy wywołującym panikę, ale takim, który systematycznie drąży nas od środka i trzyma w "miękkim uścisku". Moją uwagę przyciągnął również śliczny "From Morning Made To Evening Laid", z bardzo dobrym rozwinięciem w drugiej części. Takich sugestywnych rozwinięć próżno było szukać na poprzednim krążku. Krótki i filmowy temat "Mothercombee" łagodnie i płynnie przechodzi w zamykający całość "I Call It Love". Z kolei "Fraud, Failure" przypomniał mi dawne dokonania Perry Blake'a - partia skrzypiec wykorzystana w tym utworze, przywołała barwny rustykalny pejzaż, chociażby taki, jaki rozciąga się na angielskiej prowincji, w pobliżu miejscowości Devon, gdzie nagrywano ten album. Kompozycja "A Feeling Felt Or Feeling Made" ma coś z estetyki rozwijanej przez Bena Howarda. Trudno dziwić się temu skojarzeniu, skoro tam i tu mamy do czynienia z tym samym producentem. Również ten klimat roztacza wokół siebie indie-popowa i moja ulubiona piosenka "Fight Or Flight". Inspiracją do powstania tego nagrania była fotografia bardzo starej - jak podkreśla Siv Jakobsen - pary leżącej razem w łóżku. Kto wie, być może on i ona, leżąc tak obok siebie, brali właśnie jeden z ostatnich oddechów. "Piosenka rozwinęła się w szersze spojrzenie na to, co znaczy zostać z kimś na zawsze, zdecydować o tym, i być tego pewnym" - oświadczyła Jakobsen. Stąd nie dziwią w tekście takie oto frazy: "To niekończąca się walka lub ucieczka, żeby przegrać, żeby kochać, odejść lub pozostać".
Dobre wiadomości z obozu Siv Jakobsen są takie, że norweska artystka uniknęła tradycyjnej pułapki drugiego albumu. Najnowsze wydawnictwo jest inne, ciekawsze i lepsze od udanego debiutu, pokazuje wyraźnie, że wokalistka wciąż stawia sobie nowe cele, i nadal się rozwija.

(nota 7.5-8/10)








  



piątek, 1 września 2017

SIV JAKOBSEN - "THE NORDIC MELLOW" (The Nordic Mellow Records) "Norweskie smuteczki"





Siv Jakobsen to urodzona w Asker, norweska autorka tekstów i wokalistka, absolwentka prestiżowego Berklee College of Music w Bostonie. Ameryka wywarła i wciąż wywiera na artystkę spory wpływ. Jej debiutancki duży krążek, zatytułowany "The Nordic Mellow", zaczął powstawać tuż po jej powrocie do Oslo z Brooklynu (mieszkała przy Metropolitan Avenue). Wakacje ubiegłego roku spędziła w Londynie, gdzie przy wydatnej pomocy Matta Ingrama i Dana Coxa, w studiu "Urchin", nagrywała cały materiał.
   Jak podkreśla w jednym z wywiadów, każda z jej nowych piosenek zawiera lub też powstała na skutek jakiejś frustracji. Jakobsen twierdzi, że w piosenkach, które tworzy, znaczniej łatwiej przychodzi jej wyśpiewanie pewnych słów, niż gdyby miała ich użyć, wypowiadając je prosto w twarz. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że na płycie "The Nordic Mellow" artystka właśnie kieruje owe słowa prosto w twarz, czy też mówiąc dokładniej, prosto do ucha słuchacza. W czym niewątpliwie pomogła realizacja płyty, z mocno wyeksponowanym głosem wokalistki, położonym w niektórych kompozycjach blisko mikrofonu, na pierwszym planie. Ten zabieg oraz specyficzna barwa głosu sprawia, że odbiorca od pierwszych nut "To Leave You" uzyskuje z norweską wokalistką intymny kontakt. Pomagają w tym również poszczególne instrumenty, użyte oszczędnie i w odpowiednim momencie. Większość kompozycji debiutanckiej płyty to utwory stworzone w oparciu o głos i gitarę, od czasu do czasu pojawia się perkusja, bas i subtelna orkiestracja. Na poziomie muzycznym to indie-folk, w którym można odnaleźć nawiązania do twórczości Johni Mitchell czy Damiena Rice. Ten ostatni wymieniony przeze mnie twórca jest, obok Ane Brun i Laury Marling, ulubionym artystą Siv Jakobsen.

   Chyba najbardziej klasycznie folkowym, a zarazem energetycznym utworem na debiutanckiej płycie jest kompozycja "Shallow Digger". To utwór, który swoją dynamiką i energią zaskoczył również samą artystkę. Ciekawe perkusjonalia zbudowały tutaj dodatkowe napięcie, choć do mojego pełnego szczęścia zabrakło jeszcze nieco więcej swobody, improwizacyjnego rozwinięcia. Pozostała, znakomita większość albumu "The Nordic Mellow", jest o wiele bardziej stonowana. To właściwie i w dużej mierze bardzo udane, gitarowe, trzy, czterominutowe ballady, zawierające - jak w sekretnym pamiętniku - wspomnienia, refleksje, wrażenia, czy intymne zwierzenia, wyśpiewane charakterystycznym i zapadającym w pamięć głosem Siv. ("Your silence reeks of cheating, reeks of her, I can sense her in your mouth, on my neck...").
  Kompozycja "Crazy", z leniwie rozwijające się zwrotką, pokazuje możliwości wokalne Jakobsen. Zgodnie z tytułem płyty, debiutancki krążek to "nordycka kraina łagodności". Moją ulubioną piosenką jest "We are not in love", bo to właśnie przy okazji wielokrotnego odsłuchiwania tego utworu pojawiły się ciarki na moim ciele, które zwykle są całkiem niezłym barometrem. Wydany pod koniec sierpnia album kilka miesięcy wcześniej promował bardzo urokliwy singiel "Like I Used To".  "The Nordic Mellow" to bardzo udany debiut fonograficzny norweskiej wokalistki - nie licząc wcześniejszej epki "The Lingering"(2015) - z którym naprawdę warto bliżej się zapoznać.
(nota 7.5/10)