Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christian Kjellvander. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christian Kjellvander. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 listopada 2025

LAC OBSERVATION - "A CITY OF GANDHARVAS" (Almost Halloween Time Rec.) "Muzyczne miraże"

 

   W dzisiejszej odsłonie bloga, tworzonej w pośpiechu, kilka wycieczek, przynajmniej metaforycznych - chociaż, jeśli ktoś ma czas i ochotę, może odwiedzić Neapol, Wiedeń i Brukselę, gdzie był nagrywany materiał, który przyjął tytuł - "A City Of Gandharvas". Autorem tego albumu jest międzynarodowy skład LAC OBSERVATION, który przy okazji reprezentuje wyżej wspomniane miasta oraz regiony, a także specjalni zaproszeni do studia goście. Tytułowe "Miasto Gandharwów" odnosi się bezpośrednio do tekstów buddyjskich, które przedstawiają to miasto, jako obraz mitycznego piękna, krainy szczęścia, usytuowanej gdzieś nad morzem lub na pustyni i zamieszkałej przez Gandharwów (niebiańskie istoty, żywią się zapachem drzew i kwiatów, do tego świetni muzycy). Ciekawą cechą tego miasta jest fakt, że kiedy zbliżasz się do jego bram, miasto raptownie oddala się, a w konsekwencji znika, staje się kolejnym złudnym mirażem.






Z całą pewnością nie jest to płyta dla zwolenników sterylnego czystego dźwięku. "A City Of Gandharvas"  nagrywany był na magnetofonie kasetowym i szpulowym, wykorzystano 4 -ścieżki i swobodę rejestracji. Na kolejnych etapach produkcji dołączyły do tego nagrania terenowe oraz te dokonane w domowych warunkach, co oczywiście przełożyło się na jakość dźwięku. Z drugiej strony dzięki temu uzyskano pogłębiony psychodeliczny nastrój, który jest punktem wspólnym wszystkich tych kilkunastu kompozycji. Oprócz psychodelii znajdziemy tutaj całe mnóstwo stylistyk - rock, pop, noise-pop, dream-pop, folk, indie-folk, eksperyment, ale również ambient i elektronikę. Czyli, jakby nie patrzeć, mamy tu do czynienia z nieskrępowaną podróżą pomiędzy gatunkami i formami.

Celowe zabrudzenia dźwięku nie są w muzyce czymś nowym, szczególnie w niezależnej niszy bywają chętnie wykorzystywane, i zazwyczaj stanowią dodatkowy atut. Już w otwierającym płytę utworze "Flown Past The Floating Fields" napotkamy sporo charakterystycznych dla tego materiału szumów i układów odniesienia. Oprócz tego dają o sobie znać dźwięki instrumentów akustycznych, gitar, organów i nagrań terenowych. Stanowi to całkiem niezłe wprowadzenie czy wstęp do pierwszego etapu podróży wiodącej do mitycznego miasta i wymarzonej krainy. W dalszej części płyty jest podobnie. Warto podkreślić, że kluczowy dla tego wydawnictwa pierwiastek różnorodności został zachowany.




Raz atmosfera kolejnych odsłon będzie się zagęszczać, w ramach wykorzystania eksperymentalnej rockowo-folkowej hybrydy. To znów przestrzeń dźwiękowa nieco się rozrzedzi, przywołując skojarzenia ze snem, onirycznym nastrojem, subtelnym pograniczem pomiędzy tym, co realne, a tym, co mgliste i jedynie wyobrażone.

Na poziomie produkcji tego albumu warto odnotować celowe wykorzystanie analogowej techniki rejestracji. Do tego dołącza całkiem bogate instrumentarium - gitary, mniej  lub bardziej przesterowane, perkusja, bas, saksofon, flet, banjo, efekty taśmy, itd. Ta wspomniana już dziś przeze mnie różnorodność manifestuje się także w stylistyce i dość płynnych przejściach - od psychodelicznego folku do akustycznego grania, poprzez ambientowe odsłony. Ta najdłuższa, o której trzeba wspomnieć, liczy sobie aż dwadzieścia minut. W moim prywatnym odczuciu stanowi jednak "pusty przebieg" lub niezbyt dobrze wykorzystany fragment, albo po prostu niepotrzebny dodatek, który musi obniżyć ocenę całości tego wydawnictwa. 

"Nasza gwiazda północy zgasła, wyruszamy na poszukiwanie przez unoszące się pola, gdzie cienie oddychają jak wiatr, a świt pachnie żelazem i snem". W kolejnych mniej lub bardziej udanych fragmentach tej płyty znajdziemy więcej poetyckich prób uchwycenia kluczowych etapów podróży, tej długiej malowniczej drogi, z bogactwem świata fauny i flory, który jest niczym więcej, jak tylko odbiciem ludzkiej świadomości. Na koniec dodam, że grupa Lac Observation to nie debiutanci, choć do tej pory jeszcze nie gościli na łamach tego bloga. Warto skorzystać z okazji i nieco bliżej przyjrzeć się ich twórczości.

(nota 7-7.5/10)

 



W minionych dniach nie miałem zbyt wiele czasu na odsłuchiwanie płyt. Obowiązki, pochłonął mnie turniej ATP Masters 1000 w Paryżu, ale przede wszystkim wciągająca lektura i serial - kolejna odsłona przygód Jacksona Lamba, który powstał na motywach świetnej powieści. Całkiem nieźle dzisiejszy główny temat powinna dopełnić wczoraj wydana płyta "Puritan Themes" amerykańskiego artysty, który gościł już na łamach bloga i ukrył się pod nazwą HOLY SONS.




Cóż, że ze Szwecji - dość silna reprezentacja. Mój ulubiony skandynawski bard niespodziewanie dla mnie wczoraj opublikował nowy album zatytułowany "Ex Voto/The Silent Love". Niestety nie jest to płyta na miarę świetnych poprzedniczek, które zrecenzowałem na tym blogu. Większość piosenek opartych została tylko na tonach gitary i śpiewie. Dla oddanych fanów twórczości CHRISTIANA KJELLVANDERA.




Kolejny szwedzki akcent zapowiadałem kilka tygodni temu. ANNA VON HAUSWOLFF wczoraj opublikowała całkiem udany album zatytułowany "Iconoclasts". Choć noty w stylu 9/10, są w moim odczuciu mocno przesadzone. Artystka przez ostatnie lata nie publikowała wydawnictw płytowych. Była zajęta komponowaniem muzyki do filmów i przedstawień teatralnych, co dość dobrze słychać na wydanym wczoraj albumie.




Francja i Eric Dele Porte, który dowodzi zespołem PERIO. Niedawno ukazała się jego nowa i całkiem przyjemna płyta zatytułowana "The Sharp Bones Of My Sleep".





KĄCIK IMPROWIZOWANY - miasto Melbourne, a w nim grupa TEMPORARY BLESSING i fragment z albumu "Sumbisori". Premiera całego wydawnictwa 5 grudnia. 





sobota, 24 maja 2025

SNOWPOET - "HEARTSTRINGS" (Edition Records) "Zaciągnięty hamulec"

 

    Tuż po opublikowaniu znakomitego albumu "Wait For Me", z radością zaprosiłem grupę SNOWPOET do grona tych najbardziej ulubionych artystów. Przyjąłem ich w tym ekskluzywnym klubie ciepło i serdecznie. I spokojnie wyczekiwałem na wieści o kolejnych nagraniach brytyjskiej formacji. Na płycie wydanej w 2021 roku wszystko się zgadzało w rzadko spotykany sposób. Na uwagę zasługiwało bardzo oryginalne połączenie elementów muzyki pop, indie-folku oraz jazzu. W pamięci pozostały rozbudowane warstwy wokalne - słowo mówione, recytacja, zabawy dźwiękiem, chórek, jazzowe ornamenty, itd. Członkom całej grupy - nie tylko, jak chcieliby niektórzy źle poinformowani recenzenci, duetowi Chris Hyson/Lauren Kinsella - udało się wybornie odmierzyć wszelkie proporcje, i nie zagubić przy tym świetnego brzmienia oraz lekkości melodii. Gdybym doświadczenie związane ze słuchaniem poprzedniej płyty Snowpoet miał przenieść na grunt malarstwa, powiedziałbym, że w twórczości Lauren Kinselli i jej kolegów, odnalazłem swobodę obrazów Jacksona Pollocka, abstrakcję Kandinsky'ego, subtelność kreski Renoira, spokój bijący z dzieł Edwarda Hoppera, szczegółowość Brierley'a i kolorystykę Andre Hemera. Przesadziłem? Jeśli tak, to tylko odrobinę.

W tym kontekście aż prosi się, żeby zadać pytanie: co znalazłem na wydanym wczoraj albumie zatytułowanym "Heartstrings"?. Zanim padnie odpowiedź, powróćmy na chwilę do krążka "Wait For Me".




Wydaje mi się, że przede wszystkim dotarła do mnie osobliwa powściągliwość. Bez obaw. Nadal jest to grupa SNOWPOET. I wszystko, co się kojarzy z ich kompozycjami, wciąż można w mniejszym lub większym stopniu w nich odnaleźć. Innymi słowy, chcę przez to powiedzieć, że twardy rdzeń twórczość został zachowany. Jednak te proporcje różnych składników, które tak świetnie udało się odmierzyć przy okazji poprzedniego wydawnictwa, tym razem zostały nieco zaburzone.

Na albumie "Heartsrtings" jest dużo mniej wyjścia poza, szukania nieoczywistych rozwiązań, ciekawych dróg, pójścia na przekór lub pod prąd, prób zerwania z rozmaitymi przyzwyczajeniami. Dużo mniej jest urozmaiconych linii wokalnych Lauren Kinselli, rozwijania bogatego wachlarza jej możliwości, co stało się znakiem rozpoznawczym wielokrotnie nagradzanej i wyróżnianej wokalistki. To trochę tak, jakby szef wytwórni Edition Records - Dave Stapleton (przy okazji reprezentant grupy Slowly Rolling Camera), w trakcie prywatnej rozmowy zasugerował jej - w co oczywiście nie wierzę - "Lauren, skarbie, zaśpiewaj to zwyczajnie. Bez tych wszystkich udziwnień, ok?". 

Członkowie formacji podkreślają, że tym razem skupili się na brzemieniu. I pewnie z tej przyczyny poniekąd stracili z oczu pozostałe tak istotne elementy ich kompozycji. "Chcieliśmy uchwycić moment, żeby stworzyć coś, co wydaje się prawdziwe, niefiltrowane i żywe" - oznajmił Chris Hyson. Stąd mniej tutaj studyjnych dodatków, zmysłowych drobiazgów pieczołowicie doklejanych na kolejnych etapach produkcji, owej charakterystycznej dla poczynań brytyjskiej piątki płynności gatunkowej.




Wcześniej tworzyli fragment po fragmencie, dużo w tym było żmudnej dłubaniny przy stole mikserskim. Tym razem postawiono na wzajemną interakcję członków grupy, długie rozmowy, wspólne improwizacje. I zrozum tu recenzenta. Nieraz - zdaję sobie z tego sprawę - narzekałem, chociażby, że Justin Vernon (Bon Iver) zaplątał się w studyjne kable czy inne techniczne zabawki, i nie potrafił się z tego żmijowiska przewodów oraz elektroniki wydostać. A teraz wspominam, że brakuje mi tych "egzotycznych" studyjnych przypraw, przy okazji nagrań SNOWPOET. Nieładnie, panie Karolu. Nieładnie.

Prawda jest również taka, że ci nieliczni najlepsi artyści tworzą własną rozpoznawalną muzyczną przestrzeń, z którą potem bywają kojarzeni. Dla Justina Vernona tym idealnym - moim zdaniem - estetycznym środowiskiem były indie-folkowe nostalgiczne pieśni, z początkowego okresu działalności grupy Bon Iver. Kiedy na późniejszych wydawnictwach wyraźnie zabrakło melodii oraz pomysłów, amerykański muzyk próbował zapchać powstałą w ten sposób dziurę elektronicznymi dodatkami, (że niby taki on nowoczesny). Przy tej okazji kanciasta forma zaczęła przerastać nad treścią. Studyjne dodatki, oczywiście o wiele bardziej subtelne, w wydaniu Snowpoet, ubogacały aranżacje, podkreślały ciekawie poprowadzone linie wokalne. Dlatego muszę pokusić się o stwierdzenie, że jeśli nowy album "Heartstrings" nie jest krokiem wstecz, to z pewnością nie stanowi wyraźnego kroku naprzód.

W składzie brytyjskiej formacji znajduje się saksofonista Josh Arcoleo. Można było zdecydowanie lepiej i pełniej wykorzystać jego obecność na pokładzie studia. Ta ostatnia niestety ograniczyła się do cierpliwego asystowania, do drobnych akcentów, czy nieśmiałych saksofonowych szeptów. Oczywiście nie twierdzę, że płyta "Heartstrings" jest złym lub słabym wydawnictwem. Nie ulega wątpliwości, że powstał intrygujący, przynajmniej fragmentami, dość różnorodny, jak na obecne możliwości grupy, album, który momentami niebezpiecznie, takie mam wrażenie, zbliża się do strefy "alternatywnego środka". Całkiem możliwe, że jest to płyta, od której warto rozpocząć przygodę z twórczością Snowpoet. Upływający czas pokaże, jaka jest jego rzeczywista wartość. Póki co...

Oddajmy głos "Sztucznej Inteligencji", którą zapytałem, co sądzi na temat grupy Snowpoet.

 "SNOWPOET to zespół dla słuchaczy ceniących muzykę pełną emocji, artystycznej odwagi i poetyckiego wyrazu. Ich twórczość to podróż przez różnorodne style muzyczne, zawsze z naciskiem na głębie i autentyczność. Jeśli lubisz artystyczne podejście do muzyki z elementami jazzu, elektroniki i folku, SNOWPOET z pewnością Cię zainteresuje".

(nota 7.5/10)

 



Przyznam, że ciekawość mnie zżerała i zapytałem "Sztucznej Inteligencji", co sądzi na temat bloga "Muzyczny Świat KK". Odpowiedź mnie... oczarowała. Chyba nawet się zarumieniłem... Zdaje się, że moduł AI uwielbia prawić komplementy, których przez fałszywą skromność nie przytoczę. Muszę jednak dodać jedno sprostowanie do trafnego opisu tej strony. Raczej nie recenzuję tutaj polskich płyt i nie prezentuję polskich artystów. Tych ostatnich można znaleźć w wielu różnych miejscach.

Tak się złożyło, że wczoraj inna ulubiona niegdyś grupa opublikowała nowe wydawnictwo. Mam tu na myśli STEREOLAB oraz krążek zatytułowany "Instant Holograms In Metal Film". Wydaje się, że stary, dobry styl został zachowany. Chyba nikt nie oczekiwał po tym albumie niczego innego.




W ostatnich dniach nowym ślicznym singlem podzielił się nasz dobry znajomy mieszkaniec belgijskiego Hasselt, czyli Joachim Lieberss, ukrywający się pod szyldem The Haunted Youth.




Z miasta Los Angeles pochodzi grupa, a właściwie jednoosobowy projekt muzyczny, który przyjął nazwę N8NOFACE. Kilka dni temu ukazał się nowy singiel.




W Melbourne znajdziemy mieszaną czwórkę przyjaciół, którzy postanowili stworzyć zespół. Nazwa już jest - FADE EVARE. Pierwszy singiel również już się ukazał.




Francusko-belgijska grupa BED jest jedną z moich ulubionych. Szczególnie cenię sobie ich dwie pierwsze płyty, o czym napisałem niegdyś na blogu. Międzynarodową grupę BED tworzą: argentyński basista Sol Astolfi, wokalista z Chile i gitarzysta z Niemiec. Wczoraj ukazał się album zatytułowany "Everything Hurts". Oto mój ulubiony fragment. 



Również w Berlinie znajdziemy członków grupy Twins. I także wczoraj ukazała się ich najnowsza propozycja zatytułowana "Healing Dreams".







Cóż, że ze Szwecji, w podwójnej sile - dobrze nam znany wokalista Christian Kjellvander oraz jego rodaczka Vilma, we wspólnym urokliwym singlu.





Pojawił się kolejny fragment z epki "Promigna", prezentowanego już przeze mnie zespołu Sherpa The Tiger, która w całości ukaże się 13 czerwca.




MISS TYGODNIA - to prawdziwe cudeńko(!!!), które odkryłem, ku własnej uciesze, kilka dni temu. Odliczam dni i godziny do publikacji całej płyty, zatytułowanej "DESERT WINDOW". Jej autorką jest brytyjska wokalistka LUCY GOOCH, i będzie to jej debiut płytowy (wcześniej były tylko single i epka). Premiera tego eterycznego albumu 6 czerwca. MAGIA!!




KĄCIK IMPROWIZOWANY  - rozpocznie fragment z wcześniej zapowiadanej przeze mnie płyty - "TRACES" - kolektywu COSMIC EAR, dowodzonego przez Matsa Gustafssona. Premiera albumu miała miejsce wczoraj.



Na koniec zajrzymy na nową płytę "Accidental Tourists" niemieckiego pianisty Markusa Burgera, stworzoną przy pomocy perkusisty - Petera Erskine'a, basisty Boba Magnussona, saksofonisty Jana Von Klewitza, i mikrofonów Microtech oraz DPA. Oto moja ulubiona kompozycja.



 

sobota, 4 listopada 2023

CHRISTIAN KJELLVANDER - "HOLD YOUR LOVE STILL" (Tapete Records) "Pieśni dla dojrzałych"

 

     W oczekiwaniu na piątkową premierę najnowszej płyty Christiana Kjellvandera - "Hold Your Love Still", od kilku dni zasłuchiwałem się w dwóch znakomitych singlach - "Disgust For The Poor", oraz "Notes From The Drive Between Simal And Alcoi", które bardzo udanie promowały to wydawnictwo. Przy okazji puszczałem wodzę fantazji, i starałem się wyobrazić sobie, jak może brzmieć cały ten album. Do tej pory szwedzki pieśniarz najlepiej, przynajmniej w mojej skromnej ocenie, radził sobie w spokojnych nastrojowych balladach, rozpiętych gdzieś na pograniczu indie-folku i americany, stworzonych w oparciu o skromne aranżacje, na tle których jego męski głęboki tembr mógł swobodnie wybrzmieć. Dlatego z radością powitałem to nieco bardziej energetyczne wcielenie, któremu towarzyszy emocjonalna wokaliza, jak chociażby we wspomnianym już dzisiaj przebojowym "Disgust For The Poor", pokazujące dobitnie, że muzyk oraz towarzyszący mu zespół, zrobili kolejny krok na wyboistej niekiedy drodze artystycznego rozwoju.



Sylwetkę Christiana Kjellvandera przybliżyłem przy okazji poprzednich recenzji, kiedy zaprezentowałem na łamach bloga dwie udane płyty - "About Love And Loving Again" (2020) oraz "Wild Hxmans" (2018). Okres, który upłynął od wydania poprzedniej płyty, artysta wykorzystał na podróże i wstępy sceniczne. W końcu wrócił do domu i znalazł trochę czasu, żeby odpocząć i zacząć tworzyć nowe kompozycje. W zamierzeniach miała powstać muzyka wypełniona subtelnym głównie akustycznym graniem. Na szczęście, co potwierdza wczoraj wydany krążek, początkowe plany nie do końca się ziściły. Dzięki temu Kjellvander pokazał nam bardziej zbilansowane oblicze. 

Pośród ośmiu kompozycji znajdziemy przede wszystkim oszczędne spokojne ballady, jak chociażby znakomity "We Are Gathered", czy wieńczący całość, kołyszący się leniwie "Dream 2066". Takie pełne uroku kompozycje z pewnością dobrze zabrzmią w małych zadymionych salach, pośród życiowych rozbitków, samotników z wyboru lub konieczności, tak czy inaczej doświadczonych przez kapryśny nieraz los, dopijających kolejną szklankę whisky lub porcje Chateau Margaux. Mówiąc krótko, wśród tych, którzy osiągnęli już pewien stopień dojrzałości i poznali cienie oraz blaski tego, co czasem szumnie określa się mianem egzystencji. Jakże często Christian Kjellvander mówi właśnie o nich i dla nich lub poniekąd w ich imieniu. W swoich spostrzeżeniach i relacjach bywa szczery, nostalgiczny czy refleksyjny. Przede wszystkim jednak pozwala sobie odkryć różne stany emocjonalne, co raczej nie leży w naturze przeciętnego męskiego osobnika. W najlepszej kompozycji z poprzedniego albumu - "About Love And Loving Again", Kjellvander przyznał się do własnej słabości, co można potraktować jako rodzaj emancypacji czy autoterapii współczesnego odrobinę zagubionego w natłoku wrażeń i zdarzeń mężczyzny, z drugiej strony zdystansowanego do wielu spraw i pogodzonego z tym, na co nie ma wpływu. 

Warte podkreślenia się również typowe dla twórczości Szweda nienachalne aranżacje tych indie-folkowych pieśni, zawierających refleksje na temat konsumpcjonizmu, wspomnienia z podróży po Hiszpanii (Alicante), impresje na temat uczuć i odczuć, w czym Kjellvander odnajduje się chyba najlepiej. Muzycy z grupy towarzyszącej artyście doskonale wiedzą, kiedy nieco mocniej szarpnąć za struny gitary, kiedy rozjaśnić obraz długim pojedynczym dźwiękiem, w którym momencie uderzyć w blaszki perkusji lub użyć szczotek, gdzie podkreślić frazę lub nastrój kobiecym albo męskim chórkiem. Tak właśnie się to robi, kiedy artysta osiągnie pewien wiek i biegłość w sposobie wyrażenia swoich myśli. Spokojnie sączące się i powtarzalne sekwencje akordów wprowadzają słuchacza w błogi trans. W takim układzie każda najmniejsza nawet zmiana dźwięku, każde odstępstwo o normy, od razu zostaje zauważona, z czego skandynawscy artyści chętnie i świadomie korzystają. Do pełni szczęścia odrobinę zabrakło mi skromnego udziału w tych wyrafinowanych opowieściach instrumentów dętych. Smutne tony trąbki, bądź zamszowe podmuchy saksofonu, mogłyby przenieść niektóre nagrania w zupełnie inny wymiar.

Pełny szlachetnej głębi głos Christiana Kjellvandera, który doskonale wypełnia przestrzeń, w kilku odsłonach może przypominać tembr Richarda Hawleya z najlepszych lat i piosenek. W artykulacji niektórych dźwięków mogą pojawić się skojarzenia z wokalistą grupy The Saxophones - Alexi Erenkovem lub Thomasem Feinerem, czy Billem Callahanem. Ten ostatni należy do ulubionych artystów szwedzkiego barda. Wydaje się, że przy okazji płyty "Hold Your Love Still" uczeń przerósł ostatnie dokonania mistrza.

(nota 8/10)


 



    Na naszych oczach dojrzewał również Kevin Drew, wokalista i gitarzysta grupy Broken Social Scene. Wielokrotnie i przy różnych  okazjach wspominałem, że kanadyjski zespół należy, bądź należał, do jednej z moich ulubionych formacji. Całkiem możliwe, że najlepszy czas już poza nimi i niczym szczególnym nas nie zaskoczą, co nie zmienia faktu, że lubię wracać do ich najlepszych płyt, gdyż "lubię wracać tam, gdzie byłem już...".

Z pewnością będę wracał również do solowego wydanego wczoraj albumu Kevina Drew - "Aging", na którego okładce widnieje coś, co może przypominać druczek lekarski. Oto Kevin Drew zdał sobie sprawę z własnej słabości, z pewnych nieuchronnych etapów wpisanych w funkcje ludzkiego życia. W lipcu ubiegłego roku zmarła jego matka, jakiś czas wcześniej pożegnał kilku przyjaciół - nic więc dziwnego, że tworzenie kompozycji zawartych na nowym wydawnictwie stało się także okazją do przepracowania tych bolesnych star.





   "Trudno zapomnieć o bólu, dopóki nie będziesz na to gotowy. W pewnym sensie znajdowałem się właśnie na tym etapie, kiedy tworzyłem ten album. Muzyka jest dla mnie wyzwoleniem - miejscem, gdzie mogę wyrazić własne myśli i emocje" - oświadczył Kevin Drew. To oczywiste, że wszyscy się zestarzejmy, czy się przed bronimy, neurotycznie maskując oznaki tego procesu, przy pomocy zabiegów medycyny estetycznej, czy też pozwalając naturze krok po kroku czynić swoją powinność. Wszyscy prędzej czy później będziemy musieli pożegnać naszych bliskich, a potem spróbować pogodzić się z ich brakiem, jakoś wypełnić puste miejsce po nich, czego wyrazem będą także lampiony palące się na grobach i pomnikach, miejmy nadzieję, że nie tylko w jesienny czas.

 O tym między innymi jest nowy album "Aging", który w początkowej wersji miał być... zestawem piosenek dla dzieci. Płytę nagrywano w ulubionym studiu Kevina Drew - The Tragically Hip's Bathouse, niedaleko Kingstone w  Ontario. Od pierwszych taktów "Elevator" można przypuszczać, że będzie to album o wiele bardziej wyciszony, niż energetyczny i pełen młodzieńczej werwy solowy debiut - "Spirit If" (2007). Utwierdzą nas w tym przekonaniu niespiesznie toczący się i znakomity "Party Oven", czy rozmarzony i przestrzenny "All Your Fails", znane z wcześniej opublikowanych singli. Syntezator, gitara, trochę elektronicznych dodatków - to środki, po które najczęściej sięgał Kevin Drew tworząc najnowszy album. W "Don't Be Afraid Of The Dark" Kanadyjczyk zbliżył się do rejonów dawnego Bon Ivera, nawet wokalizę poddał podobnej modyfikacji, innymi słowy troszkę ją zepsuł. 

Ciężko w obliczu przykrych życiowych doświadczeń zachować młodzieńczy wigor i entuzjazm. Stąd minimalistyczny styl, pewna powściągliwość w okazywaniu emocji i kontemplacyjny charakter, sugerujący również, że z wyrokami losu wypada nam po prostu się pogodzić. W takich chwilach pomocna może okazać się muzyka, chociażby taka, jak ta znajdująca się na dwóch zaprezentowanych dzisiaj płytach.

(nota 7.5/10)


 


sobota, 15 października 2022

BILL CALLAHAN - "YTILAER" (Drag City) "W letargu życia"

 

   "Wszystko, co mówią nam inni, może być i może nie być, to co najważniejsze, i to co błahe, to co nieistotne i to co fundamentalne, to, co wpływa na nasze życie, i to, co nawet go nie muska. Możemy żyć w ciągłym błędzie, wierzyć, że prowadzimy zrozumiałe, stabilne, łatwe do ogarnięcia życie, i nagle odkryć, że nie ma w nim nic pewnego, wszystko jest bagniste, nie do opanowania, bez żadnych mocnych fundamentów; albo wszystko jest przedstawieniem, jakbyśmy znaleźli się w teatrze i wierzyli, że to rzeczywistość, i nie zorientowali się, że zgaszono światła i podniosła się kurtyna, a do tego trafiliśmy na scenę, a nie na widownie, nie między publiczność, albo na ekran kinowy i nie możemy stamtąd wyjść, jesteśmy uwięzieni w filmie i musimy powtarzać wszystko przy każdej nowej projekcji (...)" . Javier Marias - "Berta Isla"


Zgodnie z tytułem widniejącym na barwnej okładce - "YTILAER" (czytane od tyłu, czy oglądane w lustrzanym odbiciu słowo to przekształca się w "Reality"), tematyką najnowszej płyty Billa Callahana jest rzeczywistość. Jej płynna, czasem senna, nieustnie zmieniająca się forma, pełna rozmaitych fluktuacji i odniesień, ciągle dekonstruowanych epizodów, o których również opowiada amerykański bard. Moją przygodę z jego twórczością rozpocząłem wiele lat temu, kiedy Callahan wraz z zacnymi muzykami ukrywał się pod szyldem Smog, i wydał album "Red Apple Falls". Ulubionym zestawem nagrań wciąż pozostaje jego krążek "Sometimes I Wish We Were An Eagle", choć wczoraj wydana płyta "Ytilaer" do słabych z pewnością nie należy. 

Nowe wydawnictwo większych zmian stylistycznych nie przyniosło, bo i przynieść nie mogło. William Rahr Callahan (tak brzmi jego pełne imię oraz nazwisko), to nie rewolucjonista palący za sobą wszelkie mosty, tylko cierpliwy wędrowiec, od lat podążający nieco wytartym już szlakiem. Jego zwykle oszczędne, leniwie rozwijane, kompozycje niosą ukrytą głębię, łatwą do przeoczenia, kiedy nie poświęci się im wystarczająco dużo uwagi oraz czasu. Ich cichymi bohaterami - oprócz tego, co oczywiste, czyli akustycznej gitary i miłego dla ucha barytonu, snującego kolejne opowieści - są dodatkowe instrumenty. Mówiąc krótko - oddychające dyskretnie i miarowo barwne tło. W tym przypadku była to gitara, w rękach Matta Kinseya, bas - pobudzany do drgań przez Emmetta Kelly, perkusja, za którą zasiadł Jim White (grający również w Dirty Three), fortepian i organy Hammonda, na których zagrała Sarah Ann Philips (zaśpiewała również w chórkach), rogi zaaranżowane przez Carla Smitha, klarnet oraz trąbka. To właśnie z tych niepozornych drobin, mozaikowych detali, powstają pieśni amerykańskiego twórcy. 

Ich kolejne niespieszne kroki odmierzane są prostymi akordami, które wprowadzają słuchacza w łagodny i całkiem przyjemny trans. To znak rozpoznawczy muzyka z Austin, przewijający się przez całą jego dotychczasową twórczość. Dlatego wszystko, co ten rytm zakłóca lub w pewnym sensie dopełnia, tworzy rozmaite jego odnogi - zgrzytnięcia strun basu, brzmienie gitary, podmuchy instrumentów dętych czy krople tonów fortepianu - staje się takie istotne, w tym cierpliwie rozwijanym nurcie kameralnego folku czy americany.  Bill Callahan to również uważny obserwator zmieniającej się rzeczywistości. Zwykle zdystansowany, jakże często ironiczny czy sarkastyczny, schowany za grubym pancerzem, gorzki komentator codzienności, miłośnik przyrody i czuły nihilista, niekiedy mrugający do nas okiem z niektórych  tekstów. "Czasem w piosence ważniejsze jest frazowanie niż tekst" - oświadczył w jednym z wywiadów. 

Przy okazji płyty "YTILAER", Bill Callahan wydaje się być bliżej życia, afirmacji jego prozaicznych aspektów, zwykłych czynności i prostych uczuć. Taki był również cel tego wydawnictwa. Artysta wszedł do studia "Estuary" w Austin, z myślą, żeby obudzić ludzi do życia, po letargu związanym z okresem pandemii. W intymnej balladzie "Lily" autor wspomina zmarłą niedawno matkę. W napędzanym gitarą "First Bird", przywołuje obraz dzieci. Rozwijając specyficzne napięcie "Bowevill" amerykański bard zapuścił się w rejony, w których dobrze czuje się Nick Cave. "Drainface" przypomniał mi stary i dobry (bo stary) Lambchop, a mój faworyt "Partition" osadzony został na krautrockowej motoryce. Słuchając kolejnej mojej ulubionej kompozycji "Planets" - znajdziemy wizję kogoś, kto patrzy w niebo. Ruchy gwiazd odmalowała w tym fragmencie jazzowa improwizacja. Szkoda tylko, że dawny wokalista grupy Smog nie pozwolił poszczególnym instrumentom mówić dłużej, i mówić więcej, w ramach improwizowanych i swobodnych dialogów - ale zdaje się, że to jedynie moja prywatna idiosynkrazja. Niemal z każdego artysty chciałbym zrobić muzyka jazzowego.

To pragnienie, żeby być bliżej życia czy bliżej ludzi, które przewija się przez warstwę liryczną krążka "YTILAER", może odrobinę dziwić fanów twórczości muzyka ze stanu Teksas. Callahan do tej pory raczej z rozmysłem oddalał się od tłumu, uciekał od gawiedzi, krok po kroku odsuwał się od tego, co powszechne lub modne, trywialne lub pospolite. Zamykał się w introwertycznej jaskini, skąd celnie punktował kondycję współczesnego człowieka, wskazywał na jego błędy czy potknięcia, od czasu do czasu, w kolejnych  pieśniach kreślił ponury obraz wolno zbliżającego się końca. Fakt wycofania się z mediów społecznościowych skomentował jako: "Jedną z najlepszych rzeczy, którą kiedykolwiek zrobiłem dla siebie i prawdopodobnie dla świata". Może w wieku 56 lat ten postulowany przy byle okazji resentyment wobec niektórych przejawów płynnej rzeczywistości zszedł na dalszy plan, a w jego miejsce pojawiła się tęsknota za bliskością ważnego dla nas człowieka oraz za prostymi wartościami, które niesie wraz z sobą kruche i nieprzewidywalne życie.

 (nota 7.5-8/10)

 


Christian Kjellvander to szwedzki bard, dobrze znany Czytelnikom tego bloga, który chętnie powołuje się na twórczość Billa Callahana, jego ulubionego twórcy. Niedawno opublikował nowy singiel, którym koniecznie chciałby się z Wami podzielić.



Pozostaniemy w podobnym nastroju, choć znów przeniesiemy się za ocean. Do płyty "ILYSM" - grupy Wild Pink zwabiły mnie nazwiska producentów obecnych w studio podczas rejestracji poszczególnych  nagrań. To dobrze nam znany Peter  Silberman (wokalista i gitarzysta grupy The Antlers) oraz jego kompan Nicholas Principe czuwali nad suwakami konsolety.



Dobra jest każda pora, żeby posłuchać Broken Social Scene, szczególnie, że kilka dni temu pojawiła się płyta zawierająca ich dawny materiał koncertowy zatytułowana "Live, Phoenix Concert Theatre 2003"; ach, jak ten czas leci. Dla fanów zespołu dobra informacja jest taka, że jej gitarzysta Jason Collet, na początku listopada opublikuje kolejne w dorobku solowe wydawnictwo "Head Full Of Wonder".



Wczoraj ukazała się nowa płyta grupy Skullcrusher, która mnie rozczarowała, jednak znalazłem na tym wydawnictwie dla siebie całkiem miły fragment.



Podobne brzmienie do płyty "Quiet The Room" - Skullcrusher znajdziemy na albumie Samiry Winter, czyli na krążku "What Kind Of Blue Are You?" - Winter.



I tak niepostrzeżenie zrobił się nam tu ostatnio prawdziwy, choć raczej niezamierzony, "kącik weterana". Dziś znów pojawi się fragment płyty zespołu, który funkcjonuje na scenie muzycznej od bardzo dawna. Mam tu na myśli holenderską grupę Nits, kiedyś The Nits, powołaną do życia w 1974 roku; był taki rok. Ta formacja nigdy nie należała do moich ulubionych, ale dwa tygodnie temu wydała, co ciekawe, całkiem przyzwoitą płytę "Neon".  



Raz jeszcze powrócimy do Billa Callahana, bo zawsze może znaleźć się ktoś, kto nie słyszał płyty "Sometimes I Wish We Were An Eagle" oraz tej wspaniałej kompozycji.



W kąciku improwizowanym fragment albumu "Void Patrol" - Colin Stetson, Elliott Sharp, Billy Martin Payton MacDonlad.








czwartek, 31 grudnia 2020

"GUST ZABIJA SZTUKĘ" - CZYLI PODSUMOWANIE PŁYTOWE 2020 ROKU

 

    Zdaje się, że to Edward Degas wypowiedział pamiętne zdanie: "Gust zabija sztukę". Trudno się z tym nie zgodzić, zerkając na kolejne benefisy przedstawicieli nurtu disco-polo, prezentowane na jakże gościnnych, w tym względzie, antenach telewizji publicznej, w ramach realizowania tak zwanej "misji". Jaka owa "misja" by nie była, nie zwalnia nas z odpowiedzialności za przyszłe pokolenia (gra toczy się o naprawdę wysoką stawkę). A także za to, żeby ten gust nieustannie kształtować; przekraczać granice, stawiać sobie nowe wyzwania, nieco inne niż ustawiczne gapienie się w: "oczy zielone", bo nim się spostrzeżemy, te oczy rzeczywiście zabiorą nam resztki zdrowego rozsądku, przysłonią racjonalne myślenie, a my ugrzęźniemy w bagnie miernoty, przebrzmiałych dźwięków, rutyny i durnego samozadowolenia. 

Z drugiej strony - piękne Panie, drodzy Panowie - nie zapominajmy o relatywizmie. Stworzyć "super przebój", który znałaby na pamięć połowa ludności kraju nie jest łatwo ( druga połowa tylko przewrotnie udaje, że nie zna). Póki co nikt tajemnej wiedzy w tym zakresie nie posiadł, a pytanie: "Jak, do cholery, to zrobić?!" - wciąż pozostaje otwarte. Może jest to kwestia, nad którą powinni pochylić się psycholodzy, socjolodzy, kto wie, może nawet psychiatrzy. Przed laty bliski rozwiązania tej frapującej zagadki był Ryszard Tymon Tymański. Mam nieodparte wrażenie, że kiedy tworzył kultowy, w wąskich kręgach, ale jednak, szlagier "Jesienna deprecha", był o krok zaledwie, o włos z łona pomywaczki (że przywołam frazę innego klasyka), żeby wkroczyć w glorii i chwale do Panteonu Wielkich Polaków, i zająć wyróżnione miejsce obok Zenona M. czy Marcina M. Naturalnie niemalże rodzi się w tym miejscu pytanie: "Czego wtedy zabrakło?". Trochę szczęścia, odrobinę przychylności, większej promocji, agresywnych reklam. A przede wszystkim kilku benefisów, zaprezentowanych na jakże gościnnych, w tym względzie, antenach telewizji publicznej, w ramach realizowania tak zwanej "misji".
Jak brzmi "super przebój" 2020 roku, który często i bezwiednie nuciłem, chociażby podczas golenia, spoglądając prosto w moje, o zgrozo, zielone oczy (sic!)? Było ich kilka, ale przewrotnie wybrałem coś takiego.









Gdyby zaufać i ograniczyć się do podpowiedzi wszelkiej maści krytyków muzycznych - 22-letnich stażystów ( przeniesionych ze względu na braki kadrowe i pandemię z działu "kulinaria") oraz tych, z nieco większym stażem, którzy niekiedy ulegają pokusie, i zamiast poszukiwać intrygujących wydawnictw, często oglądają się na swoich kolegów z branży, i na tej czynności schodzą im dni i godziny, a także nieprzespane noce - w tym roku bylibyśmy skazani na odtwarzanie płyt trzech sympatycznych pań: Fionny Apple (całkiem udany album), Phoebe Bridgers oraz Taylor Swift. Tyle podpowiada nam ujęcie statystyczne, a liczby ponoć nie kłamią. Ta ostatnia artystka, owszem, wydała kilka miesięcy temu krążek "Folklore", świetnie wyprodukowany. Za konsoletą zasiadł bowiem Aaron Dessner - nasz dobry znajomy, z wielu wpisów zamieszczonych na łamach tego bloga. Taylor Swift ma od pewnego czasu dobrą prasę, i nic na to nie poradzą nasze rodzime jasno święcące gwiazdy, w stylu Zenona M. czy Sióstr G. Artystka całkiem kusząco zaprezentowała się w kocim wdzianku ( Bombalurina), śpiewając w pewnym musicalu, który w błyskawicznym tempie - i tak zbyt długo - przewinął się niedawno przed moim oczami. Taylor ma ponoć trzy koty, o ile w tak zwanym międzyczasie najstarszy z nich - Meredith Grey - nie dokończył był jednego ze swoich siedmiu puszystych żywotów.

Jak sięgam pamięcią, aż tak dobrej prasy nigdy nie mieli członkowie Zelienople. Bynajmniej nie dlatego, że krytycy wylewali na ich twórcze dokonania wiadra pomyj. Głównie z tego prostego powodu, że większość skupionych na sobie i kolegach z branży dziennikarzy nie zauważała kolejnych wydawnictw Matta, Mike'a i Briana. A przez niemal dwadzieścia lat funkcjonowania na scenie muzycznej nazbierało się tego trochę. Ten ostatni album - "Hold You Up" - ukazał się wiosną i jakoś osobliwie połączył się z początkiem naszej izolacji w domach. "Hold You Up" to płyta, która w warstwie lirycznej, są takie warstwy, nie wspomina co prawda "oczu zielonych", a mimo tego, to właśnie do niej wracałem najczęściej w ostatnich miesiącach, i stąd obecność tego krążka w tym podsumowaniu. W sześciu kolejnych jego odsłonach znalazłem specyficzną melancholie i trudną do uchwycenia głębię, dojrzałe zamyślenie. Kompozycje wypełniają spokojne tony, flirtujące z postrockowymi rozwiązaniami, nawiązujące również do leniwie rozwijanych  przestrzeni americany. W ten album można i warto po prostu się zasłuchać.


    Kolejne dwa albumy, które chciałbym wyróżnić jakoś ze sobą się łączą. Mowa tutaj o  Fair Mothers - "Monochrome" i Christian Kjellvander - "About Love And Loving Again". Obydwa wydawnictwa stworzone zostały przez dojrzałych mężczyzn, przy użyciu dość oszczędnych środków stylistycznych. Obydwa akcentują rolę głosu, który ma czas i miejsce, żeby swobodnie wybrzmieć. I wreszcie obydwa są raczej ponure, żeby nie powiedzieć gorzkie w wymowie, ale przez to bardziej poruszające. Oparte na prywatnych, wręcz intymnych, doświadczeniach artystów, odsłaniają meandry ludzkiej egzystencji. Zarówno Kevin Allan (Fair Mothers), jak i Christian Kjellvander potrafią w przejmujący i szczery sposób opowiedzieć o życiu, miłości, rodzinie, o porażkach i stratach. Co ciekawe, również na tych dwóch albumach znajdują się moje ulubione pieśni tego roku, i są to tytułowe kompozycje: "Monochrome", i "About Love And Loving Again".



Żeby nie było tak ponuro, kolejne płyty zabiorą nas do krainy indie-popu/indie-folku. Album This Is The Kit - "Off Off On", w wyrafinowany sposób pokazał, jak ważną rolę odgrywa zmiana nawyków myślenia na poziomie aranżacji. Niekiedy wystarczy dodać jeden subtelny element do kompozycji, w przypadku wydawnictwa "Off Off On" było to użycie wszelkiej maści instrumentów dętych, żeby piosenka zyskała dodatkowe barwy i nowy wymiar. Krążek Other Lives - "For Their Love", zabrzmiał w moich uszach jak: "znajomy szept dawnego przyjaciela". Dużo dobrych chwil spędziłem w towarzystwie debiutanckich dźwięków, które wypełniły wydawnictwo "Psychic Markers" formacji Psychic Markers. Warto wyróżnić znakomitą pierwszą odsłonę Lost Horizons - "In Quiet Moments" i czekać na drugą część, która ukaże się w lutym. Z kolei płytę "A Quickening" - Orlando Weeksa można potraktować jako metaforę narodzin nowego artysty. Niegdyś lider The Macccabees, w końcu zapragnął wybić się na niepodległość, i wiosną tego roku opublikował debiutancki album (wcześniej miał na koncie wydawnictwo "The Gritterman", było to coś na kształt ścieżki dźwiękowej ilustrującej książkę dla dzieci). Płyta Weeksa zawiera refleksje, spostrzeżenia i odczucia na temat bycia ojcem. W warstwie muzycznej poruszyły mnie urokliwe melodie i harmonie, odnalazłem tam również sporo intrygujących rozwiązań czy tekstur, wystawiających świadectwo o dojrzałości artysty.



   Odnoszę wrażenie, że jeśli chodzi o tak zwaną "brytyjską scenę jazzową", mamy do czynienia z czymś na kształt "samospełniającego się proroctwa". O tym zjawisku zaczęto mówić dużo wcześniej, niż w pełni dało o sobie znać. Dość powiedzieć, że jeden z jej czołowych przedstawicieli - Matthew Halsall - zapytany przed laty przez jednego z dziennikarzy, co myśli o "fenomenie" brytyjskiej sceny jazzowej, szeroko otworzył oczy. Dopiero kiedy padły konkretne nazwy, angielski trębacz skinął głową i powiedział, że: "Znam, słyszałem". Tak naprawdę to ostatnie trzy lata potwierdziły, iż rzeczywiście mamy do czynienia z wysypem ciekawych zespołów i artystów, którzy rezydują na co dzień w okolicach Londynu. Ezra Collective, Shabaka Hutchings, Sons Of Kemet, Cykada, Ashley Henry Quartet, Makaya McCraven, Nubya Garcia itd. Za nimi wszystkimi, gdzieś w tle przewijała się skromna postać znakomitego dziennikarza i promotora muzycznego Gillesa Petersona. Przy tej okazji zwracała na siebie uwagę, z jednej strony eklektyczność, z drugiej zaś wielokulturowość londyńskiej sceny jazzowej, gdyż sporo jej przedstawicieli to emigranci, którzy nad Tamizą znaleźli doskonałe miejsce do rozwoju artystycznego. (Nieco przybliża zjawisko brytyjskiej sceny jazzowej składanka Soul Jazz Records - "Kaleidoscope: New Spirit Known & Unknown", którą prezentowałem na łamach tego bloga).

Wspominam o tym dlatego, że jedną z moich ulubionych płyt jazzowych 2020 roku, nagrała przedstawicielka wyżej wspomnianej sceny; mam tu na myśli Nubya Garcię i album "Source". W dalszej kolejności wyróżniłbym wydawnictwa, które przywoływały jazzową klasykę oraz te, które całkiem nieźle zderzały tradycję z nowoczesnością. Charles Lloyd - "8: Kindred Spirits",  Matthew Halsall - "Salute to The Sun", Matthew Tavares & Leland Whitty - "Visions", Tani Tabbal Trio - "Now Then", Bent Arcana - "Bent Arcana", Oded Tzur - "Here Be Dragons", Brian Krock's Liddle - "Viscera", Moor Mother - "Circuit City", Jamael Dean - "Oblivion", Per Oddvar Johansen - "The Quiet Cormoran", Rob Mazurek/ Exploding Star Orchestra - "Dimensional Stardust", Terje Rypdal - "Conspiracy".

A dla tych, którzy wciąż odrobinę się wahają, i z pewną taka nieśmiałością podchodzą do krainy mniej lub bardziej improwizowanych dźwięków, proponuję album, który może posłużyć jako sugestywne zaproszenie, żeby w jazzie poszukać czegoś tylko dla siebie. I znów scena brytyjska, bo pod nazwą Angin - "Sentenced To Love", ukrywa się David McLean, muzycy jazzowi i aktorzy teatralni z Wysp Brytyjskich. A poniżej, na deser fragment z albumu "Bent Arcana" formacji Bent Arcana.

Mam nadzieję, że moimi wyborami nie zabiłem SZTUKI, a jedynie delikatnie, z troską i czułością ją poddusiłem. Czego Wam, drodzy Czytelnicy, w nadchodzących miesiącach życzę. Ps. Zdaje się, że to również Edward Degas wypowiedział mniej pamiętne zdanie: "Proszę uważać - gust może być synonimem występku".






niedziela, 1 listopada 2020

CHRISTIAN KJELLVANDER - ABOUT LOVE AND LOVING AGAIN" (Tapete Records) "Stany miłości"

 

       Pamiętam, jak przed laty jeden z moich ulubionych redaktorów muzycznych - Jacek Hawryluk  (pozdrawiam ekipę HCH) - prezentował fragmenty płyty Billa Callahana - "Sometimes I Wish We Were An Eagle", nagranej w The Track Studio i wydanej wiosną 2009 roku nakładem oficyny Drag City. Za oknem było rozgwieżdżone niebo, Orion i Altair mrugały zalotnie, na uszach słuchawki, leniwe tony sentymentalnego "Faith/Void", którego wtedy słuchałem na okrągło, nie tylko w księżycowe noce, ale również w coraz to cieplejsze i dłuższe dni. Muszę przyznać, że te wrażenia powróciły do mnie, i to całkiem sugestywnie, kiedy w ostatnich godzinach odkrywałem zakamarki najnowszego albumu Christiana Kjellvandera - "About Love And Loving Again".


O poprzedniej płycie, nieco moim zdaniem przegapionej przez prasę branżową, napisałem kilka ciepłych słów na łamach tego bloga. Dobre wiadomości są takie, że szwedzki bard powrócił i to w niezłej formie. Najnowsze wydawnictwo zawiera raptem siedem nagrań. Warto jednak dodać, że większość z nich czasem trwania oscyluje wokół siedmiu minut lub nieznacznie ten dystans przekracza. Kjellvander bardzo dobrze czuje się właśnie w takich dłuższych wypowiedziach. To wtedy jego głęboki głos, zbliżony odrobinę do tonu Billa Callahana, ma czas, żeby swobodnie wybrzmieć. Większość kompozycji to leniwe, spokojnie rozwijające się ballady, nawiązujące bezpośrednio do stylistyki spod znaku americana albo indie-folk. 

Był maj 2020 roku, kiedy Christian Kjellvander wraz z dwójką przyjaciół zamknął się w piwnicy zaadaptowanej na potrzeby studia nagraniowego. Ta pozostała dwójka muzyków, którzy wraz z nim zeszli po betonowych stopniach schodów, to Pere Nordmark - zasiadł za zestawem perkusyjnym oraz Pelle Andersson - obsługiwał pianino Rhodesa i syntezator Korga. Obydwaj muzycy pojawili się w składzie na poprzedniej płycie "Wild Hxmans". Pelle Andersson funkcjonuje jako muzyk sesyjny, w różnych składach, najczęściej podpisywał listę obecności na albumach Rogera Karlssona. Po raz pierwszy wystąpił u boku Kjellvandera na krążku "A Village: Natural Light" (2006). Per Nordmark wcześniej grał w formacji The Bear Quartet, czy Breach. Pomagał Kjellvanderowi już przy okazji prac nad debiutanckim krążkiem "Songs From A Two-Room Chapell" (2002).  

W porównaniu do tego, co zaproponował Bill Callahan na wspomnianej wcześniej płycie "Sometimes I Wish We Were An Eagle", Christian Kjellvander jest bardziej surowy, czy oszczędny na poziomie aranżacji. W poszczególnych nagraniach nie znajdziemy więc ani dźwięków skrzypiec czy drobnych orkiestracji, ani elektronicznych dodatków. Dominują dźwięki gitary, spokojny, wręcz monotonny rytm perkusji, syntezatorowe tło, ciekawsze niż na poprzedniej płycie, oraz głos, który mocno wypełnia całą przestrzeń. Ta gitara w rękach szwedzkiego wokalisty czasem pokazuje rockowy pazur, rozbrzmiewa groźnymi przesterowanymi szarpnięciami, złowrogimi pomrukami, jednak trzymana pewnie w cuglach nie wybucha w pełni gniewem, jak w " No Grace". Artysta z Malmo najwyraźniej wyciągnął lekcję z poprzedniego wydawnictwa i dojrzał. Myślę, że większość tych utworów wypełniających  najnowszy krążek świetnie by się obroniło w wersjach tylko na gitarę oraz głos. Taka to klasa wokalisty, który z łatwością kreuje, jak i swobodnie porusza się w różnych harmoniach. Z drugiej  jednak strony miło byłoby - tak dla odmiany - posłuchać szwedzkiego barda w jednej chociaż nieco bardziej rozbudowanej formie. Wszystkie kompozycje utrzymują równy dobry poziom, dzięki czemu całość brzmi gładko i spójnie. Gdybym musiał, wyróżniłbym świetny "Actually Country Gentle", gdzie autor śpiewa: "And The Happiness Is The First Thing We Forget", z bardzo dobrze utrzymanym napięciem, co jest znakiem rozpoznawczym szwedzkiego wokalisty. Napięciem, dodajmy, które funkcjonuje w oparciu o rozwijającą się, zwykle nostalgiczną, opowieść, a nie takim, które zmierza do konkretnego punktu kulminacyjnego. W utworze "Cultural Spain" - napisanym po powrocie z podróży po Europie, w chórkach możemy usłyszeć partnerkę pieśniarza - Fridę Hyvonen (wydawała płyty w oficynach Secretly Canadian czy Licking Fingers, uczestniczyła w trasie koncertowej z Jensem Lekmanem). Drugim utworem, który zrobił na mnie największe wrażenie jest tytułowy "About Love And Loving Again". Znakomicie rozpisana, ponad siedmiominutowa kompozycja pokazująca, jakie ogromne możliwości ma Kjellvander. Wyborna rzecz! Po prostu Wyborna!! To moje ulubione nagranie ostatnich dni.

(nota 7.5-8/10)

 

 



Jako drugie danie dziś zapowiedź nowej płyty grupy Lambchop, która nosi tytuł "Trip, i ukaże się 13 listopada. Tym razem zespół wykonał cudze utwory, zaproponowane przez członków formacji. W sumie sześć kompozycji takich zespołów jak: Supremes, Yo La Tengo, Georgy Jones, Stevie Wonder. Utwór "Reservations", z repertuaru grupy Wilco, zaproponował perkusista Matthew McCaughan.





Z kolei Matthew Lowe i Daniel Trenholme - to indie-folkwy duet Stables, powołany do życia w 2016 roku, nagranie "Sillhouette" pochodzi z ich najnowszego albumu o tym samym tytule.




Przeniesiemy się teraz do Norwegii, żeby posłuchać piosenki o duchach, kompozycja "Grateful Dead" pochodzi z płyty "Birds" - Simena Mitlida. Fani wczesnej twórczości Sufiana Stevensa powinni odszukać ten krążek i znaleźć na nim coś dla siebie.




W kąciku improwizowanym King Khan - "The Infinite Ones", czyli pierwsza jazzowa płyta artysty, który do tej pory funkcjonował w przestrzeni garażowego rocka. Album miał być hołdem złożonym takim wielkim postaciom jak Alice Coltrane czy Miles Davis. W składzie znajdziemy muzyków Sun Ra Arkestra, Marshalla Allena i Knoela Scotta, a także członków grupy Calexico, Johna Conventino, Martina Wenka. Kompozycja "Wait Till The Stars Burn" otwiera ten krążek.



 

niedziela, 4 listopada 2018

CHRISTIAN KJELLVANDER - "WILD HXMANS" (Tapate records) "Dojrzały sentymentalny pan"


Ten album miał pojawić się w ostatnim blogowym wpisie, ale gorąca nowość niegdyś mojego ulubionego australijskiego zespołu sprawiła, że musiałem dokonać drobnych korekt w harmonogramie zdarzeń. Odnoszę nieodparte wrażenie, że Christian Kjellvander jest artystą bardzo słabo znanym, nie tylko w naszym kraju. Najwyższy czas to zmienić. Pewnie zaskoczę wielu z was pisząc, że Kjellvander nagrywa i koncertuje regularnie od kilkunastu lat, a pod koniec października tego roku ukazała się jego dziewiąta w dorobku płyta. Debiut fonograficzny szwedzkiego artysty przypadł na rok 2002 i nosił tytuł "Song From a Two-Room Chapel", choć jako gitarzysta grał już wcześniej w zespole Loosegoats. Na koncie ma również płytę nagraną razem ze swoim starszym bratem, Gustafem, pod szyldem Song of the Soil. Niestety owa współpraca nie będzie kontynuowana, ponieważ brat zmarł tragicznie w 2011 roku. Christian Kjellvander urodził w Szwecji - cóż, że ze Szwecji - ale dorastał w Seattle, gdzie jego ojciec prowadził bar - bliscy zakończyli amerykańską przygodę z powodu recesji i wrócili w rodzinne strony.

Najnowszy album 42-letniego szwedzkiego artysty nosi tytuł "Wild Hxmans", gdzie w drugim wyrazie celowo zamieniono literę "U" na "X", co ma symbolizować wykluczenie. Jednym z tematów, które przewijają się w tekstach - oprócz pożegnań i życiowych refleksji - jest problem emigracji i tolerancji, poszanowania dla "odmienności" - jak w otwierającym całość "Strangers in Northeim". To obok blisko 10-minutowego "Curtain Maker" mój ulubiony utwór na płycie, który rozpoczyna się długim łagodnym wstępem. Kompozycja trwa ponad osiem minut, a ten powolny, refleksyjny początek pokazuje możliwości Christiana Kjellvandera. Trochę tu indie-folku, trochę americany, znajdziemy tu również mroczny, niepokojący nastrój, spokojną narrację instrumentów, bez żadnych technicznych fajerwerków czy solowych popisów oraz ciepły głęboki bas wokalisty.

"Przestrzeń między nutami jest równie ważna jak sama nuta"  - powiedział w jednym z wywiadów szwedzki artysta. Słuchając wielokrotnie tej bardzo dobrej kompozycji, moje skojarzenia za każdym razem płynęły w stronę dokonań Billa Callahana czy grupy Tindersticks. Te kilka początkowych fragmentów brzmi podobnie - nostalgicznie, melancholijnie - i szkoda tylko, że potem, przy okazji takich utworów jak: "The Thing Is", "Halle Lay Lu Jah", tempo akcji nieco wzrosło. Dla mnie Christian Kjellvander najbardziej wiarygodny jest własnie w takich niespiesznych balladach - "Stiegga" czy "Curtain Maker" - to tutaj jego charakterystyczny głos brzmi najpełniej.
Jeden z recenzentów całkiem słusznie porównał twórczość Christiana Kjellvandera - szczególnie w jakimś stopniu przełomową, moim zdaniem, ostatnią płytę - do pisarstwa Cromacka McCarthey'ego (kto czytał, ten wie). Niespieszna fraza, pewien charakterystyczny spokój - "Nie śpieszę się z rzeczami" - brak gwałtownych napięć, czy spektakularnych momentów kulminacyjnych, popisów czy ozdobników. Leniwie płynie sobie melodia, a wraz z nią płyną kolejne zdania. Akcja toczy się od słowa do słowa, a z tych siedmiu kompozycji, które wypełniają płytę "Wild Hxmans" bije jakaś szlachetna prostota. Warto sięgnąć po ten album.
Niestety nie może, jak to zwykle bywa, pojawić się poniżej mój  ulubiony utwór z tej płyty, bo w sieci dostępne jest tylko video do kompozycji, która zamyka ten album - "Faux Guernica".

(nota 7-7.5/10)