sobota, 29 sierpnia 2026

BLIND YEO - "THE LEMOINE POINT" (Les Disques Bongo Joe Rec.) / SUPEREON - "PHASE 1" (Losen Records) "UDANE DEBIUTY"

 

    Wszystko zaczęło się od przytłaczającej atmosfery lockdownu, kiedy założyciel grupy BLIND YEO - Will Greenham, zamknął się w starej szopie na traktory, dzieląc czas z kozami, kurczakami i własnymi ponurymi myślami. To tam, w kompletnej izolacji zrodziła się tęsknota za muzyczną wspólnotą, która ostatecznie skrystalizowała się w podziemiach klubu The Cornish Bank w Falmouth. Dziś BLIND YEO to wielopokoleniowy kolektyw, który na swój debiut wybrał filmowe miejsce - opuszczone lotnisko w pobliżu St Anges. To właśnie w tym miejscu nagrywając na "setkę", bez zbędnych cyfrowych sztuczek, artyści próbowali uchwycić chemię, która powstała między nimi. Tytułowy "Punkt Lemoine'a" to w geometrii trójkąta ukryty punkt przecięcia się symbian.








 Sesja nagraniowa na opuszczonym lotnisku nie była zwykłym kaprysem czy fanaberią. Wielka przestrzeń starego hangaru stała się dla zespołu kolejnym, pełnoprawnym instrumentem. Naturalny pogłos to nie efekt cyfrowych wtyczek, tylko odpowiedź ścian na dźwięki generowane przez członków formacji. Muzycy celowo zrezygnowali z komputerowego montażu. "Chcieliśmy uchwycić moment, w którym popełniony błąd staje się nowym kierunkiem improwizacji, a nie powodem zatrzymania taśmy" - oświadczył lider grupy Will Greenham. 


Obok klasycznego transowego rockowego instrumentarium na płycie znajdziemy także afrykańskie kologo - tradycyjną dwustrunową lutnię o pudle z tykwy, na której gra się za pomocą plektronu (popularna w Ghanie). Ten instrument, zakupiony podczas jednej z egzotycznych podróży, nadaje kompozycją plemiennego charakteru. W odsłonie zatytułowanej '"Colour Pillow/Kologo" ta egzotyczna lutnia zderza się z hipnotycznym rytmem (motorik beat), kojarzonym z klasycznymi płytami NEU! czy Can. Warto dodać, że ta krautrockowa sekcja rytmiczna napędza cały album. Tekst do kompozycji "Frik And Frack" zainspirowany został twórczością Italo Calvino.








 

Ciekawym elementem jest również wielopokoleniowa więź, która scala ten egzotyczny kolektyw. W składzie Blind Yeo grają synowie i ojcowie. Płyta "The Lemoine Point" świetnie żongluje skrajnymi emocjami. Co nieźle podsumował lider zespołu. "Muzyka to dla mnie sposób znoszenia podziałów. "The Lemoine Point" bada tę słodko-gorzką przestrzeń, w której głęboka żałoba i bezgraniczna radość współistnieją obok siebie, a miłość - choć piękna - potrafi ciążyć człowiekowi niczym kornwalijski granit". 


Przełomem w karierze zespołu, który otworzył możliwość trafienia pod skrzydła prestiżowej oficyny Bongo Joe, były ich udane występy podczas festiwali. Po wydaniu debiutanckiej kasety epki - "Echoes" (2023), grupą zainteresowały się brytyjskie media (BBC Radio 6). Kluczowym punktem ich biografii był znakomity koncert we Francji, w trakcie trwania festiwalu "Trans Musicales" w Rennes, gdzie zespół został odkryty przez szefów wytwórni Bongo Joe, którzy zaproponowali podpisanie kontraktu płytowego. 


"The Lemoine Point" to album, który wymyka się prostym podziałom. Kornwalijczycy z Blind Yeo chcieli pokazać, że w czasach totalnej cyfryzacji muzyki, najbardziej rewolucyjny okazuje się swoisty powrót do korzeni. Wspólne granie w jednym ciekawym pomieszczeniu, z domieszką analogowego brudu i wielopokoleniowym entuzjazmem. 


(nota 7.5-8/10)




 







  

    Kiedy w ubiegłym tygodniu nakładem oficyny Losen Records ukazała się debiutancka płyta norweskiej formacji SUPEREON, jasne stało się, że skandynawska scena ma wciąż do zaoferowania sporo dobrego. Alexander Hoholm (kontrabas), Martin Sandvik Gjerde (fortepian), Raymond Lavik (perkusja) w czerwcu ubiegłego roku zamknęli się w "Studio Martin" w Roros, i bez wielkiego przygotowania oddali się nieskrępowanej improwizacji. Powstał hipnotyczny album, zawieszony gdzieś pomiędzy minimalistyczną repetycją spod znaku Steve'a Reicha, a filmowym ambientem kojarzonym z dokonaniami Nilsa Frahma.







   Kluczem do zrozumienia płyty "PHASE 1" jest radykalne podejście Martina Gjerde do partii fortepianu. Artysta świadomie zrezygnował z melodyjnego blichtru. Raczej unikał grania lepszych lub gorszych solówek, czy rozwijania tradycyjnych tematów. Zamiast tego postawił na hipnotyczną repetycję. Z uporem maniaka długimi fragmentami powtarzał te same sekwencje akordów, czyniąc z fortepianu instrument niemal perkusyjny. Jakby chciał przez to powiedzieć: "W tym królestwie rządzi rytm i trans". 


"Wszystko, co słychać na tym albumie, powstało w ułamku sekundy, bez zbędnych wcześniejszych ustaleń. Chcieliśmy uchwycić czysty moment, w którym muzyka tworzy się sama" - oświadczyli muzycy w notce prasowej. Tylko w finale albumu mamy coś na kształt próby zburzenia monolitycznej struktury. Pianista wyrzucił z siebie potok dźwięków. Brzmi to tak, jakby w tym jedynym fragmencie Gjerde zagrał tyle dźwięków, ile na całej płycie razem wziętej. Osobnym bohaterem tego wydawnictwa jest świetna realizacja dźwięku. Cudownie nagłośniona perkusja Raymonda Lavika pozwala usłyszeć każdy niuans -  od najzwyklejszego muśnięcia blach, aż po głębokie uderzenia stopy. Podobnie jest z kontrabasem Alexandra Hohlma. Słuchacz może odnieść wrażenie, że stoi tuż obok instrumentu, słyszy każde szarpnięcie i rezonans strun. Duża w tym zasługa znakomitej realizacji dźwięku. Za konsoletą "Studia Martin" czuwał David Aleksander Sjowe.


 SUPEROEN jako osobny projekt narodził się niedawno, bo w sierpniu 2024 roku. Jednak muzyczna chemia między artystami nie wzięła się znikąd. Trzon tego tria stanowią ludzie, którzy znają swoje artystyczne języki. Drogi pianisty i basisty przecięły się już wcześniej na skandynawskiej scenie jazzowej, chociażby w ramach międzynarodowego Rastko Obradovic Quartet. Jak sami członkowie tria przyznają, Supereon powstał z czystej potrzeby ucieczki od skostniałych struktur akademickiego jazzu na rzecz kolektywnego budowania przestrzeni. "PHASE 1" to album, który wciąga słuchacza w swój osobny mikrokosmos. Norweskie trio podąża własną ścieżką. Ich granie jest mniej motoryczne, a znacznie bardziej przestrzenne. Tam, gdzie dajmy na to The Necks stawiają na rytmiczny, mechaniczny trans, skandynawska załoga szuka powietrza, północnego chłodu i filmowej melancholii. W ten sposób udowadnia, że w formule tria fortepianowego wciąż można powiedzieć coś świeżego.  


(nota 7.5/10)





  





sobota, 22 sierpnia 2026

MICHAEL COLUMBIA - "MIRROS, SHAPES, OBJECTS" (Cuneiform Records) / STEFANO GUZZETTI - "IN A STRANGE PLACE" (Glass Modern)

 

    Czasem zerkam na listy z nowościami płytowymi i zastanawiam się, co działo się z artystami, którzy ponad  dwie dekady temu poruszyli we mnie czułą strunę, a potem po prostu rozpłynęli się w powietrzu. Jakąś odpowiedź na to pytanie przynoszą ich nowe dokonania. Chicagowskie trio MICHAEL COLUMBIA po wydaniu płyty "These Are Colored Bars" (2004) zniknęło na długie lata. W świecie pędzącego streamingu to cała wieczność. Rówieśnicy muzyków założyli rodziny, doczekali się potomstwa i zdążyli o nich zapomnieć. A młodzi słuchacze nigdy nie mieli szansy ich poznać. Kiedy więc odnalazłem niedawno ich najnowszy krążek - "Mirrors, Shapes, Objects", poczułem drobny dreszcz ekscytacji, który nieraz towarzyszy odkopaniu starego listu w butelce. Zajrzymy do środka.









 Pierwsze kilka minut obcowania z płytą "MIRRORS, SHAPES, OBJECTS" i szybko staje się jasne, że ten album nie powstał z chłodnej kalkulacji lub z nudy. To brzmienie organiczne, fizyczne, w którym słychać każdy ruch palca na gryfie. Każde mocniejsze uderzenie pałeczki o napięta membranę. Realizacja dźwięku w studiu Jamadek Studios zasługuje na osobny rozdział. Zrezygnowano z nowoczesnego cyfrowego odseparowania instrumentów. Zamiast tego dostajemy ciepłą przestrzenną produkcję. Czuć tutaj, nieraz przeze mnie podkreślane w rozmaitych recenzjach, świeże powietrze, naturalne warunki studia, do tego wzajemne zrozumienie się muzyków.


 Aranżacje na płycie przypominają misterną konstrukcję z klocków lego. Trio Michael Columbia raczej unika tradycyjnego podziału na sekcję rytmiczną oraz instrumenty solowe. Tutaj każdy ma tyle samo do powiedzenia. Kompozycje rozwijają się falami - od ambientowych pejzaży, po niemal math-rockowe wypowiedzi. Muzycy z dużą precyzją dawkują napięcie. Potrafią przez dwie minuty grać zapętlony motyw, żeby nagle za sprawą pojedynczego akordu całkowicie zmienić kierunek, w którym zmierza utwór.








  Ważnym akcentem tego wydawnictwa są dialogi między elektroniką a instrumentami dętymi. Saksofony - sopranowy oraz altowy - w rękach Davida McDonnella potrafią zgrzytać, żeby chwilę później wypuścić cudownie refleksyjną frazę. Dylan Ryan nie tylko trzyma rytm, co momentami go odmalowuje. W takich odsłonach, jak znakomite otwarcie "Eagles Of The Sea" czy później jego gra na talerzach i nietypowych przeszkadzajkach tworzy gęsta fakturę. Uwagę przykuwają: psychodeliczny "Speed Boat", filmowy "The Ghola" czy instrumentalny "Hunted By Cougars". 


W tych dynamicznych fragmentach trio rzeczywiście może przypominać King Crimson -  jak sugerują to niektórzy recenzenci - z okresu ich wybitnej płyty "Discipline". Z kolei chórki i partie wokalne kierują nasze skojarzenia do nagrań grupy YES. Tam, gdzie muzyka zaczyna transowo oddychać i odpływać w stronę przestrzeni krautrockowej, kłania się niemiecki Can lub eksperymentalne dokonania Kraftwerk. 


"Mirror, Shapes, Objects" - to album, który bezczelnie domaga się naszego czasu oraz pełnej uwagi. To wydawnictwo nie znosi półśrodków. Michael Columbia stworzyli dzieło ambitne, idące w poprzek współczesnych trendów. Po tylu latach milczenia przynieśli nam materiał bezkompromisowy, gęsty od znaczeń i muzycznej erudycji. Jeśli macie w sobie odrobinę odwagi i tęsknicie z czasami, kiedy albumy tworzyły zamkniętą i przemyślaną opowieść - to jest adres, pod który musicie zajrzeć.  


 (nota 7.5-8/10)



 












  Starsi fani wciąż dobrze pamiętają oniryczne płyty formacji THIS MORTAL COIL, stanowiące coś w rodzaju wizytówki brytyjskiej wytwórni 4AD. Dobrze pamięta je także STEFANO GUZZETTI, który na swoim wczoraj wydanym albumie "IN A STRANGE PLACE" postanowił złożyć im najszczerszy hołd. To nie jest zwykły album z coverami - Nicka Drake'a, Bauhaus, His Name Is Alive, Briana Eno, Johna Martyna itd. To przy okazji sugestywne zaproszenie do krainy melancholijnych wspomnień. Tytuł albumu zaczerpnięto od jednego z moich ukochanych utworów grupy His Name Is Alive - "How Ghosts Affect Relationships". Idealnie oddaje stan emocjonalny, w jaki artysta pragnie wprowadzić słuchacza. Te "dziwne miejsce" stają się również schronieniem. Azylem przypominającym nastoletnie czasy, kiedy ukrywaliśmy się w zaciszu własnych pokoi, żeby przeżywać kolejne muzyczne uniesienia.



 



  Stefano Guzzetti to włoski pianista, kompozytor. Jak wieść gminna niesie, jego utwory przekroczyły próg 32 milionów odtworzeń w portalach streamingowych. Od wielu lat tworzy muzykę do filmów, również tych dokumentalnych. Jego twórczość zachwyciła dyrektorów domu mody Dolce& Gabbana, i stanowiła wymowne tło dla pokazów wyreżyserowanych przez Giuseppe Tornatore. W swoich kompozycjach łączy intymne brzmienie fortepianu, z subtelną elektroniką i głębią instrumentów dętych. 


Tym razem do studia zaprosił znakomitych gości - mojego ulubionego brytyjskiego wokalistę z lat młodości Domnica Appletona (filar legendarnej grupy Breathless oraz samego This Mortal Coil). Emmę Anderson (grupa Lush), Iana Mortersa (Pale Saints), Heidi Barry i Paulę Frazer (duet Liles On Mars). Warto wiedzieć, że Stefano Guzzetii i założyciel wytwórni 4AD - Ivo-Watts Russell są bliskimi przyjaciółmi. Choć ten drugi dawno wycofał się z przemysłu muzycznego, był zaangażowany w powstanie tej płyty. To właśnie on sukcesywnie podsuwał Guzzettiemu propozycje coverów. Żona Watts Russella, Alicia, jest autorką fotografii wykorzystanych w oprawie wizualnej albumu. 

Większość kompozycji powstała pięć lat temu. Ich autor celowo cierpliwie czekał, sprawdzając, czy przetrwają próbę czasu. Emma Anderson nagrywała swoje wokalizy do "Love' Riddle" w domu sąsiadki - Heidi Berry. Słysząc to nagranie Heidi spontanicznie dopisała swoje partie wokalne. Z kolei zamykający album "Hope ( Te Archa)" skrywa inny sekret. Opiera się na nagraniu, które Stefano zarejestrował w Wenecji podczas podróży poślubnej. 


Guzzetti podszedł do tych coverów radykalnie - przede wszystkim maksymalnie zwolnił ich tempo. Do tego podkreślił przestrzeń. Kluczowe dla brzemienia tego album było przepuszczenie ścieżek dźwiękowych przez stare magnetofony szpulowe Revoxa. Fortepian (często preparowany, z wyciszonym filcem), został zarejestrowany przy użyciu bliskiego mikrofonu. Co sprawia, że mamy wrażenie, jakby artysta siedział obok nas. Głosy wokalistów celowo osadzono głęboko w miksie. Otulone zostały gęstą mgłą ambientowych syntezatorów. 












Album "In A Strange Place" wydaje się być płytą pomostem, zawieszonym pomiędzy neoklasycznym minimalizmem współczesności, a złotą erą brytyjskiego dream-popu. Stefano Guzzetti nie stworzył prostej płyty z coverami - starał się dokonać dekonstrukcji nagrań i próbował umieścić je w nostalgicznej tkance. Trudno porównywać ze sobą wydawnictwa This Mortal Coil i propozycję Guzzettiego. Dzieli je kilka muzycznych epok - to były inne czasy, inne podejście, inna wrażliwość. Album "In A Strange Place" wydaje się być niebo bardziej schematyczny. Z drugiej strony autor przełożył wybrane piosenki na swój indywidualny język muzyczny. Można również zastanowić się nad wyborem określonych utworów. Dlaczego właśnie te? 


Jeśli chodzi o moje prywatne odczucia, póki co jakoś nie potrafię wejść w ten świat odmalowany przez włoskiego artystę. Muszę podjąć kolejną próbę. Zdaje się, że dużo bliżej źródła dawnej estetyki 4AD był projekt HOPE BLISTER na albumie "... smile's Ok" (1998). Jedno nie ulega wątpliwości. Albumy This Mortal Coil pozostaną ze mną na zawsze, również jako pewien symbol - mimo, iż w ostatnich latach nie wracałem do nich szczególnie często. Na koniec wypadałoby zaprezentować przykład muzyczny z wydawnictwa "In A Strange Place". Nie będzie to cover tytułowego utworu His Name Is Alive. Uwielbiam tę "pieśń" w oryginalnej wersji i nic bym w niej nie zmienił (mimo upływu lat jest nie do ruszenia!). Nie będzie to również fragment, gdzie pojawia się urokliwy głos Domnica Appletona, o dziwo. Z tego zestawu nagrań póki co najbardziej do mnie przemówił "What Is And Was" - w wykonaniu Pauli Frazer. 


(nota 7/10)

 






sobota, 1 sierpnia 2026

SHEARWATER - "THE NEW WORLD" (Polyborus rec.) " Tamte dni albo piękno w czasach zarazy"

 
      Przyznam szczerze, że pierwsze dwa single nowej propozycji teksańskiej formacji SHEARWATER jakoś szczególnie mnie nie zachwyciły. Dlatego raczej specjalnie nie czekałem na ten album. Podszedłem do niego z tą rezerwą, jaką człowiek pozostawia do spraw z góry przesądzonych. Chociażby do dawnych miłości, które utraciły swój niegdysiejszy blask, choć pamięć o nich wciąż tli się w zakamarkach umysłu. Muzyka, podobnie jak dawne znajomości ma bowiem tę rzadką i nieco okrutną właściwość, że potrafi boleśnie przypominać o upływie czasu. Zasiadłem więc do słuchania bez żadnych oczekiwań, godząc się na rozczarowanie. Jednak to, co miało być smutnym obowiązkiem wobec przeszłości (gdyż zawsze ceniłem ten zespół), zmieniło się nagle w poważne, niemal intymne, odkrywanie albumu, które w kilku fragmentach zakończyło się oczarowaniem. Oto jeden z nich. Przed Wami MISS TYGODNIA.








   SHEARWATER narodził się w 2002 roku w Teksasie, z inicjatywy Jonathana Meiburga, jako poboczny projekt dla formacji Okkervil Rivrer. Nazwa pochodzi od angielskiego określenia ptaka "Burzyka" ( wokalista z wykształcenia jest ornitologiem). Poprzednia płyta "The Great Awakening", recenzowana na łamach tego bloga, urzekła mnie swoją intymną starannie przemyślaną strukturą. Dlatego poprzeczka dla nowego dzieła mogła być wysoko zawieszona. 


Pomysł na "The New World" zrodził się z potrzeby zderzenia się z niespokojną rzeczywistością. Sam Meiburg przyznał, że punktem wyjścia było budzenie się w świecie, który metaforycznie" stoi w ogniu" oraz próba odnalezienia w nim punktu oparcia. Zamiast zamknąć się w studiu nagraniowym, zespół postanowił na pełną niezależność. Po latach współpracy z wytwórnią Sub Pop i Matador Records, muzycy sfinansowali album dzięki crowdfundingowi, i wydali we własnej wytwórni Polyborus. Nagrania powstawały w Berlinie, Londynie, Nowym Yorku, Teksasie. Trzon grupy stanowią obecnie : Jonathan Meiburg, Emily Lee, Dan Duszyński (znany z tego bloga inżynier dźwięku i perkusista). Oprócz tego w studiu pojawiło się mnóstwo gości, wśród nich: Laurie Anderson, Jamie Stewart (lider grupy Xiu Xiu), Thor Harris (Swans), Doug Wieselman - aranżacje instrumentów dętych. Do tego muzycy z malijskiej grupy Ngoni Ba oraz palestyński wirtuoz Firas Zreik (ngani, qanun, calabash - instrumenty perkusyjne).







   Muzyki SHEARWATER trzeba nauczyć się słuchać. Warto odrzucić nawyki powierzchownego słuchania i stare przyzwyczajenia, do czego chyba Czytelników tego bloga nie muszę nakłaniać. Prawdziwa siła tej grupy tkwi właśnie w detalach. Te wszystkie produkcyjne smaczki, gustowne dodatki, aranżacyjne drobiazgi, (nagrania terenowe to między innymi odgłosy: rzeki, kruków, pszczół, drozdów itd.), ledwo słyszalne i ukryte w głębi miksu sprawiają, że obcowanie z tymi dźwiękami staje się wyrafinowaną ucztą dla uszów. Dopiero przy uważnym skupieniu odkrywa się misterną architekturę "The New World". Każde uderzenie w gong Jamiego Stewarta, subtelny powiew sekcji dętej Douga Wieselmana, czy egzotyczne i organiczne brzmienie instrumentów Malii i Palestyny nie pojawiają się tu przypadkiem. Są niczym pieczątki albo precyzyjne pociągnięcia pędzla na wielkim płótnie. To muzyka, która nagradza cierpliwość. Im głębiej w nią wchodzimy, tym więcej sekretów decyduje się nam objawić. Ten album może zachwycić na wielu różnych poziomach.


Takie wspaniałe fragmenty jak zaprezentowany dzisiaj: "Anamnesia",  "The Only Sound I'm Afraid Of", "The High Ranges", "A Mink In The Dusk", przypominają najlepsze dokonania Davida Sylviana, Marka Hollisa lub zapomnianej nieco belgijsko-francuskiej grupy BED (recenzja ich płyty do odnalezienia w archiwum bloga) . Cudownie ewoluują z intymnej art-popowej ballady w wielowarstwowe, kinematograficzne doświadczenie. W warstwie lirycznej autor proponuje spotkanie z bliskim dla niego światem przyrody, który staje się ofiarą i świadkiem destrukcyjnych działań człowieka. Do tego przewijają się wątki nieuchronności straty i upływu czasu.  Laurie Anderson w końcowej partii snuje opowieść pełną nostalgii i zagubienia, podczas spaceru z psem po plaży, która stanowi wymowne podsumowaniem albumu. 


"Miło jest wyobrażać sobie wersję ciebie i mnie, która wciąż tam spaceruje. Tam, gdzie kończy się plaża, a zaczyna niebo. Ale to nie sprawia, że tęsknię za tobą mniej (...). Żałuję, że nie zwracałam na to większej uwagi. Sądziłam, że tamte dni będą trwały wiecznie". 


 Album "The New World" to płyta paradoksalna. Zrodzona z niepokoju globalnego kryzysu. Przynosi uważnemu słuchaczowi przedziwne ocalenie poprzez czyste, soniczne PIĘKNO. To wielka, gęsta od znaczeń i detali opowieść o świecie, którego już nie rozumiemy, ale w którym wciąż musimy żyć. 

Ps. POZYCJA OBOWIĄZKOWA!!! 


(nota 8.5/10)