sobota, 25 kwietnia 2026

MISTY COAST - "ALWAYS SUN" (Brilliance Records) "Norweskie promienie"

 

   Norweski duet Misty Coast - Linn Frekedal (wokal, bas) i Richard Myklebust (gitara, producent) - przez lata funkcjonował gdzieś pomiędzy mglistym brzemieniem dream-popu, a niezbyt śmiałymi eksperymentami studyjnymi, między wpadającą w ucho melodią, a kolejnymi próbami jej zacierania. Wydany w dniu wczorajszym album zatytułowany "ALWAYS SUN", zgodnie z nazwą przynosi dużo więcej słonecznych dźwięków, i dość mocno przesuwa akcenty wspomnianego wcześniej balansu na rzecz dream-popowych piosenek. Tym razem nikt nie próbuje chować emocji pod kolejnymi efektami gitarowymi, jest za to afirmacja jasnej strony życia i sporo słonecznych piosenek.




 Od pierwszych minut nowego wydawnictwa słychać wyraźnie, że to nie jest przypadkowa zmiana estetyki, tylko świadomy wybór oraz drobny krok w stronę być może większej przystępności, a co za tymi idzie także popularności.  Album "Always Sun" nie przestaje być norweskim snem, ale jest to sen nieco mniej zamglony (przy okazji dokonań norweskiego duetu często pojawiało się określenie - "Hazy"). Bywa za to bardziej świetlisty, choć tu i ówdzie podszyty czymś delikatnie niepokojącym.


Ta większa przystępność nie oznacza jednak żałosnego uproszczenia, czy całkowitego zwolnienia z myślenia o aranżacji dźwięku. Wręcz przeciwnie. MISTY COAST nadal konstruują swoje piosenki w oparciu o mikro detale, ale tym razem nie starają się ich ukryć pod ścianą przesterowanych  gitar. Dzięki temu poszczególne warstwy kompozycji, łącznie z wokalizą, są lepiej słyszalne. Do tej pory norweski duet działał trochę na zasadzie kontrastu. Im więcej światła pojawiało się na powierzchni, tym wyraźniej obecne były drobne pęknięcia ukryte pod spodem. Tym razem twardym rdzeniem utworów stała się zgrabna popowa melodia - tego w ostatnich latach, przynajmniej w moim odczuciu, nigdy za wiele. Do tego doszły pogłosy, rozmaite efekty, lekko rozjechane "harmonie", drobne przesunięcia na poziomie rytmu, itd. To również dzięki temu cały ten album nie wpada w banał, znany z tylu innych mizernych avant-popowych produkcji, i jest godny uwagi.





 Jednocześnie duet LINN/Richard zdaje się nieco bardziej niż kiedyś ufać piosenkowej formule. Może taki to czas w ich karierze i dyskografii - debiutowali w 2017 roku płytą zatytułowaną "Misty Coast", która była nominowana do norweskiego odpowiednika nagrody Grammy - "Spellemannprisen". A może zapragnęli spróbować czegoś innego, chcieli stworzyć coś, co będzie miało wyraźne struktury, opierało się na powracających motywach i zgrabnych refrenach, które mogą zostać w głowie po kolejnych przesłuchaniach.

Moim zdaniem ta płyta zadziała najlepiej odsłuchana w całości, niż jako zestaw rozproszonych mniej lub bardziej  udanych singli. Bez pośpiechu, bez wielkich oczekiwań - wtedy kolejne utwory ułożą się w miarę spójny lekko oniryczny krajobraz. Oczywiście nie wszystkie odsłony tego zestawu maja tę samą siłę przekazu/siłę rażenia - aż tak dobrze nie jest. Tym samym nie każdy fragment zapiszę się złotymi zgłoskami i na trwałe w pamięci. Ale, kto wie, może również w tej mglistej ulotności ukrywa się charakter tego wiosennego wydawnictwa.

(nota 7-7.5/10) 







Zgodnie z dzisiejszym głównym wątkiem strefę "Dodatki" rozpoczniemy od mocnego tanecznego akcentu. Australijski zespół ACIENT CHANNELS oraz ich najnowszy singiel.





Równie dobrze, przynajmniej w moich uszach, zabrzmiała nowa piosenka londyńskiej grupy MARY IN THE JUNKYARD, która przy okazji zapowiada nowy album zatytułowany "ROLE MODEL HERMIT". Premiera krążka 3 czerwca.




 

Przeniesiemy się do Belgii, na spotkanie z producentem Florianem Tm Zeisigiem, który wraz z grupą przyjaciół powołał do życia formację THE THINKING OF THE WORLD BEGAN POUNDING IN OUR EARS THE MOMENT WE HIT SHORE, i opublikował wydawnictwo o tym samym tytule. Nie byłaby to zła płyta, gdyby nie potraktowano wszystkich wokali w każdej odsłonie smętnymi efektami, które w ostatecznym rozrachunku i takiej skali po prostu drażnią.






Rzadko prezentuję tutaj składanki, ale ta wydaje się być szczególna. Trzypłytowy box zawiera 67 utworów, znanych lub całkowicie zapomnianych, takich grup jak: Jesus And The Mary Chin, Belle And Sebastian, Primal Scream, Arab Strap, Mogwai, King Creosotte, The Beta Band i wielu innych. Wydawnictwo nosi tytuł "VARIOUS ARTIST: SOMETHING FOR THE LONGING - SCOTHISH INDEPENDENT POP 1985-1999". Wśród zespołów znajdziemy także grupę Camera OBSCURA, która kiedyś tworzyła takie magiczne piosenki.






Kolejna "piosenkowa" propozycja zabierze nas do Toronto, gdzie mieszka i tworzy Noah Mroueh, który ukrywa się pod szyldem "ARK IDENTITY - oto jego jeszcze ciepły singiel.






Tym razem wycieczka po Danii, i spotkanie z grupą GINTE PREISAITE, która 29 maja opublikuje album zatytułowany "Instruments Of Forgetting And The Singing Bone".






MISS TYGODNIA - tym razem chciałem uhonorować nieco dłuższą kompozycję, gdyż te zwykle gdzieś przepadają i mają małe szanse przebicia się do zbiorowej pamięci. Kolektyw Z Sheffield  - czyli grupa ORCHESTRA OF THE UPPER ATMOSPHERE, i mój ulubiony - WYBORNY - fragment z niedawno opublikowanego albumu "THETA SEVEN".







KĄCIK IMPROWIZOWANY -  trio z Karoliny Północnej,  które przyjęło niezbyt szczęśliwą moim zdaniem nazwę SETTING. Wczoraj opublikowali album o niezbyt szczęśliwej nazwie "Setting".






Australia, perkusista Laurence Pike i jego kwintet, fragment z płyty "Possible Utopias For Jazz Quintet", która ukaże się 29 maja.











sobota, 18 kwietnia 2026

WHEOBE - "A STRAINED OCEAN" (Wheobe Production) "Między falą a pęknięciem"

    Przed Wami kolejny debiut zbudowany na zróżnicowanym napięciu, wyczuwalnych emocjach i nieustannym ruchu, akcentowanym na różne sposoby. Płyta "A STRAINED OCEAN" sprawia wrażenie kompozycji modyfikowanych na bieżąco, jakby złapanych w trakcie powstawania, a nie gotowego produktu. Za całość albumu odpowiada formacja WHEOBE, bardzo młodzi chłopcy z Francji. Czwórka kolegów, z wokalistą i autorem tekstów - Swannem Foucherem - na czele. Jedną z charakterystycznych cech tego wydawnictwa jest jego nieprzewidywalność, która sprawia, że  "A STRAINED OCEAN" działa bardziej jak w miarę spójna opowieść niż zbiór przypadkowych czy też osobnych piosenek.





Debiut zespołu WHEOBE to album, który od początku zdradza wyczuwalny art-rockowy sznyt (z elementami progrocka), ale nie w klasycznym "retro" wydaniu. Słychać tu i ówdzie bardziej nowoczesne podejście do tego gatunku - skupienie się na emocjach, napięciu, a nie na tradycyjnych strukturach utworu. Już od pierwszych odsłon tego wydawnictwa widać, że francuska grupa nie interesuje się prostą formą i podziałami typu "zwrotka/refren". 

Zamiast tego członkowie zespołu lubią budować kompozycje warstwa po warstwie - powoli rozwijać poszczególne motywy, stosować zmienne tempo, wykorzystywać kontrast, ciszę, rozciąganie fraz i nagłe zwroty. Wydaje się, że to właśnie w tych przejściach pomiędzy ciszą, a eksplozją dźwięku najmocniej ujawnia się art-rockowy charakter tego typu muzyki.




  W muzyce Francuzów słychać całkiem sporą swobodę w operowaniu tonacjami i dynamiką. Utwory potrafią płynnie przechodzić od spokojnych fragmentów do nieco bardziej intensywnych form. Ten kontrast nie jest przypadkowy - wygląda na świadome budowanie dramaturgii, które nadaje całości filmowy charakter. Zespół WHEOBE nie używa jednego przewodniego motywu, woli zmienić struktury. Motywy, owszem, pojawiają się i znikają lub wracają w przekształconej formie, jakby były fragmentami większej całości, a nie tylko zamkniętymi pomysłami.

W kilku momentach wyczulone ucho wychwyci fascynacje dokonaniami grupy Radiohead albo inspirację post-rockiem. Szczególnie można to odczuć w sposobie budowania napięcia. Jednak francuski kwartet nie upraszcza przekazu, nie idzie na łatwiznę. Zamiast tego wykorzystuje elementy z pograniczna kilku stylistyk, co ubogaca przekaz.

Album "A STRAINED OCEAN" zostawia słuchacza w specyficznym stanie zawieszenia. Bez klasycznie rozumianego "finału", który domykałby całą historię. Właśnie w tym również tkwi siła francuskiej formacji. Zamiast szukania natychmiastowego spełnienia, wolą zbudować specyficzny nastrój. Ta muzyka z pewnością nie narzuca się odbiorcy. Może odepchnąć, ale może także wciągnąć w swój własny rytm. Nie jest to album "łatwy", czy "przystępny". Kto wie, może właśnie z tego powodu warto do niego wrócić.

(nota7/10)


 




W tych dniach - od czwartku do niedzieli - moje oczy skupione są na turnieju golfa RBC HERITAGE, który rozgrywany jest na malowniczej wyspie HILTON HEAD ISLAND. To miejsce, które potrafi zauroczyć spokojem i naturalnym pięknem. Rozległe pola golfowe sprawiają, że gra tutaj to nie tylko sport, ale również przyjemność obcowania z naturą. Jednak nie zapominamy o muzyce. Na dobry początek "Dodatków..." śliczna wpadająca w ucho piosenka. Zespół SSSIV pochodzi z Danii, 1 maja opublikuje album zatytułowany "SSSIV 2". Póki co możemy się cieszyć tym wybornym singlem.




Pewnie niektórzy po usłyszeniu tego świetnego singla, będą czekać na cały album zatytułowany "FUTURE ECHOES", norweskiej grupy ANTIPOLE & PEDRO CODE, który ukaże się 19 czerwca.





Niespodziewanie, przynajmniej dla mnie, wczoraj pojawił się nowy singiel DEAD CAN DANCE, który brzmi bardzo przyjemnie.





Przeniesiemy się do Nashville, żeby posłuchać nowego singla, którego autorem jest mało znany twórca JACK LANDESS.





Szybka wizyta w Sydney przyniesie spotkanie z formacją LOOSE FIT, która 22 maja opublikuje epkę zatytułowaną "Bittersweet Excess".






Duet z Wielkiej  Brytanii przybrał nazwę LIMINAL SKY, oto fragment z albumu zatytułowanego "ALL TOMORROW'S DARKNESS".





5 czerwca znana nam berlińska grupa THE DHARMA CHAIN opublikuje nowe wydawnictwo zatytułowane "Some Kind Of Pure State". Oto singiel promujący ten album.





MISS TYGODNIA - pochodzi z Bristolu i należy do grupy TARA CLERKIN TRIO. 5 czerwca ukaże się album zatytułowany "SOMEWHEREGOOD. Po tej wybornej kompozycji czekam na to wydawnictwo.






KĄCIK IMPROWIZOWANY odwiedzimy miasto Leeds, które jest siedzibą kolektywu OUTER WORLDS JAZZ ENSEMBLE, 1 maja ukaże się ich album zatytułowany "The Karma Line".

















 

sobota, 11 kwietnia 2026

PAUL BERGMANN - "CONNECTICUT COWBOY" "Muzyka żalu i nocnej przestrzeni"

 

Są artyści, którzy, jak wielu innych, tworzą kolejne płyty, ale są również tacy, którzy po prostu kontynuują jeden długi wewnętrzny monolog. Paul Bergmann z miasta New Haven raczej należy do tej drugiej kategorii. Jego wydany wczoraj album zatytułowany "Connecticut Cowboy" nie jest próbą redefinicji stylu, ani krokiem w stronę większej przystępności - to kolejny rozdział w konsekwentnie rozwijanej opowieści o samotności, nieprzystosowaniu, cichym sprzeciwie wobec migotliwej rzeczywistości.







 Już sam tytuł - poniekąd odrobinę ironiczny - sugeruje jakieś napięcie. "Kowboj" to figura wolności, mitu amerykańskiej przestrzeni. Zestawiona zostaje z Connecticut - stanem, który kojarzy się z uporządkowaniem, dobrobytem, spokojnymi miasteczkami, uniwersytetem Yale, a nie z dzikością oraz swobodą. To zderzenie jest celowe. Bohater tekstów Bergmanna nie pasuje ani do jednego, ani do drugiego świata. I właśnie z tego osobliwego pęknięcia rodzi się jego muzyka.

"Connecticut Cowboy" sprawia wrażenie nagrania bardziej odnalezionego niż stworzonego. Jakby istniało już wcześniej, a artysta jedynie uchwycił je w charakterystyczne dla siebie ramy. To wrażenie nie jest przypadkowe. Bergmann od lat (debiut 2015 rok) buduje swoją twórczość na intuicji, niedopowiedzeniu i przekonaniu, że prawda - nie tylko w muzyce, ale w szeroko pojętej sztuce - ujawnia się mimochodem, a nie poprzez precyzyjne konstrukcje.


"Usłyszałem kilka lokalnych zespołów grających mroczną westernową muzykę. To było bardzo w stylu Los Angeles. Trafiło to we mnie (...). Zawsze niepokoiło mnie coś w tym, że tam (Kalifornia) jest ciągle słonecznie. Jakby pod spodem kryło się coś mrocznego (...). Myślę, że wiele z tego wypływa z tęsknoty. Jestem jedną z tych osób, które są wiecznie niezadowolone. Trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona, zawsze za czymś tęsknię. To nie ma być smutna muzyka, ale jest zakorzeniona w nostalgii" - Paul Bergmann.






Twórczość Bergmanna od lat kręci się wokół kilku ulubionych wątków. Jeden z nich można zamknąć w zdaniu - "Jak żyć i tworzyć w świecie, który powoli się rozpada". To nie są łatwe i proste historie. W dużej mierze mają coś z poetyckiego strumienia świadomości. Bardziej przypominają fragmenty myśli niż tradycyjne narracje. 

Mocnym punktem ostatniej płyty jest jej brzmienie. Jakby wszystko nagrano w jednym pomieszczeniu, za jednym podejściem lub z minimalną techniczną obróbką. Stąd w nagraniach tyle "powietrza" między dźwiękami. Odbiorca może odnieść wrażenie, że oto słucha muzyki w opuszczonym domu. Gitary pracują bardzo oszczędnie - podobnie jak klawisze - bywają suche, niemal matowe, to znów zadziorne czy drapieżne. Produkcja w zamierzeniach jest celowo daleka od doskonałości; wpisuje się w tryb niedbałego "lo-fi", a nie w ryzy doskonałego masteringu. 

Wokal Bergmana jest kluczowy. Nie tyle prowadzi narrację, co raczej ją komentuje, przy okazji akcentuje wybrane momenty. Może być odbierany zarówno jako śpiew, ale także jako wewnętrzny monolog. Co tylko wzmacnia wrażenie, że słuchamy także myśli autora, a nie tylko piosenek.

Od samego początku, czyli od pierwszego przesłuchania, największe wrażenie zrobił na mnie utwór zamykający płytę, czyli wspaniała kompozycja "Blue Light Cowboy". Ten wyborny utwór pokazuje człowieka, który próbuje sobie wyobrazić siebie jako "kowboja". W rzeczywistości żyje w zwyczajnym świecie, który niewiele ma wspólnego z westernowym mitem. Wspomnienia chwil wolności są raczej wyobrażeniem niż realnym doświadczeniem. Bohater zostaje z poczuciem, że nie spełnia żadnych oczekiwań, ani wobec siebie, ani wobec innych. Cały utwór pokazuje życie jako ciągłe "jechanie dalej", które jest bardziej ucieczką niż podróżą. I taka właśnie jest ta płyta. Nie próbuje opowiadać konkretnej historii, tylko buduje stan mentalny. Brzmieniowo to indie-folkowy/rockowy minimalizm doprowadzony tu i ówdzie do bardzo emocjonalnej fazy.

 Największą siłą albumu jest w moim odczuciu to, że nie przynosi ulgi, nie daje wytchnienia czy ukojenia. Nawet momenty wspomnień, relacji lub ruchu w przestrzeni nie prowadzą do żadnego "katharsis". Zamiast tego wszystko rozmywa się w kolejnym obrazie, następnym miejscu. W kolejnym oddechu...

Ps. Uwielbiam ten moment. Oto przed wami "KOMPOZYCJA TYGODNIA".

(nota 7.5/10)

 






Ten album również warto wysłuchać w całości. Norwegia, grupa LES IMPRIMES, i płyta "FADING FORWARD", która ukazała się w dniu wczorajszym. Oto moje ulubione nagranie, które świetnie uzupełni nastrój albumu Paula Bergmanna.







Przeniesiemy się do stanu Kalifornia, o którym wspominał Paul Bergmann. Miasto San Diego i grupa MEMORY SPELLS i JORDAN WHITLOCK - z płyty wydanej dwa dni temu - "THIS WHAT IT FEEL LIKE". 






Cóż, że ze Szwecji, formacja HATER, która w marcu opublikowała album zatytułowany "MOSQUITO".






Warto mieć jakiś francuski akcent, szczególnie podczas trwania turnieju ATP Monte Carlo. Marion Brunetto to paryska wokalistka i filar grupy Requin Chagrin. Oto ich nowy singiel.







Przeniesiemy się do Cardiff, żeby posłuchać, jak brzmią połączone siły grup z tamtego regionu, czyli dobrze nam znany WHY HORSES? AND SPIRITED FOLLOWERS. Oto ich nowy singiel.






Tylko na tym blogu zapowiedź czerwcowej premiery, grupa z miasta Minneapolis, czyli AMERICAN CREAM BAND oraz fragment z płyty "TWIN".






KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim na dobry początek wspaniała kompozycja artysty z Nowej Szkocji. Saksofonista ANDREW MACKELVE i jego grupa MANY WORLDS. Mój ulubiony fragment z wydanej w marcu płyty "MANY WORLDS".







Tampere w Finlandii jest siedzibą formacji HOT HEROS, która 17 kwietnia opublikuje album zatytułowany "TAHTISILMA".







Na koniec nasz dobry znajomy GRZECH PIOTROWSKI, który niedawno wraz z gitarzystą EIVINDEM AARSETEM i perkusistą TERJE ISUNGSETEM opublikował wydawnictwo zatytułowane "HORIZON".


















piątek, 3 kwietnia 2026

DEARY - "BIRDING" (Bella Union) "Muzyka do bycia obok"

 

  londyńskim trio DEARY jesteśmy od samego początku. Ich pierwsze single pojawiały się regularnie w strefie "Dodatki...". Każdy kto systematycznie zagląda do tej sekcji, musiał odnotować ich piosenki. Być może również czekał na debiut, który nosi tytuł "BIRDING", i ukazał się wczoraj nakładem oficyny Bella Union. Wcześniej mogliśmy cieszyć się ich udanymi epkami - "Deary" (2023) oraz "Aurelia"(2024), które co niektórym słuchaczom zaostrzyły apetyt. W między czasie zespół zdążył także zmienić wytwornię. Z gościnnej, prowadzonej przez przyjaciela grupy, oficyny Sonic Cathedral przeszedł dla Bella Union. Zanim do tego doszło, wokalistka Dottie Cockram spotkała się z jej szefem Simonem Raymonde (niegdyś filar grupy Cocteau Twins), wypiła z nim piwo i zjadła sernik. Ciekawe, czy tak pyszny jak mój świąteczny? Smacznego!




 Są takie płyty, które nie próbują zwrócić na siebie uwagi. Debiut zespołu DEARY proponuje coś subtelnego: świat utkany z miękkich gitar, rozmytych emocji, eterycznej wokalizy i refleksji nad tym, co kruche - zarówno w nas samych, jak i w naturze.

Już od pierwszych dźwięków słychać, że londyńskie trio nie jest zainteresowane prostym odtwarzaniem estetyki shoegaze'u czy dream-popu. "BIRDING" to raczej próba uchwycenia pewnego stanu zawieszenia pomiędzy spokojem, a niepokojem, bliskością, a dystansem. Grupa konsekwentnie trzyma się obranego wcześniej kursu. Przede wszystkim muzycy świetnie operują przestrzenią, pozwalają wybrzmiewać dźwiękom, nie zagęszczają sztucznie aranżacji. Najprościej rzecz ujmując, w poczynaniach trójki Brytyjczyków odnajdziemy brzmienie gitar kojarzone z formacja Slowdive oraz zwiewną melodykę, która tu i ówdzie przypomina najlepsze piosenki Cocteau Twins. Myślę, że ten drugi element wychwycił w ich twórczości Simon Raymonde, i stąd ta prośba o spotkanie, które zakończyło się propozycją podpisania kontraktu płytowego.





Wszystko zaczęło się od gitarzysty Bena Eastona, który kilka lat temu poznał Dotti Cockram przez wspólnych znajomych. Połączyła ich słabość do shoegaze'u, bardzo udane koncerty takich grup jak: Slowdive, Saint Etienne, czy Cranes. W takim układzie wymiana plików dźwiękowych była koniecznością i oczywistością. Początkowo dla podkreślenia rytmu używali automatu perkusyjnego, a później do składu dołączył Harry Catchpole. Na jednej z ich poprzednich epek za bębnami zasiadł także Simon Scott, perkusista grupy Slowdive.

W trakcie trwania prac nad płytą Dottie Cockram zmieniła miejsce zamieszkania, co stało się źródłem inspiracji i znalazło swoje odzwierciedlenie w warstwie tekstowej.

"Przeprowadziłam się nad morze, więc często siedziałam na plaży, kiedy tworzyłam album. Próbowałam znaleźć inspirację albo po prostu znaleźć trochę czasu, żeby popatrzeć na morze. Było tam mnóstwo ptaków morskich, tak przypuszczam. I trochę mnie pochłonął ich majestat i blask" - wspomina Cockram.

Metodologia pracy Bena Eastona polega na tym, że zwykle tworzy szkielet ścieżek, z którym można potem pracować. Często rozpoczyna od warstwy rytmicznej, odmierzając proste podziały. Później pojawia się melodia, gitary nakładane warstwowo, często z efektem reverb i delay. Zamiast jednej dominującej gitary, woli wykorzystać nieco rozmytą chmurę dźwięków, zamiast shoegaze'owego brudu, kreuje przestrzeń wokół onirycznej wokalizy Dottie Cockram.

Album "BIRDING" to bardzo udany debiut, który podkreśla klasę zespoły. Może działać jak jeden długi emocjonalny strumień - bez wyraźnych szczytów, ale też bez dramatycznych mielizn. To nie jest płyta, która zostawia pojedyncze chwytliwe piosenki. Raczej oferuje nastrój, do którego chce się wracać.

(nota 7.5-8/10)