Prawda, jeśli w ogóle istnieje w muzyce, rzadko bywa bezczelna i głośna. Znacznie częściej ukrywa się w miejscach, o których wolelibyśmy zapomnieć. W pęknięciach głosu, w szczelinach długich samotnych nocy spędzanych w obcym mieście. W powolnym, nieuchronnym rytmie odchodzenia kogoś, kogo kochaliśmy. Kiedy słucha się wydanego wczoraj "PROUD OF ME", wspólnego albumu Ali. Ni i Adriana Younge'a, można odnieść wrażenie, że uczestniczy się w czymś, co nie było przeznaczone dla obcych uszu. To nie jest płyta nagrana po to, że zdobyć łatwy poklask. To raczej zapis intymnych zwierzeń, rzuconych na tło filmowych smyczków i analogowego kurzu, który osiadł na taśmie magnetycznej niczym wspomnienia w opuszczonym pokoju.
Stali Czytelnicy tego bloga dobrze kojarzą producenta i kompozytora z Los Angeles - Adriana Younge'a, chociażby z serii wydawniczej "Jazz Is Dead", którą tutaj zaprezentowałem. "PROUD OF ME" brzmi jak starannie zaplanowane "arcydzieło". Tak naprawdę narodził się z drobnego impulsu. W lipcu 2018 roku Alani Gibbon weszła do studia Adriana Younge'a - "Linear Labs", w mieście Los Angeles, bez żadnych gotowych szkiców. Spotkanie zaaranżował jej wydawca. To, co wydarzyło się na miejscu przerosło oczekiwania obojga.
Pracowali w morderczym, hipnotycznym tempie. Za dnia Younge'a otoczony kłębowiskiem kabli i lampowymi przedwzmacniaczami, komponował i nagrywał skromne podkłady. Wieczorami Ala.Ni słuchała taśm i pisała teksty pod wpływem chwili, a o poranku rejestrowała wokale. Podobno pierwsze pięć utworów powstało w tydzień. Z jednej strony mamy brytyjską minimalistkę, która na poprzednich solowych płytach śpiewała głównie a cappella. Z drugiej strony amerykańskiego maksymalistę, traktującego własne studio jak wielką filmową orkiestrę. Ten album to manifest analogowego brzmienia.
Adrian Younge znany jest z obsesyjnego odrzucenia cyfrowej technologii. Nagrał całą płytę przy użyciu legendarnego 24-ścieżkowego magnetofonu STUDER. Nie użył żadnego komputera, cyfrowej wtyczki czy syntetycznego sampla. Wszystkie instrumenty - od mięsistego basu, przez surową perkusję, aż po przesterowane organy VOXA - zostały nagrane na żywo. Kluczowe "kinowe" brzmienie to zasługa "Linear Labs Orchestra". Younge osobiście rozpisał skomplikowane partie na sekcję smyczkową i dętą, które następnie nagrano za pomocą starych mikrofonów wstęgowych z lat 60-tych (RCA 77-DX). To właśnie one nadają całości tego materiału matową górę i potężny, ciepły dół pasma przenoszenia.
Te orkiestrowe aranżacje udanie otuliły zamszowy głos Ali Ni. Zamiast schować nieco jej wokalizę, Younge celowo umieścił ją na pierwszym planie. Zrezygnował z pogłosów i korekty na rzecz naturalnej głębi studia. Słuchacz może odnieść wrażenie, że wokalistka stoi bardzo blisko mikrofonu. W tej nieco przydymionej, jazzowej barwie słychać każdą nutę, każde nawet drobne załamanie głosu. Teksty Alani Gibbon napisane w tamtym czasie - płyta ukazała się dopiero w dniu wczorajszym - były formą autoterapii, po tym, jak u jej ojca zdiagnozowano nowotwór. Analogowy brud taśmy magnetycznej stał się w tym przypadku idealnym nośnikiem dla opowieści o stracie, żałobie i dumie.
"PROUD OF ME" to dzieło bezkompromisowe, w którym prawda ludzkiego głosu spotyka się z mocą analogowego rzemiosła. Osiem lat pracy, zamknięte w tych dziesięciu odsłonach przyniosło płytę poprzetykaną dyskretnymi emocjami, intymnymi wyznaniami, zawieszoną gdzieś poza czasem i modą. Stali Czytelnicy lubią skojarzenia. Szczególnie cenią sobie moment, kiedy autor recenzji umieszcza omawiany materiał na mapie prywatnych skojarzeń. Jeśli chodzi o moje odczucia, przypomniało mi się brzmienie kultowego niegdyś albumu "Dummy" grupy Portishead. A z drugiej, głównie za sprawą barwy głosu, zapomniane dziś nagrania norweskiej wokalistki Karin Krog. Sporo tu soulowego brzmienia i jesiennej ciepłej nostalgii. Warto.
(nota 7.5-8/10)
Czasem lista "Dodatków" układa się w bardzo ciekawy, niepowtarzalny zestaw, do którego chce się wracać. Być może dziś właśnie macie przed sobą takie wyjątkowe kompozycje. Kto wie... Cóż, że ze Szwecji, czyli grupa De CLAIR. Ulubiony, bo najlepszy, fragment z niedawno wydanej płyty zatytułowanej "Veta Begas".
Raz jeszcze ten sam kierunek geograficzny. Cóż, że ze Szwecji, i fragment, również ulubiony, z debiutanckiej płyty "IMAGE REPERTOIRE", nowego duetu w mieście czyli MON RAYON.
MISS TYGODNIA - nasz dobry znajomy FIONN REGAN powrócił w dobrej formie. Właśnie zaprezentował nowy singiel, który zapowiada nadejście płyty "Berlin Berlin". Premiera 22 stycznia. CUDO!! Odliczam dni...
Powrócimy do miasta Los Angeles, skąd wywodzi się grupa OTHIS, która niedawno opublikowała płytę zatytułowaną "Virgos Are Honest".
Nasz kolejny znajomy pochodzi z Chicago, mowa tu o JEREMYM CUNNINGHAMIE, który wraz z grupą przyjaciół przed tygodniem wydał płytę "Passing Fires".
Kolejny muzyk pochodzi z Toronto, przybrał pseudonim AYAL SENIOR, i niedawno opublikowała nowe wydawnictwo zatytułowane "YUTORI".
KĄCIK IMPROWIZOWANY - przed wami holenderski muzyk KOEN HOLTKAMP, który wczoraj wydał nowy, ciekawy album "NIGHT LIFE".