Dziś odrobinę nagnę zasady - od tego są - i zaprezentuję płytę polskiego twórcy. Skłoniły mnie do tego jakże śmiałego wykroczenia dwa główne powody. Przede wszystkim jest to bardzo udana propozycja, która nie doczekała się dużej ilości wnikliwych recenzji. Wprawdzie kilka krajowych stron odnotowało premierę tego wydawnictwa - był listopad 2025 roku - jednak powielały te same zdania, cytując mniej lub bardziej zmodyfikowaną notkę prasową. Druga przyczyna jest bardziej prozaiczna. W naszym kraju nigdy nie było tradycji podobnego grania. A skromny autor tego bloga bardzo je sobie ceni. Od lat chętnie słucham, a także poszukuję również takiej muzyki.
W naszym kraju w zbliżonych rejonach, które tak udanie eksploruje album zatytułowany "KONIEC" - Konrada Ciesielskiego, porusza się chociażby Grzech Piotrowski. Ten ostatni bardziej akcentuje zwiewną melodykę, delikatne jazzowe frazy, używa mniej instrumentów elektronicznych, a przy okazji i po godzinach organizuje festiwal "Wschód piękna", gdzie promuje wykonawców z podobnego kręgu wrażliwości. Jeśli chodzi o światową scenę artystów, którzy od wielu lat z powodzeniem rozwijali podobny pograniczny nurt (ambient, jazz, elektrnoika, eksperyment), można wymienić z pamięci całą długą listę nazwisk. Muszą znaleźć się pośród nich: David Sylvian, projekt Dark Star Safari (recenzowany na łamach tego bloga), Exit North, Slowly Rolling Camera, GoGo Penguin, Jan Bang, Erik Honore, Harold Budd, Mark Isham( na późniejszym etapie kariery zajął się głównie muzyką filmową, ale przewinął się jako trębacz przez wiele płyt), Steve Jansen, Richard Barbieri, Arve Henriksen, Eivind Aarset, David Torn, Michael Brook, Mick Karn, Peter Nooten, Michael Shrieve, projekt Marco Polo, itd.
Co ciekawe, a zarazem bardzo charakterystyczne, wielu z tych artystów wspierało się siebie wzajemnie, podczas tworzenia kolejnych albumów, pojawiali się w studiach nagraniowych jako zaproszeni goście, muzycy sesyjni. W ten sposób jedno nazwisko odsyłało do drugiego intrygującego artysty, który poruszał się w zbliżonej stylistyce.
Reprezentujący północną część kraju Konrad Ciesielski wywodzi się ze środowiska post-metalowego. Grał na perkusji i współtworzył grupę Blondead. Twórca albumu "KONIEC" również skorzystał z okazji i zaprosił do współpracy kilku gości. Wśród nich znajdziemy saksofonistkę Patrycję Tempską, wokalistkę Gabrielę Wasilewską, czy trębacza Dawida Lipkę (znany z kolaboracji z Tymonem Tymańskim, Marcinem Świetlickim).
Debiutancki album Ciesielskiego niewiele ma wspólnego z post-metalem. Zamiast przyciągać uwagę słuchacza skomplikowanymi podziałami rytmicznymi - jak na rasowego perkusistę przystało - autor woli tworzyć intrygującą przestrzeń. W kolejnych odsłonach krążka "KONIEC" poszukuje głębi, odpowiedniego nastroju. To, czego prywatnie nieco mi zabrakło - jako osobie, która od lat poszukuje podobnej muzyki - to jeszcze większej przestrzeni, więcej powietrza, ale już na etapie realizacji technicznej poszczególnych ścieżek oraz instrumentów.
Jak wspomniałem wcześniej, w naszym kraju nie ma bogatej tradycji tego typu grania, w związku z tym nie ma także pewnych i sprawdzonych wzorców realizacji studyjnej takich wydawnictw. Na albumie "KONIEC" znajdziemy sporo malowniczych krajobrazów. Płyta raczej nie zachwyca zgrabnymi melodiami, popisami wirtuozów trąbki czy saksofonu. Twórca cierpliwie buduje narracje, tworzy barwne faktury oraz głębie. Muzyka Konrada Ciesielskiego rozwija się powoli. W tym układzie liczy się przestrzeń - im szersza, tym lepsza - pauzy, oddechy, a nie żywy rytm czy zgrabny refren. W tak kreślonej perspektywie za kolory i odcienie krajobrazu odpowiadają instrumenty akustyczne oraz subtelna elektronika.
Ta muzyka nie szafuje emocjami, bywa w tym względzie powściągliwa. Kompozycje wymagają skupienia, są introwertyczne. Twórca świadomie odrzuca konwencjonalną formułę piosenki. Album składa się z siedmiu utworów, które połączone tworzą spójną całość. Wydawnictwo "KONIEC" nastrojem balansuje pomiędzy melancholią, a pogłębionymi stanami refleksji. Warty podkreślenia jest także fakt, że autor celowo unika sztucznego patosu, co nieraz jest oczywistym rozwiązaniem, nie tworzy i nie szuka momentów kulminacyjnych. Z pewnością warto zapoznać się z tym udanym wydawnictwem.
(nota 7.5-8/10)
Przed nami krótka wycieczka do Londynu, gdzie ma siedzibę grupa URLIKA SPACEK, która 6 lutego opublikuje płytę zatytułowaną "EXPO".
Przeniesiemy się do Bristolu, skąd pochodzi formacja THE NEW CUT, która niedawno opublikowała epkę zatytułowaną "London, Out Threre".
Nasi znajomi z Londynu, grupa WHITELANDS wczoraj opublikowała nowy album zatytułowany "Sunlight Echoes". Mój ulubiony utwór? Właśnie ten!
Zaglądamy do katalogu oficyny Bella Union, która ma za sobą kiepski rok. Kolejna znajoma brytyjska grupa PLANTOID wczoraj opublikowała płytę zatytułowaną "Flare".
Portland w stanie Oregon, wczoraj ukazała się nowa płyta grupy BLACKWATER HOLYLIGHT zatytułowana "Not Here Not Gone".
Trzeba przyznać, że świetnie brzmi utwór "Built To Collide", brytyjskiej wokalistki - TESSY ROSE JACKSON, który znalazłem na opublikowanym przed tygodniem albumie "The Lighthouse".
KĄCIK IMPROWIZOWANY - płyta kontrabasisty z Kalifornii - BILLY'EGO MOHLERA zatytułowana "The Eternal" ukazała się w ubiegłym roku. Na saksofonie zagrał Devin Daniels, a na gitarze Jeff Parker.
Nasz znajomy gitarzysta HARRY CHRISTELIS reprezentuje miasto Londyn, 13 lutego ukaże się album zatytułowany "Preserving Fictions".

