
W tamtym okresie w okolicach Bristolu często padało. A oni próbowali udawać, że szum deszczu uderzającego o dach starej ogrodowej szopy to tylko kolejna warstwa przesteru zarejestrowanego na pożyczonej taśmie. Wielu z nich wciąż pamięta to specyficzne, chłodne światło późnego popołudnia, kiedy po raz pierwszy usłyszeli KATE WRIGHT. Jej głos był tak cichy, jakby wokalistka obawiała się, że obudzi kogoś w sąsiednim pokoju. A jednocześnie tak uparty, że nie dało się przed nim uciec. Muzyka grupy MOVIETONE miała w sobie coś z niespełnionej obietnicy. Z listu, który przyszedł pod właściwy adres, ale dwadzieścia lat za późno. Druga w dyskografii płyta zespołu zatytułowana "DAY AND NIGHT" (jej reedycja ukazała się wczoraj, z dwoma premierowymi dodatkami), brzmi dziś jak zapomniana alternatywna klasyka. Rzecz uratowana z pożaru, o której niemal wszyscy zdążyli już zapomnieć, dopóki ktoś nie wyciągnął jej z powrotem na światło dzienne, żeby udowodnić nam jak bardzo błądziliśmy, szukając hałasu tam, gdzie wystarczył zwykły szept.
Ta muzyka powstała z intuicji, przeczuć, nieśmiałych poszukiwań oraz ducha kolektywnej improwizacji. Ówczesna krytyka próbowała jakoś zaszufladkować zespół, pisząc w recenzjach z 1997 roku na łamach brytyjskiej prasy: "Movietone grają tak, jakby muzyka pop była tylko mglistym wspomnieniem z dzieciństwa, do którego próbują dotrzeć przez grubą warstwę kurzu i morskiej bryzy". Jak to pokazał upływ czasu, prawdziwa siła zespołu tkwiła w ich psychodelicznym podtekście.
Matt Elliott wspominał po latach ten specyficzny, pełen wolności proces twórczy. "Nigdy nie wiedzieliśmy, gdzie kończy się strojenie instrumentów, a zaczyna się właściwy utwór. Po prostu włączaliśmy taśmę i pozwalaliśmy, żeby przypadek, błędy i pogłos pokoju decydował o wszystkim".
Wspomniane powyżej "błędy" zamieniły się na płycie "Day And Night" w troskliwe mantry. W ciekawym, siedmiominutowym "Summer" fortepianowa ballada zostaje przeciągnięta przez tony zgrzytliwych skrzypiec, które budują nastrój daleki od letniego ciepła i atmosfery wakacji. Z kolei w "Night Of The Acacias" udział Elliotta stał się bardziej wyraźny. Przez jazzujące partie zespołu przedzierają się elektroniczne oscylacje, kontrastujące z brzmieniem klarnetu.
Movietone nie tyle grali piosenki, ile manipulowali fakturą dźwięku. Tworzyli nieco zamglone, psychodeliczne kolaże, które do dziś niewiele straciły na swojej magnetycznej sile przyciągania. Warto podkreślić, że Brytyjczycy nigdy nie szukali poklasku wielkich scen. Zamiast tego z każdym kolejnym albumem coraz bardziej zapuszczali się w głąb dźwiękowych eksperymentów. Na wydanym w 2000 roku krążku "The Blossom Filed Streets" wpuścili do niektórych kompozycji więcej filmowego jazzu. Trzy lata później, przy okazji "The Sand And The Stars", spakowali sprzęt, wsiedli w samochód, wybrali się na wycieczkę i nagrali album na opuszczonej plaży w Kornwalii. Potem bez hałasu i oficjalnych pożegnań zniknęli po angielsku, pozostawiając po sobie coś na kształt drobnej legendy formacji, która potrafiła zamienić ciszę w muzykę.
Pamięć o nich przetrwała jedynie w wąskich kręgach, przekazywana z ust do ust przez pasjonatów szukających w muzyce czegoś prawdziwego. "Day And Night" to coś więcej niż kolejna wspomnieniowa płyta z pogranicza slowcore i lo-fi. To sugestywny zapis stanu ducha, który rzadko udaje się uchwycić bez utraty jego ulotności. Ta płyta nie tylko przypomina bristolską formację, ale też brutalnie obnaża współczesną scenę alternatywną, tak często zdominowaną przez sterylną produkcję, tanie efekciarstwo i chłodną kalkulację, z której niewiele wynika.
(nota 7-7.5/10)
Z Bristolu przeniesiemy się do francuskiej Toulousy, gdzie działa grupa PERSICA 3, która w ubiegłym tygodniu opublikowała album zatytułowany "CARDINAL". Oto mój ulubiony fragment.
Szybki lot do Australii, lądowanie na lotnisku w Melbourne przyniesie spotkanie z ELLĄ THOMPSON. Oto fragment z jej najnowszej płyty "TRIUMPH AND SADNESS".
Miasto Los Angeles jest siedzibą grupy UNTILTED (HALO), która 6 listopada opublikuje debiutancki album "Aime Lou Wood Freestyle".
Pozostaniemy w mieście Los Angeles, kolejna grupy przybrała nazwę DUMMY, i niedawno opublikowała album zatytułowany "Do You Love The Color Of The Sky". Oto ulubiony fragment.
I raz jeszcze gościnne miasto Los Angeles, w nim formacja SOFT SWELLES, która w ubiegłym tygodniu opublikowała nowy singiel.
MISS TYGODNIA - przeniesiemy się w dość egzotyczny rejon, bo do Libanu, skąd pochodzi artysta, który przyjął pseudonim KARL MATTAR. 6 listopada ukaże się jego nowy album zatytułowany "The Weather Of The World". Do tego czasu możemy cieszyć się tym wybornym singlem.
KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim piąty album kompozytora i saksofonisty LINDA SIKHAKHANE zatytułowany po prostu "LINDA".