Czasem myślę - cóż za śmiałe wyznanie - że muzyka, szczególnie ta utkana z pogłosu i niedopowiedzeń, nie służy tylko do słuchania. Lecz również do przypominania, kim jesteśmy, skąd się wywodzimy, jaka jest nasza muzyczna biografia itd. Istnieją płyty, które podobnie jak mini album pięciorga młodych ludzi z miasta Minneapolis (gości turniej golfowy w ten weekend), ukrywających się pod nazwą SHE'S GREEN - nie tylko pojawiają się w naszej teraźniejszości, co dość mocno zwracają się ku naszej przeszłości. Słuchając ich najnowszej propozycji zatytułowanej "SWALLOWTAIL", człowiek może odczuć nostalgię za starymi dobrymi czasami. Mam tu na myśli początek lat 90-tych, kiedy tego typu granie przeżywało swój złoty okres.
W świecie, gdzie wszystko jest natychmiast nazywane, musi posiadać swoją etykietę i łatkę, ten młody kwintet, okrzyknięty przez skłonnych do przesady brytyjskich dziennikarzy: "największą nadzieją roku" - proponuje nam coś innego. Dobrowolne zagubienie się we wnętrzu przyjemnego, intymnego kokonu. Kwintet z Minneapolis tym razem stworzył dzieło nieco lżejsze, bardziej mieniące się barwami, niż ich wcześniejsze "hałaśliwe dokonania". Przy okazji ukrył w nim ciekawe detale, które nie pozwalają o tym wydawnictwie tak łatwo zapomnieć.
Przez lata shoegaze przyzwyczaił nas do tego, że bywa niczym gęsta mgła - gitary potrafią rozmyć się niczym jeden potężny dźwiękowy dron. Na albumie "Swallowtail" (nazwa odnosi się do rodziny motyli), grupa nieco zmieniła taktykę. Jak zauważyli recenzenci, panowie i pani grają tym razem niczym rasowy, rockowy zespół, który zakochał się w pogłosie (efekt reverb). Największym atutem najnowszego krążka może być zmiana nastroju. Singlowy "Mettle" potrafi przejść od sielanki do grunge'owego rocka. Akustyczny "Empty House" może kojarzyć się z bedroom folkiem. Przy okazji tej odsłony wokal znajduje się blisko słuchacza, jakby Zofia Smith śpiewała kolejne wersy tekstu tuż obok nas. Z kolei zamykający wydawnictwo, siedmiominutowy "Close Your Eyes" to wymowny pokaz dojrzałości oraz cierpliwości.
Głos wokalistki Zofii Smith wydaje się być nieco bardziej wyeksponowany niż to bywało na poprzednich płytach. Jej śpiew ma w sobie coś hipnotyzującego. Potrafi przemienić się w oniryczną kołysankę albo w pełen tęsknoty, rozdzierający krzyk. Szukając punktów odniesienia warto zwrócić się do wspomnianej już dziś przeze mnie przeszłości. Można wymienić chociażby takie grupy, jak mało znaną obecnie THE SUNDAYS. W niektórych momentach, w tych spokojnych chwilach, wokaliza Zofii Smith zbliża się barwą, nastrojem, do głosu Harriet Wheeler z początku lat 90-tych. Zgrabna melodyka i chłodny blask gitar może przypominać dokonania formacji Slowdive. Amerykańska wokalistka wspominała w wywiadach, że koncerty Slowdive za każdym razem: "całkiem ją obezwładniają". Finałowe minuty "Close Your Eyes" czy dynamika partii "Mettle" mają w sobie epicki post-rockowy rozmach, kojarzony z płytami Sigur Ros lub Mogwai.
"Muzyka mchu - to drobna rzecz, która odżywia swoje otoczenie i jest bardzo mocna i gęsta, ale jednocześnie puszysta i miękka. Myślę, że to naprawdę opisuje nasze brzmienie. Czasami słychać dźwięk miłości, i jest go dużo; czasami jest ciężki, a czasem jest w nim ta delikatność. Celem naszej muzyki jest stworzenie otoczenia, w którym człowiek może nakarmić swoją duszę" - Zofia Smith.
Album "Swallowtail" udowadnia, że formacja SHE'S GREEN to nie jest kolejny zespół kopiujący bezmyślnie popularne trendy reklamowane na Tik-Toku. Zespół gra intymną, wielowymiarową muzykę, która niczym wspominany przez nich mech, powoli obrasta słuchacza, zostając z nim na dłużej niż tylko czas trwania tych nowych siedmiu kompozycji.
(nota7.5/10)
W ludzkiej pamięci są strefy, które z braku lepszego słowa można nazwać zapomnieniem. Choć w rzeczywistości często bywają jedynie pewnym zawieszeniem. Mgłą, w której rzeczy minione spokojnie czekają na swój powrotny ton. Pomyślałem o tym, kiedy po latach milczenia usłyszałem pierwsze takty płyty "WHERE THE FADES MEET" grupy BLUE STATES. Za nazwą ukrywa się ANDY DRAGAZIS. Człowiek, którego twarzy pewnie większość z nas w ogóle nie kojarzy (być może podobnie jak nazwiska). Natura jego rzemiosła, intymnego montowania dźwięków w odosobnieniu wiejskiej stodoły w Sussex, domaga się raczej niewidzialności niż blasku reflektorów. Otóż artysta ten powrócił, i w dniu wczorajszym opublikował nowy całkiem udany album.
Nazwa "BLUE STATES", wybrana przed niemalże trzydziestoma laty, nie była, jak sądzili niektórzy deklaracją polityczną, ani geograficznym przypadkiem. Był to opis kondycji ludzkiej duszy. Ów stan, kiedy niebieska barwa staje się synonimem nostalgii, owego specyficznego, w tym przypadku angielskiego smutku, który nie rani, nie przytłacza, lecz osłania przed brutalnością świata.
Od samego początku, czyli od debiutu "Nothing Changes Under The Sun" (2000), Andy Dragazis zajmował się archiwizacją nastrojów. Któż z nas - fanów muzyki alternatywnej - przechodząc przez opustoszałe ulice, nie miał czasem w głowie tych filmowych partii smyczkowych, które autor potrafił zamknąć w kilkuminutowych kompozycjach. Któż z nas - tropicieli intrygujących dźwięków - nie pamięta, jak jego mieniący się barwami największy przebój "Season Song" - utwór skradziony przez kino, i wtopiony w makabryczne, opustoszałe pejzaże Londynu, w filmie "28 dni później" (kolejna powtórka filmu dziś wieczorem na kanale AMC) w reżyserii Danny'ego Boyle'a - stał się potem hymnem samotności i końca świata.
"Przez większość czasu pamiętam, że odkrywałem muzykę poprzez filmy, które oglądałem - tak to zwykle działało. Jednak w przypadku Blue States bieg zdarzeń został odwrócony" - powiedział Andy Dragazis.
Muzyka BLUE STATES miała w sobie tak silny pierwiastek narracyjny, że to obrazy filmowe same dopasowywały się do dźwięków, a nie odwrotnie. Ważnym, a często zapominanym elementem przeszłości grupy, jest moment tuż po wydaniu płyty "Man Mountain" (2002). Fani oczekiwali wtedy od nich kolejnego chilloutowego, kawiarnianego, indie-popowego albumu. Tymczasem Andy Dragazis postanowił całkowicie zmienić kurs. Na mojej ulubionej płycie "The Soundings" (2004), twórca porzucił elektronikę i zaprosił do współpracy wokalistów rockowych. Był to akt artystycznej odwagi, który udowodnił, że muzyka formacji Blue States nigdy nie chciała być tylko "tłem do relaksu", ale pełnowymiarowym projektem autorskim, poszukującym melancholii w różnych gatunkach muzycznych.
Inspiracją do powstania najnowszego albumu "WHERE THE FADES MEET" stała się fascynacja Dragazisa trybem "Audio fades" - czyli stopniowym wyciszaniem dźwięku. "Spodobał mi się pomysł, żeby koncepcję "audio fades" przełożyć na ludzkie życie" - wyjaśnił brytyjski muzyk.
Jak można wyczytać z notki prasowej, opublikowana wczoraj płyta bada motyw rozmaitych przejść między różnymi etapami życia, kruchości ludzkiej pamięci, ucieczki od rzeczywistości. Głównym spoiwem albumu stała się postać i głos STACEY DOWDESWELL. Kluczową osobą w jej zatrudnieniu była Tahita "Ty" Bulmer - dawna wokalistka Blue States, znana z płyty "Man Mountain" (2002). Kiedy po dwudziestu latach Andy Dragazis ponownie nawiązał z nią kontakt, ta nie tylko zgodziła się zaśpiewać, ale przedstawiła mu właśnie Stacey Dowdeswell. Wokalistka pomogła skompletować cały, sześcioosobowy zespół wokalny (chór), który stał się fundamentem nowego brzmienia.
Muzycznie płyta "WHERE THE FADES MEET" stanowi odejście od samotnego programowania bitów, na rzecz żywego i grupowego grania. Sześcioosobowy chór nagrywał swoje partie zwykle za jednym podejściem. Brzmienie nawiązuje do bogactwa aranżacji z lat 70-tych. Kompozycje okraszone wokalizą przeplatają się z instrumentalnymi tematami. Znów pojawiają się klasyczne dla poczynań grupy "filmowe smyczki". Dragazis zaprosił do studia uznany The Elysian Quartet.
Drobnym minusem tej propozycji jest w moim odczuciu fakt, że płyta zamyka się w jednej, bezpiecznej strefie komfortu. Andy Dragazis narzuca od samego początku średnie tempo i trzyma się go niemal bez przerwy przez wszystkie utwory. Brak mi punktu kulminacyjnego. Fragmentu, który przełamałby tę nieco schematyczną strukturę. Najjaśniejszym punktem całego albumu jest chór. Mamy efekt swoistej "ściany wokalnej" oraz żywej obecności. Emocjonalną głębię zamiast słów. I mimo, że nieraz kompozycje zaczynają zlewać się ze sobą przez podobne tempo oraz aranżacje, słuchacz może być oczarowany pięknem wokalnej harmonii.
(nota 7.5/10)