sobota, 12 września 2026

OAN KIM & THE DIRTY JAZZ - "INFINITY SHAKES" (Artwork Records) "Elegancja, film i saksofon"

 
Z płytami takimi jak "INFINITY SHAKES" jest pewien problem. Kiedy muzyka nagle milknie, słuchacze wciąż nie potrafią podnieść się z fotela, a świat wokół nich wydaje się dziwnie szary, płaski... pełen niedoróbek. Słuchając nowego, wydanego przed tygodniem albumu OANA KIMA i jego formacji THE DIRTY JAZZ, można odnieść wrażenie, że uczestniczymy w osobliwym seansie pamięci kogoś, kto leniwie palił papierosy, w niemal pustych hotelowych kawiarniach, lub zbyt długo wpatrywał się w krople deszczu ociekające po szybie wolno toczącej się taksówki. Ta muzyka nie tyle rozwija się w czasie, co raczej dryfuje gdzieś po obrzeżach wspomnień, które, jak podkreśla to Julian Barnes, rzadko bywają precyzyjne, a znacznie częściej stają się tym, co chcielibyśmy uważać za prawdę. Przed Wami MISS TYGODNIA.  









  To nasze kolejne spotkanie z tym artystą. Po mojej recenzji poprzedniego albumu OAN KIM raczej nie odnotował gwałtownego wzrostu zainteresowania swoją twórczością w naszym kraju. Jednak jestem pewny, że jego pełne magicznego uroku kompozycje trafiły pod kilka przyjaźnie nastawionych strzech. Nie mam zamiaru jakoś szczególnie i po raz kolejny przybliżać sylwetki tego muzyka. Zainteresowanych odsyłam do recenzji wcześniejszego albumu. 

 

Warto wiedzieć, że zanim OAN KIM założył swój obecny zespół, wcześniej udzielał się jako wokalista i lider w grupach Film Noir i Chinese Army. Debiutancki album zatytułowany "Oan Kim And The Dirty Jazz" (2023) zrodził się z samotności lockdownu. To mniej więcej wtedy Francuscy krytycy napisali o nim, że to: "Brakujące ogniwo pomiędzy Portishead a Chetem Bakerem". Kolejna płyta, zrecenzowana przeze mnie "Rebirith of Inocence" (2024), pogłębiła sugestywny filmowy klimat obecny w kompozycjach artysty. Wydany przed tygodniem "Infinity Shakes" to zdecydowanie najbardziej dojrzała propozycja w dorobku tej formacji. 


Tym razem pochlebna notka prasowa znów przywołuje porównanie do znanego trębacza, który przed laty wyskoczył był z okna hotelu "Prins Hendrik". "Krucha elegancja Cheta Bakera zderza się z atmosferyczną intensywnością Radiohead, w filmie wyreżyserowanym przez Davida Lyncha". Materiał zawiera 11 kompozycji, ucieka od tradycyjnie rozumianego jazzu, i zmierza w stronę lirycznej, czy onirycznej opowieści. W trakcie procesu rejestracji nagrań pojawili się również goście: Melody Gardot i Arthur Teboul (lider grupy Feu! Chatterton). Od pierwszych minut tego krążka urzeka bardzo dobrze zrealizowany dźwięk. To zasługa legendarnego studia "La Frette" - mieszącego się w XIX - wiecznym dworku pod Paryżem, w którym nagrywali Nick Cave, Arctic Monkeys czy Feist. Wnętrze słynie z analogowego brzmienia. Za produkcję odpowiadał Mathias Pascaud. W przeciwieństwie do poprzednich płyt, które OAN KIM w dużej mierze skomponował samodzielnie, "Infinity Shakes" powstał w wyniku głębokiego procesu tworzenia wszystkich członków grupy.








 Podobnie jak dobrze nam znany duet The Saxophones, OAN KIM lubi stosować ospałą, łagodnie rozwijającą się melodykę. Saksofonista nie popisuje się technicznymi kaskadami dźwięków, gra długie snujące się nuty, które brzmią jak odnalezione na zapomnianym albumie wydanym gdzieś na przełomie lat 50/60-tych. Znajdziemy w tym głęboko melodyjny spokój, charakterystyczny retro urok. Utwór "Nous Guettons" powstał jako pomysł Arthura Teboula. Miał być hołdem złożonym zmarłemu szefowi wytwórni - Jeanowi Phillipe Allandowi. OAN KIM rozbudował ten projekt w swoim domowym studiu, dopisując partię saksofonu. 


Francuski artysta, jako zawodowy fotograf i reżyser filmów dokumentalnych, myśli obrazami i kolorami. Każdy utwór na ostatniej płycie mógłby posłużyć jako zamknięta scena filmowa. Ta filmowość wynika również ze smaczków produkcji. Użycie taśmy magnetycznej, starych mikrofonów wstęgowych i naturalnego pogłosu XIX -wiecznego dworku przyniosło zamierzony skutek. 


Melodyka nagrań OAN KIMA rzadko pnie się w górę, szukając mniej lub bardziej wyraźnych momentów kulminacyjnych. Raczej łagodnie opada, snuje się, meandruje od brzegu do brzegu, jakby była zmęczona własnym istnieniem. W tej perspektywie ważna jest każda fraza, każdy ton. Brak tu pogoni za chwytliwym refrenem, taniego blichtru gitarowej solówki. Poszczególne motywy potrafią powracać falami, dzięki czemu hipnotyzują odbiorcę. OAN KIM miksuje dźwięki, jakby ustawiał głębie ostrości w obiektywie aparatu. Pierwszy plan - linia wokalna. Barwne tło - rozmyte syntezatory, perkusja, echo saksofonu lub trąbki - tworzy oniryczną mgłę. To sprawia, że tej płyty nie sposób słuchać pobieżnie - jej przestrzeń wciąga odbiorcę do środka. Świetny zespół! Bardzo dobra płyta! 


(nota 8/10)

  








  W "Dodatkach..." pozostaniemy przez czas jakiś we Francji, gdyż rzadko tam zaglądamy, i w podobnym nastroju. Grupa BOLBEC - nazwa pochodzi od francuskiej miejscowości - jakiś czas temu opublikowała płytę zatytułowaną "Foutu Felin". Wybrałem taki fragment.







  Raz jeszcze Francja i formacja SYD MATTERS, która w ubiegłym tygodniu wydała nową płytę zatytułowaną "A Gospel Of Some Sort". Oto mój ulubiony fragment.









Przed nami wyprawa do kolejnego francuskiego miasta Nantes, gdzie działa i tworzy żeńska grupa KONTEXTE, 2 października opublikują album zatytułowany "Hello World". Póki co panie pokazały światu pierwszy singiel.









  

Przeniesiemy się na Rhode Island, skąd pochodzi formacja DOGS ON SHADY LANE, która 25 września wyda płytę zatytułowaną "KNOTS". Oto jeden z singli promujących to wydawnictwo.







 Bardzo lubię amerykańską grupę Skeletons, szczególnie z okresu dwóch świetnych  płyt "Money"(2008) oraz "People"(2011). Liderem tej formacji jest Matt Mehlan, który jakiś czas temu postanowił połączyć siły z Robertem Lunbergiem (grupa Jobs) oraz Johnem Dietierichem (grupa Deerhoof). Nowo powstały zespół nazywa się HIGHSIGH, niedawno wydał album "Once Bend". Oto mój ulubiony fragment z tego wydawnictwa.







   Kelly Finnigan to producent i wokalista z San Francisco, niedawno ukazała się jego nowa płyta zatytułowana "B-Sides, Singles And Forgotten Gems".








KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim nasz dobry znajomy - NAT BIRCHALL saksofonista z Manchesteru, który nie zwalnia tempa. 13 listopada ukaże się jego nowy album "Peace And Blessings".








I kolejny nasz dobry znajomy LARAAJI, muzyk reprezentujący Nowy York. Wczoraj opublikował nowe wydawnictwo zatytułowane "OPENNESS". Oto mój ulubiony fragment, jak zwykle u tego artysty pełen uważności świata i pozytywnych emocji. KOMPOZYCJA TYGODNIA.