Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lauren Kinsella. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lauren Kinsella. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 maja 2025

JENNY HVAL - "IRIS SILVER MIST" (4AD) "Faktor zapachów"

 

   "W domach spokojnej starości czasem możemy znaleźć stacje sensoryczne, prawda? Myślę, że wąchanie różnych rzeczy to doskonałe ćwiczenie poznawcze. I oczywiście melodie, które znamy, naprawdę zapadają nam w pamięć, potrafimy pamiętać piosenkę dłużej niż nasze imiona". "Czasami bardzo wyraźnie pamiętam zapach kurzu na mikrofonie" - oświadczyła Jenny Hval. 

Te dwa wyżej przywołane zdania norweskiej artystki całkiem nieźle powinny wprowadzić nas zarówno w tematykę, jak i przybliżyć główne źródło inspiracji, wydanego wczoraj, bardzo udanego, albumu "Iris Silver Mist". Znaczenie jego tytułu zaprowadzi nas prosto do ulubionych perfum Jenny Hval, które produkuje francuska, jakżeby inaczej, firma Serge Lutens. Produkt obecny jest w sprzedaży mniej więcej od połowy lat dziewięćdziesiątych. Jego koszt oscyluje w pobliżu 320 dolarów za flakonik. Autorem tego niepowtarzalnego zestawienia jest Maurice Roucel. Zainteresowanych bliższym poznaniem tych perfum odsyłam do drogerii. Reszta może spokojnie zacząć słuchać świetnej płyty Jenny Hval.





Norweska wokalistka, performerka, także autorka powieści - gościła w 2023 na łamach bloga z projektem Lost Girls - "Selvutsletter" - od kilku lat lubi tworzyć albumy, które krążą wokół jednej tematyki. Dawniej takie wydawnictwa określano pojemnym terminem "koncept album". Przyznam szczerze, że miałem sporą słabość właśnie do takich płyt, z wyraźnie zaakcentowanym jednym wątkiem, kompozycjami płynnie przechodzącymi jedna w drugą, opowieściami, od których trudno było się oderwać.

Z tych wcześniejszych prób uchwycenia konkretnej problematyki, warto wspomnieć płytę "Innocence Is Kinky" (2013), gdzie Hval badała szeroko pojęte rejony erotyzmu. Trzy lata później, przy okazji albumu "Blood Bitch", próbowała przybliżyć różne formuły kobiecości. Dziennikarski świat po raz pierwszy szerzej odnotował jej obecność w 2011 roku, kiedy norweska wokalistka za pośrednictwem zacnej oficyny Rune Grammofon zaprezentowała krążek "Viscera".

Od samego początku, a te prowadzą nas do gotycko-metalowej załogi Shellyz Raven, Hval była artystką niepokorną. Niczym kot chadzała własnymi ścieżkami, cierpliwie budowała swój sceniczny wizerunek. Często przekraczała estetyczne granice, zderzała ze sobą elementy różnych, niekiedy skrajnych stylistyk. Nie obawiała się zadawać kontrowersyjnych pytań, i nie poszukiwała konkretnych jednoznacznych odpowiedzi. W jej kolejnych  poczynaniach przewijała się dziecięca ciekawość świata, pewien rodzaj bliżej nieokreślonego niepokoju, któremu sukcesywnie próbowała dawać wyraz. Nigdy nie ukrywała swojej fascynacji postacią i dokonaniami Kate Bush, jej ślady również możemy odnaleźć na wydanej wczoraj płycie "Iris Silver Mist".




Tym razem, w odróżnieniu od autorki znakomitej płyty "50 Words For Snow", w pierwotnych zamierzeniach norweskiej wokalistki nie pojawiła się wizja koncept albumu, tylko czegoś w rodzaju Mixtape. Przywołując dokładnie słowa Hval, pomyślała o: "Eseju muzycznym na jedną noc", skupionym wokół tematyki zapachów. W tej perspektywie sztuka jawiła się jako sposób na otwarcie i zamknięcie poszczególnych zmysłów. 

W domowym archiwum posiadała całkiem sporo materiału zarejestrowanego podczas próbnych sesji, bez użycia sekcji rytmicznej. Trzeba wiedzieć, że był to okres, kiedy Hval zaczęła odczuwać znużenie muzyką, zarówno własną, jak i nawet tych najbardziej ulubionych artystów. Po jednym z koncertów kolega zabrał ją do perfumerii, gdzie odkryła świat zapachów, i nabyła kilka niszowych aromatycznych  zestawów. "To zapachy przywróciły mnie do muzyki i dały nowe życie. Nos ożywił uszy" - stwierdziła. A jak pachnie ten ulubiony, od którego nazwy wziął się tytuł opublikowanego wczoraj wydawnictwa?

"Zapach jest bardzo, bardzo irysowy. Zwykle powstaje z korzenia rośliny, a nie z kwiatu. Pachnie ziemią, ale także mlecznym powietrzem, mgłą, marchewkami gotowanymi na parze...".





"Zapachy także zostały z nim na zawsze. Bo gdy tylko siadał w fotelu, z odchyloną w tył głową, zmykał oczy, by chłonąć aromat balsamów, lakieru, fiołków i jaśminu, wody różanej, pudrów i szamponu, które jako bardziej piżmowe i uderzające do głowy podkreślały jedynie potężnie alzackie wonie fryzjerki, gdy ta unosiła rękę, by bawić się grzebieniem i nożyczkami...".  "Serce nie ustaje" - Gregorie Bouillier.


Recenzenci zgodnie podkreślają talent wokalny, spójny charakter najnowszego materiału, przybliżają piosenkę za piosenką, próbują analizować teksty, poszukują zgrabnych metafor, itd. A ja chciałbym przede wszystkim skupić się na świetnym długimi fragmentami brzmieniu płyty Jenny Hval. W szczególności pragnę podkreślić wspaniale zrealizowaną perkusję. Myślę, że jest to również zasługa Kyrre Laastada, współproducenta - znają się z projektu Lost Girls - inżyniera dźwięku, także perkusisty, który pojawił się w singlowym utworze "To Be A Rose"; w kolejnych zagrał Christian Naess, rockowo- jazzowy perkusista z dwudziestoletnim stażem. 

Laastad znany jest ze współpracy z muzykami jazzowymi, jak chociażby z Matsem Gustafssonem. Tak już nieraz bywa, że perkusiści jazzowi grają nieco inaczej, słyszą więcej, pełniej i szerzej, niż pozostała reszta "pałkarzy", skupiona na precyzyjnym odmierzaniu rytmu. Dla nich bębny, kotły, werble, talerze to mikro świat, w którym z łatwością potrafią się odnaleźć. Dawno na "popowej" płycie nie słyszałem tak dobrze zrealizowanych bębnów. Potwierdzi tylko fakt, że od wczoraj album "Iris Silver Mist" kojarzy mi się przede wszystkim z wybornym brzmieniem zestawu perkusyjnego. 

Drugie dominujące skojarzenie, to gatunek artystyczny pop, który reprezentuje wydawnictwo "Iris Silver Mist" - nie mylić z płytą "Artpop" - Lady Gagi. To również dzięki tak dobrym płytom jak piątkowa propozycja Jenny Hval, w ostatnim okresie ten kierunek prężnie się rozwija. Kto by pomyślał  jeszcze kilka lat temu, że pop znajdzie w muzyce folkowej, eksperymentalnej, w przestrzeni jazzowej, ciekawe źródło inspiracji. Dlatego mogą pojawiać się następne magiczne cegiełki, w tym cierpliwie budowanym brzmieniowym zamku, obok dokonań Julianny Barwick, Snow Poet, Julii Holter - wszyscy artyści zostali odnotowani na tym blogu w poszczególnych recenzjach.

 Oczywiście można wskazać podobieństwa, podkreślić różnice, rozszerzając przy tym pojęcie art-pop. Propozycje Holter, szczególnie "Something In The Room She Moove", wydają się bardziej mroczne, pewnie również nieco bardziej złożone, szlachetnie precyzyjne, a przez to wyrafinowane, Juliana Barwick bywa oniryczna, a wokalistka Snow Poet - Lauren Kinsella - na swój indywidualny sposób flirtuje z jazzem, uwielbia swobodne zabawy głosem. Wszystkie te artystki z powodzeniem tworzą odłam muzyki popularnej, rozbudowują odrębny podgatunek, przeznaczony tylko i wyłącznie dla smakoszy. Regularnie publikują wydawnictwa zaadresowane dla tej nielicznej garstki fanów, którzy potrafią docenić wysublimowane brzmienie, wkład pracy, inteligencję oraz wrażliwość, formułę estetycznej konsekwencji. To wszystko bez wątpienia znajdziecie na tych płytach. 

Otwarte pozostaje pytanie, czy sklepy odnotują bardziej wzrost sprzedaży ostatniego albumu Jenny Hval, czy jednak perfum "Iris Silver Mist".

(nota 8/10)

 




sobota, 1 stycznia 2022

"Wait For Me"... czyli... "Reasumpcja głosowania" - albo podsumowanie płytowe 2021 roku

 

     "Niczego w tym świecie nie wie się na pewno, ale wie się, że o wszystkim, o czym się wie, wiedzieć można zgoła w odmienny sposób - a każda wiedza jest tyle samo warta, co inna, nie lepsza ani nie gorsza, a już z pewnością nie mniej od innych tymczasowa i ulotna" - Zygmunt Bauman - "Ponowoczesność jak źródło cierpień".

  Rozpocząłem dzisiejsze podsumowanie płytowe 2021 roku od cytatu, który można odnaleźć, w zakazanej, w pewnych kręgach, księdze Zygmunta Baumana nie dlatego, że pobrzmiewa w nim radosna pochwała wszelkiego relatywizmu, ale z tego prostego powodu, że dostrzegam w tych zgrabnych frazach metaforę czasu, w którym przyszło nam żyć. Jakoś nigdy specjalnie nie wierzyłem, i uwierzyć nie chcę albo nie potrafię, w jednomyślność krytyków czy recenzentów, którzy zupełnie niezależnie od siebie - o tę właśnie niezależność gra się toczy - ustalają, bez polemiki i dyskusji, niekiedy podobne do siebie listy najlepszych płyt minionego roku. Żeby takie listy miały sens, trzeba by owych recenzentów całkowicie od siebie odizolować (komora deprywacyjna), na czas krótszy lub dłuższy, a potem cierpliwie poczekać, aż wyplują z siebie szczere werdykty i rzetelne opinie. W tym kontekście równie ważne - jak postulowana wyżej izolacja - wydają się być kryteria wyboru i oceny, a więc zasady według których ustalone zostały poszczególne zestawienia. "Pluralizm to istnienie wielu układów odniesienia, z których każdy ma swój własny schemat rozumienia oraz kryteria racjonalności". 

 Dla mnie - przeciętnego słuchacza - jednym z najważniejszych punktów na złożonej mapie wartościowania dzieła muzycznego, jest ilość odtworzeń; liczba, zazwyczaj co najmniej trzycyfrowa, wyrażająca częstotliwość moich powrotów do płyty, epki, singla, itd. Ta liczba zawiera w sobie także oznaczenie pewnego potencjału, który przy okazji najlepszych wydawnictw, w pierwszych chwilach, ale również długo potem, zdaje się być niewyczerpywalny. Na szczęście, i wbrew co niektórym, próbującym zagłuszać swoje rozmaite kompleksy i realizować dyktatorskie zapędy, nie żyjemy w sowieckim kołchozie - gdzie wszyscy mają odczuwać tak samo i myśleć w podobny sposób, jeśli już taki stan pogłębionej refleksji w ogóle się przytrafi. Uważam, że właśnie w tym można wyrazić siłę tego typu stron czy blogów - stanowią one pożywkę dla wszystkich tych, którzy noszą w sobie jakiś niepokój oraz ciągły głód, i nieustannie poszukują nowych bodźców, innych  treści, niż te powszechnie obowiązujące w popularnych serwisach. Według obiegowej opinii "DOBRA MUZYKA" obroni się sama - choć nie zawsze uda się jej wypłynąć na szerokie wody powszechnej akceptacji i zrozumienia - gdyż, jak pisał przed laty Jean Baudrillard: "Nie ma przedmiotu uprzywilejowanego. Dzieło sztuki tworzy własną przestrzeń". Tym między innymi różnią się wszelkie artystyczne dokonania od zwykłego kiczu, który często potrafi przystroić się w barwne piórka, -  że ten drugi rzadko kiedy tworzy oryginalną przestrzeń, w swoim karykaturalnym naśladownictwie zawsze żywi się cytatem, kalką czy powtórzeniem. Zdaje się, że to Roland Barthes w "Le Plassir Du Texte" ("Przyjemność tekstu") napisał o: "Bękarciej formie kultury masowej, jako zdegradowanym powtórzeniu".



 Przede wszystkim pragnę wyróżnić płytę "WAIT FOR ME", grupy Snowpoet, do której wielokrotnie wracałem lub z którą bardzo długo nie potrafiłem się rozstać. Autorka tekstów, współtwórca wszystkich kompozycji, wokalistka roku według JAZZ FM (2016) - Lauren Kinsella starała się pokazać ludzki głos - a tym samym rozmaite funkcje języka - na wszelkie możliwe sposoby. W subtelnych przejściach od śpiewu do mowy, przez radosne i kojarzone z okresem dzieciństwa zabawy słowem oraz swobodną improwizację, wraz z Chrisem Hysonem (instrumenty klawiszowe, produkcja), poruszali się po obrzeżach gatunków - indie-folk, pop, jazz, awangarda - nie zapominając o tym, że to, co porusza i zostaje w pamięci słuchacza na długie tygodnie, a nawet lata, to także piękne i wyrafinowane linie melodyczne. "Eksperymentujemy z kolorem, fakturą, formą, narracją i sposobem połączenia wszystkich tych elementów w kompozycji" - oświadczył Chris Hyson. Album "Wait For Me" ukazał się nakładem oficyny Edition Records, i nie jest to jedyna płyta pochodząca z tej zacnej wytwórni, którą chciałbym dziś zaprezentować.



Slowly Rolling Camera - "Where The Street Lead" - czyli grupa dowodzona przez szefa wytwórni Edition Records - Dave'a Stapletona. Przy wydatnym wsparciu gości zaproszonych na sesje nagraniowe - Stuarta McCalluma (gitara), Marka Lockhearta (saksofon), Chrisa Pottera (saksofon) oraz oktetu smyczkowego - stworzyli kilka niezapomnianych i wspaniałych kompozycji, które swobodnie flirtują z takimi gatunkami jak: jazz, rock, fussion, muzyka filmowa. W tym wydaniu to piorunująca mieszanka. Na płycie "Where The Street Lead" znajduje się również pieśń "Illuminate", którą w 2021 roku słuchałem zdecydowanie najczęściej. Wykonanie warstwy wokalnej powierzono Sachalowi Vasandani, który, sami to przyznacie, wspaniale odnalazł się pośród tych delikatnych i nostalgicznych dźwięków. Przy tej okazji, aż zamarzyła mi się cała płyta Slowly Rolling Orchestra, poprzetykana warstwami wokalnymi Sachala Vasandani. Ten ostatni, również w wytwórni Edition Records, wydał w tym roku płytę z pianistą Romain Collinem zatytułowaną "Midnight Shelter".



O albumie "Promises" Pharoah Sandersa, Floating Points i London Symphony Orchestra napisano niemal wszystko, więc nie będę się powtarzał. Przy tej okazji warto również sięgnąć do nieco starszych wydawnictw - chociażby tych pochodzących z lat sześćdziesiątych: "Pharoah", "Tauhid", "Karma", "Jewel Of Thought" - mistrza saksofonu, który 13 października skończył 81 lat. Takim mistrzem nie jest z pewnością jeszcze Thomas de Pourquery, ale jego płyty "Back To The Moon", nagranej ze swoim kwintetem Supersonic, słucha się z ogromną przyjemnością. W kolejnych jej odsłonach urzeka swobodne połączenie wątków pochodzących ze świata muzyki improwizowanej z elementami orkiestrowego popu.




Mnóstwo świeżego powietrza oraz głębokiej muzycznej przestrzeni znalazłem w kompozycjach londyńskiej grupy Muck Spreader zawartych na płycie "Abysmal". Sporo w tym graniu swobodnych improwizacji instrumentów dętych, a także soczystych dialogów. Ta muzyka za każdym razem i w kolejnych odsłonach zdaje się szukać adekwatnej dla siebie formuły. Wokalista grupy - Luke Brennan, oraz jego wesoła załoga znaleźli dla siebie sporą niszę, usytuowaną gdzieś pomiędzy dokonaniami TaxiWars, a tonami, które można kojarzyć z albumami nieodżałowanej grupy Morphine.




Kiedy tak spoglądam na to pobieżne i skrócone zestawienie dostrzegam, że w mijających miesiącach nieco bardziej przemawiały do mnie zespoły, które w swoim brzmieniu mają również sekcję dętą. Podobnie jest w przypadku kanadyjskiej grupy Les Moontunes, dowodzonej przez kompozytora, autora tekstów, klawiszowca i producenta - Miguela Dumaine'a. Na płycie "Lees Moontunes" zebrał on kilku artystów reprezentujących różne środowiska - jazz, psychodelię, rock - którzy świetnie czuli się szczególnie w nieco dłuższych wypowiedziach muzycznych oraz podczas sesji nagraniowych wypełnionych swobodnymi improwizacjami. Tak powstało jedenaście kompozycji, z pogranicza art-rocka, jazzu i popu, wolnych od elektronicznych dodatków i sztucznych studyjnych upiększeń.



Nie był to zły rok, ale z drugiej strony jakoś szczególnie nie obfitował w zalew niezwykłych wydawnictw płytowych. Jak widać po kolejnych tematach w moim prywatnym muzycznym pamiętniku, pojawiło się sporo nowych artystów i grup, którzy dopiero poszukują dla siebie miejsca na rynku. Starzy wyjadacze i weterani wszelkich scen raczej roztropnie przyczaili się, zajmując z góry upatrzone pozycje, i spokojnie obserwowali, jak rozwinie się sytuacja związana z pandemią. O zaistnieniu całkiem nowych gatunków mowy być nie mogło, gdyż żyjemy w czasach, gdzie twórcy zwykli grać resztkami, zaś łączenie ze sobą rozmaitych stylów czy różnych wątków, nie jest wyborem estetycznym, a formułą zastaną i czymś poniekąd naturalnym. 
Spotkało mnie także kilka rozczarowań. Największe dotyczyło najnowszej propozycji niegdyś mojego ulubionego duetu - Kings Of Convenience. Im dłużej słuchałem płyty "Peace Or Love", tym bardziej nużyły mnie kompozycje na niej zawarte. Podobnie było z miałkim, niczym plaża nudystów nocą, albumem grupy Soup - "Visions". Poprzedni krążek "Remedies", to długimi fragmentami była jednak duża klasa. Najbardziej wymęczyła mnie płyta zespołu Low -"Hey What", która znalazła się bardzo wysoko w wielu podsumowaniach. Być może recenzenci, którzy obsypali te nagrania tak dobrym słowem, nie pamiętają wczesnych dokonań formacji z Duluth założonej w 1993 roku. Z kolei grupa Efterklang, z roku na rok, coraz bardziej traci swój indywidualny muzyczny idiom, czego potwierdzeniem jest z pewnością ostatni album "Windflowers". Dość już tych utyskiwań.
Wszyscy ci, którzy cenią sobie brzmienie wypracowane przed laty przez Marka Hollisa, także na ostatnich płytach Talk Talk, lub dokonania Davida Sylviana, z okresu działalności z grupą Rain Tree Crow, koniecznie powinny dotrzeć do drugiego w dorobku albumu grupy Modern Nature - "Island Of Noise". A może by tak skusić się na wydanie winylowe? Zakładam, że egzemplarz "Burzy" Szekspira chyba już macie na półkach.




Na koniec mojej pobieżnej wyliczanki zostawiłem dwa albumy. O pierwszym z nich napisałem całkiem niedawno - Nous With Laraaji And Arji OceAnanda - "Circle Of Celebration". O drugiej płycie - The Weather Station - "Ignorance", napisali wyczerpująco inni recenzenci i dziennikarze, czy to krajowi, czy zagraniczni. To piąte w całym dorobku i zdecydowanie najlepsze wydawnictwo formacji z Kanady, kierowanej przez wokalistkę Tamarę Lindeman (Hope), która przy okazji sesji nagraniowych zaprosiła do współpracy kilkunastu muzyków (klarnet, flet, saksofon, skrzypce, wiolonczela, fortepian). W tych pełnych uroku kompozycjach można się rozsmakować i zatracić, bowiem powoli, i z każdym kolejnym przesłuchaniem, ujawniają ukrytą w nich głębię. Poza tym dorzucę garść tytułów, z krainy improwizowanych dźwięków, kolejność przypadkowa: Kenny Garrett - "Sound From The Ancestors", Ill Considered - "Liminal Space", Archie Shepp, Jason Moran - "Let My People Go", Bill Charlap Trio - "Street Of Dreams", Arooj Aftab - "Vulture Prince", Isaiah Collier & The Chosen Few - "Cosmic Transitions". 






Ktoś kiedyś całkiem trafnie powiedział, że: "Widzimy nie dlatego, że nie jesteśmy ślepi - widzimy dlatego, że jesteśmy ślepi na większość rzeczy". Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z ograniczeń mojej percepcji oraz z faktu, że moje poznanie uwikłane jest w perspektywiczność. Dlatego też pewnie w najbliższych dniach i tygodniach będę cierpliwie docierał do albumów, które, z braku czasu lub z innych równie ważnych powodów, niefrasobliwie pominąłem, w kolejce do wiecznie spragnionego świeżego muzycznego mięsa odtwarzacza. Mrrrr....
I właśnie tego Wam życzę, drodzy stali Czytelnicy oraz napływowi Goście, i Wy sympatyczni uchodźcy z innych blogów, w nadchodzących tygodniach i miesiącach - radosnych odkryć, nieoczekiwanych premier, smakowitych singli oraz wybornych epek, które przeniosą Was w inny wymiar, i umilą czas oczekiwania na... pojawienie się... kolejnych nowych wydawnictw. Do usłyszenia, do odczytania, w 2022 roku.





niedziela, 21 lutego 2021

SNOWPOET - "WAIT FOR ME" (Edition Records) - "Kluczem do życia jest... improwizacja"

 

    Muszę przyznać, że nie rozstaję się z albumem "Wait For Me" grupy Snowpoet. Cóż za osobliwe wyznanie, jak na tak zwany dobry początek, prawda? Nie rozstaję się z tym krążkiem od kilku dni. Takie lub podobne słowa często odnajdujemy w prywatnych relacjach albo recenzjach prasowych. Z jednej strony możemy je uznać za mało oryginalny chwyt marketingowy i przejść do dalszej części tekstu, jeśli takowa istnieje. Z drugiej zaś, pewnie w niejednym, również w moim, przypadku zdanie to odzwierciedla aktualny stan rzeczy. Kompozycje z płyty "Wait For Me" rzeczywiście wypełniają mi każdą wolną chwilę, i te chwile nieco bardziej  zajęte... także. Nawet w tym momencie, który już odszedł niepostrzeżenie, kreśląc te nieco koślawe dziś zdania, do moich uszu docierają subtelne dźwięki z tego albumu. A kiedy robię sobie od nich przerwę - bo warto sprawdzić pozostałe nowości płytowe, które ujrzały światło dzienne w miniony piątek - łapię się na tym, że zaczynam tęsknić za tymi piosenkami tak, jak tęskni się za tym, co świeże i nienachalne, subtelne i szczere, inteligentne i poruszające...

Lauren Kinsella to wokalistka, autorka tekstów, dyplomowana kompozytorka, kobieta z wolna dobiegająca do czterdziestki. Wypominać wiek płci przeciwnej nie wypada, ale robię to głównie dlatego, żeby podkreślić, że przez minione lata artystka dojrzewała, i nie jest kimś, kto na scenie muzycznej stawia dopiero pierwsze kroki. Kiedy prześledzimy nieco wnikliwiej jej biografię, możemy dojść do wniosku, że umiejętnie wykorzystała różne elementy, które podsunął jej kapryśny niekiedy los. Jako dziewczynka uczęszczała na lekcję baletu. A ze żmudnych powtórzeń tych samych figur oraz układów najbardziej polubiła momenty, kiedy prowadząca zajęcia zachęcała uczniów do swobodnej improwizacji. Tworzenie czegoś na własnych warunkach, swoboda skojarzeń i wolność stały się później czymś na kształt artystycznego modus operandi sympatycznej Irlandki. Nasza dzisiejsza bohaterka z czasów beztroskiego dzieciństwa pamięta również, że babcia, jak i matka, miały bardzo ładną barwę głosu. Jednak ani jedna, ani druga, nie miały możliwości, żeby ów głos systematycznie kształtować pod okiem odpowiednich pedagogów. Mając 23 lata Lauren udała się do Newpark Music Center, żeby studiować jazz i ćwiczyć głos, korzystając z cennych uwag Ronana Guilfoyle'a. Później były podróże i edukacja w Szwajcarii, Indiach oraz na Węgrzech.  Zwieńczeniem tego okresu było uzyskanie tytułu magistra w zakresie śpiewu i kompozycji w Royal Academy Of Music w Londynie. Jak sama przyznaje, przełomowym dla niej momentem w postrzeganiu kobiecej wokalistyki było poznanie albumu "Swingin'easy" - Sarah Vaughan (1957), który oszołomił ją: "mistrzostwem w zakresie harmonii i rytmu, kontroli głosu w zakresie barwy, projekcji, dynamiki i swingu". W dalszej kolejności Kinsella współtworzyła zespoły, projekty, występowała przed publicznością. W międzyczasie zdobyła kilka cennych nagród  i wyróżnień, jak: Kenny Wheeler Jazz Prize, czy tytuł "wokalistka roku JazzFM" (2016). Z ważniejszych przystanków na trasie artystycznego rozwoju warto wspomnieć: Lauren Kinsella Ensemble, Abhra, duet z saksofonistą Julienem Pontavianne, Roamer, współpraca przy tworzeniu opery, spektakli teatralnych, kolaboracje z kompozytorami muzyki klasycznej, granie z kwintetem Though-Fox. Z saksofonistą Alexem Huberem nagrała album zatytułowany "All This Talk About" (2012), inspirowany poezją Teda Hughesa, o którym Julian Barnes w znakomitym "Poczuciu kresu" napisał: "Oczywiście wszyscy się zastanawiamy, co będzie, kiedy już skończą mu się zwierzęta do tych wierszy".

I tutaj docieramy do kolejnego istotnego punktu w biografii irlandzkiej wokalistki - księgarnia ojca. To właśnie stamtąd nastoletnia Lauren pożyczała książki, żeby w zaciszu swojego pokoju otworzyć je na przypadkowej stronie, wybrać dowolny fragment tekstu, chociażby i Juliana Barnesa, czy Javiera Mariasa, a potem śpiewać go na różne możliwe sposoby. Nic więc dziwnego, że elementy nieskrępowanej zabawy utrwalone w dziecięcym pokoju nasza dzisiejsza bohaterka przeniosła później do swojej dojrzałej twórczości. Możemy je również usłyszeć na albumie Snowpoet. Płyta "Wait For Me" jest w dużej mierze sugestywnym i bardzo urokliwym pokazem możliwości ludzkiego głosu.



Czego tutaj nie mamy - śpiew solowy, pogłosy, motywy chóralne, harmonie i kontrapunkty, zmysłowy szept, oddech, deklamacje. Powtarzanie poszczególnych fraz, akcentowanie pojedynczych wyrazów, beztroskie punktowanie sylab, przypominające gaworzenie niemowlaka. A dookoła tego wszystkiego rozciągają się wspaniałe dźwiękowe przestrzenie, stworzone w oparciu o saksofon (Josh Arcoleo), fortepian (Matthew Robinson), syntezator (Chris Hyson), perkusję (Dave Hamblett), skrzypce (Alice Zawadski).  Grupa Snowpoet często i dość niesłusznie określana bywa przez dziennikarzy jako duet - Lauren Kinsella i Chris Hyson. Tymczasem wokalistka przy różnych okazjach podkreśla, że zespół tworzy sześcioosobowy skład; siódmym członkiem jest producent oraz inżynier dźwięku Alex Killpartrick, współpracujący z nimi od samego początku.  Niemal wszyscy członkowie brytyjskiego kolektywu poznali się podczas studiów w Royal Acadamy Of Music. Tylko pojawiający się gościnnie gitarzysta studiował w Guidhall.  Snowpoet w 2016 roku własnym sumptem wydali epkę - "Butterlfy", żeby dwa lata później podpisać kontrakt z wytwórnią Edition Records, nakładem której ukazał się pełnowymiarowy debiut "Thought You Knew". Główne jego motywy skupiały się wokół rozterek miłosnych, szukania ukojenia w powrocie do natury, odnalezienia harmonii z przyrodą. Stąd nie dziwiło wykorzystanie nagrań terenowych - śpiewu ptaków, szumu wiatru, odgłosów kroków w wysokiej trawie, zarejestrowanych w londyńskich parkach.

Najnowszy album wyjątkowo udanie otwiera znakomity "Roots", który rozpoczyna się od pętli fortepianowej i wokalnej, nieśmiałe blaszki perkusji wprowadzają dodatkowy podział rytmiczny. Owa delikatność, czy też subtelność brzmienia to znak rozpoznawczy grupy Snowpoet. Saksofonowe ornamenty Josha Arcoleo przenoszą kompozycję w inny, szerszy wymiar. Chris Hyson proces komponowania porównał do technik malarskich. I trzeba przyznać, że od pierwszych chwil albumu "Wait For Me" możemy przekonać się, iż nie jest to tylko przypadkowo rzucona metafora. Drugi utwór - "The Wheel" - zaczyna się słowem mówionym, wypowiadanie poszczególnych głosek jest tutaj środkiem artystycznego wyrazu. Melodia i rytm języka pobudza wyobraźnie artystki urodzonej w Dublinie. "Poszukuję emocjonalnego centrum słów" - oświadczyła w jednym z wywiadów. Lauren Kinsella dobitnie pokazuje, że ludzki głos można wykorzystać na wiele różnych sposobów.

"Czasem wszystko zaczyna się od rytmu, innym razem od melodii czy fragmentu tekstu". Ważnym elementem w twórczym warsztacie Kineslli jest improwizacja, swobodna gra skojarzeń, wzajemne interakcje członków zespołu, dokładanie kolejnych elementów na dalszych etapach produkcji. Muzyka Snowpoet, z godną pozazdroszczenia lekkością, przekracza ramy gatunkowe. Można bez cienia przesady powiedzieć, że w każdej z tych dwunastu kompozycji wypełniających krążek "Wait For Me", gatunek definiowany jest od nowa. To ciągły proces, stawanie się, próba określania, i wymykanie się jednoznacznym ujęciom. Ileż w tych nagraniach barw, ileż odcieni, pomysłów i zwykłej radości tworzenia. Porównań do istniejących już zespołów można znaleźć wiele, ale żadne nie będzie trafne. Dziennikarze w twórczości Lauren Kinselli odnajdują inspiracje Bjork, szczególnie albumem "Vespertime", lub dokonaniami Laury Marling. Sama wokalistka przywołuje nazwiska Laurie Anderson, Joan Baez, Olivii Chaney. Od siebie dodam, że w momentach najbardziej zbliżonych do indie-folkowych tematów, można przypomnieć postać Kate Bush, szczególnie jej płyty z ostatniego okresu. Słuchając utworu "Early Feelings" przypomniała mi się płyta Julii Holter, z jakże udanego, omawianego na łamach tego bloga, wydawnictwa "Aviary". Przebojowa, na charakterystyczny dla Snowpoet sposób, jest kompozycja "Face Time". Z kolei "Sky Thinking" to niespieszne refleksje stworzone w oparciu o przetworzone tony saksofonu. 

Improwizacja, folk, awangarda, pop, elementy elektroniki, kameralistyka - wszystko to łączy się i przenika na krążku "Wait For Me" w bardzo wyrafinowany sposób. Przepiękna, poetycka wręcz, kompozycja "Burn Bright" urzeka lekkością czy delikatnością zarówno śpiewu, jak i barwnych fortepianowo-skrzypcowych ornamentów. Tak delikatna i krucha może być tylko zakochana i nieco zagubiona wrażliwa kobieta, miłośniczka poezji Sylvii Plath, Larkina czy Johna O'Donohue'a. "Cisza to fascynująca obecność. Jest nieśmiała. Jest cierpliwa. Nigdy nie zwraca na siebie uwagi". A ta kompozycja zdaje się być stworzona na progu ciszy. Również na miejsce rejestracji nagrań członkowie formacji wybierają studia położone na uboczu, z daleka od wielkich aglomeracji, jak chociażby to w środkowej Walii - Giant Wafer Studio, gdzie  zrealizowali poprzedni krążek. W metodologii pracy brytyjskiej grupy znajdziemy połączenie analogowych i cyfrowych technik. "Diabeł tkwi w szczegółach" - twierdzi Chris Hyson i dodaje: "Eksperymentujemy z kolorem, fakturą, formą, narracją i sposobem połączenia wszystkich tych elementów w kompozycji".

"Wait For Me" to wspaniały, nienachalnie nowoczesny album, który koniecznie musicie poznać. Pozycja obowiązkowa!

(nota 8.5-9/10)  


 


W kąciku deserowym dziś zupełnie nieoczekiwanie wystąpi grupa - pewnie już się domyślacie - Snowpoet, z bardzo udanego albumu "Wait For Me". W tym miejscu muszę przywołać dość banalne z pozoru zdanie, ale cóż poradzić, skoro w banałach ukrywa się czasem sedno rzeczy. Ileż piękna, niezwykłych chwil i wzruszeń może ofiarować człowiek drugiemu człowiekowi. W tym przypadku co najmniej sześciu artystów, i Alex Killpartrick czuwający za suwakami konsolety. Mistrzu, padam do nóżek...