sobota, 10 października 2026

ADRIAN YOUNGE, ALA. NI - "PROUD OF ME" ( Linea Labs rec.) "W analogowym trybie"

 
   Prawda, jeśli w ogóle istnieje w muzyce, rzadko bywa bezczelna i głośna. Znacznie częściej ukrywa się w miejscach, o których wolelibyśmy zapomnieć. W pęknięciach głosu, w szczelinach długich samotnych nocy spędzanych w obcym mieście. W powolnym, nieuchronnym rytmie odchodzenia kogoś, kogo kochaliśmy. Kiedy słucha się wydanego wczoraj "PROUD OF ME", wspólnego albumu Ali. Ni i Adriana Younge'a, można odnieść wrażenie, że uczestniczy się w czymś, co nie było przeznaczone dla obcych uszu. To nie jest płyta nagrana po to, że zdobyć łatwy poklask. To raczej zapis intymnych zwierzeń, rzuconych na tło filmowych smyczków i analogowego kurzu, który osiadł na taśmie magnetycznej niczym wspomnienia w opuszczonym pokoju.







  Stali Czytelnicy tego bloga dobrze kojarzą producenta i kompozytora z Los Angeles - Adriana Younge'a, chociażby z serii wydawniczej "Jazz Is Dead", którą tutaj zaprezentowałem. "PROUD OF ME" brzmi jak starannie zaplanowane "arcydzieło". Tak naprawdę narodził się z drobnego impulsu. W lipcu 2018 roku Alani Gibbon weszła do studia Adriana Younge'a - "Linear Labs", w mieście Los Angeles, bez żadnych gotowych szkiców. Spotkanie zaaranżował jej wydawca. To, co wydarzyło się na miejscu przerosło oczekiwania obojga. 


Pracowali w morderczym, hipnotycznym tempie. Za dnia Younge'a otoczony kłębowiskiem kabli i lampowymi przedwzmacniaczami, komponował i nagrywał skromne podkłady. Wieczorami Ala.Ni słuchała taśm i pisała teksty pod wpływem chwili, a o poranku rejestrowała wokale. Podobno pierwsze pięć utworów powstało w tydzień. Z jednej strony mamy brytyjską minimalistkę, która na poprzednich solowych płytach śpiewała głównie a cappella. Z drugiej strony amerykańskiego maksymalistę, traktującego własne studio jak wielką filmową orkiestrę. Ten album to manifest analogowego brzmienia. 


Adrian Younge znany jest z obsesyjnego odrzucenia cyfrowej technologii. Nagrał całą płytę przy użyciu legendarnego 24-ścieżkowego magnetofonu STUDER. Nie użył żadnego komputera, cyfrowej wtyczki czy syntetycznego sampla. Wszystkie instrumenty - od mięsistego basu, przez surową perkusję, aż po przesterowane organy VOXA - zostały nagrane na żywo. Kluczowe "kinowe" brzmienie to zasługa "Linear Labs Orchestra". Younge osobiście rozpisał skomplikowane partie na sekcję smyczkową i dętą, które następnie nagrano za pomocą starych mikrofonów wstęgowych z lat 60-tych (RCA 77-DX). To właśnie one nadają całości tego materiału matową górę i potężny, ciepły dół pasma przenoszenia.










  Te orkiestrowe aranżacje udanie otuliły zamszowy głos Ali Ni. Zamiast schować nieco jej wokalizę, Younge celowo umieścił ją na pierwszym planie. Zrezygnował z pogłosów i korekty na rzecz naturalnej głębi studia. Słuchacz może odnieść wrażenie, że wokalistka stoi bardzo blisko mikrofonu. W tej nieco przydymionej, jazzowej barwie słychać każdą nutę, każde nawet drobne załamanie głosu. Teksty Alani Gibbon napisane w tamtym czasie - płyta ukazała się dopiero w dniu wczorajszym - były formą autoterapii, po tym, jak u jej ojca zdiagnozowano nowotwór. Analogowy brud taśmy magnetycznej stał się w tym przypadku idealnym nośnikiem dla opowieści o stracie, żałobie i dumie. 


"PROUD OF ME" to dzieło bezkompromisowe, w którym prawda ludzkiego głosu spotyka się z mocą analogowego rzemiosła. Osiem lat pracy, zamknięte w tych dziesięciu odsłonach przyniosło płytę poprzetykaną dyskretnymi emocjami, intymnymi wyznaniami, zawieszoną gdzieś poza czasem i modą. Stali Czytelnicy lubią skojarzenia. Szczególnie cenią sobie moment, kiedy autor recenzji umieszcza omawiany materiał na mapie prywatnych skojarzeń. Jeśli chodzi o moje odczucia, przypomniało mi się brzmienie kultowego niegdyś albumu "Dummy" grupy Portishead. A z drugiej, głównie za sprawą barwy głosu, zapomniane dziś nagrania norweskiej wokalistki Karin Krog. Sporo tu soulowego brzmienia i jesiennej ciepłej nostalgii. Warto.


(nota 7.5-8/10)




 
 




  Czasem lista "Dodatków" układa się w bardzo ciekawy, niepowtarzalny zestaw, do którego chce się wracać. Być może dziś właśnie macie przed sobą takie wyjątkowe kompozycje. Kto wie... Cóż, że ze Szwecji, czyli grupa De CLAIR. Ulubiony, bo najlepszy, fragment z niedawno wydanej płyty zatytułowanej "Veta Begas".






 

     Raz jeszcze ten sam kierunek geograficzny. Cóż, że ze Szwecji, i fragment, również ulubiony, z debiutanckiej płyty "IMAGE REPERTOIRE", nowego duetu w mieście czyli MON RAYON. 







  MISS TYGODNIA - nasz dobry znajomy FIONN REGAN powrócił w dobrej formie. Właśnie zaprezentował nowy singiel, który zapowiada nadejście płyty "Berlin Berlin". Premiera 22 stycznia. CUDO!! Odliczam dni...









 Powrócimy do miasta Los Angeles, skąd wywodzi się grupa OTHIS, która niedawno opublikowała płytę zatytułowaną "Virgos Are Honest".









 Nasz kolejny znajomy pochodzi z Chicago, mowa tu o JEREMYM CUNNINGHAMIE, który wraz z grupą przyjaciół przed tygodniem wydał płytę "Passing Fires".









  Kolejny muzyk pochodzi z Toronto, przybrał pseudonim AYAL SENIOR, i niedawno opublikowała nowe wydawnictwo zatytułowane "YUTORI".



  






  KĄCIK IMPROWIZOWANY -  przed wami holenderski muzyk KOEN HOLTKAMP, który wczoraj wydał nowy, ciekawy album "NIGHT LIFE".










sobota, 3 października 2026

STARCLEANER REUNION - "UMBRELLA" (Take Care Records) "Światła na niebie"

 
     Debiutanci nie mają łatwo, kiedy rynek muzyczny zalewany jest bezlitosną falą nowych grup. Każdego tygodnia cyfrowy eter pęcznieje od tysięcy zwykle podobnych do siebie mizernych i boleśnie przewidywalnych premier. A młodzi twórcy stają przed dylematem - jak zostać usłyszanym i przy tym nie krzyczeć tak głośno jak pozostali. Większość z nich natrętnie puka do drzwi naszej wrażliwości, oferując produkty skrojone pod algorytmy z góry skazane na szybkie zapomnienie. Nowojorski kwintet STARCLEANER REUNION na swojej debiutanckiej płycie zatytułowanej "UMRELLA" zaprasza nas do świata, który sprawia wrażenie, jakby istniał od dawna, ukryty gdzieś na strychu naszej pamięci.





  


  Album "UMBRELLA" operuje nostalgicznym paradoksem. To dość mocna i sprawdzona w boju broń. Przekonaliśmy się o tym wielokrotnie. Niby mamy do czynienia z debiutem, ale muzyka zawarta na tym krążku brzmi jak odnaleziony po latach, zakurzony magnetofonowy zapis grupy, która z niejasnych przyczyn minęła się z popularnością (w alternatywnym półświatku) w połowie lat 90-tych. STARCLEANER REUNION z elegancją mieszają chropowaty lo-fi rock, dream-pop z odwołaniem do estetyki formacji STEREOLAB. W tym graniu znajdziemy coś z melancholijnego spaceru. Niby wszystko wydaje się znajome, ale pod powierzchnią tych zgrabnych melodii pulsuje ukryta nowoczesność - domowej roboty kolaże dźwiękowe i brzmienie instrumentów, których nazwy rzadko goszczą w przestrzeni muzyki popularnej. 







  Nazwę STARCLEANER REUNION muzycy pożyczyli z okładki książeczki dla dzieci pochodzącej z lat 70-tych. Była to opowieść o magicznych istotach przywracających światło na niebie. "Umbrella" można postrzegać jako dźwiękowy patchwork, gdzie nowojorski chłód miesza się z barwnymi odłamkami brazylijskiej psychodelii. Słychać tutaj zarówno echa dokonań wspomnianego już dzisiaj Stereolab i nawiązania do wczesnej twórczości Yo La Tengo, a wszystko unosi się w oparach ciepłego retro popu. 


Warte podkreślenia są ścieżki wokalne. Relacja pomiędzy wiodącym wokalem Jo Roman, a partiami chórku dodają kolorytu temu wydawnictwu. I szkoda, że nie ma tego jeszcze więcej. Chórek u Starcleaner Reunion przestał być tylko pustym gadżetem, a zyskał status dodatkowego instrumentu. Wokalne interakcje przypominają oczywiście metodologie pracy zespołu Stareolab. Drugi głos na współczesnych płytach pojawia się rzadko i nie brzmi jak rytmiczny kontrapunkt. Warto wspomnieć, że cały ten dźwiękowy gmach nie został wzniesiony w profesjonalnym studiu, tylko w czymś na kształt wiaty garażowej rodzinnego domu basisty w New Jersey. Stąd zamiast sterylnej cyfrowej perfekcji mamy "garażową" produkcję. Muzycy mają skłonność do kolekcjonowania instrumentów. Dlatego obok partii banjo czy klarnetu na płycie pojawia się także "Manta Ray" - domowej roboty aluminiowa wiolonczela. Na skrzypcach zagrał ojciec miksującego album Rubena Radlavera. W ścieżkach dźwiękowych można wyłapać sample padającego deszczu czy trzaski taśmy magnetycznej.  

(nota 7.5/10)



 
 




 Pozostaniemy w zbliżonym nastroju, wczoraj brytyjska grupa - VANISHING TWIN - dobrze znana z recenzji na tym blogu, zaprezentowała nowy album zatytułowany "ARCHIVES".







  Z Londynu wywodzi się również formacja RAILCARD, która niedawno opublikowała nowy album zatytułowany "TWO STEPS AT TIME".








  Zwolnimy tempu wsłuchując się w nową propozycję naszej dobrej znajomej norweskiej wokalistki SIV JAKOBSEN. 






  Austriacki duet BEAKS tworzą ANNA FRANCESCA i MARKUS WINDSCH, oto ich najnowszy singiel w rytmie "dla tańczących inaczej".








    Zajrzymy do miasta Detroit, gdzie działa i tworzy dobrze nam znana grupa  PROTOMARTYR, która niedawno opublikowała nowe wydawnictwo zatytułowane "HOTEL USONA".








   KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim ANNA BUTTERSS, nasz dobry znajomy - JOHN RAYMOND, BEN LUMSDAINE i zapowiedź ich wspólnej płyty "BEGINNINGLESS", która ukaże się 13 listopada.








  Płyta tygodnia - prezentowałem już i chwaliłem wydawnictwa z serii Jazzman Records zatytułowane "Spiritual Jazz". Właśnie otrzymaliśmy do rąk 19 wydanie, którego podtytuł głosi: "Spiritual Jazz - West Coast USA Part 1". Dobre wiadomości są takie, że zupełnie nieoczekiwanie wczoraj pojawiła się również część druga, nieco jednak słabsza. Trzeba uczciwie powiedzieć, że "West Coast USA Part 1" to jedna z najlepszych odsłon całej tej serii.




sobota, 26 września 2026

VISIONS OF NAR - "AWAKENING" (Earshift Music) "Przebudzenie w czterech głosach"

 

 Geografia naszych muzycznych skojarzeń bywa boleśnie leniwa. Kiedy myślimy o Australii, podpowiada nam zazwyczaj obrazy spalonej słońcem ziemi, bezkresnego buszu, najdłuższego prostego odcinka drogi, kortów i spoconych tenisistów, dawnych ikon popu, których taneczne przeboje zdominowały parkiety na przełomie wieków. W tym kontekście jazz wydaje się być czymś bardzo rzadkim. Dobrem importowanym. Wyjątkiem przeszczepionym z zadymionych piwnic Nowego Jorku czy chłodnych skandynawskich fiordów. A jednak to właśnie w Sydney powstał album, z którym obcuję od paru dni, i który zmienił moje niektóre skojarzenia.










  "Awakiening" - to najnowsze dzieło formacji VISIONS OF NAR. Zespół prowadzony przez pianistkę Zelę Margossian i naszego dobrego znajomego saksofonistę Jeremy'ego Rose'a, nie próbuje importować tradycji zza oceanu. Artyści łączą współczesny jazz z ormiańskim folkiem i rytmem indyjskiej tabli. Co ciekawe, VISIONS OF NAR nie jest owocem szkolnej przyjaźni czy rutynowego spotkania muzyków sesyjnych. To kulturowy splot, w którym libańsko-ormiańska tożsamość zderza się z australijskim poszukiwaniem formy.


 Zela Margossian to urodzona w Bejrucie Libanka o ormiańskich korzeniach. Studiowała w konserwatorium muzycznym w Libanie i na Uniwersytecie Muzycznym w Erywaniu. W 2008 roku przeprowadziła się do Australii, gdzie odkryła uroki muzyki improwizowanej. JEREMY ROSE (saksofonista, klarnecista) - to nasz dobry znajomy z kilku wpisów, kompozytor, reprezentant sceny niezależnej. Posiada tytuł doktora kompozycji. Do składu zaprosił gitarzystkę Hilary Geddes oraz mistrza gry na tabli - Bobby'ego Singha. Ich spotkanie jest efektem programu "ABC Fresh Start Commission" - rządowej inicjatywy mającej na celu wsparcie lokalnych artystów i zderzenie ze sobą różnych kultur. 








  Słowo "NAR" (Tsovinar lub Dzovinar) odsyła do mitologii ormiańskiej. To ognista bogini wody, morza i deszczu. Album został zarejestrowany jako "live session", w australijskim studiu "Pier2/3 Studios". Sercem brzmienia jest fortepian Steinway D - o naturalnym głębokim tonie. Co ciekawe, na jego obrzeżach pojawiają się delikatnie rozmyte elektroniczne faktury, które przypominają plamy dźwięków. Zela Margossian tu i ówdzie przemyca tradycyjne ormiańskie skale (modi). Dzięki temu zamiast taniej egzotyki otrzymujemy nostalgiczny klimat. Table w dłoniach Bobby'ego Singha wchodzi w dialog z saksofonem Rose'a. Gitara elektryczna rzadko wychodzi na pierwszy plan, raczej pełni rolę elementu, który pogłębia przestrzeń. 


Najbardziej oczywiste skojarzenia prowadzą nas bezpośrednio do recenzowanego i chwalonego na łamach tego bloga ormiańskiego pianisty - TIGRANA HAMASYANA. Tam, gdzie ten ostatni lubi wybrać mocne akcenty, Margossian wycofuje się z podkreślenia ekspresji na rzecz lirycznej drogi. Jej gra i melodyka bliska jest temu, co potocznie bywa kojarzone z wydawnictwami oznaczonymi logo ECM. Bije z tego również skandynawska melancholia, szacunek do pojedynczego dźwięku, pewien rodzaj ascetyzmu i zamyślenia. Zwraca na siebie uwagę harmonia i duchowość, hipnotyczny rytm oraz trans. Myślę, że wspominany wielokrotnie na łamach tego bloga Grzech Piotrowski odnalazłby w nagraniach VISIONS OF NAR pokrewną duszę. 


Wydany przed tygodniem album "Awakening" to płyta rzadkiej urody - krucha, delikatna, jesiennie niespieszna. Spotkanie ormiańskiej melodyki Margossian i australijskiego intelektu Rose'a, ambientowej wrażliwości Geddes oraz indyjskiego pulsu Singha, stworzyło nową jakość, która wymyka się sztywnej definicji tradycyjnie rozumianego jazzu.   

(nota 7.5-8/10)







sobota, 19 września 2026

DRAGONFLIES - "DRAGONFLIES" (Dark Horse Records/ BMG) "Lekcja powolności dla spóźnionego świata"

 

    Kiedy w studiu nagraniowym spotykają się syn członka grupy The Beatles oraz człowiek, który odpowiadał za brzmieniową rewolucję grupy Radiohead, trudno nie mówić o wydarzeniu muzycznym. DHANI HARRISONA i NAGIELA GODRICHA dzieli siedem lat różnicy. Jednak ich muzyczne światy połączyło coś więcej niż metryka wspólnego pokolenia ludzi urodzonych w latach siedemdziesiątych. HARRISON od lat dźwiga na barkach dziedzictwo ojca, a przy okazji wciąż poszukuje własnego psychodelicznego języka. GODRICH - brytyjski producent - nazywany "szóstym członkiem Radiohead", od tal 90-tych próbował definiować to, jak może brzmieć współczesna alternatywa. Wygląda na to, że ich spotkanie nie stanowi zwykłego zetknięcia się dwóch znanych nazwisk. To również dialog pewnego pokolenia, gdzie szacunek do analogowej tradycji i korzeni rocka jest równie ważny jak upodobania do nowoczesnego trip-hopu.





  Znali się od ćwierć wieku. W okresie pandemii Harrison zwrócił się do Godricha o poradę, kiedy tworzył solowy album "Immerstanding" (2022). Być może było to coś na kształt "szorstkiej przyjaźni", opartej na wspólnym kodzie, którego nikomu nie musieli tłumaczyć. Nigdy nie szukali poklasku, raczej rozglądali się za prywatnym azylem, spokojem i uważnością we współczesnym coraz bardziej migotliwym świecie. Studio nagraniowe stało się dla nich czymś na kształt klasztoru, do którego wpuszczali jedynie nielicznych. 


Tego zaszczytu dostąpił Joey Waronker (perkusista znany z Atoms For Peace, współpracy z Beckiem oraz  R.E.M.). Davida Cambella (aranżera i kompozytora, do tego ojca Becka, który odpowiadał za partię smyczków chociażby na przełomowej płycie "See Change"). Nad wszystkim czuwał: "gospodarz domu, nie dał on krzywdy zrobić nikomu..." - czyli Sam Petty Davies - uznany realizator dźwięku, bliski współpracownik Thoma Yorke'a przy powstawaniu ścieżki dźwiękowej do filmu "Suspiria" oraz albumach grupy The Smile. Nigel Godrich podszedł do procesu rejestracji z bezwzględnością dawnych mistrzów konsolety. Zrezygnował z chłodnej perfekcji programów komputerowych, Wolał samodzielnie ciąć brzytwą taśmy w czasie rzeczywistym, tworząc w ten sposób zapętlone próbki. Dhani Harrison przyniósł wraz sobą surowe motywy gitarowe. Pozwolił, żeby starszy kolega je dekonstruował. Przepuszczał przez taśmowe echa i sklejał na nowo w kolejne hipnotyczne pętle. 









Efekt tej pracy brzmi specyficznie. Senny indie-rock miesza się na tym materiale z melancholijnym trip-hopem. Przede wszystkim to muzyka napędzana ciepłym pomrukiem basu i oddechami sekcji rytmicznej. Podobieństwo do nagrań Radiohead objawia się tutaj głównie na poziomie transowego rytmu, rozwiązań podziałów rytmicznych oraz pracy sekcji, która precyzyjnie tworzy podskórne napięcie. Drobne orkiestracje Cambella nadają całości intymnego wyrazu oraz kolorytu. Mogą przywoływać skojarzenia z niektórymi płytami Becka (ta najnowsza ukazała się wczoraj). Delikatny głos Harrisona dobrze odnalazł się w tym mglistym otoczeniu. Przefiltrowany przez analogowe ciepło i pozbawiony wyraźnej maniery, brzmi czysto i przekonująco. "Nigel to maszyna - wspominał Dhani Harrison. - Dla kogoś takiego jak ja, przyzwyczajonego do kontrolowania każdego dźwięku, praca z nim była głęboko pouczającym, wręcz pokornym doświadczeniem". 


Debiutancki album "Dragonflies" niesie wraz z sobą jakieś duchowe pokrewieństwo z płytą "In Rainbows" grupy Radiohead. Podstawowa różnica jest taka, że ten pierwszy nie posiada rockowej drapieżności tego drugiego. Zastąpiła ją uważność, powolność, głębia, coś na kształt filmowej kontemplacji. To muzyka dla tych, którzy potrafią docenić piękno wolnego upływu czasu.


(nota 7.5/10)


  






  Na dobry początek bardzo dobry utwór, który mocno wchodzi w skronie. Miasto Bloomington stało się miejscem do życia grupy ENSIFERA, która niedawno opublikowała nowy singiel.








   Szybka podróż z USA do Londynu przyniesie spotkanie z projektem LOCUST za szyldem ukrywa się Mark Van Hoen), która okazjonalnie zasilił lider formacji Slowdive - Neil Halstead. Fragment z ich ostatniej płyty "Spectral +".









  Przeniesiemy się do Santiago, gdzie działa i tworzy formacja VIOFLESH, oto ich najnowszy singiel.








  Nowy York powita nas muzyką dobrze znanego przez Czytelników tego bloga duetu PHANTOM HANDSHAKES, który 22 października opublikuje nową epkę zatytułowaną "Standing By".








 Coś dla starszych fanów, czyli spotkanie w mieście New Jersey z weteranami z grupy THE VAN PELT. Wczoraj ukazała się nowa płyta zatytułowana "Remain Obscure".








  Z Nashville pochodzi Caroline Glaser, która jest autorką piosenek i liderką zespołu BROTHER BIRD. 25 września, czyli za tydzień, ukaże się ich album zatytułowany "The Lodge In Miller County".









  KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim wizyta w Estonii, w której chyba jeszcze nie byliśmy. Misha Panfilov i jego spory skład, fragment płyty wydanej przed tygodniem "Where The Birds Fly".




 


  Miasto Aarhus w Danii stało się przestrzenią, w której tworzy KOSMOS TRIO, Frede Holger Thorsen - fortepian, Martin Brunbjerg - kontrabas, Jesper Lorup - perkusja. Oto liryczny fragment z ich ostatniej udanej płyty "...And The Sun".










sobota, 12 września 2026

OAN KIM & THE DIRTY JAZZ - "INFINITY SHAKES" (Artwork Records) "Elegancja, film i saksofon"

 
Z płytami takimi jak "INFINITY SHAKES" jest pewien problem. Kiedy muzyka nagle milknie, słuchacze wciąż nie potrafią podnieść się z fotela, a świat wokół nich wydaje się dziwnie szary, płaski... pełen niedoróbek. Słuchając nowego, wydanego przed tygodniem albumu OANA KIMA i jego formacji THE DIRTY JAZZ, można odnieść wrażenie, że uczestniczymy w osobliwym seansie pamięci kogoś, kto leniwie palił papierosy, w niemal pustych hotelowych kawiarniach, lub zbyt długo wpatrywał się w krople deszczu ociekające po szybie wolno toczącej się taksówki. Ta muzyka nie tyle rozwija się w czasie, co raczej dryfuje gdzieś po obrzeżach wspomnień, które, jak podkreśla to Julian Barnes, rzadko bywają precyzyjne, a znacznie częściej stają się tym, co chcielibyśmy uważać za prawdę. Przed Wami MISS TYGODNIA.  









  To nasze kolejne spotkanie z tym artystą. Po mojej recenzji poprzedniego albumu OAN KIM raczej nie odnotował gwałtownego wzrostu zainteresowania swoją twórczością w naszym kraju. Jednak jestem pewny, że jego pełne magicznego uroku kompozycje trafiły pod kilka przyjaźnie nastawionych strzech. Nie mam zamiaru jakoś szczególnie i po raz kolejny przybliżać sylwetki tego muzyka. Zainteresowanych odsyłam do recenzji wcześniejszego albumu. 

 

Warto wiedzieć, że zanim OAN KIM założył swój obecny zespół, wcześniej udzielał się jako wokalista i lider w grupach Film Noir i Chinese Army. Debiutancki album zatytułowany "Oan Kim And The Dirty Jazz" (2023) zrodził się z samotności lockdownu. To mniej więcej wtedy Francuscy krytycy napisali o nim, że to: "Brakujące ogniwo pomiędzy Portishead a Chetem Bakerem". Kolejna płyta, zrecenzowana przeze mnie "Rebirith of Inocence" (2024), pogłębiła sugestywny filmowy klimat obecny w kompozycjach artysty. Wydany przed tygodniem "Infinity Shakes" to zdecydowanie najbardziej dojrzała propozycja w dorobku tej formacji. 


Tym razem pochlebna notka prasowa znów przywołuje porównanie do znanego trębacza, który przed laty wyskoczył był z okna hotelu "Prins Hendrik". "Krucha elegancja Cheta Bakera zderza się z atmosferyczną intensywnością Radiohead, w filmie wyreżyserowanym przez Davida Lyncha". Materiał zawiera 11 kompozycji, ucieka od tradycyjnie rozumianego jazzu, i zmierza w stronę lirycznej, czy onirycznej opowieści. W trakcie procesu rejestracji nagrań pojawili się również goście: Melody Gardot i Arthur Teboul (lider grupy Feu! Chatterton). Od pierwszych minut tego krążka urzeka bardzo dobrze zrealizowany dźwięk. To zasługa legendarnego studia "La Frette" - mieszącego się w XIX - wiecznym dworku pod Paryżem, w którym nagrywali Nick Cave, Arctic Monkeys czy Feist. Wnętrze słynie z analogowego brzmienia. Za produkcję odpowiadał Mathias Pascaud. W przeciwieństwie do poprzednich płyt, które OAN KIM w dużej mierze skomponował samodzielnie, "Infinity Shakes" powstał w wyniku głębokiego procesu tworzenia wszystkich członków grupy.








 Podobnie jak dobrze nam znany duet The Saxophones, OAN KIM lubi stosować ospałą, łagodnie rozwijającą się melodykę. Saksofonista nie popisuje się technicznymi kaskadami dźwięków, gra długie snujące się nuty, które brzmią jak odnalezione na zapomnianym albumie wydanym gdzieś na przełomie lat 50/60-tych. Znajdziemy w tym głęboko melodyjny spokój, charakterystyczny retro urok. Utwór "Nous Guettons" powstał jako pomysł Arthura Teboula. Miał być hołdem złożonym zmarłemu szefowi wytwórni - Jeanowi Phillipe Allandowi. OAN KIM rozbudował ten projekt w swoim domowym studiu, dopisując partię saksofonu. 


Francuski artysta, jako zawodowy fotograf i reżyser filmów dokumentalnych, myśli obrazami i kolorami. Każdy utwór na ostatniej płycie mógłby posłużyć jako zamknięta scena filmowa. Ta filmowość wynika również ze smaczków produkcji. Użycie taśmy magnetycznej, starych mikrofonów wstęgowych i naturalnego pogłosu XIX -wiecznego dworku przyniosło zamierzony skutek. 


Melodyka nagrań OAN KIMA rzadko pnie się w górę, szukając mniej lub bardziej wyraźnych momentów kulminacyjnych. Raczej łagodnie opada, snuje się, meandruje od brzegu do brzegu, jakby była zmęczona własnym istnieniem. W tej perspektywie ważna jest każda fraza, każdy ton. Brak tu pogoni za chwytliwym refrenem, taniego blichtru gitarowej solówki. Poszczególne motywy potrafią powracać falami, dzięki czemu hipnotyzują odbiorcę. OAN KIM miksuje dźwięki, jakby ustawiał głębie ostrości w obiektywie aparatu. Pierwszy plan - linia wokalna. Barwne tło - rozmyte syntezatory, perkusja, echo saksofonu lub trąbki - tworzy oniryczną mgłę. To sprawia, że tej płyty nie sposób słuchać pobieżnie - jej przestrzeń wciąga odbiorcę do środka. Świetny zespół! Bardzo dobra płyta! 


(nota 8/10)

  








  W "Dodatkach..." pozostaniemy przez czas jakiś we Francji, gdyż rzadko tam zaglądamy, i w podobnym nastroju. Grupa BOLBEC - nazwa pochodzi od francuskiej miejscowości - jakiś czas temu opublikowała płytę zatytułowaną "Foutu Felin". Wybrałem taki fragment.







  Raz jeszcze Francja i formacja SYD MATTERS, która w ubiegłym tygodniu wydała nową płytę zatytułowaną "A Gospel Of Some Sort". Oto mój ulubiony fragment.









Przed nami wyprawa do kolejnego francuskiego miasta Nantes, gdzie działa i tworzy żeńska grupa KONTEXTE, 2 października opublikują album zatytułowany "Hello World". Póki co panie pokazały światu pierwszy singiel.









  

Przeniesiemy się na Rhode Island, skąd pochodzi formacja DOGS ON SHADY LANE, która 25 września wyda płytę zatytułowaną "KNOTS". Oto jeden z singli promujących to wydawnictwo.







 Bardzo lubię amerykańską grupę Skeletons, szczególnie z okresu dwóch świetnych  płyt "Money"(2008) oraz "People"(2011). Liderem tej formacji jest Matt Mehlan, który jakiś czas temu postanowił połączyć siły z Robertem Lunbergiem (grupa Jobs) oraz Johnem Dietierichem (grupa Deerhoof). Nowo powstały zespół nazywa się HIGHSIGH, niedawno wydał album "Once Bend". Oto mój ulubiony fragment z tego wydawnictwa.







   Kelly Finnigan to producent i wokalista z San Francisco, niedawno ukazała się jego nowa płyta zatytułowana "B-Sides, Singles And Forgotten Gems".








KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim nasz dobry znajomy - NAT BIRCHALL saksofonista z Manchesteru, który nie zwalnia tempa. 13 listopada ukaże się jego nowy album "Peace And Blessings".








I kolejny nasz dobry znajomy LARAAJI, muzyk reprezentujący Nowy York. Wczoraj opublikował nowe wydawnictwo zatytułowane "OPENNESS". Oto mój ulubiony fragment, jak zwykle u tego artysty pełen uważności świata i pozytywnych emocji. KOMPOZYCJA TYGODNIA.





 

sobota, 5 września 2026

STRANGE LOT - "STRANGE LOT" (Greenway Records) "Dźwięki z pogranicza"

 
  Są takie płyty, które rodzą się z trzęsienia ziemi i czystej desperacji. Kiedy w 2022 roku skład grupy STRANGE LOT posypał się niczym domek z kart, a lider Dominic Mena znalazł się na krawędzi porzucenia muzyki, mało kto się spodziewał, że ta historia dopisze swój dalszy ciąg. Tymczasem Mena zamknął się w czterech ścianach i w ciągu miesiąca zarejestrował trzydzieści nagrań demo. Te surowe próbki trafiły potem w ręce Alexa Maasa (z kultowego The Black Angels). I tak oto Dominic Mena wspierany producenckim uchem Maasa oraz studyjną precyzją Jima Eno ( z formacji Spoon) stworzył album "Strange Lot", który brzmi jak muzyczne oczyszczenie i stanowi wyjście na prostą po drobnym życiowym zakręcie.








  Te najnowsze nagrania z wydanej w połowie sierpnia płyty, w dużym uproszczeniu brzmią tak, jakby członkowie grupy Spaceman 3 spotkali przedstawicieli innej dawnej brytyjskiej formacji - Loop - i wspólnie odbyli sesję nagraniowa. To, co uderza od samego początku obcowania z tym wydawnictwem, to niezwykły balans pomiędzy garażowym brudem a specyficzną producencką dokładnością. Alex Maas wyciągnął z kompozycji Dominica Meny to, co najlepsze. Czyli ten specyficzny, teksański, pustynny mrok. I dorzucił od siebie coś extra. To dzięki niemu gitary nie giną w natłoku głośnej fali, tylko brzmią całkiem czytelnie. Metaforycznie można by powiedzieć, że w niektórych momentach wręcz parują, przy okazji generując gęste fale drobnych przesterów i sprzężeń, które oblepiają słuchacza niczym gęsta mgła. 


Z kolei rękę Jima Eno z formacji Spoon słychać w żywej motoryce sekcji rytmicznej. W miksowanych przez niego utworach, takich jak: "5AM" czy "Timeline Drops", bas oraz perkusja nie są jedynie tłem - stanowią ważny fundament, który trzyma w ryzach rodzący się tu i ówdzie psychodeliczny chaos. Nad wszystkim unosi się masteringowy szlif Howiego Weinberga. Faceta, który przed laty podarował światu brzmienie "Nevermind" - Nirvany. Doskonale wiedział, co zrobić, żeby ten sypialniany projekt nabrał skrzydeł, zabrzmiał szeroko i przestrzennie, nie tracąc przy tym tak ważnej w tym przypadku garażowej surowości.









   Pomimo rockowych korzeni wszystkich panów zaangażowanych w powstanie tego albumu jego dynamika jest zróżnicowana. W "Nobody Seems To Do The Math" dominuje brzmienie syntezatorów, zmiksowane z nowofalową linią basu. Całość ma specyficzny marzycielski nastrój, który ciekawie kontrastuje z nerwową energią. W świetnym otwarciu - "All I Konow"- najlepiej słychać ewolucję brzmienia grupy Strange Lot. To dość leniwa, ale znakomita odsłona, zawieszona gdzieś pomiędzy jawą a snem. Zawiera ten rodzaj  psychodelii, która nie potrzebuje dodatkowych wspomagaczy, dziwnych efektów, itd. Z kolei w "Go Have A Dream" przestrzeń poszerzona została przez efekt "echo" i gitarowe "delaye". Melodyjność miesza się tu z nostalgią w sposób, którego nie powstydziłaby się grupa Spiritualized w najlepszym okresie. 


Płyta "Strange Lot" po cichu osiada w pamięci. Po kilku dniach może się okazać, bardziej obecna, niż można było to początkowo przypuszczać. Jej psychodeliczne zamglenie, gitarowy szum, nie tyle prowadzą słuchacza w konkretne rejony, co raczej każą mu przez chwilę pozostać w miejscu, gdzie znajome rzeczy tracą swoje wyraźne kontury. 


(nota 7.5/10)


  

 




 W strefie "Dodatki..." na dobry początek jakże urokliwa piosenka, duetu z Londynu, który przyjął nazwę ATMOS BLOOM. Fragment pochodzi z ich niedawno wydanej i całkiem udanej płyty zatytułowanej "Everythingness". 






 Przeniesiemy się do Kanady, gdzie rezyduje grupa Prepare My Glider. Niedawno opublikowali epkę zatytułowaną "Change".









  Powrócimy do Londynu, gdzie działa zespół POZI, który nieco zmienił skład, założył własną wytwórnię i 13 listopada opublikuje nowy album zatytułowany "Bark Bark". Póki co możemy cieszyć się tym zgrabnym singlem.







 Kolejna załoga z Wysp Brytyjskich - BLACK DOLDRUMS - i przy okazji zapowiedź ich najnowszej płyty "Repetition Compulsion", która ukaże się 13 października.





 

  I raz jeszcze wizyta w Londynie, spotkanie z nowym singlem grupy, który przyjęła krótką nazwę SORRY.






 Dopiero teraz widzę, że dzisiejszą strefę "Dodatki..." zupełnie przypadkiem zdominowali artyści reprezentujący Wyspy Brytyjskie. Tym razem przed nami wycieczka do Bristolu. Zespół FOOT FOOT, i singiel, który zapowiada ich najnowszy album zatytułowany "Prey Time". Premiera 27 października.






 MISS TYGODNIA -  CORDELIA GARTSIDE to artystka z brytyjskiego St Leonards, oto jej pełen uroku najnowszy singiel.







 


 KĄCIK IMPROWIZOWANY - spotkanie z dobrym znajomym, gitarzystą Jacobem Bro, który z grupą przyjaciół - Brain Blade (perkusja), Larry Grenadieu (kontrabas), Craig Taborn (fortepian), Chris Cheek (saksofon tenorowy), Jeuper Zeuthen (saksofon altowy) - opublikował niedawno album zatytułowany "8". To jedna z moich ulubionych  kompozycji ostatnich dni, rzekłbym "KOMPOZYCJA TYGODNIA". (Ps. w oryginale autorstwa Paula Motiana, z płyty o tym samym tytule).









sobota, 29 sierpnia 2026

BLIND YEO - "THE LEMOINE POINT" (Les Disques Bongo Joe Rec.) / SUPEREON - "PHASE 1" (Losen Records) "UDANE DEBIUTY"

 

    Wszystko zaczęło się od przytłaczającej atmosfery lockdownu, kiedy założyciel grupy BLIND YEO - Will Greenham, zamknął się w starej szopie na traktory, dzieląc czas z kozami, kurczakami i własnymi ponurymi myślami. To tam, w kompletnej izolacji zrodziła się tęsknota za muzyczną wspólnotą, która ostatecznie skrystalizowała się w podziemiach klubu The Cornish Bank w Falmouth. Dziś BLIND YEO to wielopokoleniowy kolektyw, który na swój debiut wybrał filmowe miejsce - opuszczone lotnisko w pobliżu St Anges. To właśnie w tym miejscu nagrywając na "setkę", bez zbędnych cyfrowych sztuczek, artyści próbowali uchwycić chemię, która powstała między nimi. Tytułowy "Punkt Lemoine'a" to w geometrii trójkąta ukryty punkt przecięcia się symbian.








 Sesja nagraniowa na opuszczonym lotnisku nie była zwykłym kaprysem czy fanaberią. Wielka przestrzeń starego hangaru stała się dla zespołu kolejnym, pełnoprawnym instrumentem. Naturalny pogłos to nie efekt cyfrowych wtyczek, tylko odpowiedź ścian na dźwięki generowane przez członków formacji. Muzycy celowo zrezygnowali z komputerowego montażu. "Chcieliśmy uchwycić moment, w którym popełniony błąd staje się nowym kierunkiem improwizacji, a nie powodem zatrzymania taśmy" - oświadczył lider grupy Will Greenham. 


Obok klasycznego transowego rockowego instrumentarium na płycie znajdziemy także afrykańskie kologo - tradycyjną dwustrunową lutnię o pudle z tykwy, na której gra się za pomocą plektronu (popularna w Ghanie). Ten instrument, zakupiony podczas jednej z egzotycznych podróży, nadaje kompozycją plemiennego charakteru. W odsłonie zatytułowanej '"Colour Pillow/Kologo" ta egzotyczna lutnia zderza się z hipnotycznym rytmem (motorik beat), kojarzonym z klasycznymi płytami NEU! czy Can. Warto dodać, że ta krautrockowa sekcja rytmiczna napędza cały album. Tekst do kompozycji "Frik And Frack" zainspirowany został twórczością Italo Calvino.








 

Ciekawym elementem jest również wielopokoleniowa więź, która scala ten egzotyczny kolektyw. W składzie Blind Yeo grają synowie i ojcowie. Płyta "The Lemoine Point" świetnie żongluje skrajnymi emocjami. Co nieźle podsumował lider zespołu. "Muzyka to dla mnie sposób znoszenia podziałów. "The Lemoine Point" bada tę słodko-gorzką przestrzeń, w której głęboka żałoba i bezgraniczna radość współistnieją obok siebie, a miłość - choć piękna - potrafi ciążyć człowiekowi niczym kornwalijski granit". 


Przełomem w karierze zespołu, który otworzył możliwość trafienia pod skrzydła prestiżowej oficyny Bongo Joe, były ich udane występy podczas festiwali. Po wydaniu debiutanckiej kasety epki - "Echoes" (2023), grupą zainteresowały się brytyjskie media (BBC Radio 6). Kluczowym punktem ich biografii był znakomity koncert we Francji, w trakcie trwania festiwalu "Trans Musicales" w Rennes, gdzie zespół został odkryty przez szefów wytwórni Bongo Joe, którzy zaproponowali podpisanie kontraktu płytowego. 


"The Lemoine Point" to album, który wymyka się prostym podziałom. Kornwalijczycy z Blind Yeo chcieli pokazać, że w czasach totalnej cyfryzacji muzyki, najbardziej rewolucyjny okazuje się swoisty powrót do korzeni. Wspólne granie w jednym ciekawym pomieszczeniu, z domieszką analogowego brudu i wielopokoleniowym entuzjazmem. 


(nota 7.5-8/10)




 







  

    Kiedy w ubiegłym tygodniu nakładem oficyny Losen Records ukazała się debiutancka płyta norweskiej formacji SUPEREON, jasne stało się, że skandynawska scena ma wciąż do zaoferowania sporo dobrego. Alexander Hoholm (kontrabas), Martin Sandvik Gjerde (fortepian), Raymond Lavik (perkusja) w czerwcu ubiegłego roku zamknęli się w "Studio Martin" w Roros, i bez wielkiego przygotowania oddali się nieskrępowanej improwizacji. Powstał hipnotyczny album, zawieszony gdzieś pomiędzy minimalistyczną repetycją spod znaku Steve'a Reicha, a filmowym ambientem kojarzonym z dokonaniami Nilsa Frahma.







   Kluczem do zrozumienia płyty "PHASE 1" jest radykalne podejście Martina Gjerde do partii fortepianu. Artysta świadomie zrezygnował z melodyjnego blichtru. Raczej unikał grania lepszych lub gorszych solówek, czy rozwijania tradycyjnych tematów. Zamiast tego postawił na hipnotyczną repetycję. Z uporem maniaka długimi fragmentami powtarzał te same sekwencje akordów, czyniąc z fortepianu instrument niemal perkusyjny. Jakby chciał przez to powiedzieć: "W tym królestwie rządzi rytm i trans". 


"Wszystko, co słychać na tym albumie, powstało w ułamku sekundy, bez zbędnych wcześniejszych ustaleń. Chcieliśmy uchwycić czysty moment, w którym muzyka tworzy się sama" - oświadczyli muzycy w notce prasowej. Tylko w finale albumu mamy coś na kształt próby zburzenia monolitycznej struktury. Pianista wyrzucił z siebie potok dźwięków. Brzmi to tak, jakby w tym jedynym fragmencie Gjerde zagrał tyle dźwięków, ile na całej płycie razem wziętej. Osobnym bohaterem tego wydawnictwa jest świetna realizacja dźwięku. Cudownie nagłośniona perkusja Raymonda Lavika pozwala usłyszeć każdy niuans -  od najzwyklejszego muśnięcia blach, aż po głębokie uderzenia stopy. Podobnie jest z kontrabasem Alexandra Hohlma. Słuchacz może odnieść wrażenie, że stoi tuż obok instrumentu, słyszy każde szarpnięcie i rezonans strun. Duża w tym zasługa znakomitej realizacji dźwięku. Za konsoletą "Studia Martin" czuwał David Aleksander Sjowe.


 SUPEROEN jako osobny projekt narodził się niedawno, bo w sierpniu 2024 roku. Jednak muzyczna chemia między artystami nie wzięła się znikąd. Trzon tego tria stanowią ludzie, którzy znają swoje artystyczne języki. Drogi pianisty i basisty przecięły się już wcześniej na skandynawskiej scenie jazzowej, chociażby w ramach międzynarodowego Rastko Obradovic Quartet. Jak sami członkowie tria przyznają, Supereon powstał z czystej potrzeby ucieczki od skostniałych struktur akademickiego jazzu na rzecz kolektywnego budowania przestrzeni. "PHASE 1" to album, który wciąga słuchacza w swój osobny mikrokosmos. Norweskie trio podąża własną ścieżką. Ich granie jest mniej motoryczne, a znacznie bardziej przestrzenne. Tam, gdzie dajmy na to The Necks stawiają na rytmiczny, mechaniczny trans, skandynawska załoga szuka powietrza, północnego chłodu i filmowej melancholii. W ten sposób udowadnia, że w formule tria fortepianowego wciąż można powiedzieć coś świeżego.  


(nota 7.5/10)