Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dream-pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dream-pop. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 września 2023

SLOWDIVE - "EVERYTHING IS ALIVE" (Dead Ocean Records) "Na przekór entropii"

 

     "Ukryte albo nigdy niewyrażone urazy, istniejące w każdej rodzinie, nieporozumienia, słowa, których się nie mówi albo które się wypowiada w złym momencie, fałszywe wyobrażenie o tym, co dzieje się w duszy albo w głowie drugiej osoby, ta skomplikowana sieć przemilczeń..." - Juan Gabriel Vasquez - "A gdy obejrzysz się za siebie"

Jakakolwiek grupa wspólnie funkcjonujących osób, nie tylko zespół muzyczny, to skomplikowana i delikatna siatka wzajemnych zależności. W takim dynamicznym układzie, w grę wchodzi wiele zmiennych, przede wszystkim sfera uczuć, sympatie i animozje, pretensje i urazy, ambicje i pragnienia, itd. Całkiem nieźle ową wspomnianą przez mnie sieć zależności pokazuje film dokumentalny o zespole A-ha - "A-ha: the Movie", który kilka tygodniu temu obejrzałem. Panowie Morten Harket, Pal Waaktaar i Magne Furuholmen, jako pierwszy norweski zespół w historii osiągnęli ogromny międzynarodowy sukces. Przy okazji, z sympatycznej grupki przyjaciół niepostrzeżenie przeobrazili się w słabo tolerujących się zgorzkniałych i podstarzałych artystów. Nie tylko w ich mikroświecie, z upływem lat coraz bardziej do głosu dochodziła entropia - " z upływem czasu miara nieuporządkowania w zjawisku rośnie" - która dotyka także więzi międzyludzkie. Zespół A-ha po raz pierwszy rozpadł się w 1994 roku, żeby po czterech latach ogłosić nowe otwarcie i nowy początek. Ten ostatni przyniósł serię koncertów, uzupełnił topniejące niczym norweskie góry lodowe zasoby oszczędności na kontach muzyków, i w konsekwencji doprowadził do kolejnego zawieszenia działalności w 2010 roku. Formacja A-ha odradzała się niby feniks z popiołów, nie minęło długich pięć lat, kiedy panowie znów się spotkali i ruszyli w kolejną trasę koncertową. Najbardziej skonfliktowany w tym towarzystwie Magne Furuholmen oświadczył, że nie potrafi całkowicie zrezygnować z szyldu oraz marki, którą współtworzył.

W przypadku grupy Slowdive zjawisko entropii nie miało aż tak dużego znaczenia - członkowie brytyjskiego zespołu byli zbyt młodzi, żeby poważnie się pokłócić, żywić do siebie pretensje i urazy, czy cierpieć katusze z powodu niezaspokojonych ambicji. Do rozpadu grupy, w 1995 roku, przyczynił się niezbyt korzystny okres, do głosu dochodziły wtedy Brit-pop i grunge, oraz dziennikarze kilku opiniotwórczych magazynów. Dziś trudno w to uwierzyć, że recenzent Melody Maker czy NME mógł aż w tak dużym stopniu decydować o karierze jakiegoś artysty. To od jego pochlebnych słów, i jakże często kaprysów lub nastrojów chwili, zależały przyszłe losy wielu zespołów, szansa na podpisanie atrakcyjnego kontraktu i w pewnym stopniu odpowiednia frekwencja podczas koncertów.



"Kiedy byłem dzieciakiem - wspominał Neil Halstead, gitarzysta i wokalista Slowdive - kupowało się NME, Melody Maker i Sounds. Czytałeś recenzje, bo to było twoje główne źródło wiedzy. Nie sądzę, żeby obecnie ktokolwiek z nas tak naprawdę interesował się prasą głównego nurtu w taki sposób jak wtedy". "W tamtych czasach dziennikarze byli ważniejsi niż same zespoły, a przynajmniej za takich się uważali". Do złudzenia przypominało to sytuacje na Broadwayu, gdzie o powodzeniu sztuki decydował znany i powszechnie ceniony krytyk teatralny. Reżyser, autor tekstu i aktorzy, mogli odtrąbić sukces dopiero wtedy, gdy New York Times zamieścił pochlebną recenzję o spektaklu.

Oto, co popularny w latach 90-tych dziennikarz Dave Simpson napisał na łamach Melody Maker o kultowej dziś płycie "Souvlaki" grupy Slowdive. "Ta płyta jest bezduszną pustką, pozbawioną bólu, złości, uczuć i trosk (...) Wolałbym utonąć, dławiąc się w wannie pełnej owsianki, niż kiedykolwiek tego słuchać". Kilkanaście tygodni wcześniej ten sam poczytny wtedy Melody Maker każdą nową piosenkę Slowdive ogłaszał "singlem tygodnia". Pewnie nie tylko skromny, jak zwykle, autor tego wpisu nieraz odniósł wrażenie, że dla wielu dziennikarzy ważniejsza jest zgrabna metafora, chwytliwy slogan, piruet semantyczny, czy skrzydlate słowa, które poniosły gdzieś kolejny tekst, niż rzeczowa, może nawet bardzo subiektywna, ocena suchych faktów ("nie ma faktów, są tylko interpretacje").

Wokalistka Slowdive - Rachel Goswell - chętnie przypomina, jak kilku niegdyś opiniotwórczych dziennikarzy, tuż po udanym powrocie grupy w 2017 roku, przeprosiło ją w prywatnych rozmowach za dawne niezbyt pochlebne recenzje. Ten powrót brytyjskiej formacji znacznie różnił się od kolejnych prób powstania z popiołów grupy A-ha. Tej ostatniej przyświecał głównie aspekt komercyjny, kryło się za nim dojmujące pragnienie zachowania dotychczasowego komfortowego trybu życia. Kiedy członkowie Slowdive po wielu latach braku kontaktu (Rachel Goswell i Neil Halstead tworzyli wspólnie Mojave 3), znów pojawili się na scenie, nie mieli żadnego nowego utworu. Po prostu chcieli spróbować znów wspólnie zagrać i sprawdzić, co z tego wyniknie.





"Najpierw była Primavera (prestiżowy festiwal w Barcelonie), i wszystko potoczyło się w sposób, który bardzo nas zaskoczył (...). Dopóki nie weszliśmy na scenę, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak bardzo pokochaliśmy ten zespół". Po tak długiej przerwie od grania w szeregach Slowdive, wokalista Neil Halstead musiał skorzystać z dobrodziejstw strony internetowej Guitar- Geek, żeby przypomnieć sobie, jakich efektów gitarowych używał dwie dekady temu.

Slowdive rozpadli się w niesprzyjających okolicznościach - Neil Chaplin wstąpił w związek małżeński i założył rodzinę, gitarzysta Christian Savill nie był już zainteresowany nagrywaniem płyty "Pygmalion", powołał do życia zespół Monster Movie, perkusista Simon Scott stwierdził, że jego wkład w twórczość grupy jest zbędny, skoro w takim stopniu używają automatu perkusyjnego, jeden z ich menadżerów został posądzony o malwersacje przez innych artystów i ostatecznie trafił do więzienia, na domiar złego szef wytwórni Creation zerwał z nimi kontrakt, ponieważ chciał mieć w szeregach swojej oficyny przedstawicieli Brit-popu. "Byliśmy zbyt naiwni wierząc, że ludziom, którzy z nami pracowali, leży na sercu nasze dobro". "Pożarł nas grunge i pochłonął Britp-pop" - podsumował gorzko Neil Halstead. Dwadzieścia lat po rozpadzie grupy Slowdive i przy okazji ponownego spotkania żaden z jej współtwórców nie miał pojęcia, jak będzie wyglądała najbliższa przyszłość.

"Myślę, że jeśli poczujemy, że mamy pewne pomysły i uznamy, że warto podjąć twórcze przedsięwzięcie, ruszymy dalej i spróbujemy coś nagrać" - mówił tuż po reaktywacji zespołu Halstead. "To był powolny przemyślany proces. Tym razem nie było żadnej presji ze strony wytwórni" - dodała Rachel Goswell. I tak, w  2017 roku, poniekąd również jako podsumowanie nowego etapu w historii grupy, pojawił się album zatytułowany po prostu "Slowdive", przyjęty wyjątkowo zgodnie i ciepło przez krytyków oraz fanów.



Shoegaze jako gatunek miał swoje pięć minut w historii muzyki. Pojawił się w jej dziejach niczym jasno świecąca gwiazda, której rozbłyski podsycane były również przez wspomnianych już dzisiaj brytyjskich dziennikarzy. Niektórzy twierdzą, że ów dobry czas dla tego nurtu wciąż trwa, co bardziej życzliwi, i optymistycznie spoglądający w przyszłość, utrzymują, że ten nigdy się skończy. Nie ulega wątpliwości, że młode zespoły nadal chętnie nawiązują do tej estetyki. I dopóki to robią, dopóty sporo w tym nurcie będzie się działo. To redefinicja ram gatunkowych sprawia, że określone stylistyki odżywają.

Podobnie funkcjonują świadome zespoły, które poszukując nowych środków czy wyzwań, przekształcają swój styl, a tym samym się rozwijają. Myślę, że szufladka z napisem "shoegaze" od samego początku była dla grupy Slowdive zbyt ciasna. Debiutancki album "Just For A Day" stworzony został przez grupkę nastolatków - stąd jego naiwność, szlachetna prostota i dyskretny urok, często podważany przez recenzentów. Jak zwykle w przypadku twórczości Neila Halsteada, autora większości piosenek, twardym rdzeniem kompozycji była zgrabna melodia - "Zawsze staram się mieć gdzieś w tle dobry popowy utwór" - opakowana lepiej lub gorzej oraz na tyle, na ile pozwalały na to jego ówczesne możliwości. Rachel Goswell w niedawnym wywiadzie dla "The Quietus" wspominała, że za młodu chętnie sięgała po płyty zespołów gotyckich. Dlatego nie dziwi, że na liście jej ulubionych krążków znajdziemy album grupy The Mission.

Ten gotycki zimnofalowy powiew przewija się również przez nagrania ich debiutu. Gdyby członkowie Slowdive na początku lat 90-tych nie podpisali umowy z wytwórnią Creation Rec., z pewnością odnaleźliby się w estetyce oficyny 4AD. Zresztą taki był podstawowy zarzut kierowany pod adresem brzmienia płyty "Just For A Day" przez niektórych recenzentów, którzy wytykali, że Slowdive zbyt mocno naśladuje grupę Cocteau Twins. Kolejna płyta "Souvlaki" najbardziej zbliżyła Neila Halsteada i jego kompanów do nurtu shoegaze. Brzmienie tej płyty wzbogaciły mocne podmuchy gitar, odzywających się w kluczowych momentach, choć wciąż nie była to charakterystyczna ściana, jaka zdominowała wydawnictwa The Jesus And Mary Chain, czy My Bloody Valentine.

 


Najnowszy, wydany wczoraj album, zatytułowany "Everything Is Alive", stanowi bardzo udane podsumowanie twórczych poszukiwań, które miały miejsce w przeciągu ostatnich trzydziestu lat ( z drobną rekreacyjną prawie dwudziestoletnią przerwą). Autorem większości kompozycji jest Neil Halstead, który gdzieś pod koniec 2019 roku zaczął tworzyć dema na potrzeby solowej płyty. Z próbkami utworów pod pachą, w 2020 roku przekroczył próg ulubionego studia Courtyard Studio w Abingdon, gdzie przed laty nagrywał wspomniany krążek "Just For A Day" (1991), i gdzie wciąż stoi stara mocno już wysłużona kanapa z tamtego okresu.  Szkice czterdziestu utworów zamieniły się pod okiem inżyniera dźwięku Iana Davenporta w trzynaście kompozycji, nad którymi pracowano później w studiu Leicestershire. Tuż przed Bożym Narodzeniem 2022 roku Halstead wybrał się w podróż do Los Angeles, żeby zmiksować materiał, który wypracował z pozostałymi członkami Slowdive, korzystając z pomocy producenta Shawna Everetta (współpracował z Beckiem, War On Drugs).

Przyznam, że bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie otwarcie najnowszej płyty "Everything Is Alive", czyli kompozycja "Shanty". Moim zdaniem to najlepszy początek albumu w historii zespołu, a zarazem jeden z najwspanialszych utworów w całej niezbyt bogatej dyskografii. Wspomniany "Shanty" rozpoczyna się tonami syntezatora - Neil Halstead bawił się w ostatnim czasie syntezatorami modułowymi, dlatego postanowił wykorzystać je aż w tak dużym stopniu. Jego brzmienie mocno przypomina dawne płyty Tangerine Dream. Tyle, że w dalszej części kompozycji panowie Halstead i Savill odkręcają pokrętło efektów gitarowych, a przed słuchaczem otwiera się cudowna przestrzeń. Tej świetnie wykreowanej przestrzeni w poszczególnych odsłonach płyty jest całkiem sporo. Drugim wyróżniającym się przystankiem jest kompozycja "Chained To A Cloud", z ciekawą wokalizą Rachel Goswell, i nastrojem przywołującym skojarzenie z najlepszymi piosenkami Blonde Redhead. Wokalizy Goswell i Halsteada zostały celowo rozmyte na etapie produkcji. Wyjątkiem od tej reguły jest urokliwa pieśń "Andalusia Plays" - opowiadająca o szczególnym momencie w dawnym związku Neila Halsteada, gdzie głos wokalisty znalazł się bardzo blisko słuchacza.

 Swoistym mrugnięciem oka w stronę starych fanów, pamiętających dwa pierwsze albumy grupy, są końcówki niektórych utworów, celowo wyciszone przez realizatora dźwięku. Podobnie kończyły się piosenki na płycie "Souvlaki", jakby rozmazywały się gdzieś w przestrzeni, swobodnie i niespiesznie odpływały w nieznane. Nie jestem zwolennikiem takiego wyciszania dźwięku pod koniec utworów, ale cóż... W tym przypadku taka była konwencja i zamysł producenta, co dokumentuje przebojowy "Alfie", nawiązujący także melodyką do ciągle żywej klasyki gatunku z okresu "Souvlaki. Podobna młodzieńcza energia emanuje z "The Slab", świetnie wyprodukowanego fragmentu, z ciekawie zagęszczoną fakturą. Producent umieścił większość pasma w przyjemnej nieco zamglonej średnicy, stąd bardzo niewiele na tym czterdziestominutowym materiale szklistych wysokich rejestrów, jeszcze mniej niskich pomruków basu lub głębokich uderzeń perkusji.



Te najlepsze piosenki Slowdive, do których powraca się potem, jak do ukochanych miejsc, zabierają odbiorcę do onirycznych krain, i zawieszają jego umysł gdzieś na pograniczu tego, co realne oraz tego, co wymarzone lub wyobrażone. Najnowszy bardzo udany album "Everything Is Alive", zawiera mnóstwo takich fragmentów, stworzonych, co warto podkreślić, bardzo prostymi środkami. 

W cieniu rejestracji ostatniej propozycji wydawniczej Slowdive kryją się również smutne prywatne doświadczenia - odeszła matka Rachel Goswell, Simon Scott pożegnał ojca. Istniało więc ryzyko, że piosenki zebrane na tym albumie mogą przybrać elegijny charakter. Po długich rozmowach postanowiono utrzymać nostalgiczny marzycielski nastrój, tak typowy dla poczynań zespołu, a płytę zadedykować zmarłym rodzicom. Warto wspomnieć, że wiele z tych kompozycji na etapie produkcji nabrało tempa. Jak sam chętnie przyznaje, Neil Halstead uwielbia spokojne bardzo wolne snujące się pieśni. Tylko, że pozostali koledzy z grupy wolą, żeby utwory miały żywszy rytm i niosły wraz z sobą większe pokłady energii. Dlatego potrzebne są inteligentne kompromisy, które wypracowuje się w studiu nagraniowym. "Myślę, że wszyscy naprawdę lubimy swoje towarzystwo i dobrze się dogadujemy" - podsumowała Rachel Goswell, a znakomity album "Everything Is Alive" doskonale to potwierdza. W porównaniu z ostatnim wydawnictwem "Slowdive", którego premiera miała miejsce w 2017 roku, członkowie brytyjskiej grupy w dyskretny sposób zrobili krok naprzód, jednak przy tym ostrożnym ruchu nie zapomnieli, skąd się wywodzą.

"Idąc, wydeptujesz drogę, a gdy obejrzysz się za siebie, ujrzysz ścieżkę, która już nigdy donikąd cię nie powiedzie" - Juan Gabriel Vasquez - "A gdy obejrzysz się za siebie".

(nota 8.5/10)

 



sobota, 26 czerwca 2021

DRUG STORE ROMEOS - "THE WORLD WITHIN OUR BEDROOM" (Fiction Records) "Tramwaj zwany muzyką"

 

     Skoro mamy końcówkę czerwca, to oczy kibiców tenisa, w tym również moje, zwrócone będą na korty trawiaste Wimbledonu. Nie przewiduję jednak większych emocji związanych z występem naszej najlepszej zawodniczki. Iga sama twierdzi, że: "Nie rozumiem zbytnio tej nawierzchni". Nic dziwnego, ponieważ w jej grze jest wciąż tyle naleciałości związanych ze sposobem gry na ceglanej mączce. Hubert zatracił gdzieś dobrą formę z początku wiosny - prestiżowy turniej w Miami sam się nie wygrał,  choć ten rodzaj podłoża, szybka trawiasta nawierzchnia, niski kozioł piłki, która nurkuje i ucieka z kortu, powinien mu odpowiadać. Pozostaje Magda Linette, zawodniczka ta jest szybka, lekka i sprawna, więc może pokusić się o miłą niespodziankę, chociażby w pierwszej rundzie z faworyzowaną, kolejną młodą nadzieją amerykańskiego tenisa, Amandą Anisimovą, z którą już na tych kortach wygrała.

Muzycznie również pozostaniemy na Wyspach Brytyjskich, bowiem z niewielkiej miejscowości Fleet, leżącej w pobliżu Farnborough, pochodzi zespół Drug Store Romeos. Swoją nazwę zapożyczyli z fragmentu tekstu, który w dramacie "Tramwaj zwany pożądaniem" - Tennessee Williamsa, wypowiada Blanche DuBois. Trio, w którego skład wchodzą: Sarah Downie (wokaliza, teksty, syntezator), Charlie Henderson (bas), Jonny Gilbert (perkusja), poznało się w college'u. Charlie Henderson dokładnie zapamiętał dzień, kiedy to zobaczył przyszłą koleżankę z grupy idącą chodnikiem. Pomyślał wtedy, że chciałby się z nią zaprzyjaźnić. Wkrótce po tym zdarzeniu zaprosił ją na próbę zespołu, który początkowo był duetem. Słuchając ich piosenek Sarah odniosła wrażenie, że grają stanowczo zbyt głośno.

Kiedy cała trójka poznała się bliżej, okazało się, że lubią te same zespoły: Stereolab, Broadcast, Portishead czy Atlas Sound - pozycje musicie przyznać zacne. Echa twórczości tych znakomitych formacji można odnaleźć na debiutanckim albumie "The World Whitin Our Bedroom", przetworzone przez młodzieńczą wrażliwości oraz aktualne możliwości. Zanim trio zebrało materiał na płytę, sporo koncertowali, głównie w pobliskim Londynie. Dwa razy w tygodniu wsiadali do pociągu, żeby dać pokaz swoich możliwości w Aldershot West End Centre czy Brixton Windmill. Kiedy reszta zaproszonych na występy grup po koncercie świętowała, Sarah, Charlie i Jonny szybko pakowali sprzęt i biegli na dworzec, żeby zdążyć na ostatni pociąg. To był swoisty rytuał przejścia, z jednego świata do drugiego - owa droga powrotna do domu, o trzeciej nad ranem, wędrówka ulicami pogrążonego we śnie miasteczka. Słuchali wtedy nałogowo "Big City" - Spaceman 3 oraz "Before We Begin" - Broadcast. Zapis tych wspomnień, wrażeń i emocji przewija się przez muzykę oraz niektóre teksty. Wiele z nich powstało jako swobodne kolaże. Sarah Downie lubi wycinać poszczególne zbitki słów z kolorowych czasopism, a potem składać je w dowolny sposób. Nie uważa, że jej poczynaniami kieruje wtedy przypadek, tylko coś w rodzaju wyższej konieczności. "Kiedy piszesz w stanie bezmyślności, dzieje się wiele dobrych rzeczy". Źródłem inspiracji są także cytaty z książek, filmów, programów telewizyjnych czy rozmów usłyszanych na ulicy. Pierwsze dema powstawały w oparciu o popularny program Logic Pro X. Skromne aranżacje rozpisane w prosty sposób na bas i klawisze, a w samym centrum tych niekiedy onirycznych piosenek znajduje się głos Sary.  Delikatna, dziewczęca, nieco senna lub rozmarzona barwa głosu dobrze współbrzmi otoczona ciepłymi przestrzennymi fakturami syntezatorów. Czasem uwagę przykują miękkie tony perkusji, jak w "Electric Silence", innym razem nieoczekiwana zmiana tempa - "Secret Plan", "What's On Your Mind", tu i ówdzie udzieli się nastrój upalnych letnich nocy. Chyba nie tylko ja znajdę w tym graniu podobieństwo do twórczości nieodżałowanego The Postmarks. Amerykanie, z uroczą Tim Yehezkely, mieli wyjątkowy dar do tworzenia zgrabnych, wpadających nie tylko w ucho, ale także zapadających w pamięć, indie-popowych czy dream-popowych melodii. Trio Drug Store Romeos raczej takiego talentu nie posiadają, ale są na dobrej drodze, żeby wspólnie wiele rzeczy wypracować. Jeszcze muszą nauczyć się różnicować napięcie, nieco staranniej zestawiać obok siebie utwory, bo płyta w drugiej części stała się zbyt senna. Album "The World Whitin Our Bedroom" wydała oficyna Fiction, z którą niegdyś miał podpisany kontrakt zespół The Cure, może to dobra wróżba.

(nota 7/10)

  



Wspominałem o grupie The Postmarks, warto skorzystać z okazji i przypomnieć jeden z ich przebojów - "Looks Like Rain", który znajdziecie na debiutanckim albumie "The Postmarks". 



W tym dream-popowym kontekście całkiem nieźle zabrzmi moja ulubiona, póki co, piosenka z najnowszej płyty Nate'a Wey'a - "Movie Ending", która ukaże się 12 lipca.



"Outta Space" to kolejny utwór, który doczekał się teledysku, pochodzi z omawianej niedawno na łamach tego bloga płyty "Zoe" grupy Nightshift. 



Coś dla starszych fanów muzyki alternatywnej. Peter Murphy przypomina o sobie albumem "The Last And Only Star", który zawiera trudno dostępne nagrania, wersje demo oraz single artysty. 



Na koniec dzisiejszego wpisu fragment bardzo udanej płyty "This Is A Mindfulness Drill", grupy Hipnotic Brass Ensemble. W prześlicznym utworze "Soon It Will Be Fire" gościnnie wystąpił Moses Sumney. 




sobota, 20 marca 2021

CHAD VANGAALEN - "WORLD'S MOST STRESSED OUT GARDENER (Sub Pop) "RECYCLING OGRODOWY"

 

     Osobliwym zrządzeniem losu dziś pojawią się propozycje dwóch panów, którzy pewnie się nie znają, a mogłaby ich połączyć miłość do ogrodów. Ten pierwszy, to kanadyjski 44-letni muzyk, który właśnie opublikował dziewiątą płytę zatytułowaną - "World's Most Stressed Out Gardener". Tym "najbardziej zestresowanym ogrodnikiem" jest artysta z Calgary, który po przeprowadzce do nowego domu sporo czasu spędza pielęgnując swój  ogród. Jego najcenniejsze okazy rosną otoczone specjalnymi ręcznie zrobionymi klatkami tak, żeby żadna zwierzyna nie miała do nich dostępu. Oprócz klatek Vangaalen tworzy również instrumenty, chociażby ze starych zużytych miedzianych rur, które przymocował do podłoża ze styropianu. Ich dźwięk, a także tony wielu innych zrobionych z odpadków instrumentów, możemy odnaleźć w utworach, które wypełniły najnowsze wydawnictwo. 

"Śmieci to życie" - twierdzi kanadyjski muzyk, a na potwierdzenie tych słów dodaje, że ze surowców wtórnych zrobił również szklarnię. Piosenki Chada Vangaalena brzmią tak, jakby składały się z mnóstwa różnych odpadków. Ten chałupniczy muzyczny recycling uosabia przede wszystkim bogata faktura dźwiękowa. Dlatego też słuchacza może uwieść zarówno swobodne mieszanie stylistyk, jak i nie zawsze oczywiste przebiegi poszczególnych pieśni. Kanadyjczyk pozostaje pod wrażeniem twórczości Alejandro Jodorowsky'ego (pisarz, reżyser, autor komiksów), szczególnie zaś jego nielinearnego sposobu opowiadania historii. "Stajesz pod koniec (jego opowieści), i nie wiesz, o co właściwie chodzi". To samo o albumie "World's Most Streessed Out Gardener" mógłby powiedzieć purysta gatunkowy. Vangaalen, z niefrasobliwością rozkapryszonego dziecka żongluje konwencjami oraz stylami. Niczym czarodziej wyciąga z kapelusza kolejne składniki brzmienia i łączy je z pozostałymi, w charakterystyczny dla siebie sposób. Ulubionym ilustratorem Chada jest Moebius (Jean Giraud), i jego komiks "Garaż heremetyczny" (asteroida, ze: "światem większym wewnątrz niż na zewnątrz").  Artysta z Calgary zwrócił w nim uwagę na połączenie luzu i szczegółowości, dopracowanie kompozycji niemal każdego kadru. Gdyby piosenki Vangaalena podzielić na poszczególne odcinki i potraktować jako muzyczne kadry, bez problemu znaleźlibyśmy sporo podobieństw do prac francuskiego mistrza rysunku.

"Poza moim głosem niewiele jest wspólnych wątków" - twierdzi Vangaalen i trudno się z tym nie zgodzić, słuchając jego  najnowszego wydawnictwa. Rozpoczyna je psycho-folkowy "Spider Milk", czyli wycieczka do lat 60-tych, i nawiązanie do melodyki The Beatles. W drugiej części tego utworu mocne akcenty przesterowanej gitary nadają kompozycji dodatkowych barw, które roztapiają się w zaskakującym finale. W "Stralight" dominuje krautrockowy rytm, a wspomnianą wcześniej fakturę brzmieniową dobrze uzupełniają między innymi dźwięki miedzianych rur. Jedną z najlepszych piosenek na płycie jest bez wątpienia "Where Is It All Going", która pokazuje talent autora do tworzenia zgrabnych niebanalnie zaaranżowanych melodii. Te ostatnie powstają na drugim piętrze garażu, gdzie Kanadyjczyk urządził sobie studio. Znajdziemy tutaj mikrofony lampowe lub stół pełen rezonujących skał. Pierwszym krytykiem jego nowych produkcji jest zwykle pies husky, który głośnym szczekaniem informuje twórcę, jeśli jakaś pieśń mocno przypadnie mu do gustu. "Earth From A Distance" - to instrumentalna, syntezatorowa odsłona najnowszej płyty, przywołująca skojarzenia chociażby z dokonaniami Williama Doyle'a , o którym napiszę w dalszej części tekstu. "Nothing Is Strange" to znów pełen pomysłów zapis ścieżek dźwiękowych, ze specyficznie zniekształconą wokalizą. W "Inner Fire" zimnofalowe gitary łączą się z krautrockowym rytmem i przynoszą wraz z sobą kolejną miłą niespodziankę. "Golden Pear" rozpoczyna się wołaniem jednej z córek artysty, jednak tym razem "tata" nie odpowiada, zajęty tworzeniem utworu, w oparciu o gitarę akustyczną oraz garażowe perkusjonalia, który kończy, jakżeby inaczej... świergot wróbla. Mnóstwo na ostatniej płycie Chada Vangaalena emanacji nieskrępowanej wyobraźni oraz zwykłej, i dawno niesłyszanej w takim natężeniu, radości tworzenia. Ten album dryfuje w różne możliwe kierunki, na podobieństwo psa (husky), który podejmuje trop, tylko po to, żeby za chwilę go zgubić. Wiele z tych kompozycji to piosenki, które według ich autora celowo zostały "skomplikowane" lub "estetycznie przełamane", i pewnie również dlatego chce się do nich wracać.

(nota 7.5/10)




   Nie za bardzo chcę wracać do najnowszej płyty Williama Doyle'a. Bez cienia przesady można powiedzieć, że za finalnym kształtem krążka "Great Spans Of Mudy Time" stoi awaria dysku twardego. Powszechnie znana jest złośliwość przedmiotów pozornie martwych, które pokazują swoją przewrotną stronę w najmniej spodziewanym momencie. Doyle nie sprecyzował, jakiej firmy był ów dysk - ku przestrodze - ani czy reprezentował talerzową, nieco bardziej awaryjną, klasykę, czy format SSD. Nie zmienia to faktu, że materiał, na którym pracował, uległ zniszczeniu. Pozostała część "kopii zapasowych", które artysta zgrał na magnetofon kasetowy Tascam 414. Jednak Doyle nie załamał rąk i podjął dość odważną, trzeba przyznać, decyzję, żeby opublikować to, co pozostało w jego domowym archiwum. "Zamiast odczuwać stratę, że nie mogę zamienić tych nagrań w nieskazitelne "dzieła sztuki", poczułem się wyzwolony". O tym, że angielski wokalista potrafi tworzyć intrygujące i wyrafinowane aranżacje mogliśmy się przekonać obcując z jego poprzednim, tak chwalonym na łamach tego bloga, albumem. Nad "Your Wilderness Revisited" artysta pracował cztery lata, wypełniając poszczególne kompozycje starannie dobranymi dźwiękami tak, żeby każdy element aranżu był dobrze słyszalny. Wracałem do tych piosenek wielokrotnie, odkrywając w nich mnóstwo subtelności wystawiających świadectwo, o poziomie artystycznego zaangażowania ich autora.

 "Zamiast zajmować się koncepcjami, chciałem wrócić do sztuki pisania piosenek". Przeglądając archiwum Rijkmuseum, Doyle przypadkowo odkrył obraz Melchiora d'Hondecoetera, z 1680 roku przestawiającego ptaki. "Zobaczyłem obraz, który był zupełnie inny od tego, czego poszukiwałem". Artysta nie zastanawiał się długo i umieścił jego cyfrową reprodukcję na okładce płyty "Great Spans Of Mudy Time". Tytuł wydawnictwa zaczerpnął z frazy opowieści Monty Dona, pisarza i autora programu dla BBC - "Gardeners World". Tytułowy "Mudy Time", to okres w życiu muzyka, kiedy zmagał się z depresją. Lekarstwem na dolegliwości związane z obniżeniem nastroju stało się komponowanie. "Wszystkie zmiany, jaki zaszły w moim życiu... nie były destrukcyjne, ale bardzo poważne, nigdy nie było łagodnego przejścia". W tym kontekście nie powinien specjalnie dziwić fakt, że Doyle zdecydował się opublikować album w tej właśnie mocno niedokończonej formie. 

Na "Great Spans Of Mudy Time" bronią się tylko nieliczne piosenki. Pozostałe utwory jak: "Schadowtackling", "New Uncertainties" czy "Semi-bionic" to zwykłe "wypełniacze czasu". Ten ostatni brzmi zresztą tak, jakby informatyk zdołał ocalić kilka tonów z uszkodzonego dysku. Takich utworów jak: "Who Cares" czy "Rainfalls" słucha się głównie dlatego, że jest w nich obecna wokaliza Doyle'a, do której trudno się przyczepić. "Nothing At All" - przypomina jakąś wersję demo dawno zapomnianego utworu Pet Shop Boys, choć nie zaprzeczę, że piosenka ma swój urok. William Doyle zaryzykował i kilku recenzentów kupiło jego nową formułę, wystawiając zadziwiająco pochwalne noty -  w stylu: 9/10, czy 10/10 - czemuś, co w moim odczuciu jest co najwyżej przyczynkiem do powstania prawdziwej płyty. Można oczywiści puścić wodzę fantazji i spróbować sobie wyobrazić, co by było, gdyby... angielski artysta popracował nad tymi "impresjami" przez następne kilkanaście miesięcy, dokładając, zgodnie z własną metodologią pracy, element po elemencie i zamieniając je w "małe dzieła sztuki". Od "dzieł sztuki" na płycie "Great Spans Of Mudy Time" dzielą nas długie tygodnie, jeśli nie miesiące dłubaniny, z której Doyle, z sobie znanych powodów tym razem wolał zrezygnować. Wielka szkoda, bo to wspaniały artysta, o dużym talencie, wyobraźni i wrażliwości. Przypadek "Great Spans Of Mudy Time" stoi w kontrze do płyty Chada Vangaalena i dobitnie pokazuje, że z odpadków nie zawsze można stworzyć intrygującą całość.




   W kąciku deserowym dziś małżeństwo Holli i Keith Kenniff, czyli duet Mint Julep, z ich najnowszej dream-popowo/shoegazowej płyty -"In A Deep And Dreamless Sleep".



Skoro w tej sobotniej odsłonie bloga - przynajmniej częściowo - przebywaliśmy w Kanadzie, to stamtąd pochodzi również bardzo ceniony przeze mnie muzyk, artysta i producent wielu znakomitych płyt - Daniel Lanois, który przypomina o sobie wydawnictwem "Heavy Sun". Ci, którzy nie znają zbyt dobrze jego dorobku, mogą przy tej okazji sięgnąć także do jego wcześniejszych płyt. Wybrałem dwa fragmenty. Pierwszy - "Orange Kay" pochodzi ze ścieżki dźwiękowej do wspaniałego filmu, który całkiem niedawno sobie odświeżyłem, i to w pełnej "wersji reżyserskiej". Obraz w reżyserii Billi Bob Thorntona - aktor zagrał w nim również główną rolę - nosi tytuł "Blizny przeszłości" ("Sling Balde"). Drugą piosenkę "I Love You", z gościnnym udziałem Emmylou Harris, można odnaleźć na albumie "Shine".






piątek, 12 czerwca 2020

BLANCO WHITE - "ON THE OTHER SIDE" (Yucatan Records) "Rzeka płynąca w górę strumienia"

         "Wiem jedno: istnieje czas obiektywny, ale też subiektywny, ten, który nosi się po wewnętrznej stronie nadgarstka, obok miejsca, gdzie wyczuwa się puls. I ten osobisty czas, będący czasem prawdziwym, jest odmierzany w stosunku do pamięci".
     Julian Barnes - "Poczucie kresu"

   Pamiętam upalne lato, jedno z tych, które jak  mogły, tak opóźniały swoje nadejście. Przełom lipca i sierpnia, okres urlopów i pora wakacji, kiedy dni są wciąż długie, a ciepłe noce przynoszą wraz z sobą rozgwieżdżone niebo i rychły świt. Z kawiarni, deptaków, barów i ławek dobiegały fragmenty rozmów i śmiechy oraz leniwie przeciągające się dźwięki muzyki. Pośród nich od czasu do czasu można było rozpoznać charakterystyczny głos Paula Buchanana, który wypełniał koryto pogrążonej w letargu wąskiej uliczki sentymentalnym tonem. Ktoś - kobieta albo mężczyzna - z uporem maniaka, dzień po dniu, odtwarzał album "High" grupy The Blue Nile, robił to systematycznie, o tej samej porze, tworząc tym samym kolejny drobny rytuał w starannie rozplanowanym harmonogramie godzin. Począwszy od "The Days Of Our Lives", przez marzycielski "I Would Never", aż po magiczny "Stay Close", który powracał w skromnej aranżacji niby obietnica spełnienia. Zapamiętałem również okładkę tego albumu -  to były wieżowce, punktowe światła okien i pastelowe barwy nocy, a także zdanie z recenzji, do której dotarłem znacznie później: "bolesna emocjonalna szczerość". I jeszcze coś... Pewnie dobrze znacie to uczucie, kiedy to, co dociera do nas z głośników, w jakiś nadzwyczajny i trudny do wytłumaczenia sposób, łączy się z tym, co dzieje się dookoła. Magia chwili? Szczeliny istnienia? - nazwijcie to sobie jak chcecie.
Bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie nigdy już nie usłyszę płyty "High" grupy The Blue Nile w ten właśnie sposób. Kto wie, być może bezpowrotnie minął już właściwy dla niej czas albo mój obecny czas upływa pod dyktando innego rytmu - to kolejne niepisane prawo, z którym prędzej lub później musi się zetknąć każdy fan muzyki. Cóż poradzić... Jednak i przecież pozostają miłe wspomnienia, niezatarte wrażenia, które niekiedy powracają do nas w zaskakujący sposób, chociażby podczas odsłuchiwania kolejnych nowych płyt.




Tak właśnie było przy okazji obcowania z debiutanckim krążkiem Blanco White'a - "On The Other Side". W kilku, z tych jedenastu utrzymanych w podobnym nastroju fragmentach, odnalazłem ślady sentymentalnego ducha, który tak urokliwie wypełnił kompozycje zawarte  na albumie "High" grupy The Blue Nile. Wspomniany już wcześniej Paul Buchanan, Denison Witmer, ale również Ben Howard (ostatnia świetna płyta!), to kolejne znaki orientacyjne na mapie moich  skojarzeń. Termin "mapa" jest również jak najbardziej na miejscu, bowiem wydawnictwo "On The Other Side" odnosi się do "bycia w drodze", mówi o podróży, lub raczej niespiesznej włóczędze, w trakcie trwania której kolekcjonuje się wrażenia. Pod nazwą zaczerpniętą od imienia i nazwiska hiszpańskiego poety (1775 - 1841) - Jose Maria Blanco White'a - ukrywa się brytyjski artysta Josh Edwards i jego zespół. Brytyjczyk podkreśla w wywiadach, jak ważnym, i determinującym dla całego przyszłego życia, wydarzeniem była podróż po Ameryce Południowej, którą odbył wraz z rodzicami i siostrą w wieku 10 lat. Rodzina Edwardsów na trasie wycieczki odwiedziła Meksyk, Kostarykę oraz Peru. Nic więc dziwnego, że kilka lat później Josh Edwards jako kierunek studiów wybrał iberystykę. Znajomość języka hiszpańskiego pomogła podczas wyprawy po Andaluzji, w trakcie spotkania z mistrzem gitary flamenco Nono Garcią, w Boliwii z kolei bohater dzisiejszego wpisu uczył się gry na gitarze charango (10 strun, przypomina nieco mandolinę), czego efekty możemy usłyszeć na debiutanckim krążku.

I tak kompozycja "I Belong To You" - zaśpiewana w charakterystyczny dla brytyjskiego artysty sposób, który nie stroni od długich swobodnie wybrzmiewających dźwięków - zawiera wrażenia Edwardsa z zimowego pobytu w malowniczo położonym domu,  z widokiem na Cieśninę Gibraltarską. "Moim celem podczas komponowania jest zawsze próba zbudowania nastroju, który przeniesie słuchacza w zupełnie inne miejsce". Utwór "Samara" powstał w wyniku inspiracji muzyką somalijską z lat 70-tych, i takimi zespołami jak: Dur Dur, Jftiin Bard, 4 Mars, na gitarze zagrał tutaj Cameron Potts (Superego). Cosimo Keita i Jamie Benzis dopełnili składu w nagraniu "Kavai O'o", którego nazwa została zaczerpnięta od nazwy egzotycznego i wymarłego już ptaka, zamieszkującego niegdyś archipelag wysp Hawaii (znajomy Josha Edwardsa odtworzył z taśmy śpiew tego ptaka). "Desert Days" kołysze słuchacza dźwiękami pustynnego bluesa, który powstał po przeczytaniu opowiadania Jorge Luisa Borgesa - "Dwaj królowie i dwa królestwa"; pustynia jako labirytn, z którego nie ma wyjścia. Proza Henri Charriere'a stanowiła punkt wyjścia do nagrania "Papillon". W kompozycji "Mano a  Mano" w chórkach usłyszymy Mavicę i Malenę Zavalę, a na instrumentach perkusyjnych Freda Claridge'a oraz Matta Ingrama. "On The Other Side" to intrygująca wyprawa po europejskich, afrykańskich i karaibskich dźwiękowych zakątkach.
Ps. Tak się złożyło, że całkiem niedawno ukazała się reedycja albumu "High" grupy The Blue Nile, oprócz dziewięciu zremasterowanych utworów na wydawnictwie znajdziemy drugi krążek, który zawiera cztery niepublikowane do tej pory utwory oraz dwa remiksy, czyli ok 32 minuty dodatkowej muzyki.

(nota 7.5/10)



Skoro przed nami zapowiadana fala upałów, to druga propozycja zabierze nas w dream-popową krainę. Przyznam, że niewiele ciekawych wydawnictw pojawiło się w ostatnich długich tygodniach w tym gatunku. Pod szyldem Night Glitter ukrywał się początkowo duet - Loulou Ghelichkhani (niektórzy to maja nazwiska) i jej życiowy partner John Micheal Schoepf - który ostatnio całkiem słusznie powiększył się o trzech dodatkowych muzyków. Z tej podstawowej pary o wiele bardziej możecie kojarzyć Loulou, bowiem to ona udzielała się wokalnie w formacji Thievery Corporation. Zanim dotarła do USA, mieszkała przez pewien czas w Paryżu, a wcześniej dorastała w Iranie. Początek jej znajomości z Schoepfem przypadł na koncert grupy The Happen-Ins, w trakcie trwania którego była paryżanka zobaczyła swojego przyszłego partnera grającego na gitarze basowej. Nazwę "Night Glitter" wymyślił John Schoepf podczas wyprawy z córką w gorącą letnią noc wzdłuż rzeki, kiedy to niebo było usłane błyszczącymi świetlikami. Debiut fonograficzny zatytułowany "Night Glitter" zawiera dziewięć kompozycji, zaśpiewanych zarówno w języku francuskim, jak i angielskim, z miłym dla ucha francuskim akcentem Loulou Ghelichkhani (ach, te nazwiska). Kompozycje "Blame Game" i "Music for Clouds" przywołują skojarzenia z dokonaniami Beach House, trochę tu retro-popu, indie rocka, warte ponownych odtworzeń są: "Space", "Hangin On A Dream" i świetny "Radio", z kolei "Static" przypomniał wczesne single Slowdive (oczywiście do klasy mistrzów dość daleko, ale warto próbować).

(nota 7/10)




piątek, 10 stycznia 2020

POSTCARDS - "THE GOOD SOLDIER" (T3 Records) "Wątpliwości kapryśnego wiatru"

   Nie będę zaprzeczał, że jako heteroseksualny osobnik mam pewne problemy... z... dokładnym rozróżnianiem barw i odcieni. Gubię się w tych osobliwych nazwach, chociażby odmian koloru różowego, którego, tak na marginesie, nie znoszę pod żadną postacią. Jednak moje możliwości w zakresie percepcji barw są na tyle wystarczające, że pozwalają skonstatować, iż za oknem ani śladu po śnieżnej bieli. Chyba, że... moja sąsiadka wywiesi dopiero co upraną i pachnącą sztucznym aromatem bieliznę. Na balkonach, oprócz staników targanych wątpliwościami kapryśnego wiatru, tlą się jeszcze ozdoby świąteczne - jakiś gwiazdor, z worem na plecach, mruga zalotnie w kierunku renifera, to znów śnieżynka uparcie próbuje otrzepać się z liści, niczym Wiedźma Ple-Ple, z dawno zapomnianej bajki. We Francji wciąż trwa strajk, ceny ropy odrobinę drgnęły, za to ceny wzmacniaczy Accuphase wciąż i niestety na niezmiennym poziomie (a przydałby się drobny rabat na model E-650).

Całkiem dobry poziom prezentuje również najnowsze, drugie jeśli chodzi o płyty długogrające, wydawnictwo libańskiej grupy Postcards, które pojawiło się na rynku 3 stycznia 2020 roku. Pomyślałem, że miło będzie zacząć ten nowy rok na blogu czymś lekkim i wpadającym w ucho. Dobrych melodii na płycie "The Good Soldier" nie brakuje, zarówno tych opakowanych w dream-popową, jak i shoegaze'ową formę. A że dwóch członków zespołu ma w artystycznym CV metalowy epizod, także gitary potrafią odpowiednio zaznaczyć swoją obecność w kluczowych momentach. Gitarzysta Marwan Tohme i perkusista Pascal Semerdjian są ze sobą spokrewnieni, wokalistkę - Julię Sabre - poznali podczas wspólnego wyjazdu na kamping. Nazwę  grupy "Postcards" zaczerpnęli od tytułu płyty formacji Beirut - "Postcards From Italy". Przygodę muzyczną zaczynali od grania coverów, w pubach i klubach rodzinnego miasta Beirut. Julia Sabre dorastała w muzycznej rodzinie i na pierwszych nagraniach grupy często, oprócz urokliwej i delikatnej wokalizy, grała na ukulele. Wczesne epki zespołu również dzięki temu miały bardziej akustyczny wymiar. Uczestnictwo w konkursie "Beirut Open Stage" pozwoliło na darmowe skorzystanie z dobrodziejstw studia nagraniowego. W ten sposób członkowie zespołu poznali producenta Fadie'a Tabbala, który ukierunkował ich myślenie o kompozycji. To właśnie na skutek owocnej współpracy z tym inżynierem dźwięku, w brzmieniu zespołu pojawiły się nieco mocniejsze partie gitar. W telefonie wokalistki znajdziemy muzykę takich zespołów jak: Atlas Sound, Broken Social Scene, ale też utwory Richarda Dawsona, którego koncert był najwspanialszym wydarzeniem artystycznym, w jakim do tej pory uczestniczyła. Album "The Good Soldier" wydała niemiecka oficyna T3, a zespół właśnie rozpoczyna trasę koncertową za naszą zachodnią granicą, można więc sprawdzić, jak sobie radzi grając na żywo.


(nota 7/10)





Skoro pojawiła się nazwa Atlas Sound, ciężko sobie odmówić przyjemności, i nie zagrać wspaniałej kompozycji "Quick Canal", z albumu o jakże wymownym dla wszelkiej maści humanistów tytule - "Logos".






piątek, 20 grudnia 2019

SIDNEY LINDNER & THE SILVER WILDERNESS COLLECTIVE - "SUMMER GHOSTS/NIGHTFALLS" (BURST& BLOOM) "Kościół do wynajęcia..."

    Sidney Lindner pamięta, że to był długi upalny letni dzień. Żar lał się z nieba, wdzierał się bezczelnie do budynków i domów, wygrywając tam w nierównej walce z resztkami kojącego chłodu. Wiele wskazywało na to, że wakacje roku 2017 spędzone w stanie New Hampshire, przynajmniej pod względem pogody, zapowiadały się na wyjątkowo udane. "To na pewno tutaj?" - zapytał Lindner. "Tak, to tu..." - odparł z przekonaniem Michael Yorgensen. Obydwaj panowie prosto z Portland dotarli do miejscowości Sunapee, zatrzymali się pod adresem, gdzie według treści ogłoszenia miał znajdować się wskazany w nim obiekt. Jak dokładnie brzmiał ów anons, tego Sindey Lindner nie pamięta. Być może treść ogłoszenia zamknięto w kilku lakonicznych słowach w stylu: "Kościół do wynajęcia... tanio...". Michael Yorgensen od dawna chciał wynająć pomieszczenie starego kościoła, żeby zaadaptować je na potrzeby studia nagraniowego. Sidney Lindner z kolei od dawna zamierzał nagrać coś wspólnie ze swoim kolegą. To właśnie wtedy i w takich okolicznościach rozpoczęły się prace nad kompozycjami, które dwa lata później, w roku 2019, wypełniły album "Summer Ghosts/Nightfalls". Przy tej okazji powstało również studio nagraniowe - Community Recording Services - które Michael Yorgensen prowadzi wraz z Karen Elizabeth (obecna siedziba to miejscowość Tolland, stan Connecticut).

Wcześniej Sidney Lindner sporo podróżował, urodził się w Paryżu, później przeniósł się do USA, gdzie rodzina nigdzie nie mogła na dłużej zagrzać miejsca, stąd przyszły wokalista i autor tekstów musiał aż 11 razy zmieniać szkołę. Debiutował fonograficznie w 2002 roku albumem "The Shinning Example Is Lying On The Floor", z grupą The Hotel Alexis, w skład której wchodzili muzycy formacji Torrez i Josh Ritter's Band, wydanej we własnej wytwórni Broken Sparrow Records. Pod tym szyldem ukazały się jeszcze dwie płyty; wprawdzie zespół formalnie wciąż istnieje, jednak w najbliższym czasie nie należy się spodziewać ich nowych piosenek. W roku 2011 pojawił się solowy album Lindnera zatytułowany "Holy Brother Of The Mountain Sun", poświęcony zmarłemu bratu. Tak się złożyło, że najnowsze wydawnictwo "Summer Ghosts/Nightfalls" również dedykowane jest bratu. Inspiracją do jego powstania były niektóre kompozycje stworzone wraz z bratem - Cayce - kilkanaście lat temu. Dopiero teraz, po przeszło dekadzie, zyskały nowe barwy i zupełnie inne kształty.

"Musi istnieć coś w rodzaju "zdarzenia wyzwalającego", które zwykle rozpoczyna lawinę następujących po sobie pomysłów" - powiedział Lindner w jednym z wywiadów. Amerykański wokalista dużo słyszał o wpływie konkretnego miejsca na proces twórczy, i wreszcie chciał się przekonać o tym na własnej skórze. W ten sposób powstało kilkanaście kompozycji, które w pierwotnym zamyśle Lindner miał wykonać w duecie z Yorgensenem (gitara, organy, fortepian, syntezator). Jednak po krótkim namyśle i czasie zdecydowano się opublikować 10 utworów, a do składu dołączyli wspomniana już powyżej Karen Elizabeth (wokal), Gregg Porter (perkusja), Clara Kebabian (altówka, skrzypce), Guy Capecaletro (gitara, bas). Rynek muzyczny przywitał nowy twór: The Silver Wilderness Collective (nazwę amerykański muzyk zaczerpnął od tytułu płyty, którą nagrał przed laty wraz z bratem jako Golden Hotel).

Trzeba przyznać, że album "Summer Ghosts/Nightfalls" dobrze oddaje klimat letniej ciepłej nocy. Trochę tu nastrojów nawiązujących do twórczości Nicka Cave'a, Howarda Gelba, Drake'a czy Tindersticks. Dominuje podany gustownie indie-folk i leniwe takty americany. W poszczególnych aranżacjach wykorzystano partie skrzypiec, harmonijki czy trąbki, która w "The Rest Of My Days" przypomniała mi dokonania grupy The Belle And Sebastian. Niespieszna narracja wykreowana głębokim i ciepłym głosem Lindnera znajduje uzupełnienie w kolejnych odsłonach płyty. Uwagę przykuwają świetnie zrealizowane: "Lariat" , "You & Me Kid", a kompozycja "It's Just a Rush" ma w moim odczuciu potencjał alternatywnego przeboju.


(nota 7.5/10)










 Innym przebojem ostatnich dni, którym chciałbym się z Wami podzielić, jest dla mnie utwór Kaśki Sochackiej - "Śnię". Wracam do tych prostych nut regularnie i z uporem maniaka. Nutki, owszem, może i proste, ale połączone ze sobą tak, jakby w takim właśnie układzie trwały schowane od lat, czekając na odkrycie. W aranżacji coś można by zmienić, coś dodać tam i tu... Najważniejsze, że wokalistka subtelnie prowadzi za rękę słuchacza i trudno z jej zmysłowych objęć się uwolnić. Sympatyczna Kaśka wystąpiła kilka lat temu w programie "Mam talent" oraz później w "Must Be The Music". Niestety nie oglądam tego typu audycji, gdzie wątpliwej jakości "JURY" nieudolnie próbuje oceniać czasem naprawdę wyjątkowo uzdolnionych ludzi, którzy swoim talentem mogliby obdzielić i wątpliwiej jakości "JURY", i jeszcze kilka osób z wynajętej do oklaskiwania widowni. Pani Katarzyna współpracuje z wytwórnią Jazzboy Records. Mam nadzieję, że album "Summer Ghosts/Nightfalls" oraz cudny dream-pop od Kaśki Sochackiej umili Wam świąteczny czy też wolny czas.









niedziela, 14 lipca 2019

PENELOPE ISLES - "UNTIL THE TIDES CREEPS IN" (Bella Union) "NEXT GEN ALBO ZAMKI Z PIASKU"

   Jakiś czas temu dziennikarz na łamach tygodnika "Polityka" prognozował, że być może jeszcze w tym roku, lub w najbliższych miesiącach, może w końcu dojść do swoistego przesilenia w męskim tenisie. Sugerował, sądząc po symptomach całkiem słusznie, że "młodzi gniewni", czyli pokolenie Next Gen, ma się coraz lepiej, i że wkrótce dadzą nieco bardziej o sobie znać podczas turniejów wielkiego szlema. Mamy za sobą AO i RG, gdzie Rafa Nadal jeszcze bardziej przyspawał się do królewskiego tronu, dziś kończy się Wimbledon, a żadnych większych zmian nie widać. Dość powiedzieć, że w półfinałach tej prestiżowej imprezy znów grała ta sama "złota trójka" najbardziej zasłużonych zawodników w ostatnich dwóch dekadach, a faza ćwierćfinałów była godnie reprezentowana głównie przez graczy starszych (tuż przed 30 rokiem życia, albo po) i doświadczonych, niż tych na dorobku. Co najbardziej uderzające jest dla fana tenisa to fakt, że młodzi i przecież sprawni zawodnicy - te zamki z piasku światowych kortów - których organizmy nie są aż tak obciążone trudami tylu rozegranych spotkań, przebytymi w trakcie kariery kontuzjami, przede wszystkim fizycznie nie wytrzymują grania na dystansie siedmiu wygranych spotkań, trzech wygranych setów, w przeciągu dwóch tygodni. W ich przypadku kryzys, czy to mentalny, czy fizyczny, przychodzi stosunkowo wcześnie, bo zwykle już w drugiej, trzeciej rundzie, gdzie do zakończenia zmagań jest jeszcze daleko.
Wszystko to sprawia, że nasuwa się jeden prosty wniosek: starzy mistrzowie, póki co, mogą wyeliminować się sami, czy to grając przeciwko sobie (jak robią to w największych imprezach od lat), lub przegrywając z odnawiającymi się kontuzjami, gdzieś w ostatniej fazie turnieju. Nie chcę być złym prorokiem, w końcu to tylko sport, "cuda" od czasu do czasu się zdarzają, ale wygląda na to, że do przesilenia w tenisie dojdzie dopiero wtedy, gdy w półfinale lub finale wielkiej imprezy Nadal, Federer, Djokovic, będą grać na 50 procent możliwości, zmagając się bardziej nie z "młodym gniewnym" przedstawicielem pokolenia NEXT GEN, ale ze słabościami starszego i coraz słabszego organizmu. O ile mnie pamięć nie myli, ostatnim młodym zawodnikiem, który w finale wielkiego szlema pokonał mistrza, był nie kto inny, jak mój ulubiony Juan Martin Del Potro - kiedy wygrał US OPEN, pokonując Rogera Federera, miał niespełna dwadzieścia jeden lat. Z drugiej strony... nie narzekajmy. Cieszmy się z tego, że mogliśmy i wciąż możemy podziwiać zmagania "wielkiej trójki", bo takich Mistrzów jak: Federer, Nadal, Djokovic, długo w tenisie nie będzie.

Po tenisowych emocjach kontynuacja przedstawiania lżejszych propozycji, które całkiem niedawno ujrzały światło dzienne. Debiutancki album "Until The Tides Creeps In" brytyjskiej grupy Penelope Isles ukazał się dwa dni temu. Na okładce mężczyzna z dumą prezentuje budowlę wykonaną z piasku. Kto wie, być może jest to piasek z plaży wyspy Man, gdzie dorastało rodzeństwo Jack i Lyli Wolter, choć oboje urodzili się w Devon. Od najmłodszych lat brat i siostra chcieli wyrażać się artystycznie, ciągnęło ich również w stronę muzyki. Lily jest absolwentką szkoły muzycznej w Brighton, a Jack w wieku 19 lat opuścił rodzinne strony i podjął studia na uczelni artystycznej. Grupa Penelope Isles początkowo funkcjonowała jako duet i jako taki wydała epkę w 2015 roku zatytułowaną "Comfortably Swell". Dopiero później skład zespołu poszerzył się o dwie kolejne osoby: Becky Redford i Jacka Sowtonema.
Mój dzisiejszy wpis jest również w pewnym sensie czymś w rodzaju drobnej, korespondencyjnej polemiki z recenzentką portalu Exclaim, która na albumie "Until The Tides Creeps In" doceniła głównie kompozycje Jacka Woltera - energetyczne, indie-rockowe z jednej strony, z drugiej zaś proste i przewidywalne. Tymczasem w moim odczuciu o wiele ciekawsze rzeczy dzieją się w utworach, które wyszły spod pióra Lily Wolter. W odróżnieniu od recenzentki Exclaim, w kompozycjach brytyjskiej grupy szukałem przejawów wyrafinowania, pewnej dozy nieoczywistości, tego czegoś, co czasem pojawia się na styku urokliwej linii melodycznej i ciekawej aranżacji, co wymyka się jednoznacznej definicji ("tajemnica"), a stanowi wartość dodaną. To właśnie w takich niespiesznych, dream-popowych propozycjach jak: "Not Talking", "Three", Lookin For My Eyes First", "Through The Garden", grupa Penelope Isles brzmi głębiej, szerzej, i o wiele dojrzalej, niż w prostych, opartych na trzech riffach dość banalnych w wymowie, "takich sobie" indie-popowych piosenkach. Ciekawe, jaką drogę wybierze sympatyczne rodzeństwo oraz ich dwójka przyjaciół, bo ten podział na kompozycje, których twórcą jest Jak Wolter, oraz na te, które powstały w głowie Lily Wolter, jak dla mnie jest dość wyraźny. Całości słucha się tak, jakby reprezentanci muzycznego pokolenia Next Gen, nie bardzo wiedzieli, co chcą grać, jaka jest ich macierzysta baza. Być może cennych rad udzieli im IGGY B., który miksował ich debiutancki krążek, a wcześniej współpracował z takimi grupami jak: Spiritualized, John Grant, Money, Lost Horizon (album "Ajala" recenzowałem na łamach tego bloga jakiś czas temu). 


(nota 6.5/10)

 


  



Na koniec dzisiejszego wpisu zapowiedzi dwóch albumów, których premiera będzie miała miejsce w tym samym dniu, 30 sierpnia. Pierwszych z nich to kolejna, miejmy nadzieje, że lepsza  niż poprzednia, płyta Bon Iver zatytułowana "i,i", a drugi album to krążek "The Silence" grupy Metaphysical Feedback, który ukaże się nakładem wydawnictwa Drag City.












piątek, 5 lipca 2019

GRAVEYARD CLUB - "GOODNIGHT PARADISE" (Bandcamp) "Nauczyciele z Minneapolis"

   Przed tygodniem obiecałem nieco lżejsze w wymowie wydawnictwo, z avantpopowego czy dreampopowego kręgu, najwyższa więc pora dotrzymać danego słowa.
Co robią nauczyciele po godzinach, kiedy już skończą sprawdzać prace domowe i kartkówki, jeśli akurat nie strajkują? Nie wiem dokładnie, jak przedstawia się sytuacja w naszej umiłowanej ojczyźnie, ale ci zza oceanu, przynajmniej niektórzy, szczególnie z miasta Minneapolis, w stanie Minnesota, zabierają sprzęt grający, udają się do pobliskiego klubu, żeby tam podpiąć gitary i syntezatory pod wzmacniacze, a potem odbyć kilka prób.

Formację Graveyard Club początkowo tworzyli wokalista i klawiszowiec Matthew Schufman oraz gitarzysta o polsko brzmiącym nazwisku - Michael Wojtalewicz. Pierwotnie przyjęli nazwę Monster Club, ale po nieco bardziej wnikliwym sprawdzeniu okazało się, że istnieje już grupa o nazwie No Monster Club. Jak duet Graveyard Club wydali epkę - "Sleepwalk", po czym zaczęli się rozglądać za kolejnymi artystami, którzy wzbogaciliby ich skromny skład. Do zespołu szybko dołączył perkusista Cory Jacob, oraz basistka i wokalistka Amanda Zimmerman.
Jak zgodnie podkreślają, połączyły ich wspólne zainteresowania: słabość do literatury sciene-fiction, szczególnie tej w wydaniu Raya Bradbury'ego, dokonania zespołu Dead Man's Bones, znanego głównie z tego, że gra w nim popularny amerykański aktor Ryan Gosling, a także fascynacja muzyką lat 50-tych i 80-tych. W wywiadach chętnie przyznają się do inspiracji płytami: The Cure, The Smiths, New Order. Ich debiutancki krążek ukazał się własnym sumptem w 2014 roku i nosił tytuł "Nightingale".

Najnowszy album grupy "Goodnight Paradise", który ukazał się kilka dni temu i ponownie, jak poprzednie wydawnictwa, własnym sumptem, dokumentuje kolejny etap w rozwoju zespołu. Tym razem w poszczególnych kompozycjach zdecydowanie mniej jest mrocznych klimatów i odwołań do stylu gotyckiego. "To zapis o pożegnaniu, a także o bólu i wolności" - powiedział Matthew Schufman, autor wszystkich utworów. Trzeba przyznać, że amerykańska czwórka bardzo dobrze czuje się zarówno w nieco żywszych przebiegach, jak i w balladach. Specyficzną miękkość brzmienia i łatwość tworzenia ciekawych melodii można usłyszeć szczególnie w: "Red Roses", "Cassandra", oraz w "Deathproof" (dobre gitary, z potencjałem na przebój). Z kolei avantpopowe czy dreampopowe kompozycje nawiązujące do tego, co w muzyce popularnej działo się w latach 50-tych, można odnaleźć w "Finally Found", i "Maureen", obydwa troszkę w styl naszych dobrych znajomych z The Saxophones. Album produkował Andy Thompson, nominowany do nagrody Grammy, współpracował między innymi z Belle and Sebastian czy Taylor Swift.


(nota 7/10)




   

wtorek, 16 kwietnia 2019

LOWLY - "HIFALUTIN" (Bella Union) "SPACER W TĘCZY"

   Portishead, Stina Nordenstam, Beach House, Gem Club, Exitmusic, Radiohead - oto mapa moich skojarzeń, które pojawiły się podczas odsłuchiwania najnowszej, wydanej w ubiegły piątek, płyty zespołu Lowly zatytułowanej "Hifalutin". Szczególnie ta ostatnia grupa, dowodzona przez Thoma Yorke'a, wydaje się być w tym kontekście dobrym strzałem. Oczywiście nie mam tutaj na myśli bogactwa aranżacji, charakterystycznych dla twórczości brytyjskiego zespołu produkcyjnych smaczków, wykorzystania całego arsenału środków technicznych, tylko MELODYKĘ. Od pierwszych taktów albumu - czyli od zaproszenia na spacer "Go For a Walk" i "Stephen" (utwór poświęcony Stephenowi Hawkingowi) - słyszalne i wyczuwalne jest pokrewieństwo linii melodycznych, podobne są niektóre przejścia pomiędzy nutami, a także klimaty oniryzmu oraz nostalgii. Coś jest w tym moim prywatnym skojarzeniu na rzeczy, bowiem nie bez przyczyny artyści związani z formacją LOWLY podkreślają w wywiadach, że na co dzień słuchają różnej muzyki, ale cała sympatyczna piątka przyznaje, że bardzo sobie ceni dokonania Radiohead.

Debiut grupy Lowly przypadł na rok 2017 i album "HEBA", wydany przez zacną oficynę Bella Union, prowadzoną przez Simona Raymonde'a. Basista Cocteau Twins zwrócił uwagę na duńską formację podczas trwania jednego z festiwali, bodajże był to "Spot", rozgrywający się w majowej scenerii miasta Aarhus, gdzie spodobali się na tyle, że zaproponował im podpisanie kontraktu płytowego. Z tego debiutanckiego wydawnictwa szczególnie zapamiętałem świetną kompozycję "WORD", która pokazywała potencjał grupy i do której wielokrotnie wracałem. W naszym kraju duńska formacja nie została zauważona, ale ich pojawienie się na rynku odnotował między innymi: "Pitchfork", "PopMatters" czy portal "405", wystawiając pochlebne recenzje.  Mam nadzieje, że ich drugie wydawnictwo - "Hifalutin" - zmieni ten stan rzeczy, bo naprawdę warto bliżej poznać ten zespół.

Album nagrywano w magazynie o powierzchni 150 metrów kwadratowych, na obrzeżach miasta Aarhus, gdzie odpowiedzialny za produkcję Anders Ball (znany ze współpracy z Efterklang) rozstawił mikrofony, chcąc w ten sposób uzyskać ciekawe brzmienie. Dzięki temu otrzymaliśmy do rąk czternaście spójnych i utrzymanych w podobnym dream-popowym, indie-popowym klimacie, udanych kompozycji. Z pewnością na tym krążku jest czego słuchać, i do czego wracać. W aranżacjach dominuje subtelne elektroniczne brzmienie klawiszy (Kasper Staub - syntezator) oraz dyskretne tony gitary, których mogłoby być nieco więcej. Warte szczególnego podkreślenia są urzekające długimi fragmentami partie wokalne, ponieważ głos obydwu wokalistek - Nanny Schannong (gitara, śpiew, wcześniej próbowała solowej działalności) oraz Soffie Viemose (śpiew) - odgrywa w tych  utworach kluczową rolę. Górne rejestry całkiem nieźle słyszalne w kompozycji "Staples", lub "i", przypomniały mi dokonania Stiny Nordenstam. Czasem wsłuchując się w śpiew Soffie Viemose ( w tekstach obydwie wokalistki inspirowały się eksperymentalną poezją Inger Christensen, czy wierszami perskiego mistyka Jalala ad-Din Rumiego), moje myśli biegły w stronę Beth Gibbons.
Jedyne zastrzeżenia mam do układu płyty. Uważam, że można było ustawić kolejne kompozycje w inny,  nieco lepszy sposób albo nawet całkowicie zrezygnować z kilku - dwóch czy niespełna 3-minutowych utworów, które stanowią drobną wyrwę w obrazie całości. Chyba, że takie kompozycje jak: "ii", "Delicate Delegates", "iii", właśnie temu miały służyć.

(nota 7.5-8/10)















sobota, 9 marca 2019

ALICE PHOEBE LOU - "PAPER CASTLES" "Alicja z krainy avantpopowych czarów"

   Trzeba mieć w sobie nieco szaleństwa, odwagi i determinacji, żeby jako 16-letnia dziewczyna spakować plecak i wyruszyć z rodzinnego Kommitije (RPA) do pobliskiego Kapsztadu, tam wsiąść na pokład samolotu, a po kilkunastu godzinach postawić stopy na lotnisku w Paryżu. Mieszkanie ciotki było małe i zbyt ciasne dla dwóch osób, w dodatku starsza pani miała bardzo konserwatywne poglądy na wychowanie młodej damy, i dużo paliła, dokładając swoją cegiełkę do jakości powietrza w stolicy Francji. Akurat była przerwa wakacyjna, letnia aura zachęcała do spacerów i wycieczek, do zwiedzenia i odsłaniania tajemnic paryskich ulic. Alice Phoebe Lou ze zdumieniem odkryła, że można tam również zarabiać na życie - tańcem, śpiewem, wciąganiem przechodniów i turystów w rozmaite twórcze interakcje. Pierwsze i poniekąd symboliczne jedno euro Alicja otrzymała bawiąc się płomieniami ("Fire Poi"). Jakiś czas później wykonywała już nieźle taniec ognia, a jej kapelusz na banknoty i drobne bardzo szybko się wypełniał.
"Był plecak na plecach i były walizki..." - wakacje dobiegły końca i znów trzeba było zasiąść w szkolnej ławce, z książkami i zeszytami, oraz z mocnym postanowieniem, żeby wkrótce wrócić do Europy. Okazja nadarzyła się kilka lat później. Chęć uzyskania dyplomu ukończeniu studiów wyższych przegrała w nierównej walce z pragnieniem twórczego wyrażania się na ulicach.  Alice wybrała Berlin, gitarę "Baby Taylor" i przenośny wzmacniacz zasilany na baterie. Jednym z pierwszych utworów, którym podzieliła się z przechodniami był ponoć: "Knocking on Heaven's Door". Wprawdzie wrota niebios nie otworzyły się zbyt szeroko, ale na tyle, żeby posypały się drobne monety. Zamieszkała w Neukolln, niezbyt wyróżniającej się dzielnicy Berlina, najczęściej można było ją usłyszeć w Mauerpark lub na Warschauer Brucke (nie ma to, jak polski akcent w biografii), między dzielnicami Kreuzberg i Friedrichshain, w pobliżu mostu i niedaleko dworca. Alicja podjęła współpracę z lokalnymi muzykami, wśród nich był Matteo Pavesi, a jej talent szybko dostał dostrzeżony. Epkę "Momentum", płyty: "Live at Gruner Salon" i "Orbit" (2016) wydała własnym sumptem.

Ktoś, kto nagrywa piosenki w "Seahorse Sound Studios", w Los Agneles, gdzie za konsoletą czuwa Noah Georgeson (współpracownik Devendry Banharta, Charlotty Gainsbourg i... Brodki), nie może pozostać do końca anonimowy. Jej kompozycja "She" wykorzystana w filmie "Bombshell: The Hedy Lamarr Story" znalazła się na krótkiej liście piosenek nominowanych do Oscara. Nic więc dziwnego, że błyskawicznie posypały się propozycje wspólnych koncertów - formacji Coldplay odmówiła (pewnie całkiem słusznie), za to wystąpiła u boku Rodrigueza i Jose Gonzalesa.
Póki co Alice Phoebe Lou chce pozostać niezależna, dlatego wciąż nie ma podpisanego kontraktu z wytwórnią płytową, mimo iż niejeden dyrektor zacnego labelu widziałby artystkę z RPA w szeregach swojego wydawnictwa. Ważniejszy od konkretnych planów na przyszłość jest dla niej ciągły rozwój, możliwość kreowania własnej przestrzeni artystycznej.

Wczoraj, czyli 8 marca, ukazała się najnowsza płyta Alice Phoebe Lou zatytułowana "Paper Castles". Znajdziemy na niej dziesięć bardzo udanych kompozycji, trudnych do jednoznacznego zaszufladkowania, co stanowi spory atut. Wprawdzie w tytule dzisiejszego wpisu użyłem określenia "avantpopowy", ale tylko po to, żeby nieco przybliżyć charakter tej muzyki. Alice Lou z pewnością obraziłaby się na mnie, gdybym jej dokonania nieco na siłę wcisnął w jakąś wygodną dla krytyków szufladkę. W jej piosenkach słychać bowiem dream-popowe westchnienie, dyskretne nawiązania do lat 60-tych, oraz indie-folkową melodykę. Przede wszystkim urzeka jej talent wokalny, swoboda i dojrzałość w operowaniu dźwiękami, nienachalna zabawa głosem. Aranżacje poszczególnych kompozycji są lekkie niczym piórko, jakby ktoś obdarzony sporą intuicją i wyczuciem, z aptekarską precyzją odmierzył wszystkie niezbędne składniki. Odnoszę wrażenie, że nie ma na płycie "Paper Castles" żadnego niepotrzebnego dźwięku, czegoś co zniekształciłoby obraz całości. Dawno już nie słyszałem tak smacznie wyprodukowanego albumu, gdzie owa produkcja nie rzucałaby się nachalnie w uszy, podkreślając jednocześnie wszelkie walory artystki. Podobną radość grania, śpiewania, podobną skalę talentu miała na początku działalności Lourdes Hernandez (Russian Red), dopóki nie wpadła w łapska nieodpowiedniego, moim zdaniem, producenta. Bohaterką albumu "Paper Castles" jest Alice Phoebe Lou - jej sposób widzenia świata i ludzi oraz odczuwania dźwięków.

(nota 7.5-8/10)








czwartek, 7 lutego 2019

BE FOREST - "KNOCTURNE" (We Were Never Being Boring Collective) "Widzenia nad zatoką Flaminia"

    Początki wywodzącego się z estetyki post punkowej nurtu cold wave sięgają przełomu lat 70 i 80-tych oraz takich grup jak: Joy Division, Bauhaus, Siousxie & the Banshees, The Cure. Gatunek ten ewoluował na przestrzeni lat, wydając z siebie kilka odnóg, ale znakami rozpoznawczymi zwykle były: wysunięty do przodu bas, mroczna atmosfera współtworzona przez charakterystyczne brzmienie gitar, klawisze oraz głos (w tekstach od nostalgii, przez rozterki miłosne, egzystencjalne lęki i przygnębienie, aż po rozpacz). Co ciekawe chyba nie było w historii muzyki ostatnich 30 lat dekady, pięciolatki, czy chociażby kilkunastu miesięcy, kiedy to na międzynarodowej scenie nie zaistniałby jakiś nowy godny uwagi przedstawiciel tego nurtu (lub odnóg pobocznych). Młodzi artyści chętnie, mniej lub bardziej świadomie, odwoływali się i odwołują do historii, czerpią z bogatej tradycji ważne dla nich elementy, niejako anektują je dla własnych potrzeb, oraz dokonują ich interpretacji, przepuszczając poszczególne treści przez filtr własnych pragnień, wyobrażeń, wrażliwości i oczekiwań.

Gatunki oraz style mają właściwy dla siebie czas, kiedy powstają, dojrzewają i obumierają, ale również funkcjonują w trybie spiralnych powrotów, naturalnie mniej lub bardziej udanych. Zaryzykuję twierdzenie, że w przypadku nurtu cold wave zagrano już niemal wszystko (niemal robi pewną różnicę), wykorzystano już niemal wszystkie kombinacje - dlatego też o coś zupełnie nowego, coś niezwykle świeżego i zaskakującego, w tym aspekcie niezmiernie trudno. Jednak wydaje się, że do kompletnej śmierci gatunku wciąż jest bardzo daleko. O czym zapewniają nas płyty kolejnych młodych zespołów, które całkiem zgrabnie poruszają się w tej estetyce, dodając do jej rozwoju swoje trzy grosze.

Jedną z takich płyt w mojej ocenie jest album "Knocturne" grupy Be Forest, który ukaże się 8 lutego nakładem oficyny We Were Never Being Boring Collective. Zespół powstał na ziemi włoskiej, konkretnie w Pesaro, niemal dekadę temu. Erica, Constanza, Nicola chodzili do tych samych klubów, odwiedzali te same sklepy płytowe, brali udział w tych samych koncertach. Można powiedzieć, że często mijali się w takich czy innych drzwiach, a znali się tylko z widzenia ("jednak lubili się trochę"). Wreszcie nadszedł czas, żeby to zmienić. Ich debiut fonograficzny przypadł na rok 2011, i nosił wdzięczną nazwę "Cold", niejako na samym starcie sugerując słuchaczom, z czym mają do czynienia. Zespół wykorzystywał również elementy estetyki dark wave, shoegaze, dream-pop, czego przykładem była kolejna płyta "Earth Beat" (2014).

Zaryzykuję twierdzenie - już po raz drugi w jednym wpisie, coś takiego! - że gdyby urocze trio, wspierane czasem przez dodatkowego muzyka oraz producenta, nie pochodziło z Pesaro, tylko z Manchesteru lub z Londynu, to od dawna moglibyśmy przeczytać w prasie brytyjskiej, co lubi jeść nie tylko na śniadanie Erica Terenzi, jakiego podkładu oraz pomadki używa Costanza Delle Rose'a, z jakich efektów gitarowych korzysta Nicola Lampredi oraz komu ostatnio złamał serce. Moje z pewnością skradł kilkoma udanymi nagraniami, utrzymanymi w stylistyce cold wave/shoegaze,  które wypełniają krążek "Knocturne". Być może nie jest zaskakująco, ale całkiem świeżo i długimi fragmentami bardzo dobrze (trochę w stylu dokonań Mahogany). Czym skorupka za młodu nasiąknie... - nie odcinam się od swoich muzycznych korzeni, wręcz przeciwnie, pielęgnuję pamięć o nich, więc dla tak brzmiących gitar, dla takiego grania, zawsze znajdzie się miejsce na moim blogu.

(nota 7.5/10)








Skoro wspomniałem, wprawdzie w nawiasie, ale zawsze, o grupie Mahogany, musi zabrzmieć przykład muzyczny. W tym utworze gościnnie pojawiła się Lucy Belle Guthrie, córka Elizabeth Frazer i Robina Guthrie. Kompozycja pochodzi z płyty "Connectivity!", wydanej w 2006 roku.










czwartek, 24 stycznia 2019

TWO PEOPLE - "FIRST BODY" (Terrbile Records) "Z prochu powstałeś..."

  Turniej Australian Open wkroczył w decydującą, żeby nie powiedzieć, finalną fazę. Niewiele pozostało niewiadomych. Jednak już dziś można stwierdzić, że nie był to turniej zbyt udany, który obfitowałby w sensacyjne rozstrzygnięcia, chociażby w porównaniu z tym, co działo się na malowniczo położonych kortach, w centrum Melbourne Park, w pobliżu rzeki Yarry, przed laty. To właśnie na tych kortach i na początku sezonu tenisowego faworyci do końcowego zwycięstwa potrafili odpaść z hukiem, w którejś z pierwszych rund, a młodzi i wciąż mało znani pokazywali wolę walki, zaangażowanie oraz talent. W tym roku poza dramatycznym spotkaniem Nishikori - Carreno Busta i wyjątkowo dobrym meczem Federer - Tsitsipas, nie odnotowałem niczego interesującego dla pasjonata tenisa. Młody Grek wspiął się na wyżyny swoich możliwości i odprawił z kwitkiem starego mistrza. Przyznam, że od jakiegoś czasu mocno kibicuje sympatycznemu tenisiście z Aten. Zarówno stylem gry, jak i fizjonomią, Stefanos Tsitsipas przypomina mi dawnego mistrza paryskiej mączki Gustavo Keurtena, który trapiony kontuzjami zbyt wcześnie zakończył karierę.

Muzycznie również pozostaniemy w słonecznej krainie kangurów. Okazją do tego będzie debiutancki krążek australijskiego duetu TWO PEOPLE zatytułowany "First Body", który ukazał się kilka dni temu.  Czy pamiętacie grupę SNAKADAKTAL? - bo ja wciąż przechowuję ich nagrania również na kartach niekiedy kapryśnej pamięci. Zespół założony przez nastolatków, którzy wygrali australijski talent show, doczekał się wydania kilku singli oraz płyty długogrającej "Sleep in the Water", a piosenka "Hung on Tight" pełniła funkcję singla promującego całe wydawnictwo.






Dlaczego o tym wspominam? To właśnie w zespole Snakadaktal stawiali swoje pierwsze kroki Pheobe Lou i Joey Clough. Grupa ta ku rozpaczy fanów rozpadła się w 2014, a niejako z jej prochów Pheobe i Joey powołali do życia duet TWO PEOPLE. Trzeba przyznać, że udało im się zachować i przenieść ową oniryczno-nostalgiczną atmosferę tak charakterystyczną dla dokonań ich dawnej macierzystej formacji. Te dziewięć kompozycji, które wypełniają ich debiut fonograficzny, wpisuje się w szerokie ramy subtelnej popowej elektroniki. Piosenki zaśpiewane ciekawym głosem wciąż przecież młodej Pheobe traktują o pustce i samotności, rozczarowaniach i pożegnaniach. Warto również podkreślić, że jest to stylistycznie spójny album, pomimo zróżnicowanego tempa poszczególnych nagrań - nawet w tych nieco bardziej energetycznych utworach panuje sentymentalny nastrój.

Wokalistka wciąż pozostaje pod wrażeniem dokonań grupy Portishead (oprócz tego wśród swoich ulubieńców wymienia: Jamie XX, Caribou, Massive Attack, Thoma Yorka - czyli podstawy dobrego wychowania). Płyta "Dummy" grupy Beth Gibbons należy do jej ulubionych wydawnictw. Pheobe po raz pierwszy usłyszała kompozycję "Roads" Portishead, gdy miała dwanaście lat, podczas podróży samochodem, i od tamtej pory na długo zapadła jej w pamięć. Ten triphopowy rys przewija się przez estetykę dokonań TWO PEOPLE. Mrok, cień, wycofanie oraz delikatne elektroniczne brzmienie poprzetykane indie-popowymi gitarami, zdają się być naturalnym środowiskiem australijskiego duetu. Stworzenie nagrań zajęło im dwa lata, kompozycje powstawały od 2016 do 2018 roku, w pokoju zaadaptowanym na potrzeby studia ( 2PStudio), a pierwszą z nich była piosenka "Fading". Latem ubiegłego roku duet zagrał na festiwalu "Splendour in the Grass" (koniec lipca) oraz na BIGSOUND Festival (początek września), gdzie zostali zauważeni przez Maxa Wortmana, który zaproponował im podpisanie kontraktu z wytwórnią Terrible Records. Do współpracy producenckiej przy debiutanckim albumie "First Body" został zaproszony Rodiadh McDonald (The XX, Sampha, King Krule, nominowany do Grammy i Mercury Prize), co było bardzo dobrym posunięciem.


(nota 7.5/10)













sobota, 12 stycznia 2019

LORELLE MEETS THE OBSOLETE - "De FACTO" (Sonic Cathedral) "Nawiedzone piosenki o niepewności"

  Dobre pół wieku temu Hans-Georg Gadamer twierdził, że niekiedy warto wsłuchać się w głos przedsądów. Podążając za autorem "Prawdy i metody", i oglądając listy styczniowych premier, doszedłem do wniosku, że w nadchodzących, ponoć coraz mroźniejszych, dniach raczej nie pojawi się na rynku muzycznym nic, co mogłoby mnie wprawić w zachwyt. Odsłuchując kolejne kompozycje zawarte na najnowszym albumie Lorelle Meets The Absolete, który ukazał się 11 stycznia tego roku, musiałem szybko zweryfikować swoje przedsądy. Być może nie jest to pełen zachwyt, ale bez wątpienia szczere uznanie i szacunek do tego, co udało się stworzyć sympatycznemu meksykańskiemu duetowi.
Kiedy ujrzałem tytuł tego albumu - "De Facto", od razu przypomniałem sobie fragment świetnego skeczu kabaretu "Paranienormalni" - "De Facto nie jest moim trenerem", czyli "Jacek Balcerzak część 2" (do obejrzenia TUTAJ ) - choć, jak przypuszczam, album pary meksykańskich artystów nie ma nic wspólnego z żartem. Kto wie, może w warstwie tekstowej płyta zawiera jakiś dowcip, lub wyszukaną grę słów. O tym was jednak nie zapewnię, gdyż całość zaśpiewana jest w obcym mi języku hiszpańskim. I pomyśleć, że tyle razy sięgając po książki mojego ulubionego pisarza i przewodnika w gęstwinach ponowoczesnego świata - Javiera Mariasa (znakomita ostatnia pozycja "Berta Isla") - obiecywałem sobie, że od jutra to już na pewno rozpocznę naukę tego dźwięcznego języka.

Duet Loerelle Meets The Obsolete tworzą: Lerena Quintanilla i Alberto Gonzales. Nazwa zespołu powstała z inspiracji dwoma serialami.  Człon "Lorelle" pochodzi od fikcyjnego filmu "Rochelle, Rochelle", którego nazwa przewija się w serialu "Seinfeld" (film miał rzekomo opowiadać o erotycznej podróży młodej dziewczyny z Mediolanu do Mińska). Z kolei fraza "The Obsolete" została zaczerpnięta z serialu "The Twiligth Zone", konkretnie z odcinka zatytułowanego "The Obsolete Man".
Muzyka meksykańskiego duetu pomimo pięciu albumów długogrających na koncie jest wciąż słabo znana w naszym kraju. Estetycznie jest to bardzo intrygujące połączenie psychodelicznego rocka, dream-popu, krautrocka i shoegaze'u. Lorena i Alberto swobodnie żonglują motywami różnych  gatunków, umieszczając je najczęściej w transowo-psychodelicznym kontekście. Na ostatnim albumie, jak również podczas trasy koncertowej, duet powiększył się o trzech kolejnych muzyków: Andrea Davi (perkusja), Fernando Nuti (bas), Jose Orozco (syntezator). Płytę nagrano w domowym studiu El Derrumbe, w Ensanada na półwyspie Baja California, nad zatoką Todos Santos Oceanu Spokojnego.

I kto wie, czy to nie oddech Oceanu Spokojnego słyszymy na początku kompozycji "Unificado". To jeden z najdłuższych utworów na płycie (9 min.), który oprócz tego, że "otwiera przestrzeń fal" szumem wody, przynosi wraz z sobą hipnotyczny trans oraz urzekające gitarowe pasaże. Warto w tym miejscu podkreślić, że dużo dobrego na albumie "De Facto" dzieje się na poziomie basu, niskich tonów. To właśnie one, w różnych konfiguracjach i odmianach, odpowiadają za motorykę tych nagrań. Nie mogło być inaczej, skoro ciężki mięsisty bas także otwiera ten krążek - "Ana" - dopiero potem dochodzą do głosu repetycje i zabawy wokalem (troszkę w stylu ostatnich dokonań Holter na albumie "Aviary").
Pierwsze takty "Lineas En Hojas" przypomniały mi wstęp do nieśmiertelnego przeboju "Billie Jean" Jacksona, dopiero później przestrzeń wypełniły przetworzony głos wokalistki, brzmienie klawiszy i gitar oraz refren przywołujący skojarzenia z melodyką Cocteau Twins.

Alberto Gonzales (fan zespołu Galaxie 500) wśród swoich inspiracji wymienia takie grupy jak: The Spaceman 3, The Cure, My Bloody Valentine, Sonic Youth. I bez cienia przesady mogę stwierdzić, że elementy estetyk tych formacji pobrzmiewają w dokonaniach meksykańskiego duetu. Co ciekawe, owa sympatia zespołowa jest relacją zwrotną, bowiem poczynania Lorelle Meets The Obsolete śledzą  i bardzo sobie cenią Robert Smith i Henry Rollins.
Gonzales poproszony o podsumowanie jednym zdaniem swojej twórczości, oświadczył po chwili wahania, że tworzy: "Nawiedzone piosenki o niepewności". I tak również kończy się krążek "De Facto". "La Maga" czyli ponad 10-minutowa kompozycja, zabierająca słuchacza w barwną psychodeliczną podróż - być może zarejestrowana podczas kolejnej udanej próby, na ulubionym szpulowym magnetofonie marki Akai ("real to real"), z wykorzystaniem efektu gitarowego Shin-ei.
Cóż więcej mogę dodać, chyba tylko to, że dla stałych czytelników tego bloga  album "De Facto" to pozycja obowiązkowa.

(nota 7.5-8/10 )







                                                                                                                                                                     







środa, 22 sierpnia 2018

DIZZY - "BABY TEETH" (Royal Mountain Records) "Proces wyrzynania się zębów"


Niewielu z nas pamięta moment, kiedy zaczęły wyrzynać się nam pierwsze zęby. Pewnie nieco łatwiej jest nam odnaleźć w pamięci ten osobliwy dzień, kiedy pozbyliśmy się pierwszego ruszającego się we wszystkie strony mleczaka. Przez mgłę minionego czasu przebijają się obrazy sznurka, którego jeden koniec przywiązany był do klamki lub kaloryfera, oraz twarze kolegów albo rodzeństwa wykrzywione w grymasie uśmiechu.
Debiutancki krążek kanadyjskiej formacji Dizzy zatytułowany "Baby Teeth", w metaforyczny sposób traktuje również o tym procesie - oto w miejsce mlecznych zębów (pierwszych, niekiedy bolesnych doświadczeń) pojawiają się zęby stałe. To również album o wspomnieniach traktowanych jako lekcje życia. Tytuł "Baby Teeth" powstał w wyniku inspiracji utworem "Bowl of Oranges" formacji Bright Eyes.

Kanadyjska grupa została założona całkiem niedawno na przedmieściach miasta Oshawa, gdzie mieszkają trzeciej bracia Charlie, Alex i Mackenzie Spencer. Do sympatycznego składu szybko dołączyła  Katie Munshow, która została wokalistką i autorką większości tekstów.
Debiutancki krążek zawiera 10 całkiem zgrabnie napisanych indie-popowych utworów, plus jeden bonus track zatytułowany "Arcadia", który to utwór autorowi tego wpisu spodobał się najbardziej. Płyta jest gustownie zaaranżowana i wyprodukowana, nie ma tutaj mowy o żadnym domowym lo-fi... czego być może  z jednej strony nieco szkoda. Z drugiej jednak strony za stołem mikserskim zasiadł nie byle kto, bo nominowany do nagrody Grammy - Damian Taylor, który ma na swoim koncie współpracę z takimi grupami jak: Arcade Fire, The Killers, Bjork. Letni charakter tych rozmarzonych, delikatnych piosenek całkiem nieźle koresponduje z sierpniową aurą oraz z wolna kończącym się latem. Co nie oznacza, że warstwa liryczna tych kompozycji jest wtórna i banalna. Katie Munshow, dysponująca dziewczęcą i urokliwą barwą głosu, pisząc teksty inspirowała się opowiadaniami Raymonda Carvera i twórczością Sylvi Plath. W najbardziej osobistym utworze na płycie  - "Joshua" - postanowiła rozprawić się ze wspomnieniami dotyczącymi zakończonego niedawno związku. "To pożegnanie z kimś, kto nieoczekiwanie opuścił moje życie". W kompozycji "In Time" bracia wpadli na pomysł, żeby wykorzystać nagrany podczas rozmowy telefonicznej głos dziadka, który zmarł niedawno z powodu choroby Parkinsona.
Album powinien przypaść do gustu fanom zgrabnych melodii i alt-popowego, dream-popowego grania spod znaku Memoryhouse, Teen Daze, Craft Spells czy Still Corners.  Innymi słowy porcja dźwięków dla "tańczących inaczej".

(nota 6.5-7/10)