Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kate Bush. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kate Bush. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lutego 2021

SNOWPOET - "WAIT FOR ME" (Edition Records) - "Kluczem do życia jest... improwizacja"

 

    Muszę przyznać, że nie rozstaję się z albumem "Wait For Me" grupy Snowpoet. Cóż za osobliwe wyznanie, jak na tak zwany dobry początek, prawda? Nie rozstaję się z tym krążkiem od kilku dni. Takie lub podobne słowa często odnajdujemy w prywatnych relacjach albo recenzjach prasowych. Z jednej strony możemy je uznać za mało oryginalny chwyt marketingowy i przejść do dalszej części tekstu, jeśli takowa istnieje. Z drugiej zaś, pewnie w niejednym, również w moim, przypadku zdanie to odzwierciedla aktualny stan rzeczy. Kompozycje z płyty "Wait For Me" rzeczywiście wypełniają mi każdą wolną chwilę, i te chwile nieco bardziej  zajęte... także. Nawet w tym momencie, który już odszedł niepostrzeżenie, kreśląc te nieco koślawe dziś zdania, do moich uszu docierają subtelne dźwięki z tego albumu. A kiedy robię sobie od nich przerwę - bo warto sprawdzić pozostałe nowości płytowe, które ujrzały światło dzienne w miniony piątek - łapię się na tym, że zaczynam tęsknić za tymi piosenkami tak, jak tęskni się za tym, co świeże i nienachalne, subtelne i szczere, inteligentne i poruszające...

Lauren Kinsella to wokalistka, autorka tekstów, dyplomowana kompozytorka, kobieta z wolna dobiegająca do czterdziestki. Wypominać wiek płci przeciwnej nie wypada, ale robię to głównie dlatego, żeby podkreślić, że przez minione lata artystka dojrzewała, i nie jest kimś, kto na scenie muzycznej stawia dopiero pierwsze kroki. Kiedy prześledzimy nieco wnikliwiej jej biografię, możemy dojść do wniosku, że umiejętnie wykorzystała różne elementy, które podsunął jej kapryśny niekiedy los. Jako dziewczynka uczęszczała na lekcję baletu. A ze żmudnych powtórzeń tych samych figur oraz układów najbardziej polubiła momenty, kiedy prowadząca zajęcia zachęcała uczniów do swobodnej improwizacji. Tworzenie czegoś na własnych warunkach, swoboda skojarzeń i wolność stały się później czymś na kształt artystycznego modus operandi sympatycznej Irlandki. Nasza dzisiejsza bohaterka z czasów beztroskiego dzieciństwa pamięta również, że babcia, jak i matka, miały bardzo ładną barwę głosu. Jednak ani jedna, ani druga, nie miały możliwości, żeby ów głos systematycznie kształtować pod okiem odpowiednich pedagogów. Mając 23 lata Lauren udała się do Newpark Music Center, żeby studiować jazz i ćwiczyć głos, korzystając z cennych uwag Ronana Guilfoyle'a. Później były podróże i edukacja w Szwajcarii, Indiach oraz na Węgrzech.  Zwieńczeniem tego okresu było uzyskanie tytułu magistra w zakresie śpiewu i kompozycji w Royal Academy Of Music w Londynie. Jak sama przyznaje, przełomowym dla niej momentem w postrzeganiu kobiecej wokalistyki było poznanie albumu "Swingin'easy" - Sarah Vaughan (1957), który oszołomił ją: "mistrzostwem w zakresie harmonii i rytmu, kontroli głosu w zakresie barwy, projekcji, dynamiki i swingu". W dalszej kolejności Kinsella współtworzyła zespoły, projekty, występowała przed publicznością. W międzyczasie zdobyła kilka cennych nagród  i wyróżnień, jak: Kenny Wheeler Jazz Prize, czy tytuł "wokalistka roku JazzFM" (2016). Z ważniejszych przystanków na trasie artystycznego rozwoju warto wspomnieć: Lauren Kinsella Ensemble, Abhra, duet z saksofonistą Julienem Pontavianne, Roamer, współpraca przy tworzeniu opery, spektakli teatralnych, kolaboracje z kompozytorami muzyki klasycznej, granie z kwintetem Though-Fox. Z saksofonistą Alexem Huberem nagrała album zatytułowany "All This Talk About" (2012), inspirowany poezją Teda Hughesa, o którym Julian Barnes w znakomitym "Poczuciu kresu" napisał: "Oczywiście wszyscy się zastanawiamy, co będzie, kiedy już skończą mu się zwierzęta do tych wierszy".

I tutaj docieramy do kolejnego istotnego punktu w biografii irlandzkiej wokalistki - księgarnia ojca. To właśnie stamtąd nastoletnia Lauren pożyczała książki, żeby w zaciszu swojego pokoju otworzyć je na przypadkowej stronie, wybrać dowolny fragment tekstu, chociażby i Juliana Barnesa, czy Javiera Mariasa, a potem śpiewać go na różne możliwe sposoby. Nic więc dziwnego, że elementy nieskrępowanej zabawy utrwalone w dziecięcym pokoju nasza dzisiejsza bohaterka przeniosła później do swojej dojrzałej twórczości. Możemy je również usłyszeć na albumie Snowpoet. Płyta "Wait For Me" jest w dużej mierze sugestywnym i bardzo urokliwym pokazem możliwości ludzkiego głosu.



Czego tutaj nie mamy - śpiew solowy, pogłosy, motywy chóralne, harmonie i kontrapunkty, zmysłowy szept, oddech, deklamacje. Powtarzanie poszczególnych fraz, akcentowanie pojedynczych wyrazów, beztroskie punktowanie sylab, przypominające gaworzenie niemowlaka. A dookoła tego wszystkiego rozciągają się wspaniałe dźwiękowe przestrzenie, stworzone w oparciu o saksofon (Josh Arcoleo), fortepian (Matthew Robinson), syntezator (Chris Hyson), perkusję (Dave Hamblett), skrzypce (Alice Zawadski).  Grupa Snowpoet często i dość niesłusznie określana bywa przez dziennikarzy jako duet - Lauren Kinsella i Chris Hyson. Tymczasem wokalistka przy różnych okazjach podkreśla, że zespół tworzy sześcioosobowy skład; siódmym członkiem jest producent oraz inżynier dźwięku Alex Killpartrick, współpracujący z nimi od samego początku.  Niemal wszyscy członkowie brytyjskiego kolektywu poznali się podczas studiów w Royal Acadamy Of Music. Tylko pojawiający się gościnnie gitarzysta studiował w Guidhall.  Snowpoet w 2016 roku własnym sumptem wydali epkę - "Butterlfy", żeby dwa lata później podpisać kontrakt z wytwórnią Edition Records, nakładem której ukazał się pełnowymiarowy debiut "Thought You Knew". Główne jego motywy skupiały się wokół rozterek miłosnych, szukania ukojenia w powrocie do natury, odnalezienia harmonii z przyrodą. Stąd nie dziwiło wykorzystanie nagrań terenowych - śpiewu ptaków, szumu wiatru, odgłosów kroków w wysokiej trawie, zarejestrowanych w londyńskich parkach.

Najnowszy album wyjątkowo udanie otwiera znakomity "Roots", który rozpoczyna się od pętli fortepianowej i wokalnej, nieśmiałe blaszki perkusji wprowadzają dodatkowy podział rytmiczny. Owa delikatność, czy też subtelność brzmienia to znak rozpoznawczy grupy Snowpoet. Saksofonowe ornamenty Josha Arcoleo przenoszą kompozycję w inny, szerszy wymiar. Chris Hyson proces komponowania porównał do technik malarskich. I trzeba przyznać, że od pierwszych chwil albumu "Wait For Me" możemy przekonać się, iż nie jest to tylko przypadkowo rzucona metafora. Drugi utwór - "The Wheel" - zaczyna się słowem mówionym, wypowiadanie poszczególnych głosek jest tutaj środkiem artystycznego wyrazu. Melodia i rytm języka pobudza wyobraźnie artystki urodzonej w Dublinie. "Poszukuję emocjonalnego centrum słów" - oświadczyła w jednym z wywiadów. Lauren Kinsella dobitnie pokazuje, że ludzki głos można wykorzystać na wiele różnych sposobów.

"Czasem wszystko zaczyna się od rytmu, innym razem od melodii czy fragmentu tekstu". Ważnym elementem w twórczym warsztacie Kineslli jest improwizacja, swobodna gra skojarzeń, wzajemne interakcje członków zespołu, dokładanie kolejnych elementów na dalszych etapach produkcji. Muzyka Snowpoet, z godną pozazdroszczenia lekkością, przekracza ramy gatunkowe. Można bez cienia przesady powiedzieć, że w każdej z tych dwunastu kompozycji wypełniających krążek "Wait For Me", gatunek definiowany jest od nowa. To ciągły proces, stawanie się, próba określania, i wymykanie się jednoznacznym ujęciom. Ileż w tych nagraniach barw, ileż odcieni, pomysłów i zwykłej radości tworzenia. Porównań do istniejących już zespołów można znaleźć wiele, ale żadne nie będzie trafne. Dziennikarze w twórczości Lauren Kinselli odnajdują inspiracje Bjork, szczególnie albumem "Vespertime", lub dokonaniami Laury Marling. Sama wokalistka przywołuje nazwiska Laurie Anderson, Joan Baez, Olivii Chaney. Od siebie dodam, że w momentach najbardziej zbliżonych do indie-folkowych tematów, można przypomnieć postać Kate Bush, szczególnie jej płyty z ostatniego okresu. Słuchając utworu "Early Feelings" przypomniała mi się płyta Julii Holter, z jakże udanego, omawianego na łamach tego bloga, wydawnictwa "Aviary". Przebojowa, na charakterystyczny dla Snowpoet sposób, jest kompozycja "Face Time". Z kolei "Sky Thinking" to niespieszne refleksje stworzone w oparciu o przetworzone tony saksofonu. 

Improwizacja, folk, awangarda, pop, elementy elektroniki, kameralistyka - wszystko to łączy się i przenika na krążku "Wait For Me" w bardzo wyrafinowany sposób. Przepiękna, poetycka wręcz, kompozycja "Burn Bright" urzeka lekkością czy delikatnością zarówno śpiewu, jak i barwnych fortepianowo-skrzypcowych ornamentów. Tak delikatna i krucha może być tylko zakochana i nieco zagubiona wrażliwa kobieta, miłośniczka poezji Sylvii Plath, Larkina czy Johna O'Donohue'a. "Cisza to fascynująca obecność. Jest nieśmiała. Jest cierpliwa. Nigdy nie zwraca na siebie uwagi". A ta kompozycja zdaje się być stworzona na progu ciszy. Również na miejsce rejestracji nagrań członkowie formacji wybierają studia położone na uboczu, z daleka od wielkich aglomeracji, jak chociażby to w środkowej Walii - Giant Wafer Studio, gdzie  zrealizowali poprzedni krążek. W metodologii pracy brytyjskiej grupy znajdziemy połączenie analogowych i cyfrowych technik. "Diabeł tkwi w szczegółach" - twierdzi Chris Hyson i dodaje: "Eksperymentujemy z kolorem, fakturą, formą, narracją i sposobem połączenia wszystkich tych elementów w kompozycji".

"Wait For Me" to wspaniały, nienachalnie nowoczesny album, który koniecznie musicie poznać. Pozycja obowiązkowa!

(nota 8.5-9/10)  


 


W kąciku deserowym dziś zupełnie nieoczekiwanie wystąpi grupa - pewnie już się domyślacie - Snowpoet, z bardzo udanego albumu "Wait For Me". W tym miejscu muszę przywołać dość banalne z pozoru zdanie, ale cóż poradzić, skoro w banałach ukrywa się czasem sedno rzeczy. Ileż piękna, niezwykłych chwil i wzruszeń może ofiarować człowiek drugiemu człowiekowi. W tym przypadku co najmniej sześciu artystów, i Alex Killpartrick czuwający za suwakami konsolety. Mistrzu, padam do nóżek...




sobota, 27 października 2018

JULIA HOLTER - "AVIARY" (Domino Recording) "Tam, gdzie kończą się mapy"

   Dawni żeglarze nawigowali swoje okręty spoglądając uważnym wzrokiem na niebo usłane gwiazdami. W czasach, kiedy mapy poddawano ciągłym modyfikacją, nanosząc na wytarte i poplamione kartki coraz to nowsze poprawki, obszary nieznane i nieodkryte lądy (tam, gdzie kończyły się mapy) kartografowie zwykli określać mianem "terytorium smoków".

Julia Holter na swoim najnowszym albumie "Aviary" proponuje właśnie taką wyprawę w nieznane. Całkiem możliwe, że autorka tych piętnastu kompozycji - 90 minut muzyki - sama dokładnie nie wiedziała, gdzie tym razem poniosą ją myśli, refleksje, fantazja ( w dużej mierze) i pomysły kłębiące się w jej głowie. Zdaje się, że w tym przypadku równie ważna jak koncepcja estetyczna była impresja chwili, zwyczajne poddanie się temu, co często bywa mgliste i ulotne, co szybko pojawia się i raptownie znika, nie pozostawiając po sobie nawet śladu. Tym razem z całą pewnością ślady pozostały, gdyż bardzo trudno przegapić te kilkanaście tropów, z których niemal każdy prowadzi w odrobinę innym niż pozostałe kierunku, choć wszystkie razem wskazują zgodnie na jedno i to samo - na wyjątkową wrażliwość artystki.

I można na ostatnim albumie Holter odnaleźć nawiązania do twórczości Kate Bush i Davida Sylviana (który milczy wokalnie z uporem i jak zaklęty), można usłyszeć nuty obecne w dokonaniach Laurie Anderson. Moje skojarzenia od czasu do czasu wędrowały również w stronę zapomnianego już, a przecież zacnego, wydawnictwa Nicola Alesiniego i Pier Luigi Andreoniego - "Marco Polo", gdzie David Sylvian, Roger Eno, David Torn i Harold Budd dołożyli coś więcej niż trzy grosze. Jednak przede wszystkim jest to autorski album Julii Holter, który udało jej się stworzyć przy wydatnej pomocy zaprzyjaźnionych  muzyków.
"Aviary" to świadectwo jej talentów i pokaz nieskrępowanej wyobraźni, to długimi fragmentami przepiękny zapis swobody estetycznych skojarzeń, zaproszenie do poznania intymnego, kobiecego świata i obietnica (w dużej mierze spełniona) niezwykłej przygody. I mógłbym tak mnożyć kolejne określenie i metafory ponad potrzebę, albo skrócić to coraz bardziej wydłużające się zdanie pisząc, że tej płyty trzeba po prostu posłuchać, trzeba wsłuchać się w nią z uwagą, raz, drugi, trzeci, w każdej chwili, i jeśli czas na to pozwala, żeby ten album poznać, poczuć, i w sprzyjających okolicznościach zrozumieć.

Wszystko zaczęło się - jak zapewnia w wywiadzie Julia Holter, a my nie mamy powodów, żeby jej nie wierzyć - od opowiadań Etel Adnan z tomu "Master of the Eclipse". A kluczowe zdanie, które pojawia się w jednej z opowieści, i które szczególnie utkwiło w głowie naszej dzisiejszej bohaterki, brzmi: "I Found Myself in Aviary Full of Shrieking". Aviary to po prostu woliera, ptaszarnia, ograniczona ścianami klatka dla ptaków. To również według słów artystki metafora świata, w którym przyszło nam żyć. Świata, w którym każdego dnia jesteśmy atakowani przez niezliczoną ilość bodźców, informacji, komunikatów oraz dźwięków, na które, chcąc nie chcąc, reagujemy. Zmęczeni, a czasem zniechęceni, znużeni, z coraz to bardziej stępioną wrażliwością - wytartą niby pożółkłe karty dawnych map - zapominamy o pięknie otaczającego świata, a w konsekwencji o nas samych. Jednak błądzić jest rzeczą ludzką, gdyż jak zapewnia nas, a w pewnym sensie również pociesza, amerykańska artystka: "We wszystkich ludzkich błędach jest coś prawdziwego".

W innym opowiadaniu Etel Adnan - "Journey to Mount Tamalpais" - libańska malarka i pisarka przedstawia swoją ulubioną przyjaciółkę, górę i szczyt Mount Tamalpais, w Pacific Coast Rang, w Kalifornii, wznoszący się na 784 metry ponad poziom morza, i widoczny na teledysku do utworu "Words I Heard" Julii Holter. Na kartach książki Ednan zachwyca się pięknem przyrody, przywołuje bogactwo świata natury, a zatrzymawszy samochód bohaterów u podnóża tej góry, każe im kontemplować cudowne widoki, podczas gdy z radia wydobywają się dźwięki Sonaty Op.1 Albana Berga.

 Julia Holter nie stworzyła sonaty, choć w jej kompozycjach nie brakuje elementów muzyki klasycznej, które przenikają się z wątkami estetyki kojarzonej zwykle ze światem alternatywy czy awangardy (barokowe ornamenty, nietuzinkowe rozwiązania, radość jaką niesie ze sobą zabawa głosem, mniej tu artrocka, jak na ostatnich albumach Kate Bush, ale za to więcej swobody). Są i skrzypce, bas, dudy i trąbka, i klawisze - bo to od nich poniekąd wszystko się zaczęło, kiedy w zaciszu domowego ogniska Julia Holter przy ich pomocy i w oparciu o swój charakterystyczny głos tworzyła podwaliny pod pierwsze kompozycje. 
"Aviary" to album intrygujący, pełen swobodnych estetycznych skojarzeń i wyzwań rzuconych prosto w uszy słuchacza. Czy im podołasz? Na to pytanie musisz odpowiedzieć sobie sam. Nie będzie łatwo, ale przecież dobrze wiesz, że często to, co łatwo i szybko przychodzi, potrafi równie łatwo i szybko odejść w zapomnienie.
Tylko nieliczni będą mogli przemieszczać się swobodnie i bez obaw po "terytorium smoków".

(nota 8-8.5/10)











niedziela, 27 listopada 2016

KATE BUSH - "Before the dawn" Fish People ( "Słucham Kate Bush. Do not disturb!")

                                                                                             fot.internet


Bohaterki dzisiejszego postu chyba nikomu nie trzeba bliżej przedstawiać. Chociaż założenie, że współczesna nastoletnia młodzież, skupiona głównie wokół wszelkiej maści mediów społecznościowych, zna choćby ze słyszenia to nazwisko, może okazać się zbyt śmiałe. Angielska piosenkarka rzadko, jeśli w ogóle, gości w popularnych internetowych serwisach plotkarskich. Jej sympatyczna buzia nie zdobi okładek poczytnych gazet (są jeszcze takie?). Próżno szukać jej śmiałych zdjęć czy rozbieranych sesji, a jej barwna skądinąd postać nie jest przedmiotem afer towarzyskich czy skandali. Dlatego też można pokusić się o jedynie słuszny wniosek, że Kate Bush dla najmłodszego pokolenia jest bardziej bytem wirtualnym (jednym, z niezliczonej ilości haseł w Wikipedii), niż żywą osobą, z krwi i kości. Dla nieco starszych fanów muzyki, nie zamierzam nikomu wypominać wieku, Kate Bush jest przede wszystkim piosenkarką i Artystką, w pełnym tego słowa znaczeniu. Jej postać stanowi wzór godny najwyższych pochwał oraz naśladowania. Przez te wszystkie lata obecności na scenie i działalności twórczej, Kate Bush stała się ikoną stylu oraz, co warte szczególnego podkreślenia, wyznacznikiem prawdy artystycznej.
Jeśli chodzi, o moją skromną osobę, to przygodę z twórczością Kate Bush, mógłbym podzielić na dwa główne etapy. Pierwszy z nich - nastoletni, młodzieńczy - obejmuje przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Nie pamiętam, choć przy okazji pojawienia się jej nowego wydawnictwa, bardzo starałem się to sobie przypomnieć, który utwór pani Kate usłyszałem jako pierwszy. Jak przez mgłę przypominam sobie kadry angielskiego serialu - charakterystyczne domy z czerwonej cegły, zaniedbany ogródek, na schodach chłopak z tornistrem wracający ze szkoły, na chodniku jego koleżanka przejeżdżająca na rowerze - a w tle dźwięki przeboju "Running up that hill (A deal with God)". Dopiero później, dużo później, kiedy zdobyłem cały album w wersji kasetowej, dowiedziałem się, że pochodzi on ze wspaniałej płyty "Hounds of love".
Muszę przyznać, że od pierwszego usłyszenia pokochałem charakterystyczny głos Kate Bush, z tą ikoniczną, dźwięczną i świetlistą, niczym księżyc w pełni, górą. W ten sposób nie śpiewał wtedy nikt. Bez zbytnich oporów dałem poprowadzić się jej za rękę, wprost pod złotą bramę, za którą rozciągał się tajemniczy ogród. Wystarczyło, żeby Kate wypowiedziała swoje magiczne: "C'mon, baby, C'mon, darling, let me steal...", i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki świat wokół mnie przybierał zupełnie inne kształty, przywdziewał magiczne barwy. W jej obecności zawsze czułem się poruszony: "But every time it rains, You're here in my head, like the sun coming out...", troszkę onieśmielony: "It's in the trees! It's coming..." , ale przede wszystkim oczarowany: "Let me be weak, let me sleep...". W jej, jakże urokliwiej obecności, czasem również denerwowałem się, ale tylko wtedy, kiedy po "And dream of sheep" musiałem otworzyć oczy, podnieść się z miejsca - zupełnie tak, jakbym przebijał się przez niewidzialne mury, dzielące równoległe światy - żeby przerzucić kasetę z płytą "Hounds of love" na drugą stronę. "You must wake up". Przebudzeniu towarzyszyło w dalszej perspektywie odkrywanie kolejnych płyt angielskiej wokalistki: "The sensual world", "The dreaming", "The red shoes", itd.



Drugi etap mojej przygody z twórczością Kate Bush (poniekąd może symbolizować ten okres zawartość drugiej strony kasetowej czy winylowej wersji albumu "Hounds of love", czyli część, która nosi tytuł: "The ninth wave"), nazwałbym "dojrzałym". Obejmuje on ostatnie dokonania pani Kate. Mam tu na myśli powrót angielskiej artystki po latach przerwy, którego zwieńczeniem były dwa znakomite albumy: "Aerial" oraz "50 words for snow". Kate Bush nadal uwodziła mnie swoim zmysłowym głosem. Jednak było w nim więcej szlachetnego smutku, nostalgii i melancholii, tęsknoty za czymś, co nigdy już nie powróci, bo wrócić nie może. Nie tylko Kate Bush się zmieniła. Jej wierni słuchacze podczas jej nieobecności dojrzeli, odkryli dla siebie zupełnie inne priorytety, wartości i perspektywy na otaczającą ich rzeczywistość. W tym czasie bolesnej absencji, braku wzajemnego kontaktu, fani Kate zakochiwali się, łamali sobie serca, zakładali rodziny, zajmowali się wychowywaniem dzieci, niektórzy rozwodzili się, inni tracili bliskich, jeszcze inni czuli się samotni, bogacili się lub bankrutowali, dopadała ich proza życia, pochłaniała codzienna krzątanina (co niektórzy słuchali solowych dokonań Agnieszki Ch., albo będąc przy zdrowych zmysłach, potrafili nucić całymi dniami: "Każde pokolenie...").  Upływał czas, mijały godziny, mijały tygodnie, za rokiem rok... "Put an end to every dream..."
Jeśli chodzi o mnie, to przez te lata, które upłynęły od mojego pierwszego kontaktu z albumem "Hounds of love", przede wszystkim  zmieniło się moje podejście do muzyki. Po przesłuchaniu "tony płyt", zacząłem słuchać albumów w zupełnie inny sposób. Większą wagę przywiązywałem do brzmienia, do produkcji i rozmaitych technicznych niuansów. Ową przemianę zawdzięczam również twórczości Kate Bush. Ponieważ sposób, w jaki wyprodukowane zostały jej ostatnie albumy, "Aerial"( "A sky of honey"), "50 words for snow", wciąż budzi mój podziw, i mógłby posłużyć jako temat  rozważań niejednej pracy semestralnej co bardziej pilnego studenta. Na poziomie produkcji zachwyca tutaj wszystko, począwszy od dojrzałości, mądrości, konsekwencji w budowaniu sceny muzycznej, a na równowadze tonalnej i czystości brzmienia skończywszy. Przy okazji produkcji, warto wymienić i zapamiętać dwa nazwiska - Stephen Tayler, James Guthrie. Płyty "Aerial" (suita "A sky of honey") oraz "50 words for snow", to wzorce tego, na czym może polegać praca w studiu nagraniowym.
     Z entuzjazmem przyjąłem wiadomość, iż w ramach prezentu świątecznego Kate Bush postanowiła obdarować swoich wiernych fanów niezwykłym wydawnictwem. Album "Before the dawn" zawiera 28 utworów, zarejestrowanych podczas trasy koncertowej, która miała miejsce w 2014 roku. Nagrań dokonano w sali Hammersmiht Apollo w Londynie, pomiędzy sierpniem, a październikiem. To imponujące dzieło zawiera aż trzy fizyczne nośniki (cztery winyle), i blisko 155 minut muzyki.
Album numer jeden otwiera piosenka "Lily", pochodząca z płyty "The red shoes", której dawno już nie słyszałem. Na dysku oznaczonym numerem 1, są dwa utwory z "The red shoes", dwa pochodzą z "Aerial", dwa z "Hounds of love" i jeden z "The sensual world". Mimo tych skoków czasowych w doborze repertuaru, w żadnym momencie nie czuć, że zmieniła się stylistka, że coś tutaj zgrzyta, zbytnio wystaje lub nie pasuje do reszty tak zwanej playlisty. Wszystkie utwory doskonale ze sobą się łączą, niejako współistnieją, jakby wynikały jeden z drugiego, jakby każdy kolejny był twórczym rozwinięciem, czy też kontynuacją poprzedniego. Ta właśnie cecha, wyrażająca się w estetycznej konsekwencji, spoistości materiału muzycznego, to znak rozpoznawczy najnowszego wydawnictwa Kate Bush.
Myślę, że lepiej byłoby, gdyby płytę numer jeden zaczynał utwór "Hounds of love", ale to tylko moje prywatne spostrzeżenie. Czego odrobinę brakuje mi, w tej pierwszej odsłonie wydawnictwa "Before the dawn"? Być może w kilku momentach można było podjąć większe ryzyko i jeszcze bardziej odejść od oryginałów - zmienić pierwotną wersję, zwolnić lub przyspieszyć tempo, dodać spektakularne solo gitarowe, zaprosić do gry instrumenty dęte (których brak daje się odczuć), pozwolić sobie na odrobinę rockowego szaleństwa albo na żart i zabawę formą. To tylko drobne uwagi, kreślone niejako na marginesie tego znakomitego albumu.
Drugi dysk zawiera cały materiał muzyczny zwany "The ninth wave", pochodzący z płyty "Hounds of love"(druga strona w wersji kasetowej i winylowej). Trzeci dysk zawiera moją ulubioną część płyty "Aerial", czyli wcześniej już przeze mnie wspominaną suitę "A sky of honey". Dwa gustowne dodatki, to wpleciony pomiędzy "Somewhere in Between" oraz "Nocturn" zapadający w pamięć utwór "Tawny moon", w którym gościnnie zaśpiewał Albert McIntosh, czyli nie kto inny, jak tylko syn Kate Bush (który raczej nie odziedziczył talentu wokalnego po mamusi). Drugi dodatek - porywający w tej wersji "Cloudbusting", kończy koncertowe dzieło angielskiej wokalistki.
Zawartość dysku numer 2 oraz 3, to w moim odczuciu prawdziwe dzieło sztuki. Z wielką dbałością, o najmniejsze detale oddano niezwykłą atmosferę drugiej części albumu "Hounds of love" oraz suity: "A sky of honey". Oczarowanemu słuchaczowi nie pozostaje nic innego, jak tylko złożyć dłonie do oklasków i pozazdrościć tym nielicznym szczęśliwym wybrańcom, którzy dostąpili zaszczytu i wysłuchali tych wspaniałych kompozycji na żywo. Głos Kate Bush wciąż potrafi uwodzić słuchacza. Pewnie, co jest naturalnym procesem, owa charakterystyczna góra jej wokalizy nie jest już tak szklista i kryształowa, jak to bywało przed laty, ale za to niskie rejestry mienią się w bursztynowych odcieniach. W moim przypadku pojawił się jeszcze jeden symboliczny łącznik z latami minionymi. Oto znów - tak, jak przed laty - denerwowałem się, kiedy po zakończeniu odtwarzania dysku numer 2, musiałem otworzyć oczy, podnieść się z miejsca - zupełnie tak, jakbym przebijał się przez niewidzialne mury, dzielące równoległe światy - żeby położyć na tacy odtwarzacza dysk numer 3. "You must wake up".
Jedno nie ulega wątpliwości, album "Before the dawn" to wydarzenie na rynku muzycznym, oraz płyta, po którą będę sięgał wielokrotnie. Drogi czytelniku, jeżeli jesteś fanem Kate Bush, musisz koniecznie nabyć to niezwykłe, pod każdym względem, wydawnictwo. Nie ma innej opcji! Jeśli, jakimś dziwnym trafem, do tej pory nie zetknąłeś się z twórczością Kate Bush, a wciąż jesteś wśród żywych, najwyższa pora, żeby nadrobić zaległości.  "It's in the trees! It's coming..." (nota 8-9/10)