Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nick Cave. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nick Cave. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 kwietnia 2022

KING DUDE & DER BLUTHARSCH - "BLACK RIDER ON THE STORM" (WKN Rec.) "Dobry, zły i brzydki"

 

       W dzisiejszej odsłonie bloga, jako weteran wojny domowej, będziemy przemierzać bezkresne prerie, pustkowia oraz skaliste zbocza, w poszukiwaniu złoczyńców, którzy zamordowali naszych bliskich. Mrok będzie naszym sprzymierzeńcem, a żądza zemsty nie pozwoli nam zwątpić w sens tej wędrówki. Tak, w dużym przybliżeniu, przedstawia się zarys głównej koncepcji albumu "Balck Rider On The Storm", którego autorem jest King Dude. Pod dźwięczną nazwą ukrywa się jeden człowiek - Thomas Jefferson Cowgill. Bynajmniej nie jest on potomkiem słynnego trzeciego w kolejności prezydenta USA, tylko muzykiem funkcjonującym od kilkunastu lat na scenie blackmetalowej - zespoły Book Of Black Earth, OUKKL, Teen CCTHULHU.



    Pochodzący z deszczowego Seattle artysta ponad dekadę temu postanowił zrobić coś tylko i wyłącznie na własny rachunek. Początkowo miała to być jedynie drobna odskocznia od grania w zespołach metalowych, kompozycje stworzone głównie dla siebie, bez myślenia o szerszej publiczności. Te pierwsze próbki demo Thomas Jefferson Cowgill przesłał do Kima Larsena, z duńskiej formacji Of The Wand And The Moon, który zachęcił amerykańskiego twórcę do umieszczenia ich w sieci. Debiutancki album King Dude ukazał się w 2010 roku i nosił tytuł "Tonigh's Special Death". Stylistycznie nawiązywał do dark-folku, mrocznej americany czy psychodelii, i w tej estetyce King Dude porusza się do dziś. Jednym z ważniejszych idoli amerykańskiego gitarzysty wciąż pozostaje Leonard Cohen. Dlatego nie może dziwić fakt, że sporo piosenek nawiązuje do melodyki klasycznego kanadyjskiego barda, tyle że Cowgill osadza swoje ponure pieśni w mrocznej rockowej przestrzeni. Złowieszczy nastrój, atmosfera grozy lub zbliżającej się zagłady, śmierć, mroki duszy - to ulubione wątki oraz tematy przewijające się w twórczości King Dude'a. Jak sam przyznał w jednym z wywiadów, w młodości miał poważny epizod z narkotykami. "Psychodeliki odegrały ogromną rolę w moim życiu (...). Pierwsze instrumenty, które kupiliśmy, pochodziły z pieniędzy zarobionych na sprzedaży narkotyków". Obecnie nie korzysta już z "pomocy" środków psychoaktywnych. Zdecydowanie bardziej od nich woli medytację, czy pobyt w komorze deprywacji sensorycznej. 

Najnowszy album "Black Rider On The Storm" nie powstał w komorze deprywacyjnej, ale dość sugestywnie oddziałuje na zmysły słuchacza. Jedenaście udanych  kompozycji odwołuje się do dokonań takich twórców i zespołów, jak wspomniany wcześniej Leonard Cohen, Nick Cave, The Bad Seeds, Swans, Fields Of The Nephilim, czy recenzowany niedawno Wovenhand. Wiele z tych  pieśni mogłoby posłużyć jako ścieżka dźwiękowa do serialu "True Detective". Otwierający całość "Hell's Canyon", dobrze odzwierciedla okładkę płyty. Tytułowy "Black Rider On The Storm" czerpie z melodyki Cohena, jednak muzyk ze Seattle pomalował te charakterystyczne nuty ciemnymi i szarymi barwami, posługując się monotonnym rytmem, akcentami gitar i dobrą wokalizą. Przy tej ostatniej warto zatrzymać się w tym momencie na dłużej. Thomas Jefferson Cowgill bardzo świadomie używa swojego głosu, dzięki czemu w kolejnych odsłonach krążka wykorzystuje go na różne sposoby. I tak, w drapieżnym i energetycznym "All I See Is You" mocno przypomina sposób śpiewania Nicka Cave'a, z okresu wczesnych płyt z grupą The Bad Seeds. Z kolei w piosence "The Bitter Cup" wokaliza Cowgilla przypomniała mi niektóre utwory Johnny Casha. W świetnym i chyba moim ulubionym "Dead Man" amerykański twórca zaśpiewał jeszcze inaczej, sięgając do głębin swojego gardła, przy wtórze kobiecego chórku. Na płycie "Black Rider On The Storm" znajdziemy również fragmenty pozbawione warstwy wokalnej, pełniące funkcję barwnych ilustracji - "The Driffer And The Dog", czy "Strange Visions". Całkiem zgrabnie zaaranżowany został "Bury The Knife", z ornamentami gitar, z rockowym zacięciem oraz sporą dawką dobrze rozplanowanej przestrzeni. Thomas Jefferson Cowgill woli rejestrować materiał samodzielnie, niż korzystać z rad i wskazówek wykształconego inżyniera dźwięku. Ci ostatni jego zdaniem działają w oparciu o jedną i tą samą metodologię pracy. Według opinii muzyka z Seattle mają sprawdzony i "właściwy sposób" na wykonanie pewnych  rzeczy w studio nagraniowym, i nie dopuszczają do siebie myśli, że można zrobić coś inaczej. "Opuszczamy czas rewolucji przemysłowej, epoki rolnictwa, i zmierzamy w stronę wieku, gdzie ludzie mają mnóstwo wolnego czasu oraz urządzenie w kieszeni, które może karmić ich bzdurami" - tyle King Dude, resztę usłyszycie na płycie.

(nota 7.5/10)

 


W dodatkach do dania głównego początkowo pozostaniemy w podobnym apokaliptycznym nastroju, i przeniesiemy się na płytę kanadyjskiej grupy Yoo Doo Right - "A Murmur, Boundless To The East", która ukaże się 10 czerwca nakładem oficyny Mothland. Rejestracji nagrań dokonano w słynnym, i wspominanym nieraz na łamach tego bloga, studiu Hotel2Tango. Przyznam, że w ostatnich dniach bardzo często wracam do tego fragmentu. Jest moc!



Z Montrealu przemieścimy się  za darmo i bez przeszkód do Oakland, w stanie Kalifornia, skąd pochodzi grupa Parallel, która 1 kwietnia opublikowała epkę "Parallel".



Całkiem urokliwa miniatura od Bobby'ego Orozy, który reprezentuje Finlandię,  z gościnnym udziałem Cold Diamond & Mink.



Prześliczna  zwiewna i lekka piosenka z płyty "Diving Rings", autorstwa grupy pochodzącej z Gruzji - Night Palace.



Zapomniany chyba nawet przez swoich fanów Interpol, na 15 lipca zapowiedział premierę nowego albumu "The Other Side Of Make - Believe".



The Smile - czyli Thom Yorke, Jonny Greenwood i Tom Skinner, oraz kolejna odsłona z nadchodzącej płyty Pana-vision.



W kąciku improwizowanym fragment płyty, która ukazała się w 1960 roku Max Roach - "We Insist! Max Roach's Freedom Now Suite". Tak się złożyło, że właśnie pojawiła się kolejna zremasterowana wersja tego albumu, dokonana przez zasłużonego na tym polu inżyniera dźwięku Bernie Grundmana. Wspaniała rzecz!




czwartek, 3 października 2019

FIELD GUIDES - "THIS IS JUST A PLACE" (Whatever's Clever) "AKSOLOTL Z BROOKLYNU"

    "Był czas, kiedy dużo myślałem o aksolotlach. Chodziłem je oglądać do akwarium w Jardin des Plantes i spędzałem całe godziny na przyglądaniu się im, obserwowaniu ich bezruchu, ich tajemniczych drgnień. A teraz sam jestem aksolotlem"  ("Aksolotl" - Julio Cortazar)

  Naszym dzisiejszym gościem będzie Benedict Kupstas oraz jego wesoła gromadka ukrywająca się pod nazwą Field Guides. Wyśmienitą do tego okazją jest trzecia w ogóle, a druga oficjalna, płyta, która ukazała się kilka dni temu, czyli krążek zatytułowany "This Is Just A Place". Benedict Kupstas to muzyk i pisarz rezydujący w Nowym Yorku. Zaczynał jako chłopak z gitarą, który dzielił się swoją twórczością tylko w wąskim kręgu bliskich znajomych. Tak się złożyło, że to jednemu z nich w końcu udało się namówić amerykańskiego artystę do publicznego występu. Koncert odbył się w... sklepie ze słodyczami, tyle że zamiast solowego recitalu Benedict wystąpił u boku zaprzyjaźnionych  muzyków, z którymi to zagrał wtedy między innymi cover grupy Smog. Najwyraźniej wspólne granie spodobało się wszystkim zainteresowanym na tyle, że postanowili je kontynuować, na salę prób wybrali dość egzotyczne miejsce - opuszczoną fabrykę farmaceutyczną Pfitzera, przy Flushing Avenue, oczywiście na Brooklynie.

Benedict Kupstas ma osobliwe hobby - zbiera nagrania terenowe z całego świata. Rejestruje głównie odgłosy przyrody: szum wody, liści, śpiew ptaków itd. Jego niespełnionym, póki co, marzeniem jest zostanie w przyszłości ornitologiem. Owe wspomniane przeze mnie wyżej nagrania terenowe wykorzystał na oficjalnym debiucie grupy: "Boo, Forever". Pośród nich znalazły się te dokonane w Parku Narodowym Corcovada na Kostaryce, oraz te z Parco Nationale delle Terre we Włoszech. Tytuł albumu został zaczerpnięty z twórczości jednego z ulubionych pisarzy naszego dzisiejszego bohatera - Richarda Broutigana (związany w ruchem beatników, autor powieści "Łowienie pstrągów w Ameryce"). Debiutancki krążek w ciekawy sposób łączył elementy alternatywnego rocka z indie-folkiem. W warstwie tekstowej był również wyrazem hołdu, jaki autor składał naturze, z jej bogactwem fauny i flory.

Na drugie oficjalne wydawnictwo przyszło nam czekać pięć lat. W tym czasie skład grupy ulegał zmianie, jedni muzycy odchodzili, ich miejsce zajmowali kolejni. Wydawnictwo "This Is Just A Place" przykuwa uwagę dojrzałością brzmieniowych rozwiązań, w stosunku do tego co oferował poprzedni krążek. Mamy tu mnóstwo ciekawych pomysłów aranżacyjnych, różnorodność użytych instrumentów - skrzypce, wiolonczela, saksofon, fortepian, organy Hammonda, ...paczka po chipsach. Całość zgrabnie zmiksował D.James Goodwin, w swoim prywatnym studiu "The Isokon", w Nowym Yorku, który współpracował między innymi z Kevinem Morby, Timem Berne, Davidem Tornem. Początek albumu czyli "Art of Fiction No.83" to delikatne westchnienia smyczek i gitary, oraz głosy - Kupstasa i Jamie Reeder. To śpiewanie na dwa wokale - męski i kobiecy - nie trzymanie się sztywnych podziałów, a więc swobodna ich wymiana, dzielenie się poszczególnymi partiami, sprawiło, że kompozycje zyskały na atrakcyjności. Kilka z tych ośmiu utworów zawartych na ostatnim wydawnictwie grupy przypomina dokonania Camera Obscura czy Belle And Sebastian, pozostałe kierują nasze skojarzenia w stronę takich formacji jak The National lub The War On Drugs, Yo La Tengo. Pośród ważnych inspiracji Benedict Kupstas wymienia konkretne tytuły oraz ich wykonawców: Nick Cave - "Distans Sky", Yo La Tengo - "Our Way To Fall", Gastr Del Sol - "Blues Subtitles No Sens of Wonder", Broadcast - "Tears In The Typing Pool",  Sparklehorse - "It's a Wonderful Life." Jeśli chodzi o tropy literackie, to jednym z ulubionych opowiadań amerykańskiego twórcy jest nowela "Aksolotl" Julio Cortazara, do którego to tekstu ponoć wraca kilka razy do roku. I tak oto w najlepszej i mojej ulubionej kompozycji "Mondegreen", podmiot liryczny staje przed akwarium i patrzy z uwagą przez szybę na przepływające tam ryby... "At The Aquarium Looking Through The Glass I Saw A Part Of Myself Looking Back" - zupełnie tak, jak bohater opowiadania Cortazara.

"I w tej ostatniej samotności, której już nie zakłóca swymi powrotami, pocieszam się, że może coś o nas napisze; będzie myślał, że opowiada bajkę, i napisze to wszystko o aksolotlach" (Julio Cortazar - "Aksolotl").


(nota 7/10)







piątek, 5 kwietnia 2019

ANNI HOGAN - "LOST IN BLUE" (Cold Spring) "Genius loci versus nie-miejsca"

    Najprostsza definicja genius loci mówi, że jest to: "duch opiekuńczy danego miejsca lub demon władający albo opiekujący się danym miejscem (...). Coś, co sprawia, że dana przestrzeń jest jedyna w swoim rodzaju". Ten "duch miejsca" określa charakter przestrzeni, sprawia, że jest ona wyjątkowa, o niezwykłej atmosferze. W dalszej kolejności genius loci byłby odpowiedzialny za tożsamość i odrębność takiego miejsca. Składałaby się na niego nie tylko suma widoków i wrażeń, ale również to, co przestrzeń czy miejsce z nami robi, jak je odczuwamy. Innymi słowy byłaby to również marka danego miejsca. Kawiarnie, bary, kluby, urokliwe zakątki, nad którymi rozpostarł opiekuńcze skrzydła genius loci, można przeciwstawić - również na zasadzie kontrastu - czemuś, co Marc Auge nazywa "nie-miejscami".

"Nie-miejsca" to jednakowe przestrzenie stworzone w oparciu o standardowe schematy, takie jak: supermarkety, centra handlowe, stacje benzynowe, lotniska itp. "Wszystkie są takie same"(*), jakby istniały poza czasem, częstokroć pozbawione lokalnego kolorytu. To przestrzenie, na płaszczyźnie których zacierają się granice pomiędzy tym, co "bliskie", a tym, co "odległe". Ukonstytuowane niejako anonimowo, choć otoczone tymi samymi banerami, logotypami, gdzie ludzie stosują wobec siebie "uprzejmą nieuwagę", a głębsza interakcja nie jest wskazana. "Niby-miejsca" (w terminologii Zygmunta Baumana) równie szybko pojawiają się na kartach naszych pamięci, co z nich ulatują.

Z map, miast oraz ulic niepostrzeżenie znikają bary, kawiarnie, kluby, w których przed laty spotykała się bohema artystyczna. Tak było również w przypadku Colony Room Club, mieszczącym się niegdyś przy Dean Street 41, w londyńskiej dzielnicy Soho, o której to dzielnicy śpiewa w kompozycji "Ghosts of Soho" Anni Hogan na swojej najnowszej płycie zatytułowanej "Lost in Blue".
Klub ten został założony przez Muriel Belcher w 1948 roku. Lokal z zielonymi ścianami był miejscem spotkań artystów, malarzy, pisarzy, poetów. Bywali tu: Dylan Thomas, William Burroughs, Francis Bacon, John Milton i David Bowie. Pewnie wielu z nich niezbyt mocno brało sobie do serca treściwe motto tego klubu, które brzmiało: "Rush up, drink up, spend up, fuck off!". To ostatnie "Fuck off!" wypowiedziano w 2008 roku, kiedy to lokal został zamknięty.

Anni Hogan poznała wiele takich miejsc, nad którymi czuwał genius loci. Na swojej drodze życiowej spotkała również wielu znakomitych artystów, a jej najnowsze wydawnictwo powstało także jako wyraz tęsknoty za starymi dobrymi czasami.
Z pewnością pośród nich byłaby wytwórnia płytowa "Some Bizzare", założona przez Stevo Pearce'a w 1981 roku, gdzie nagrywali między innymi: Depeche Mode i Soft Cell, gdzie zaglądał również Nick Cave.



                                           Trident Studios (fot.internet)





Studio nagraniowe "TRIDENT" mieszczące się przy 17 St. Anne's Court w londyńskiej dzielnicy Soho, zbudowane przez Normana Sheffielda. Jako jedno z pierwszych zastosowało redukcję szumów Dolby oraz ośmiościeżkowy zapis. Swoje kompozycje nagrywali tutaj: Manfred Mann, Genesis, Frank Zappa, Queen, David Bowie, Marc Almond. The Beatles 31 lipca 1968 roku w przestronnych wnętrzach studia zarejestrowali klasyk "Hey Jude", a później część utworów z "White Album". David Bowie nagrał tutaj "Space Oddity", a Elton John "Candle in the Wind". W 1981 roku drzwi studia zamknęły się na trzy miesiące z powodu problemów finansowych, a potem budynek sprzedano. Oryginalny stół mikserski wchodzący w skład wyposażenia tego studia zakupił były basista THE CURE - Phil Thornalley.
Innym znakiem rozpoznawczym studia był "Trident Piano" - ręcznie robiony fortepian Bechsteina. Ponoć gra na tym instrumencie wiązała się z większym wysiłkiem, a wszystko za sprawą dość sztywnych młoteczków. Z tego też powodu trzeba było nieco mocniej uderzać w klawisze, żeby wydobyć pożądany ton lub akord. W czasie przeprowadzki fortepian zsunął się ze schodów i uległ uszkodzeniu. Instrument wkrótce naprawiono, żeby sprzedać go ostatecznie na aukcji anonimowemu nabywcy za ponad 300 tys. funtów. Do dziś trwają spory między tropicielami, a pasjonatami historii muzycznych, dotyczące tego, w którym ze znanych przebojów wykorzystano brzmienie tego instrumentu. Obecnie w studiu Trident nagrywa się głównie reklamy oraz dubbing.

Na tej niejako wspomnieniowej liście Anni Hogan nie mogło zabraknąć klubu "Amnesia", mieszczącego się przy Boar Lane w Leeds, gdzie Anni latem 1980 roku stała za barem. W tym samym Leeds, w którym studiowała naukę gry na fortepianie. To również tam po raz pierwszy spotkała Marca Almonda, który zaproponował jej grę w swoim zespole.
Z kolei w hotelu "Columbia" poznała Matta Johnsona (The The), u boku którego jakiś czas później wystąpiła w Theatre Royal. W 1983 roku trafiła do znajomych na barkę, którzy poznali ją z Nickiem Cavem. Owocem tego spotkania była wspólna kompozycja "Vixo".

"The Coach & Horses" w Soho (pub widoczny w teledysku do znakomitego "Ghosts of Soho") - to miejsce, gdzie Hogan całkiem niedawno zasiadła obok Dave'a Balla, żeby omówić warunki współpracy, przy wtedy jeszcze nieśmiałym projekcie zatytułowanym "Lost in Blue". W przepastnych szufladach swojego mieszkania Anni Hogan miała kilka demówek, które postanowiła przerobić. Płyta powstawała w modnym obecnie trybie korespondencyjnym. Hogan wysyłała próbki fortepianowe przyszłych piosenek do znajomych. Pierwszymi obdarowanymi w ten sposób byli: Kid Congo Powers, Wolfgang Flur, Richard Strange i Lydia Lunch. Łańcuszek biorących udział w tym projekcie szybko i systematycznie się rozrastał o następne istotne ogniwa. Kolejni artyści proponowali bowiem współpracę swoim znajomym. Ulubiony trębacz Anni Hogan, Enrico Thomaso, zaprosił do wspólnego muzykowania saksofonistę Ala Nichollsa; Dave Ball (Soft Cell), który wyprodukował cały album, polecił pomocne dłonie i uszy Riccardo Mulhalla.

W ten sposób powstał spójny oraz intrygujący album, a wspólnym mianownikiem tych jedenastu kompozycji jest tęsknota za miejscami, osobami, chwilami, które z wolna odchodzą w zapomnienie. W wielu tych nagraniach czuć kawiarnianą czy klubową atmosferę, jakby genius loci zostawił tam swój mglisty ślad. Artyści i wokaliści podczas pracy na tym albumem wnieśli sporo indywidualnego kolorytu. W aranżacjach dominuje brzmienie fortepianu, jako ornamenty od czasu do czasu pojawiają się tony saksofonu, trąbki albo harmonijki. Wartością dodaną jest z pewnością cała siatka odniesień, które pośrednio lub bezpośrednio łączą się z tym wydawnictwem.
"Bez człowieka nie ma miejsca" - to refleksja płynąca nie tylko z tej historii.

(*) - cytat pochodzi z książki Marca Auge - "Nie-miejsca. Wprowadzenie do antropologii hipernowoczesności"


(nota 7.5/10)









wtorek, 27 grudnia 2016

Muzyczne podsumowanie roku 2016, czyli płyty, krążki, albumy...



Koniec roku to zwykle czas podsumowań. Jak grzyby po deszczu pojawiają się kolejne zestawienia, obejmujące i porządkujące to, co działo się przez ostatnie miesiące w kulturze. Wszystkich interesujących wydawnictw nie sposób przesłuchać. Dlatego te pierwsze tygodnie kolejnego roku zwykle schodzą nam na odkrywaniu czegoś, co z takich lub innych przyczyn przegapiliśmy. Zestawienie, które znajduje się poniżej tego tekstu, jest oczywiście moim subiektywnym spojrzeniem na kończący się z wolna rok. Zdaję sobie sprawę z faktu, że niosło mnie w określone rejony muzyczny, że mój instynkt kierował mnie w jedne miejsce, a tym samym traciłem z oczu zupełnie inne rewiry. Takie podsumowanie roku jest zwykle wypadkową naszych skłonności czy upodobań, czasem oczekiwań. I wbrew pozorom sporo nam mówi o nas samych. Dlatego zachęcam czytelników tego bloga do sporządzania własnych list ulubionych albumów, singli, epek, "gorących dziesiątek", "obowiązkowych piątek". Oglądane z perspektywy czasu świetnie pokazują, w jakim miejscu obecnie się znajdujemy, czy zrobiliśmy krok na przód, czy może wciąż tkwimy uparcie w jednym punkcie, i słuchamy tego samego, o tym samym, w ten sam sposób. Jeśli chodzi o moją skromną osobę, obcowanie z wszelkimi dziełami szeroko pojętej sztuki - bez znaczenia, czy będzie to książka, film, płyta itd. - powinno zakładać również w pewnym aspekcie rozwój osobisty odbiorcy. Warto w kontaktach z wytworami kultury, od czasu do czasu i w miarę systematycznie robić drobne kroki, a co najważniejsze, nie zniechęcać się przy pierwszym napotkanym oporze. Niech ten pierwszy opór materii estetycznej - wbrew obiegowym opiniom - będzie intrygującym wabikiem (opór jako kategoria kulturowa). Niech nie stanowi pretekstu do odrzucenia, i powiedzenia: "To z pewnością nie dla mnie". Warto również być uczciwym w stosunku do samego siebie, a nie podążać na ślepo, prowokowany sztucznym zgiełkiem, za chwilowymi modami, które zwykle mają to do siebie, że przemijają szybciej, niże je zdołamy utrwalić na kartach pamięci. 
W zestawieniu, które zamieściłem poniżej, znalazło się kilka albumów, które nie były recenzowane na łamach tego bloga. Zazwyczaj prezentuję tutaj płyty, które zrobiły na mnie wrażenie w ostatnim tygodniu, dwóch tygodniach ("wybrane z tygodnia"). Do niektórych płyt docieram, co naturalne, z większym lub mniejszym opóźnieniem, nieraz zachęcony przeczytaną uprzednio interesującą recenzją. Skoro ktoś już przede mną, w takim czy innym miejscu, w miarę możliwości rzetelnie zrecenzował dany album, nie widzę powodu, żebym robił to ponownie. Na moim blogu nie pojawiają się również płyty, które w mojej ocenie nie uzyskały noty powyżej "6". Wyjątki od tej reguły - co to za reguła, od której nie byłoby sympatycznego wyjątku - stanowią albumy ulubionych artystów. Każdy z czytelników bloga może przypisać sobie własne określenia dotyczące poszczególnych ocen (dla przykładu, nota 8/10 oznaczy płytę bardzo dobrą, 9/10 oznacza płytę wybitną, album roku, nota 10/10 to płyta dekady, a  1/10 oznacza "DNO", nie dotykać, nie słuchać, gdyż grozi to kalectwem). 
Oprócz wszystkich tych składowych estetycznych, które zwykle bierze się pod uwagę przy ocenie albumów - aranżacja, wykonanie, melodia, tekst, cechy gatunkowe itd. - ważnym dla mnie elementem jest: "żywotność materiału muzycznego". Mówiąc w skrócie, chodzi tutaj o to, jak poszczególne płyty reagują na upływ czasu, jak szybko następuje ich erozja, jak długo są w stanie karmić słuchacza swoimi życiodajnymi sokami. Owa "słuchalność" przez nas i dla nas, w moim odczuciu powinna stanowić podstawowy element każdego rzetelnego podsumowania. Dlatego też jakoś niezbyt wierzę wszystkim tym krytykom, którzy od trzech miesięcy z okładem słuchają z niezmiennym zachwytem, dzień po dniu, a także w samym środku rozgwieżdżonej nocy, ostatniego albumu Bon Iver. W kategorii "rozczarowanie roku", ostatnia płyta Justina Vernona (co warte w tym miejscu szczególnego podkreślenia, wciąż jednego z moich ulubionych artystów), zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce. Jeśli zaś chodzi o płyty, które w mijającym 2016 roku zrobiły na mnie największe wrażenie, to lista prezentuje się następująco.

1. Hamasyan/Henriksen/Aarset/Bang - "Atmospheres".
2. Radiohead - "A moon shaped pool".
3. Dawid Bowie - "Blackstar"
4. John Ellis - "Evolution: Seeds&streams"
5. No Clear mind - "Makena"
6. Hope Sandoval&The warm inventions - "Until the hunter"
7. Port St. Willow - "Syncope"
8. Nick Cave & The Bad Seeds - "Skeleton tree"
9. Logan Richardson - "Shift"
10. RY X - "Dawn"

Muszę przyznać, że zastanawiałem się, w jaki muzyczny sposób zakończyć ten rok, jakby nie patrzeć, pierwszy rok istnienia mojego bloga. W minionych miesiącach nie brakowało wspaniałych singli, cudownych utworów, pięknych i zapadających w pamięć piosenek. Postanowiłem dać szansę zespołowi, który wciąż jest mało znany, a w którym, przy okazji kolejnych wydawnictw, odnajduję spory potencjał. Potencjał póki co nie urzeczywistniony w pełni, ponieważ zespół The Amazing wciąż nie nagrał całej dobrej płyty albo takiej, którą mógłbym wymienić w rocznym podsumowaniu. Nie wiem dokładnie, z czego to wynika lub co jest głównym powodem tego swoistego rozwarstwienia estetycznego. To jest trochę tak, jakby jeden członek zespołu chciał grać tradycyjnego, banalnego rocka, innego ciągnęło w stronę popu, a kolejny raz po raz próbował przemycić nieco bardziej wyrafinowane dźwięki. Dojrzałość, również ta muzyczna, przychodzi z czasem. Być może członkowie zespołu The Amazing muszą jeszcze trochę popracować, a my, nieco bardziej wymagający słuchacze, musimy na nich jeszcze odrobinę poczekać.
Chociaż i teraz szwedzka kapela poszczególnymi nagraniami budzi mój szczery zachwyt. Zaintrygowany ich niektórymi utworami postanowiłem znaleźć odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę  mnie do nich przyciąga. Poczytałem, poszperałem i chyba odkryłem przynajmniej część odpowiedzi na ową frapującą zagadkę. Oto na gitarze w zespole The Amazing gra Reine Fiske. Ten sam, który gra w innej recenzowanej na łamach tego bloga grupie - Dungen. Ten sam, który przed laty pojawiał się na płytach bliskich mi formacji, takich jak Landberk, Paatos, Morte Macabre. Aż chciałoby się powiedzieć: "Jesteśmy w domu". Przyznam, że jeszcze kilka dni temu rozkoszując się kolejnymi niezwykłymi podarunkami od grupy The Amazing, nie znałem składu personalnego zespołu. Jak to jednak niedaleko pada jabłko od jabłoni. Oczywiście na uwagę - mam nadzieję, że nie tylko moją - zasługuje również głos wokalisty Christoffera Gunrupa, który nieco przypomina mi barwę głosu Marka Kozelka (choć głos Christoffera jest subtelniejszy, gładszy). Szwedzki zespół w tych dobrych momentach odrobinę nawiązuje do twórczości Red House Painters, choć w ich muzyce słychać także wpływy indie-rocka, art-rocka, prog-rocka czy psychodelii. W ostatnich tygodniach największe wrażenie zrobił na mnie utwór "Tracks", pochodzący z najnowszej płyty The Amazing zatytułowanej "Ambulance". Słucham tego utworu nałogowo, niemal w każdej wolnej chwili. Niestety z jakichś bliżej nieznanych przyczyn, "Tracks" został usunięty niedawno z serwisu YT. Dlatego poniżej zamieszczam link do jakże urokliwej piosenki Through City Lights, w którym to utworze unosi się duch starego dobrego Red House Painters. 






Nie byłbym sobą, gdybym nie dorzucił czegoś na deser. Czegoś, z przepięknym, subtelnym solo saksofonu.To kolejna kompozycja, którą w mijającym roku, i w ostatnich tygodniach słuchałem najczęściej. W utworze "Come Silence" Daga Rosenqvista na saksofonie zagrała Lisen Rylander Love(znana chociażby z formacji The Splendor, czy Midaircondo), a na wiolonczeli Aaron Martin. To niezwykłe, że takie cudeńko ma w serwisie YT tak niewiele wyświetleń. Czytelnikom bloga dziękuję za obecność, cierpliwość, życzliwe uwagi, i  życzę dużo wspaniałych, nie tylko muzycznych, wrażeń w nadchodzącym 2017 roku.