Przyznam, że nie jest łatwo napisać kilka słów o jednym z ulubionych zespołów. Był czas, coraz bardziej odległy, okolice 2002 roku, tuż po wydaniu płyty "You Forgot It People", a potem kolejnej, kiedy zapytany: "Jaki jest obecnie twój ulubiony indie-rockowy zespół?", musiałbym odpowiedzieć zgodnie z prawdą i bez większego zawahania, że to Broken Social Scene. Od tego czasu sporo się zmieniło, a kanadyjska formacja oraz jej członkowie, którzy przewinęli się przez ten dość szeroki skład, przeszli sporą drogę. Wydaną wczoraj płytę zatytułowaną "REMEMBER THE HUMANS", słucham więc nie tylko jako kolejnego albumu w dyskografii, ale również jako rozdziału w długiej, osobistej historii.
Oczywiście nie jest to ten sam żywiołowy kolektyw, który kiedyś brzmiał jak spontaniczne spotkanie grupki przyjaciół - w tym również tkwiła ich siła - zamkniętych w studiu nagraniowym na kilka bezsennych nocy i dni. Tamta młodzieńcza energia gdzieś wyparowała, a może ustąpiła miejsca czemuś bardziej refleksyjnemu, nieco spokojniejszemu, ale przez to wcale nie uboższemu.
Pierwsze minuty nowej płyty "Remember The Humans" przynoszą to znajome uczucie - warstwowość dźwięku, odrobinę kontrolowanego chaosu. Gitary nadal zgrabnie się przeplatają, wokale pojawiają się i znikają ( przez studio przewinęło się sporo zaproszonych przyjaciół i gości - Leslie Feist, Hannah Georgas, Lisa Lobsinger). Trochę tak, jakby ktoś próbował uchylić drzwi do dobrze znanych pokoi. A jednak jest w tym wszystkim nieco więcej przestrzeni, być może muzycy przez te wszystkie lata nauczyli się - dziewięć minęło od wydania poprzedniego albumu - że cisza miedzy dźwiękami również coś znaczy.
Najbardziej może uderzyć nastrój całej płyty - delikatnie melancholijny, momentami odrobinę rozliczeniowy. To już nie jest banda szalonych młodzieńców, próbujących podbić świat swoim unikalnym brzemieniem. To rodzaj grupy, która potrafi spojrzeć wstecz i robi to bez nadmiernego patosu i smętnej goryczy. Duża w tym zasługa producenta Davida Newfelda, tego samego, który był odpowiedzialny za brzmienie pierwszych płyt. Powrót do tej współpracy słychać niemal od razu - w tej charakterystycznej, lekko rozmytej, jednocześnie ciepłej produkcji. To nie jest kolejna próba odtworzenia przeszłości jeden do jednego. Tylko świadome sięgnięcie po język, którym kiedyś kanadyjska formacja wyrażała się najpełniej.
Co ciekawe tym razem wszystko zaczęło się dość niepozornie. Do ponownego spotkania Kevina Drew (gitara, śpiew) oraz producenta Davida Newfelda doszło przypadkiem. Po latach panowie zamieszkali niedaleko od siebie. I jak to często bywa w takich przypadkach, wystarczyła jedna rozmowa, kilka wspomnień - nagle okazało się, że wciąż mają sobie coś do powiedzenia. Obydwaj panowie w ostatnim czasie stracili matki, co również odbiło się na charakterze tego wydawnictwa.
Niektóre utwory brzmią jak echo dawnych najbardziej udanych płyt (okres 2002 - 2005) przefiltrowane przez aktualne możliwości zespołu. Słychać to szczególnie w najlepszej, środkowej części tego albumu. Takie fragmenty jak "Relief" - ma w sobie znajomy puls, czy "Think Of You" - przynosi wraz z sobą powiew melancholii, charakterystycznej dla najlepszych momentów kanadyjskiej formacji. Melancholii ludzi, którzy wiedzą już, że niektóre rzeczy właśnie dlatego pozostają z człowiekiem na całe życie, ponieważ wydarzają się tylko raz, w konkretnym miejscu oraz czasie, i już nigdy nie wrócą w tej samej formie.
Mój ulubiony "The Briefest Kiss" to jeden z tych utworów, gdzie czas nagle zwalnia i przez chwilę zespół znów brzmi tak, jakby grał instynktem, a nie doświadczeniem. Ta kompozycja ma w sobie jakąś kruchość, której nie da się łatwo zaplanować czy wyprodukować - przypomina przypadkowo uchwycony moment między udaną próbą a jej rozpadem. A potem przychodzi "Life Within The Ground", który odbieram niemal jak ciche dokończenie wcześniejszej kompozycji. Słuchając tej części płyty miałem wrażenie, jakbym oglądał stare fotografie ludzi, których kiedyś widywałem niemal codziennie. Nie wszystko jest wciąż ostre, część emocji się rozmyła, ale być może również dlatego wciąż to działa.
Tytuł płyty - "Remember The Humans" - to konsekwencja żartu Charlesa Spearina, który stwierdził, ze gdyby sztuczna inteligencja miała nadać nową nazwę klasycznemu i wspomnianemu dziś przeze mnie albumowi "You Forgot It In People", brzmiałoby to właśnie jak "Remember The Humans". Oczywiście nie ma na tej płycie już tyle młodzieńczej erupcji emocji, która sprawiała, że wiele piosnek Broken Social Scene brzmiało jak odkrywanie nowego lądu. Zamiast tego dostajemy muzykę ludzi dojrzałych, którzy przeżyli już drobne wzloty, mają za sobą upadki w życiu osobistym, doświadczyli ulotnych chwil szczęścia oraz prywatnych dramatów.
W tym kontekście warto wspomnieć, że cała ta "niezależna scena z Toronto", z tamtego początkowego okresu, była jednocześnie artystycznym kolektywem i siecią intensywnych emocjonalnych relacji (Kevin Drew romansował z Leslie Feist, itd.). Może również dlatego te starsze wydawnictwa przedstawicieli tej sceny brzmią tak organicznie - tam grupa bliskich sobie osób naprawdę próbowała wspólnie przeżyć swoje 20-ste i 30-ste lata. Co ciekawe, pomimo rozstań, drobnych kłótni i nieporozumień, członkowie tej "sceny" zachowali dobre relacje i dalej współpracowali przez długi czas.
Może z tej przyczyny "Remember The Humans" pozostawia po sobie tak dziwne, trudne do jednoznacznego opisania uczucie. To nie jest wielki powrót zespołu, który znów chciałby zmieniać świat, czy definiować nowe pokolenie indie-rocka. Ten moment już minął - a grupa doskonale o tym wie. Zamiast desperacko ścigać własną legendę, Broken Social Scene nagrali płytę osób, którzy nauczyli się żyć z upływem czasu, nie tracąc wiele z dawnej wrażliwości.
I kiedy po raz kolejny w moich uszach wybrzmiewają leniwe takty "The Briefest Kiss", trudno, żebym nie pomyślał o wszystkich tych latach spędzonych z ich muzyką - o domach, których już nie ma, o miejscach, które zarosły kurzem niepamięci, o znajomościach, które nie przetrwały próby czasu, nocnych spacerach zbyt ważnych, żeby je zapomnieć. Te emocje nie zniknęły. Po prostu brzmią dziś nieco inaczej. Im dłużej obcuje z wydanym wczoraj albumem, tym bardziej jestem skłonny powiedzieć, że piosenki Broken Social Scene nauczyły się starzeć razem z nami.
(nota 7.5/10)
Miasto Preston w Wielkiej Brytani jest siedzibą dobrze nam znanej grupy - WHITE FLOWERS, zajrzymy na ich niedawno wydany album zatytułowany " Dreams For Somebody Else", który kończy się tak wybornie.
Wizyta w Szwajcarii przyniesie kolejne spotkanie z moją ulubioną wokalistką z tego regionu - AINO SALTO - która niedawno opublikowała nową epkę. Oto mój ulubiony fragment.
Kolejni nasi znajomi reprezentują Danię, mam tu na myśli grupę SSSIV. Wczoraj ukazał się ich nowa całkiem udana płyta zatytułowana "SSSIV 2".
Raz jeszcze Wielka Brytania, miejscowość Fareham, która jest siedzibą formacji THE MUSIC LIBERATION FRONT SWEDEN, która niedawno opublikowała album zatytułowany "LOST HOPE SOCIETY".
W marcu ukazało się wznowienie płyty mało znanej grupy INRAIN - zatytułowanej "RISE". To właściwie duet, który przed laty tworzyli Rudy Tambala z grupy A.R. KANE oraz Alison Show z formacji CRANES, nagrania pochodzą z 1990 roku. Cudeńko!
Skoro w dzisiejszej odsłonie bloga głównym wątkiem była scena kanadyjska, sprawdźmy, co robi jeden z jej współczesnych reprezentantów - NICHOLAS KRGOVICH. Wczoraj ukazała się jego płyta "Boss Tape", a 12 czerwca pojawi się kolejna "Four Days In June" w duecie z naszym dobrym znajomym, saksofonistą Jospehem Shabasonem. Oto jej fragment. Taki czerwiec to ja rozumiem!!
MISS TYGODNIA - znów Skandynawia, reprezentanci Kopenhagi, którzy od kilku dni wypełniają mi wolny czas. Czyli grupa BENDING BACKWARDS oraz ich znakomity!!!! nowy singiel.
KĄCIK IMPROWIZOWANY - po raz kolejny zawitamy do Kopenhagi, żeby spotkać duet Johanna Borchert & Miles Perkin, fragment pochodzi z albumu "The Match".
Tym razem Chicago i płyta, na którą czekam, 19 czerwca ukaże się album "The St.Louis Session", formacji BLUE EARTH SOUND, znamy już pierwsze wyborne nagranie!!

