Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helado Negro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helado Negro. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 lutego 2024

THE AMAZING - "PIGGIES" "Spacer w chmurach"

 

     I tak oto zupełnie niespodziewanie, przynajmniej dla skromnego, rzecz jasna, autora tego bloga kilka dni temu, dni temu kilka, ukazała się nowa płyta szwedzkiego zespołu The Amazing. Przyznam, że przegapiłem pojawienie się singla, z dwumiesięcznym wyprzedzeniem zapowiadającego lutową premierę wydawnictwa, które przybrało niezbyt szczęśliwą (szczególnie dla przeglądarek) nazwę "PIGGIES" -  wystarczy wygooglać połączenie wszystkich tych trzech słów The Amazing Piggies; trafnych wyników jest niezbyt wiele, recenzji jeszcze mniej. Może gdybym częściej zaglądał na Facebooka, gdzie subskrybuje wieści nie tylko od tej skandynawskiej grupy, nie byłbym tak zaskoczony. Niespodzianka jest tym milsza, że najnowsze dzieło Christofera Gunrupa (wokalista, autor wszystkich kompozycji) oraz jego kolegów jest udane, i z każdym przesłuchaniem zyskuje na wartości. Trzeba jednak podkreślić, że wytwórnia Fashionpolice Records (nigdy o niej nie słyszałem), nie zrobiła wiele, żeby chociaż w minimalnym stopniu wypromować to wydawnictwo zacnego jednak szwedzkiego zespołu. Może zupełnie niepotrzebnie się czepiam, a cała akcja marketingowa dopiero się rozpocznie, kiedy stopnieją ostatnie śniegi w okolicach Malmo - szczerze w to wątpię.



Sympatycy zespołu The Amazing świetnie wiedzą, że znakiem rozpoznawczym najlepszych kompozycji szwedzkiej formacji bywa nostalgiczny nastrój lub oniryczna atmosfera - tworzona w oparciu o brzmienie gitar (znany Reine Fiske, którego sylwetkę nieraz już przybliżałem) oraz subtelnie prowadzoną wokalizę Christofera Gunrupa. Przy okazji recenzji wcześniejszych płyt zespołu porównywałem barwę jego głosu do tembru Marka Kozelka. Warto zaznaczyć, że głos szwedzkiego wokalisty ma zdecydowanie więcej głębi, łagodności, szlachetnej gładkości, w większym stopniu zjednuje przychylność oraz uwagę odbiorcy. Ten głos potrafi wiele i wyjątkowo dobrze odnajduje się w tej estetyce. 

Z dokładnym określeniem tej ostatniej recenzenci zwykle mają problemy - z pewnością nie jest ani psychodeliczny rock, jak uważają co niektórzy, ani tym bardziej progresywna jego odmiana, czy kolejna współczesna hybryda jaką stanowi neofolk. Te najbardziej udane, a zarazem zapamiętane i wielokrotnie odtwarzane, nie tylko przeze mnie, piosenki grupy The Amazing, można określić mianem dream artrocka. Marzycielski melancholijny nastrój w połączeniu ze skromnymi, ale celnymi aranżacjami, oraz rozbudowane niekiedy partie gitar - tak w dużym skrócie prezentuje się charakterystyczne dla poczynań skandynawskiej grupy modus operandi. Choć równie często, jeśli nie częściej, ekipa dowodzona przez Gunrupa rozmyślnie flirtuje z indie-popem i tworzy proste zgrabne piosenki.

Przy okazji wcześniejszych recenzji wspomniałem, że poczynania grupy The Amazing przypominają stanie w rozkroku, jedna noga tutaj, druga tam, jakby członkowie tej formacji nie mogli się zdecydować i nagrać całego albumu tylko w stylu pop lub dołożyć większych starań i stworzyć pełne artrockowych zachwytów dzieło sztuki. Dziś myślę, że przez ten osobliwy i wyraźny kontrast pomiędzy indie-popem a artrockiem, wspaniałe pieśni utrzymane w tej drugiej stylistyce są jeszcze bardziej widoczne. Doprawdy trudno je pominąć, niemal na każdej z ostatnich płyt zespołu można znaleźć kilka takich wyjątkowych kompozycji. Przeważnie rozwijają się powoli, jak powolne bywają nieraz opowieści dojrzałych artystów, którzy nie w energetycznym przekazie szukają siły, tylko w głębi zanurzenia w rozwijaną niespiesznie historię. Takie kompozycje czasem trwania zwykle przekraczają sześć minut i właśnie te momenty z twórczości wciąż chyba niezbyt dobrze znanego w naszym kraju The Amazing cenię sobie najbardziej.




Pięć długich lat przyszło nam czekać na album zatytułowany "Piggies". Gitarzysta grupy Reine Fiske (znany również z Dugen, Fire! Orchestra, Landberk, Morte Macabre, Paatos, Motorpsycho, Elephant9 itd.) zajął się w tym czasie produkcją, chociażby płyt grupy Melody's Echo Chamber. Może dzięki doświadczeniu zebranemu w tej dość trudnej materii, najnowsza propozycja The Amazing brzmi tak gładko. Pewnie niektórym z Was moje słowa mogą wydać się dziwne, ale musiałem przyzwyczaić się do tej płyty. Odrobinę przestawić myślenie, które trochę odwykło od obcowania z prostym gitarowym graniem. Mówiąc krótko, musiałem posłuchać tych ośmiu spójnych piosenek raz, drugi, trzeci, żeby za czwartym razem już niemal w pełni poczuć to, co udało się szwedzkiej formacji osiągnąć. 

Najsłabsze w tym zestawieniu wydaje się być otwarcie "Streetfighter", które moim zdaniem niczego wielkiego nie obiecuje, ani zbyt wiele po sobie nie zostawia, ale od czegoś trzeba było zacząć. W kolejnym "Antichrist" znajdziemy już charakterystyczne dla dokonań grupy nostalgiczne frazy gitar oraz urokliwy głos, który tak płynnie potrafi połączyć ze sobą poszczególne takty. Na singla promującego to wydawnictwo chyba wybrałbym "I Think I Found A Way" - zwiewna melodyka, której wielu artystów mogłoby Szwedom pozazdrościć, potencjał przeboju, pomimo melancholii wyraźnie obecnej w zaśpiewach wokalisty. "Cinnamon" i "Figurehead" przywołują nastrój kompozycji Marka Kozelka czy grupy Red House Painters, do którego twórczości Christofer Gunrup chętnie się odwołuje. Podobnie jak do płyt zespołu The Cure - w utworze "Last Stand", partia basu przypomniała mi klasyk The Cure - "Picuteres Of You". W jednym z wywiadów Christofer Gunrup oświadczył, że kompozycja "Plainsong" - The Cure to:" najlepsza piosenka otwierająca jakikolwiek album w historii". Przyznam szczerze, że jest w tym zdaniu sporo racji. Jak to nieraz bywa, najlepsze danie szwedzka formacja zostawiła na sam koniec. Mowa tu o wyjątkowo subtelnej odsłonie zatytułowanej "Through The Cracks". Wszystko tutaj się zgadza w sposób nadzwyczajny i głos wokalisty, i nastrój, również praca gitar, które odzywają się, i to jak!, w drugiej części tego znakomitego utworu. Jeśli poczujecie te dźwięki na skórze, będzie to wyraźny znak, że możecie raz jeszcze zacząć słuchać całej płyty.

(nota 7.5-8/10)

 


Przyjemne ciarki pojawiły się na ciele, to dobry znak. Przy okazji "Through The Cracks" tak właśnie powinno być. Wybornie brzmi to nagranie - niespieszna pierwsza część i znakomite gitarowe rozwinięcie wiodące nas do szczęśliwego końca. Sugerujące, żeby wielokrotnie  powracać do tej odsłony albumu "Piggies". W zaistniałej sytuacji nie widzę innego wyjścia, jak po raz kolejny udać się na spacer w takim oto sympatycznym towarzystwie.



Spróbuje podtrzymać ten oniryczny nastrój, i przedstawię wam artystkę z Teksasu - Haley Conlin, która przybrała pseudonim Dottie.



I  jeszcze raz Dottie, tym razem na gościnnych występach w Londynie, skąd pochodzi grupa Whitelands, która 23 lutego opublikuje album zatytułowany "Night-Bound Eyes Are Blind To The Day".



I znów lotem błyskawicy pokonamy spory akwen wodny, trafimy do miasta Filadelfia, żeby posłuchać fragmentu płyty "Wesley" grupy Delsea Drive.



Kolejny szybki lot zabierze Was do Indonezji, miasto Jakarta oraz pełna uroku kompozycja z płyty "Gushing" formacji Crayola Eyes.



Oficyna 4AD wczoraj opublikowała bardzo udany album zatytułowany "Phasor", autorstwa Helado Negro, wybrałem dla was taki oto fragment.



Podobnie jak najnowsza płyta Helado Negro, znakomite recenzje zbiera  - tyle, że we francuskiej prasie - ostatni album Cabane (belgijski artysta Thomas Jean Henri), który przy wsparciu wokalistów Sama Gendersa oraz znanej z recenzji na tym blogu Kate Stables, pod koniec stycznia opublikował wydawnictwo zatytułowane "Brulee".



Zajrzymy na moment do katalogu oficyny Bongo Records, przywoływany już niegdyś przeze mnie Project Gemini (pod nazwą ukrywa się Paul Osborne), 5 kwietnia opublikuje najnowszy album zatytułowany "Colours & Light". Oto kompozycja z tej płyty.



Pod koniec stycznia ukazała się nowa płyta amerykańskiego perkusisty Vinnie Sperrazzy zatytułowana "Sunday", z gościnnym udziałem kilku muzyków, na saksofonie Loren Stillman.



Przed Wami znakomite nagranie! Na dobry początek ok. 6 minut 30 sekund wokalnego wstępu, w roli głównej Marianne Svasek, a potem jego kilkunastominutowe sugestywne rozwinięcie, w wykonaniu trzech saksofonistów, trębacza, puzonisty, wibrafonisty, klarnecisty, pianisty, skrzypka i dwóch perkusistów. Mało? W tym zestawieniu personalnym nie mogło również zabraknąć basu, a zgrał na nim Vilhelm Bromander, którego nazwiskiem sygnowano wydawnictwo zatytułowane "In This Forever Unfolding Moment". 






sobota, 20 stycznia 2024

ELLIOTT ARMEN - "TURBULENCE" (Sony Music) "Niedaleko pada jabłko od jabłoni"

 

    Zaryzykuję stwierdzenie, obarczone małym marginesem błędu, żeby chyba każdy z szanownych Czytelników tego bloga kojarzy, mniej lub bardziej, postać Yanna Pierre'a Tiersena - francuski muzyk, multiinstrumentalista i kompozytor, także ścieżek filmowych, chociażby do tak udanych obrazów jak: "Amelia", czy "Goodbye, Lenin!". Jednak mało kto zorientowany jest w biografii bretońskiego artysty na tyle, żeby wiedzieć o tym, iż od dwóch dekad, z drobnym okładem, posiada syna, który również próbuje swoich sił w muzyce. Mam tu na myśli głównego bohatera dzisiejszego wpisu Elliotta Armena. Ten ostatni w ubiegłym roku opublikował debiutancką płytę zatytułowaną "Helium Balloons". A miniony styczniowy piątek przyniósł kolejne, na marginesie dodam, bardzo udane jego wydawnictwo "Turbulence".




Sami przyznacie, że wybornie brzmi ta kompozycja. Po prostu cudnie!! Ileż w niej lekkości, delikatności, ileż przestrzeni, jakby sam Neil Halstead pomagał w aranżacji jej drugiej części. Jeśli nie osobiście, to przynajmniej jako duch wciąż obecny w studiu nagraniowym Black Bay Studio, które lider grupy Slowdive często odwiedza. Budynek studia położony jest tuż nad brzegiem morza, na szkockiej wyspie Isla Of Lewis. Właścicielem obiektu oraz inżynierem dźwięku jest Peter Fletcher, i to właśnie za jego sprawą nagrania zebrane na płycie "Turbulence" nabrały dodatkowej głębi, gdyż był ich producentem.

"Artyści przyjeżdżają tutaj, żeby uciec - wyjaśnia Peter Fletcher. - Coś magicznego zwykle wydarza się trzeciego dnia pobytu, kiedy zespół lub artysta całkowicie odcina się od świata zewnętrznego. Miejsce to (okolice Black Bay Studio) skłania do cieszenia się przyrodą, więc kiedy nie nagrywasz i nie piszesz, wędrujesz po wzgórzach lub pływasz".

Można powiedzieć, że Elliott Armen ma słabość do studiów nagraniowych, które położone są na wyspach. Utwory zawarte na debiutanckiej płycie "Helium Balloons" zostały zarejestrowane na wyspie Ouessant, gdzie jego ojciec Yann Tiersen ma własne studio. Wydaje się, że dwudziestotrzyletni artysta właśnie po ojcu odziedziczył specyficzne i rozpoznawalne podejście do kompozycji, które charakteryzuje typowy dla rodziny Tiersenów minimalizm, prostota, lekkość  i melodyjność pojedynczych fraz oraz poszczególnych  tematów. Elliott Armen od dziecka nasiąkał muzyką - jeszcze w okresie niemowlęcym rodzice chętnie zakładali na jego głowę słuchawki, a pierwszą ulubioną piosenką, którą często i namiętnie słuchał, był utwór Elliota Smitha - "Waltz #1". Ta słabość do podobnych brzmień pozostała w nim do dziś. Pośród ważnych czy inspirujących artystów Armen wymienia Sufjana Stevensa, Andy Shaufa, ja ze swej strony polecałbym młodemu Bretończykowi  - bo może zajrzy przypadkiem do tego bloga - drugi w dorobku album Denisona Witmera, twórczość S.Careya, Damiana Rice, Fiona Regana itd.

Po ukończeniu szkoły średniej Armen wybrał się w podróż, zwiedził Europę, od czasu do czasu zatrzymywał się, żeby podjąć pracę w gospodarstwach ekologicznych. Zebrane w trakcie wycieczki wrażenia zawarł na debiutanckim krążku "Helium Balloons". Później była trasa koncertowa, występy u boku Dominique A, JJ Johansona czy Floriana Marcheta. W lutym ubiegłego roku syn znanego kompozytora wsiadł na prom w rodzinnej miejscowości Saint Malo, autobusem dotarł do Stornoway, głównego miasta szkockiej wyspy Lewis, a potem wyruszył na bardzo długi podzielony na odcinki spacer. W ten sposób pokonał dwieście kilometrów, podziwiając okoliczne krajobrazy, śpiąc w namiocie, i układając utwory, które wypełniły jego drugi w dorobku album "Turbulence".



"Chciałem zrobić coś, co naprawdę lubię, co zapadnie we mnie jeszcze przed nagraniem (...). Spędziłem dwanaście dni pośród wspaniałych krajobrazów (...). Ta płyta to podróż przez żałobę, miłość i samotność. To tłumaczenie krajobrazów ziemi celtyckiej. I hymn pochwalny na cześć melancholii, jako sprawcy radości".

Nic dodać, nic ująć. Rzeczywiście pełne uroku piosenki zebrane na albumie "Turbulence" ociekają nutami nostalgii oraz melancholii, jednak w efekcie nie przynoszą przygnębienia, jeśli już to skłaniają do niespiesznego zamyślenia. Większość z nich zaczyna się od drobnych akordów gitary i fortepianu, rozwija się leniwie, a czasem przeobraża się w coś mocniejszego, podniosłego, dzięki wykorzystaniu tonów gitar elektrycznych i orkiestracji. To subtelne odejście od kruchego intymnego indie-folku, tak typowego dla ulubionych twórców Elliotta Armena, jest znakiem rozpoznawczym tego wydawnictwa. Dzięki temu, że nie są to kolejne smętne pieśni, rozpisane w typowy sposób na gitarę i głos, album zaprasza słuchacza do jego odkrywania i budzi ciekawość. 

Sporo dobrego do tej płyty wniosły pomysły wspomnianego już wcześniej producenta oraz inżyniera dźwięku Petera Fletchera. Żeby dostrzec te subtelne różnice w podejściu do materii dźwiękowej, wystarczy przesłuchać z uwagą poprzedni album artysty "Helium Balloons". Te nagrania dzieli raptem kilka, może kilkanaście miesięcy, a krok, który przy tej okazji uczynił Elliott Armen, jest nie do przeoczenia.

(nota 8/10)


 

Waszą ulubioną sekcję "Dodatki..." otworzy inna, wciąż mało znana francuska grupa Isaac Delusion, która 26 stycznia opublikuje album "Lost And Found".



Pozostaniemy w nastroju zbliżonym do tego, który możemy odnaleźć w kompozycjach Yanna Tiersena, francuska formacja Bada-Bada z nowego singla.



Amerykańska grupa Cookie Tongue, niegdyś z dzielnicy Brooklyn, obecnie Nowy Orlean oraz ich "Jupiter Rising". Oto znakomity singiel !!




Laura Lee (bas), Mark Speer (gitara), Donald Johnson (perkusja) - tworzą sympatyczne trio Khruangbin, 5 kwietnia ukaże się ich album "A La Sava".




Z Houston (stan Teksas), wrócimy na Brooklyn, gdzie można spotkać artystę rodem z Ekwadoru, który przyjął pseudonim Helado Negro. Oto najnowsza i śliczna piosenka z płyty "Phasor", która ukaże się 9 lutego.




Kanada, miasto Montreal, kwartet jazzowy Bellbird, oraz fragment z ich ostatniej płyty zatytułowanej "Root In Tandem".



Pod nazwą Cosmic Analog Ensemble ukrywa się artysta z Beirutu - Charif Megarbane, wczoraj ukazała się jego płyta zatytułowana "Les Grandes Vacances".





 Nat Birchall to saksofonista świetnie znany Czytelnikom tego bloga, 22 marca ukaże się jego nowa płyta "New World", którą zapowiada ta kompozycja 


piątek, 13 września 2019

DEVANDRA BANHART - "MA" (Nonesuch Rec.) "Na kanapie Jima Morrisona"

   O bohaterze dzisiejszego wpisu napisano wiele, także na naszym krajowym podwórku. Ciężko więc zamieścić chociażby i krótką wzmiankę, w której nie powtarzałoby się znanych faktów lub innymi słowy nie mówiło o tym samym. Można dla uproszczenia stworzyć mapę skojarzeń lub odniesień, mniej lub bardziej kojarzących się z amerykańskim artystą, która bez większej korekty i głębszego zastanowienia wyglądałaby następująco: Wenezuela, Ameryka, hinduski guru Prem Rawat, błogosławieństwo, imię Devendra (Indra) oznaczająca hinduskiego boga deszczu, nauka w San Francisco Art Institue, knajpy i granie, puby i solowe występy, Paryż, vagabunda, freak, pożyczona sekretarka do rejestracji pomysłów, San Francisco i Los Angeles, Michael Gira (Swans) przesłuchujący ponad 50 "demówek", płyta: "OH ME OH MY", freak folk, New Weird America, Caetano Veloso, Arthur Russell, Nowy York, nagroda Grammy za okładkę do albumu "What Will We Be", aparycja (niegdyś): "coś pomiędzy Frankiem Zappą, a... Rasputinem", Nathalie Portman, reklama Ray Ban, vibrato, kolekcjoner mistycznych artefaktów: marynarka Micka Jaggera, kanapa Jima Morrisona itd.

Gdybyśmy jednak na chwilę zapomnieli o wygodnych, głównie dla krytyków, szufladkach, gdybyśmy na moment zawiesili gdzieś modne i typowe skojarzenia, co nam pozostanie? Melodia i tekst, tekst i melodia, bowiem... i jako kompozytor, i jako tekściarz Devendra Banhart szczególnie na ostatnich wydawnictwach wypada bardzo dobrze. Amerykański artysta wyraźnie dojrzał - do prostoty, do wyrafinowania - czego dowodem są również najnowsze kompozycje wypełniające album "MA".  Płyta zawiera 13 piosenek w ciekawych aranżacjach - raz to wpadnie w ucho fraza fortepianu (Tyler Cash), to znów da o sobie znać oddech saksofonu lub trąbki (Jordan Katz). Część utworów zastała zaśpiewana w języku Javiera Mariasa, są też zdania po portugalsku czy japońsku.
Pisanie piosenek - pisanie w ogóle (na dobrym poziomie) - nie jest sprawą łatwą, nieraz przekonały się o tym nie tylko Siostry Godlewskie. Jednak obcując z utworami Devendry Banharta słuchacz może odnieść wrażenie, że ich skomponowanie nie przysporzyło autorowi żadnego trudu. Najlepsze jego kompozycje brzmią tak, jakby ukryte w nich melodie tylko czekały na to, żeby je dostrzec, podnieść i oprawić w gustowne ramy.

"Czasami piosenka zaczyna się od rysunku,  a czasami rysunek od piosenki". Przy czym, w wydaniu Banharta owe rysunki przypominają te, które na lekcjach plastyki lub w domowym zaciszu tworzą dzieci, bo to właśnie dziecięcą wrażliwość postrzegania świata amerykański artysta chciał w sobie ocalić (jeden z takich rysunków znajdziecie w książeczce dołączonej do płyty).
Zatem, co zapada w pamięć po przesłuchaniu najnowszej propozycji amerykańskiego artysty zatytułowanej "MA". W kolejności: "Ami", ciekawy aranż w "Memorial", śliczna "Caroline", naturalnie "Abres Las Manos" - od którego trudno się uwolnić, "The Los Coast", gdzie Banhart mocno zbliżył się do terytorium od lat zarezerwowanego dla Davida Sylviana, a na koniec zgrabny, i owszem, duecik z Vashti Bunyan, czyli: "Will I See You Tonight". Całość długimi fragmentami całkiem nieźle koresponduje z ostatnią propozycją Helado Negro: "This Is How You Smile", o której napisałem jakiś czas temu.

(nota 7.5/10)  









Na koniec jedno z moich ulubionych  nagrań Devendry Banharta - "Middle Names", nawet na gitarę i głos brzmi tak, jakby grała to kameralna orkiestra.






piątek, 22 lutego 2019

HELADO NEGRO - "THIS IS HOW YOU SMILE" (Rvng Intl.) "Muzyka z kraju, który nie istnieje"

   Podstawowy składnik to popiół kokosowy, chociaż można również zastosować czarny sezam (ponoć właśnie tego produktu używają Japończycy). Łupinę orzecha kokosowego poddaje się obróbce termicznej (używa się do tego metody parowo-gazowej). Odpowiednio zwęglona łupina orzecha kokosowego, mleko, cukier, oraz specjalne dodatki, które każdy szanujący się cukiernik trzyma w tajemnicy, tak żeby to właśnie jego deser smakował później wyjątkowo. Dla przestrzegających diety drobna uwaga kreślona niejako na marginesie - 100 gram tego przysmaku to ponad 200 kalorii. O czym mowa? O czarnych lodach, które były przebojem w ostatnich dwóch letnich sezonach nie tylko w naszym kraju. Przyznam, że jeszcze ich nie kosztowałem, gdyż jakoś nie przepadam zbytnio za kokosowym smakiem pod żadną postacią.

  Jednak obcowałem z "czarnymi lodami" w inny sposób. Gdyby dosłownie przetłumaczyć nazwę Helado Negro, otrzymalibyśmy właśnie zbitkę tych dwóch słów - "czarne lody". Pewnie wielu z Was doskonale wie, że pod tą nazwą ukrywa się także artysta, Roberto Carlos Lange, który ma już w swoim dorobku pięć płyt długogrających. Szósta, o której chciałbym napisać kilka słów, ukaże się na początku marca i będzie nosić tytuł "This Is How You Smile". A jak wygląda przepis na muzyczne danie Helado Negro?

Roberto Lange łączy w swojej twórczości elementy kilku estetyk - latynoską wrażliwość z indie-folkowa stylistyką, wpływy muzyki karaibskiej z nowoczesną elektroniką. Zapytany o nazwę swojego projektu (tłumaczył się z tego już niejednokrotnie, za każdym razem nieco inaczej), uśmiecha się pobłażliwie. Prawdopodobnie próbował zestawić dwa rzadko kojarzone ze sobą słowa, stworzyć klasę kontrastu. Najbardziej przypadło mu do gustu określenie jego przyjaciółki, dla której nazwa Helado Negro oznacza: "Muzykę z kraju, który nie istnieje".
Roberto Carlos Lange jest dzieckiem emigrantów z Ekwadoru, którzy niemal czterdzieści lat temu dotarli do Miami. Południowa Floryda, gdzie wychował się i dorastał (obecnie rezyduje na Manhattanie), to z jednej strony Zatoka Meksykańska, z drugiej zaś Ocean Atlantycki, w pobliżu stany Alabama i Georgia, niedaleko Karaiby, Kuba ("jak wulkan gorąca, o-la, e-ja..."), Wyspy Bahama. To również swoisty tygiel kulturowy, gdzie spotykają się wpływy kultur obydwu Ameryk i Karaibów. Wszystkie te subtelne naleciałości można odnaleźć w dokonaniach amerykańskiego artysty.
Helado Negro debiutował w 2009 roku albumem "Awe Owe", początkowo pisząc teksty tylko w języku hiszpańskim. Związany z zacną i wspominaną na łamach tego bloga wytwórnią - Asthmatic Kitty Records - współpracował z formacja Schools of Seven Bells, Guillermo Scottem Heronem, Julianą Barwick (jako Ombre), oraz z artystą sztuk wizualnych  Davidem Ellisem, tworząc tak zwane rzeźby dźwiękowe.

Najnowszy album "This Is How You Smile" nie przynosi większy zmian stylistycznych. Przede wszystkim jest płytą dość nierówną. Obok znakomitych piosenek, do których wielokrotnie wracałem - "Please Won't Please", "Imagining What To Do", "Pais Nublado", "Running" - znajdziemy także kilka eksperymentalnych kompozycji, przypominających zabawy dźwiękiem lub rodzaj impresji czy improwizacji: "Fantas", "November 7", "My Name Is For My Friends". W tych udanych kompozycjach Roberto Carlos Lange przypomina ostatnie dokonania Devendry Banharta. Ciepły głos, teksty jak zwykle po hiszpańsku i angielsku, niespieszne tempo narracji, nastrój końca letniego dnia, spora dawka wrażliwości i delikatności, pastelowe aranżacje - gitara akustyczna, barwne elektroniczne tło - przywołują również w pamięci dokonania Sufiana Stevensa czy duetu Kings of Convenience. Szkoda tylko, że tego urzekającego nastroju konsekwentnie nie udało się utrzymać na całej płycie. Cóż... ponoć takie mamy czasy, że wypada się cieszyć z tego, co jest, niż narzekać, że czegoś zabrakło.

(nota 7/10)