sobota, 26 września 2026
sobota, 19 września 2026
DRAGONFLIES - "DRAGONFLIES" (Dark Horse Records/ BMG) "Lekcja powolności dla spóźnionego świata"
Kiedy w studiu nagraniowym spotykają się syn członka grupy The Beatles oraz człowiek, który odpowiadał za brzmieniową rewolucję grupy Radiohead, trudno nie mówić o wydarzeniu muzycznym. DHANI HARRISONA i NAGIELA GODRICHA dzieli siedem lat różnicy. Jednak ich muzyczne światy połączyło coś więcej niż metryka wspólnego pokolenia ludzi urodzonych w latach siedemdziesiątych. HARRISON od lat dźwiga na barkach dziedzictwo ojca, a przy okazji wciąż poszukuje własnego psychodelicznego języka. GODRICH - brytyjski producent - nazywany "szóstym członkiem Radiohead", od tal 90-tych próbował definiować to, jak może brzmieć współczesna alternatywa. Wygląda na to, że ich spotkanie nie stanowi zwykłego zetknięcia się dwóch znanych nazwisk. To również dialog pewnego pokolenia, gdzie szacunek do analogowej tradycji i korzeni rocka jest równie ważny jak upodobania do nowoczesnego trip-hopu.
Znali się od ćwierć wieku. W okresie pandemii Harrison zwrócił się do Godricha o poradę, kiedy tworzył solowy album "Immerstanding" (2022). Być może było to coś na kształt "szorstkiej przyjaźni", opartej na wspólnym kodzie, którego nikomu nie musieli tłumaczyć. Nigdy nie szukali poklasku, raczej rozglądali się za prywatnym azylem, spokojem i uważnością we współczesnym coraz bardziej migotliwym świecie. Studio nagraniowe stało się dla nich czymś na kształt klasztoru, do którego wpuszczali jedynie nielicznych.
Tego zaszczytu dostąpił Joey Waronker (perkusista znany z Atoms For Peace, współpracy z Beckiem oraz R.E.M.). Davida Cambella (aranżera i kompozytora, do tego ojca Becka, który odpowiadał za partię smyczków chociażby na przełomowej płycie "See Change"). Nad wszystkim czuwał: "gospodarz domu, nie dał on krzywdy zrobić nikomu..." - czyli Sam Petty Davies - uznany realizator dźwięku, bliski współpracownik Thoma Yorke'a przy powstawaniu ścieżki dźwiękowej do filmu "Suspiria" oraz albumach grupy The Smile. Nigel Godrich podszedł do procesu rejestracji z bezwzględnością dawnych mistrzów konsolety. Zrezygnował z chłodnej perfekcji programów komputerowych, Wolał samodzielnie ciąć brzytwą taśmy w czasie rzeczywistym, tworząc w ten sposób zapętlone próbki. Dhani Harrison przyniósł wraz sobą surowe motywy gitarowe. Pozwolił, żeby starszy kolega je dekonstruował. Przepuszczał przez taśmowe echa i sklejał na nowo w kolejne hipnotyczne pętle.
Efekt tej pracy brzmi specyficznie. Senny indie-rock miesza się na tym materiale z melancholijnym trip-hopem. Przede wszystkim to muzyka napędzana ciepłym pomrukiem basu i oddechami sekcji rytmicznej. Podobieństwo do nagrań Radiohead objawia się tutaj głównie na poziomie transowego rytmu, rozwiązań podziałów rytmicznych oraz pracy sekcji, która precyzyjnie tworzy podskórne napięcie. Drobne orkiestracje Cambella nadają całości intymnego wyrazu oraz kolorytu. Mogą przywoływać skojarzenia z niektórymi płytami Becka (ta najnowsza ukazała się wczoraj). Delikatny głos Harrisona dobrze odnalazł się w tym mglistym otoczeniu. Przefiltrowany przez analogowe ciepło i pozbawiony wyraźnej maniery, brzmi czysto i przekonująco. "Nigel to maszyna - wspominał Dhani Harrison. - Dla kogoś takiego jak ja, przyzwyczajonego do kontrolowania każdego dźwięku, praca z nim była głęboko pouczającym, wręcz pokornym doświadczeniem".
Debiutancki album "Dragonflies" niesie wraz z sobą jakieś duchowe pokrewieństwo z płytą "In Rainbows" grupy Radiohead. Podstawowa różnica jest taka, że ten pierwszy nie posiada rockowej drapieżności tego drugiego. Zastąpiła ją uważność, powolność, głębia, coś na kształt filmowej kontemplacji. To muzyka dla tych, którzy potrafią docenić piękno wolnego upływu czasu.
(nota 7.5/10)
Na dobry początek bardzo dobry utwór, który mocno wchodzi w skronie. Miasto Bloomington stało się miejscem do życia grupy ENSIFERA, która niedawno opublikowała nowy singiel.
Szybka podróż z USA do Londynu przyniesie spotkanie z projektem LOCUST za szyldem ukrywa się Mark Van Hoen), która okazjonalnie zasilił lider formacji Slowdive - Neil Halstead. Fragment z ich ostatniej płyty "Spectral +".
Przeniesiemy się do Santiago, gdzie działa i tworzy formacja VIOFLESH, oto ich najnowszy singiel.
Nowy York powita nas muzyką dobrze znanego przez Czytelników tego bloga duetu PHANTOM HANDSHAKES, który 22 października opublikuje nową epkę zatytułowaną "Standing By".
Coś dla starszych fanów, czyli spotkanie w mieście New Jersey z weteranami z grupy THE VAN PELT. Wczoraj ukazała się nowa płyta zatytułowana "Remain Obscure".
Z Nashville pochodzi Caroline Glaser, która jest autorką piosenek i liderką zespołu BROTHER BIRD. 25 września, czyli za tydzień, ukaże się ich album zatytułowany "The Lodge In Miller County".
KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim wizyta w Estonii, w której chyba jeszcze nie byliśmy. Misha Panfilov i jego spory skład, fragment płyty wydanej przed tygodniem "Where The Birds Fly".
Miasto Aarhus w Danii stało się przestrzenią, w której tworzy KOSMOS TRIO, Frede Holger Thorsen - fortepian, Martin Brunbjerg - kontrabas, Jesper Lorup - perkusja. Oto liryczny fragment z ich ostatniej udanej płyty "...And The Sun".
Etykiety:
Brother Bird,
Dhani Harrison,
Dragonflies,
Ensifera,
Kosmos Trio,
Locust,
Misha Panfilov,
Nigel Godrich,
Phantom Handshakes,
The Van Pelt,
Vioflesh
sobota, 12 września 2026
OAN KIM & THE DIRTY JAZZ - "INFINITY SHAKES" (Artwork Records) "Elegancja, film i saksofon"
Z płytami takimi jak "INFINITY SHAKES" jest pewien problem. Kiedy muzyka nagle milknie, słuchacze wciąż nie potrafią podnieść się z fotela, a świat wokół nich wydaje się dziwnie szary, płaski... pełen niedoróbek. Słuchając nowego, wydanego przed tygodniem albumu OANA KIMA i jego formacji THE DIRTY JAZZ, można odnieść wrażenie, że uczestniczymy w osobliwym seansie pamięci kogoś, kto leniwie palił papierosy, w niemal pustych hotelowych kawiarniach, lub zbyt długo wpatrywał się w krople deszczu ociekające po szybie wolno toczącej się taksówki. Ta muzyka nie tyle rozwija się w czasie, co raczej dryfuje gdzieś po obrzeżach wspomnień, które, jak podkreśla to Julian Barnes, rzadko bywają precyzyjne, a znacznie częściej stają się tym, co chcielibyśmy uważać za prawdę. Przed Wami MISS TYGODNIA.
To nasze kolejne spotkanie z tym artystą. Po mojej recenzji poprzedniego albumu OAN KIM raczej nie odnotował gwałtownego wzrostu zainteresowania swoją twórczością w naszym kraju. Jednak jestem pewny, że jego pełne magicznego uroku kompozycje trafiły pod kilka przyjaźnie nastawionych strzech. Nie mam zamiaru jakoś szczególnie i po raz kolejny przybliżać sylwetki tego muzyka. Zainteresowanych odsyłam do recenzji wcześniejszego albumu.
Warto wiedzieć, że zanim OAN KIM założył swój obecny zespół, wcześniej udzielał się jako wokalista i lider w grupach Film Noir i Chinese Army. Debiutancki album zatytułowany "Oan Kim And The Dirty Jazz" (2023) zrodził się z samotności lockdownu. To mniej więcej wtedy Francuscy krytycy napisali o nim, że to: "Brakujące ogniwo pomiędzy Portishead a Chetem Bakerem". Kolejna płyta, zrecenzowana przeze mnie "Rebirith of Inocence" (2024), pogłębiła sugestywny filmowy klimat obecny w kompozycjach artysty. Wydany przed tygodniem "Infinity Shakes" to zdecydowanie najbardziej dojrzała propozycja w dorobku tej formacji.
Tym razem pochlebna notka prasowa znów przywołuje porównanie do znanego trębacza, który przed laty wyskoczył był z okna hotelu "Prins Hendrik". "Krucha elegancja Cheta Bakera zderza się z atmosferyczną intensywnością Radiohead, w filmie wyreżyserowanym przez Davida Lyncha". Materiał zawiera 11 kompozycji, ucieka od tradycyjnie rozumianego jazzu, i zmierza w stronę lirycznej, czy onirycznej opowieści. W trakcie procesu rejestracji nagrań pojawili się również goście: Melody Gardot i Arthur Teboul (lider grupy Feu! Chatterton). Od pierwszych minut tego krążka urzeka bardzo dobrze zrealizowany dźwięk. To zasługa legendarnego studia "La Frette" - mieszącego się w XIX - wiecznym dworku pod Paryżem, w którym nagrywali Nick Cave, Arctic Monkeys czy Feist. Wnętrze słynie z analogowego brzmienia. Za produkcję odpowiadał Mathias Pascaud. W przeciwieństwie do poprzednich płyt, które OAN KIM w dużej mierze skomponował samodzielnie, "Infinity Shakes" powstał w wyniku głębokiego procesu tworzenia wszystkich członków grupy.
Podobnie jak dobrze nam znany duet The Saxophones, OAN KIM lubi stosować ospałą, łagodnie rozwijającą się melodykę. Saksofonista nie popisuje się technicznymi kaskadami dźwięków, gra długie snujące się nuty, które brzmią jak odnalezione na zapomnianym albumie wydanym gdzieś na przełomie lat 50/60-tych. Znajdziemy w tym głęboko melodyjny spokój, charakterystyczny retro urok. Utwór "Nous Guettons" powstał jako pomysł Arthura Teboula. Miał być hołdem złożonym zmarłemu szefowi wytwórni - Jeanowi Phillipe Allandowi. OAN KIM rozbudował ten projekt w swoim domowym studiu, dopisując partię saksofonu.
Francuski artysta, jako zawodowy fotograf i reżyser filmów dokumentalnych, myśli obrazami i kolorami. Każdy utwór na ostatniej płycie mógłby posłużyć jako zamknięta scena filmowa. Ta filmowość wynika również ze smaczków produkcji. Użycie taśmy magnetycznej, starych mikrofonów wstęgowych i naturalnego pogłosu XIX -wiecznego dworku przyniosło zamierzony skutek.
Melodyka nagrań OAN KIMA rzadko pnie się w górę, szukając mniej lub bardziej wyraźnych momentów kulminacyjnych. Raczej łagodnie opada, snuje się, meandruje od brzegu do brzegu, jakby była zmęczona własnym istnieniem. W tej perspektywie ważna jest każda fraza, każdy ton. Brak tu pogoni za chwytliwym refrenem, taniego blichtru gitarowej solówki. Poszczególne motywy potrafią powracać falami, dzięki czemu hipnotyzują odbiorcę. OAN KIM miksuje dźwięki, jakby ustawiał głębie ostrości w obiektywie aparatu. Pierwszy plan - linia wokalna. Barwne tło - rozmyte syntezatory, perkusja, echo saksofonu lub trąbki - tworzy oniryczną mgłę. To sprawia, że tej płyty nie sposób słuchać pobieżnie - jej przestrzeń wciąga odbiorcę do środka. Świetny zespół! Bardzo dobra płyta!
(nota 8/10)
W "Dodatkach..." pozostaniemy przez czas jakiś we Francji, gdyż rzadko tam zaglądamy, i w podobnym nastroju. Grupa BOLBEC - nazwa pochodzi od francuskiej miejscowości - jakiś czas temu opublikowała płytę zatytułowaną "Foutu Felin". Wybrałem taki fragment.
Raz jeszcze Francja i formacja SYD MATTERS, która w ubiegłym tygodniu wydała nową płytę zatytułowaną "A Gospel Of Some Sort". Oto mój ulubiony fragment.
Przed nami wyprawa do kolejnego francuskiego miasta Nantes, gdzie działa i tworzy żeńska grupa KONTEXTE, 2 października opublikują album zatytułowany "Hello World". Póki co panie pokazały światu pierwszy singiel.
Przeniesiemy się na Rhode Island, skąd pochodzi formacja DOGS ON SHADY LANE, która 25 września wyda płytę zatytułowaną "KNOTS". Oto jeden z singli promujących to wydawnictwo.
Bardzo lubię amerykańską grupę Skeletons, szczególnie z okresu dwóch świetnych płyt "Money"(2008) oraz "People"(2011). Liderem tej formacji jest Matt Mehlan, który jakiś czas temu postanowił połączyć siły z Robertem Lunbergiem (grupa Jobs) oraz Johnem Dietierichem (grupa Deerhoof). Nowo powstały zespół nazywa się HIGHSIGH, niedawno wydał album "Once Bend". Oto mój ulubiony fragment z tego wydawnictwa.
Kelly Finnigan to producent i wokalista z San Francisco, niedawno ukazała się jego nowa płyta zatytułowana "B-Sides, Singles And Forgotten Gems".
KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim nasz dobry znajomy - NAT BIRCHALL saksofonista z Manchesteru, który nie zwalnia tempa. 13 listopada ukaże się jego nowy album "Peace And Blessings".
I kolejny nasz dobry znajomy LARAAJI, muzyk reprezentujący Nowy York. Wczoraj opublikował nowe wydawnictwo zatytułowane "OPENNESS". Oto mój ulubiony fragment, jak zwykle u tego artysty pełen uważności świata i pozytywnych emocji. KOMPOZYCJA TYGODNIA.
sobota, 5 września 2026
STRANGE LOT - "STRANGE LOT" (Greenway Records) "Dźwięki z pogranicza"
Są takie płyty, które rodzą się z trzęsienia ziemi i czystej desperacji. Kiedy w 2022 roku skład grupy STRANGE LOT posypał się niczym domek z kart, a lider Dominic Mena znalazł się na krawędzi porzucenia muzyki, mało kto się spodziewał, że ta historia dopisze swój dalszy ciąg. Tymczasem Mena zamknął się w czterech ścianach i w ciągu miesiąca zarejestrował trzydzieści nagrań demo. Te surowe próbki trafiły potem w ręce Alexa Maasa (z kultowego The Black Angels). I tak oto Dominic Mena wspierany producenckim uchem Maasa oraz studyjną precyzją Jima Eno ( z formacji Spoon) stworzył album "Strange Lot", który brzmi jak muzyczne oczyszczenie i stanowi wyjście na prostą po drobnym życiowym zakręcie.
Te najnowsze nagrania z wydanej w połowie sierpnia płyty, w dużym uproszczeniu brzmią tak, jakby członkowie grupy Spaceman 3 spotkali przedstawicieli innej dawnej brytyjskiej formacji - Loop - i wspólnie odbyli sesję nagraniowa. To, co uderza od samego początku obcowania z tym wydawnictwem, to niezwykły balans pomiędzy garażowym brudem a specyficzną producencką dokładnością. Alex Maas wyciągnął z kompozycji Dominica Meny to, co najlepsze. Czyli ten specyficzny, teksański, pustynny mrok. I dorzucił od siebie coś extra. To dzięki niemu gitary nie giną w natłoku głośnej fali, tylko brzmią całkiem czytelnie. Metaforycznie można by powiedzieć, że w niektórych momentach wręcz parują, przy okazji generując gęste fale drobnych przesterów i sprzężeń, które oblepiają słuchacza niczym gęsta mgła.
Z kolei rękę Jima Eno z formacji Spoon słychać w żywej motoryce sekcji rytmicznej. W miksowanych przez niego utworach, takich jak: "5AM" czy "Timeline Drops", bas oraz perkusja nie są jedynie tłem - stanowią ważny fundament, który trzyma w ryzach rodzący się tu i ówdzie psychodeliczny chaos. Nad wszystkim unosi się masteringowy szlif Howiego Weinberga. Faceta, który przed laty podarował światu brzmienie "Nevermind" - Nirvany. Doskonale wiedział, co zrobić, żeby ten sypialniany projekt nabrał skrzydeł, zabrzmiał szeroko i przestrzennie, nie tracąc przy tym tak ważnej w tym przypadku garażowej surowości.
Pomimo rockowych korzeni wszystkich panów zaangażowanych w powstanie tego albumu jego dynamika jest zróżnicowana. W "Nobody Seems To Do The Math" dominuje brzmienie syntezatorów, zmiksowane z nowofalową linią basu. Całość ma specyficzny marzycielski nastrój, który ciekawie kontrastuje z nerwową energią. W świetnym otwarciu - "All I Konow"- najlepiej słychać ewolucję brzmienia grupy Strange Lot. To dość leniwa, ale znakomita odsłona, zawieszona gdzieś pomiędzy jawą a snem. Zawiera ten rodzaj psychodelii, która nie potrzebuje dodatkowych wspomagaczy, dziwnych efektów, itd. Z kolei w "Go Have A Dream" przestrzeń poszerzona została przez efekt "echo" i gitarowe "delaye". Melodyjność miesza się tu z nostalgią w sposób, którego nie powstydziłaby się grupa Spiritualized w najlepszym okresie.
Płyta "Strange Lot" po cichu osiada w pamięci. Po kilku dniach może się okazać, bardziej obecna, niż można było to początkowo przypuszczać. Jej psychodeliczne zamglenie, gitarowy szum, nie tyle prowadzą słuchacza w konkretne rejony, co raczej każą mu przez chwilę pozostać w miejscu, gdzie znajome rzeczy tracą swoje wyraźne kontury.
(nota 7.5/10)
W strefie "Dodatki..." na dobry początek jakże urokliwa piosenka, duetu z Londynu, który przyjął nazwę ATMOS BLOOM. Fragment pochodzi z ich niedawno wydanej i całkiem udanej płyty zatytułowanej "Everythingness".
Przeniesiemy się do Kanady, gdzie rezyduje grupa Prepare My Glider. Niedawno opublikowali epkę zatytułowaną "Change".
Powrócimy do Londynu, gdzie działa zespół POZI, który nieco zmienił skład, założył własną wytwórnię i 13 listopada opublikuje nowy album zatytułowany "Bark Bark". Póki co możemy cieszyć się tym zgrabnym singlem.
Kolejna załoga z Wysp Brytyjskich - BLACK DOLDRUMS - i przy okazji zapowiedź ich najnowszej płyty "Repetition Compulsion", która ukaże się 13 października.
I raz jeszcze wizyta w Londynie, spotkanie z nowym singlem grupy, który przyjęła krótką nazwę SORRY.
Dopiero teraz widzę, że dzisiejszą strefę "Dodatki..." zupełnie przypadkiem zdominowali artyści reprezentujący Wyspy Brytyjskie. Tym razem przed nami wycieczka do Bristolu. Zespół FOOT FOOT, i singiel, który zapowiada ich najnowszy album zatytułowany "Prey Time". Premiera 27 października.
MISS TYGODNIA - CORDELIA GARTSIDE to artystka z brytyjskiego St Leonards, oto jej pełen uroku najnowszy singiel.
KĄCIK IMPROWIZOWANY - spotkanie z dobrym znajomym, gitarzystą Jacobem Bro, który z grupą przyjaciół - Brain Blade (perkusja), Larry Grenadieu (kontrabas), Craig Taborn (fortepian), Chris Cheek (saksofon tenorowy), Jeuper Zeuthen (saksofon altowy) - opublikował niedawno album zatytułowany "8". To jedna z moich ulubionych kompozycji ostatnich dni, rzekłbym "KOMPOZYCJA TYGODNIA". (Ps. w oryginale autorstwa Paula Motiana, z płyty o tym samym tytule).
Subskrybuj:
Posty (Atom)







