sobota, 25 kwietnia 2026
MISTY COAST - "ALWAYS SUN" (Brilliance Records) "Norweskie promienie"
sobota, 13 kwietnia 2024
HANNAH MIETTE - "HANNAH MIETTE" "Perkusista wśród przyjaciół"
Kilka dni temu obejrzałem pierwszy odcinek ciekawego serialu dokumentalnego produkcji francuskiej, zatytułowanego "Seks i muzyka". Jego twórcy utrzymują, że w 1950 roku około trzech procent tekstów popularnych piosenek nawiązywało do seksu. W latach siedemdziesiątych już 40 %, zaś w 2009 roku liczba ta wzrosła do 92 %. Oczywiście kryje się za tym, bo kryć musi, nierozerwalny związek z procesem emancypacji kobiet oraz większa rola, jaką te ostatnie odgrywają w przestrzeni muzyki popularnej (a mówi się potocznie, że to mężczyźni najczęściej rozmawiają o seksie). Paradoks polega na tym, że z jednej strony artystki walczą o uznanie własnej podmiotowości, z drugiej zaś tak chętnie i często same sprowadzają się do funkcjonowania w przestrzeni estetycznej jako obiektu-przedmiotu pożądania. W tym kontekście można pokusić się o stwierdzenie, że historia muzyki jest także historią przemian społeczno-obyczajowych. Dlatego dziś w głównej odsłonie bloga, odrobinę na przekór zestawieniom i procentom, pojawi się album z piosenkami, których warstwa liryczna nie nawiązuje, przynajmniej bezpośrednio do tematyki seksualnej. O warstwie symbolicznej tych wersów nie będę się wypowiadał, gdyż wśród zacnego grona Czytelników zawsze może trafić się jakiś zagorzały zwolennik teorii Freuda, który w tradycyjnym "Dzień dobry", doszuka się perwersyjnej symboliki. Swobodny, a jakże, tytuł "Let Me Know", również może budzić uzasadnione podejrzenia oddanych, jedynie słusznej idei, dewotek. Cóż zrobić...
Oczywiście, i jak słusznie podejrzewacie, przynajmniej niektórzy z Was, do debiutanckiej płyty "Hannah Miette" nie zwabiły mnie teksty poszczególnych piosenek, tylko zaproszeni do studia gościa, którzy w poszczególnych odsłonach tego albumu użyczyli swoich charakterystycznych głosów. Oprócz linii wokalnej dostali od francuskiego twórcy, który ukrywa się pod niezbyt wyszukaną nazwą - Hannah Miette - czyli Luciena Chatina, wolną rękę, i mogli także zatroszczyć się o wspomnianą już wcześniej warstwę liryczną.
Z tych najbardziej znanych artystów warto wymienić chociażby Kate Stables (recenzowana przeze mnie grupa This Is The Kit), jej koleżankę z zespołu, znaną z kilku wpisów, basistkę i wokalistkę Rozi Plain, czy Francois'a Atlas (formacja Francois & The Atlas Mountains). Tak się złożyło, że wszyscy oni są przyjaciółmi francuskiego perkusisty, który po wielu sesjach nagraniowych, czy trasach koncertowych, gdzie dopełniał składu różnych formacji, wreszcie postanowił wydać coś pod własnym szyldem. Lucien Chatin to absolwent studiów muzycznych w Lyonie, który przez długi czas poszukiwał własnej drogi, występując w głównie mało znanych grupach. Zebrane w ten sposób doświadczenie wykorzystał komponując zestaw udanych dziesięciu utworów, które wypełniły debiutanckie dzieło zatytułowane po prostu "Hannah Miette".
"Nigdy w życiu nie komponowałem. I tak naprawdę nie wiedziałem, dokąd zmierzam. Wszystko wychodziło samo, bez określonego celu" - oświadczył Chatin w wywiadzie. Debiutancki krążek udanie otwiera koleżanka francuskiego artysty z grupy Blumi, czyli Emma Broughton. Gustowne i lekkie, całkiem nieźle podane, linie melodyczne stanowią coś w rodzaju znaku rozpoznawczego tego wydawnictwa. Przy okazji "L'etreinte" mogą przypomnieć się dokonania grup związanych niegdyś z oficyną Morr Music. Przyjemnie miękka i nieźle wpleciona w aranżacyjną tkankę warstwa elektroniczna uzupełniona została przez delikatne tony gitary elektrycznej i cytaty z nagrań terenowych. Fragment "Liecuma" zaśpiewany przez Margaux Delatour (grupa La Desert De Clude), przynosi zwolnienie tempa akcji oraz roztacza wokół atmosferę magicznego snu. Z kolei wspomniana wcześniej Kate Stables świetnie odnalazła się w tej stworzonej przez francuskiego twórcę indie-popowej stylistyce.
Najdłużej trwały prace nad kompozycją "Revoir La Mer", gdzie pojawia się wokaliza Francois'a Atalsa. Lucien Chatin zdecydował się wykorzystać w nim rzadko spotykane metrum w muzyce popularnej - 5/4, a później długo wahał się, w jaki sposób wypełnić pozostałe ścieżki tego utworu. Na płycie "Hannah Miette" znajdziemy również odsłony instrumentalne, to tutaj obok syntezatorów wykorzystano chociażby dźwięki klarnetu, sugestywnie dopełniające barwne filmowe tematy. Trzeba przyznać, że jak na zawodowego i dyplomowanego perkusistę, Lucien Chatin dał niewielki pokaz swoich możliwości. Można odnieść wrażenie, że wręcz celowo unikał brzmienia klasycznych bębnów oraz talerzy. Zdecydowanie bardziej wolał odmierzać kolejne takty przy pomocy elektronicznych wynalazków. Na koniec głównego wątku zanurzymy się w "ociekający perwersyjnym seksem" teledysk.
(nota 7.5/10)
Na dobry początek "Dodatków..." wyjątkowo szczodry dodatek, cała płyta Cindy Lee - "Diamond Jubilee", która ukazała się wczoraj, a recenzent serwisu Pitchfork wystawił jej bardzo wysoką i rzadko spotykaną notę 9.1. Pod nazwą ukrywa się Patrick Flegel, który odpowiada za ten barwny koktajl rozmaitych stylistyk. Przed Wami dwie godziny muzyki, trzydzieści dwie piosenki, których warstwa liryczna, nawiązują do tematyki seksualnej, owszem, bo to głównie pieśni o miłości.
Skoro w dzisiejszej odsłonie nieco więcej formuły piosenkowej, to musi zabrzmieć kolejny utwór grupy Camera Obscura, która w ten sposób zapowiada najnowszą płytę zatytułowaną "Look To The West", premiera 3 maja.
Prześliczna piosenka otwiera najnowszy, wydany wczoraj, album zatytułowany "The World Is Louder", polskiej grupy Oxford Drama.
Przed tygodniem zaprezentowałem pierwszy singiel z płyty "Kimiyo" - Alexa Henry'ego Fostera, najwyższa pora na kolejny, premiera albumu 26 kwietnia.
Baby Rose i Badbadnotgood - czyli wokalistka Jasmine Rose i przyjaciele z dobrze znanej grupy, fragment wczoraj opublikowanej płyty "Slow Burn".
Jakiś czas temu prezentowałem poprzedni album grupy Project Gemini zatytułowany "The Children Of Scorpio", w ubiegłym tygodniu ukazała się płyta "Colours And Light". Oto tytułowy fragment.
Przeniesiemy się do Melbourne, skąd pochodzi formacja Focus Group, w dniu wczorajszym opublikowała wydawnictwo zatytułowane "Australian Drama".
Zajrzymy do katalogu brytyjskiej oficyny Preserved Sound, która w ubiegłym tygodniu opublikowała album Haydena Barry zatytułowany "Who Are We". Wybrałem z niego taki fragment.
sobota, 23 marca 2024
JULIA HOLTER - "SOMETHING IN THE ROOM SHE MOVES" (Domino Rec.) "Slow Music"
Sześć długich lat czekaliśmy, mniej lub bardziej niecierpliwie, na nowy album Julii Holter. Kiedy artystka rozstała się z nami jesienią 2018 roku, była w doskonałej formie, czego wymowne potwierdzenie stanowiła płyta "Aviary", której poświęciłem recenzję na łamach tego bloga. Holter już wcześniej miała tak zwaną dobrą prasę. Nie chcę w tym momencie dociekać, z czego dokładnie może to wynikać. Ile w tym szczerości czy rzetelności, a ile konformizmu lub polityki. Wspominałem już kilka razy, że wydawnictwa zbliżone nastrojem oraz tempem do tego, w jaki sposób na artystycznej niwie wyraża się amerykańska artystka, zwykle nie znajdują uznania w oczach recenzentów. Większość zachodnich dziennikarzy (podejrzewam, że również z racji wieku) ceni sobie płyty dynamiczne i energetyczne, utrzymane na odpowiednim poziomie BPM (ilość uderzeń na minutę) - ot, takie ich prywatne idiosynkrazje - a senne czy leniwie przeciągające się kompozycje (niezależnie od ram gatunkowych), w których pozornie niewiele się dzieje, z reguły nie otrzymują wysokich not w ich opisach.
Paradoks tego wpisu polega na tym, że również mam zamiar pochwalić album "Something In The Room She Moves", gdyż jest za co. Tyle, że jako autor tego bloga, w odróżnieniu od wielu zachodnich recenzentów, od dawna, regularnie, mam nadzieję, że całkiem sprawnie, poruszam się i dyskretnie promuję wydawnictwa pochodzące z rejonów "slow music". Niczego nie udaję, niczego nie ukrywam, i nie wierzę zwykle w dziennikarską jednomyślność (jeden z nich jakiś czas temu napisał, że: "powolne kompozycje dobre są dla znudzonych życiem emerytów"; wczoraj w "klubie emerytów" otwartymi ramionami powitała go Julia Holter). Taka już moja prywatna idiosynkrazja. Po prostu lubię zanurzyć się w muzyce, uwielbiam rozejrzeć się dookoła i niespiesznie poruszać we wnętrzu kolejnych kompozycji, jakbym rozglądał się i podziwiał barwny krajobraz namalowany przy pomocy pędzla i farb. Oczywiście zamiast tych ostatnich artyści używają instrumentów, lepiej lub gorzej dobranych, w mniejszym lub w większym stopniu odpowiednio wykorzystanych. Mistrzem w tym fachu był niegdyś David Sylvian oraz muzycy, z którymi współpracował przez długie lata swoich twórczych poszukiwań. I to właśnie z jego skromną postacią, a nie z osobą Roberta Wyatta czy Bjork, jak chciałby jeden z recenzentów, od wielu lat kojarzą mi się najlepsze pieśni Julii Holter.
Te zawarte na płycie "Something In The Room She Moves" można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej z nich zaliczyłbym utwory oparte na sekcji rytmicznej - perkusja oraz znakomity, co trzeba wyraźnie podkreślić, bezprogowy bas - Devina Hoffy; jakby duch nieodżałowanego Micka Karna zagościł na chwilę w studiu nagraniowym. Piosenki należące do drugiej grupy wykorzystują głównie brzmienie syntezatorów i delikatnej elektroniki, za co odpowiedzialny był partner artystki Tashi Wada. Główną rolę odgrywa w nich głos Holter, delikatny, zmysłowy, kobiecy, umiejętnie i trafnie akcentujący na wszelkie sposoby rozmaite dźwiękowe niuanse, a także dyskretnie, tam i tu, poddany cyfrowej modyfikacji. Wybrzmiewający swobodnie w pojedynkę lub rozciągnięty na odcinku czasu jako chór, co dokładnie słychać w utworze "Meyou". Z jednej strony można tu odnaleźć skojarzenia z muzyką eksperymentalną spod znaku Jeanne Lee, z drugiej zaś przywołać bułgarską muzykę chóralną, album "Kalinanka Denkou" - Le Mystere Des Voix Bulgares, o którym wspomina Holter w jednym z wywiadów. Warto zerknąć do tego tekstu, bo wybór istotnych płyt dla amerykańskiej artystki nie jest oczywisty.
Z tej ambientowej sekcji albumu "Something In The Room She Moves" mocno wyróżnia się kompozycja "Ocean", przypominająca barwne refleksy promieni słonecznych odbijających się od łagodnie unoszących się, to znów miękko opadających, fal. Przy okazji tej odsłony po raz kolejny może pojawić się trop Davida Sylviana, tym razem z okresu owocnej współpracy z Holgerem Czukayem. Pozostałe kompozycje reprezentują nieco bardziej klasyczne podejście do materii dźwiękowej, usłyszymy w nich wspominany wcześniej znakomity bas, oddechy trąbki (Sara Belle Reid), ornamenty fletu - Maia, klarnetu - Chris Speed, subtelne wokalizy, i rozwijane na różne sposoby intrygujące pomysły.
To, co urzeka od pierwszych chwil obcowania z tym albumem, oprócz bogatej i starannie rozplanowanej faktury, to z jednej strony konsekwencja, wyrażająca się również w spójności całego materiału, a z drugiej pewna doza nieoczywistości, którą reprezentują nietypowe rozwiązania, wybór ścieżek czy dróg, na których toczy się dalsza akcja kolejnych kompozycji. Całość, w charakterystycznym dla Holter stylu, rozpięta jest na pograniczu jawy oraz snu, tego, co mgliste, pozornie znajome i realne, oraz tego, co wciąż modyfikuje swój ostateczny kształt i wymyka się jednoznacznemu ujęciu. To się nazywa "artystyczny pop" z górnej półki.
Tytuł płyty nawiązuje do piosenki grupy The Beatlles. Kolejną z ważnych i podkreślanych przez autorkę wydanego wczoraj albumu inspiracji był ulubiony film animowany jej córki "Ponyo". Nie wspomniałem jeszcze, że w ciągu tych sześciu lat nieobecności Julia Holter urodziła dziecko, została matką, co zawsze jest ważnym punktem w życiu każdej kobiety. Stąd też w początkowej fazie pracy nad nowym albumem amerykańska wokalistka myślała o kołysankach, i taki efekt zamierzała uzyskać, łącząc ze sobą dźwięki w zaciszu domowej sypialni.
Pierwszym utworem, który powstał, był "Materia", reprezentujący na ostatnim wydawnictwie sekcję "ambientową". Był rok 2019 i prace nad albumem jakoś nie posuwały się naprzód. W tamtym okresie Holter nie mogła czytać książek, co zwykle stanowiło ważny element w jej metodologii pracy. Winą za taki stan rzeczy obciążyła hormony, jako świeża upieczona mama skupiła się głównie na opiece nad dzieckiem, dodatkowo przez pewien czas opłakiwała niespodziewaną stratę szesnastoletniego siostrzeńca. Z dużym trudem, po upływie dwunastu miesięcy, dokończyła dwie następne kompozycje: "Evening Mood" oraz tytułową "Something In The Room She Moves".
"Moje podejście jest konsekwentnie dość dziecinne i prymitywne (...). Uwielbiam próby i błędy. Kocham błędy. Według mnie to jest właśnie najfajniejsze w muzyce". W tym kontekście nie dziwi specjalnie fakt, że wiele kompozycji, które ostatecznie znalazły się na płycie, powstało jako efekt luźnego grania w gronie przyjaciół. W warstwie tekstowej Holter w typowy dla siebie sposób podkreśla zarówno znaczenie poszczególnych słów, jak i samo ich brzmienie. Stąd w kolejnych wersach znajdziemy mnóstwo zabawy językiem, swobodnych skojarzeń, gier, czy powtarzanych głosek, w sposób w jaki niekiedy robi to małe dziecko, uczące się dopiero podstaw języka. "Miałam obsesję na punkcie uchwycenia tego odczucia zabawy". Cała ta intertekstualność - łączenie pojedynczych dźwięków i słów, własnych oraz zasłyszanych - stanowiła również jeden z tematów jej poprzedniej płyty "Aviary". Najnowszy album autorki zajęć na Occidental College z: "Wprowadzenia do pisania piosenek", w wyrafinowany sposób prezentuje momenty, kiedy język staje się dźwiękiem. Zdecydowanie najlepsze, jak to zwykle bywa przy okazji omawiania twórczości Julii Holter, jest to, że to płyta do odkrywania i wielokrotnego użytku, nie tylko przez zacne grono "klubu emerytów".
(nota 8/10)
Ach, ten Chris Speed, ciarki na całym ciele... Dodam nieśmiało, że piosenka, które wybrzmiała powyżej, to kompozycja tego tygodnia. W dalszej części pojawi się jeszcze jedna. A tymczasem... Cóż, że ze Szwecji, czyli duet Pink Milk, eteryczna wokaliza prosto z płyty "Night On Earth", która ukazała się w ubiegłym tygodniu.
Sporo płyt, mnóstwo nowości, coś trzeba wybrać... Szkocka grupa Camera Obscura powraca po latach milczenia, 3 maja ukaże się ich najnowsze wydawnictwo zatytułowane "Look To The West".
Artysta z Nowego Yorku ukrywający się pod nazwą Chanel Beads, 4 kwietnia dzięki uprzejmości oficyny Jagjaguwar opublikuje nowe wydawnictwo zatytułowane "You Day Will Come".
Nasz dobry znajomy Michael Kay Terence, szkocki muzyk, pseudonim artystyczny Swiss Portrait, kilka dni temu zaprezentował nowy singiel.
Jedna z moich ulubionych piosenek ostatnich dni, przy okazji reprezentująca strefę "Slow Music". Amerykański twórca Orchid Mantis, i fragment z płyty "I Only Remember The Good Parts", która ukaże się 17 maja.
Nieco ożywimy tempo. Po raz kolejny cóż, że ze Szwecji, zapomniany duet Club 8, który w ostatnich dniach przypomniał o sobie nową piosenką.
Annalisa Lynch oraz jej koledzy z zespołu Silentways kilka dni temu specjalnie dla Was przygotowali taką oto zgrabną pieśń.
Powiecie, że zwyczajnie się uparłem, ale pragnę Was zapewnić, że to czysty przypadek... Znów cóż, że ze Szwecji, grupa Boy With Apple, która w ubiegłym tygodniu opublikowała album "Attachment", gdzie znalazłem dla siebie taki oto pełen uroku fragment.
Rodak Julii Holter, również z miasta Los Angeles, saksofonista Josh Johnson, 5 kwietnia opublikuje nowy album zatytułowany "Unusual Object".
Wspominałem dziś o malowaniu, zatem pomalujemy świat barwami brytyjskiej grupy Ill Cosidered, która wczoraj opublikowała wydawnictwo zatytułowane "Precipice". Tak oto się rozpoczyna.
Na koniec kolejna kompozycja tygodnia, pochodząca z bardzo dobrej, wydanej wczoraj płyty, naszego ulubionego saksofonisty Nata Birchalla zatytułowanej "New World'. Cudo!
czwartek, 3 października 2019
FIELD GUIDES - "THIS IS JUST A PLACE" (Whatever's Clever) "AKSOLOTL Z BROOKLYNU"
Naszym dzisiejszym gościem będzie Benedict Kupstas oraz jego wesoła gromadka ukrywająca się pod nazwą Field Guides. Wyśmienitą do tego okazją jest trzecia w ogóle, a druga oficjalna, płyta, która ukazała się kilka dni temu, czyli krążek zatytułowany "This Is Just A Place". Benedict Kupstas to muzyk i pisarz rezydujący w Nowym Yorku. Zaczynał jako chłopak z gitarą, który dzielił się swoją twórczością tylko w wąskim kręgu bliskich znajomych. Tak się złożyło, że to jednemu z nich w końcu udało się namówić amerykańskiego artystę do publicznego występu. Koncert odbył się w... sklepie ze słodyczami, tyle że zamiast solowego recitalu Benedict wystąpił u boku zaprzyjaźnionych muzyków, z którymi to zagrał wtedy między innymi cover grupy Smog. Najwyraźniej wspólne granie spodobało się wszystkim zainteresowanym na tyle, że postanowili je kontynuować, na salę prób wybrali dość egzotyczne miejsce - opuszczoną fabrykę farmaceutyczną Pfitzera, przy Flushing Avenue, oczywiście na Brooklynie.
Benedict Kupstas ma osobliwe hobby - zbiera nagrania terenowe z całego świata. Rejestruje głównie odgłosy przyrody: szum wody, liści, śpiew ptaków itd. Jego niespełnionym, póki co, marzeniem jest zostanie w przyszłości ornitologiem. Owe wspomniane przeze mnie wyżej nagrania terenowe wykorzystał na oficjalnym debiucie grupy: "Boo, Forever". Pośród nich znalazły się te dokonane w Parku Narodowym Corcovada na Kostaryce, oraz te z Parco Nationale delle Terre we Włoszech. Tytuł albumu został zaczerpnięty z twórczości jednego z ulubionych pisarzy naszego dzisiejszego bohatera - Richarda Broutigana (związany w ruchem beatników, autor powieści "Łowienie pstrągów w Ameryce"). Debiutancki krążek w ciekawy sposób łączył elementy alternatywnego rocka z indie-folkiem. W warstwie tekstowej był również wyrazem hołdu, jaki autor składał naturze, z jej bogactwem fauny i flory.
Na drugie oficjalne wydawnictwo przyszło nam czekać pięć lat. W tym czasie skład grupy ulegał zmianie, jedni muzycy odchodzili, ich miejsce zajmowali kolejni. Wydawnictwo "This Is Just A Place" przykuwa uwagę dojrzałością brzmieniowych rozwiązań, w stosunku do tego co oferował poprzedni krążek. Mamy tu mnóstwo ciekawych pomysłów aranżacyjnych, różnorodność użytych instrumentów - skrzypce, wiolonczela, saksofon, fortepian, organy Hammonda, ...paczka po chipsach. Całość zgrabnie zmiksował D.James Goodwin, w swoim prywatnym studiu "The Isokon", w Nowym Yorku, który współpracował między innymi z Kevinem Morby, Timem Berne, Davidem Tornem. Początek albumu czyli "Art of Fiction No.83" to delikatne westchnienia smyczek i gitary, oraz głosy - Kupstasa i Jamie Reeder. To śpiewanie na dwa wokale - męski i kobiecy - nie trzymanie się sztywnych podziałów, a więc swobodna ich wymiana, dzielenie się poszczególnymi partiami, sprawiło, że kompozycje zyskały na atrakcyjności. Kilka z tych ośmiu utworów zawartych na ostatnim wydawnictwie grupy przypomina dokonania Camera Obscura czy Belle And Sebastian, pozostałe kierują nasze skojarzenia w stronę takich formacji jak The National lub The War On Drugs, Yo La Tengo. Pośród ważnych inspiracji Benedict Kupstas wymienia konkretne tytuły oraz ich wykonawców: Nick Cave - "Distans Sky", Yo La Tengo - "Our Way To Fall", Gastr Del Sol - "Blues Subtitles No Sens of Wonder", Broadcast - "Tears In The Typing Pool", Sparklehorse - "It's a Wonderful Life." Jeśli chodzi o tropy literackie, to jednym z ulubionych opowiadań amerykańskiego twórcy jest nowela "Aksolotl" Julio Cortazara, do którego to tekstu ponoć wraca kilka razy do roku. I tak oto w najlepszej i mojej ulubionej kompozycji "Mondegreen", podmiot liryczny staje przed akwarium i patrzy z uwagą przez szybę na przepływające tam ryby... "At The Aquarium Looking Through The Glass I Saw A Part Of Myself Looking Back" - zupełnie tak, jak bohater opowiadania Cortazara.
"I w tej ostatniej samotności, której już nie zakłóca swymi powrotami, pocieszam się, że może coś o nas napisze; będzie myślał, że opowiada bajkę, i napisze to wszystko o aksolotlach" (Julio Cortazar - "Aksolotl").
(nota 7/10)
czwartek, 25 sierpnia 2016
Plantman - "To the Lighthouse" Arlen (dyskretny urok dziecięcej prostoty)
Szkoda tylko, że rozgłośnie radiowe tak rzadko sięgają po podobne albumy. Słuchacz chciałby od czasu do czasu posłuchać po prostu ładnych, subtelnie i ze smakiem zaaranżowanych piosenek, których linie melodyczne łatwo zapamiętać, i które będzie nucił przez kilka następnych dni. Jedno wciąż nie ulega wątpliwości - co znakomicie potwierdza najnowsza płyta "To the Lighthouse" - że zespół Plantman naprawdę jest godny uwagi. (Nota 7/10).







