Kolejną muzyczną podróż - a nawet, zgodnie z tytułem dzisiejszego wpisu, trzy wyprawy - rozpoczniemy od spotkania z wciąż mało znanym kanadyjskim zespołem ATSUKO CHIBA. To kwintet z Montrealu, który w swojej twórczości próbuje połączyć krautrock, post-rock i psychodelię. Panowie nazwę dla grupy zaczerpnęli wprost z japońskiej popkultury. Inspiracją była dla nich postać dr. Atsuko Chiby, głównej bohaterki kultowego (ponoć, gdyż w tym delikatnym temacie jestem kompletnym ignorantem) filmu anime "Papirka" (2006). W tym filmie bohaterka wchodzi w sny swoich pacjentów. Według zamierzeń kanadyjskich artystów podobnie ma działać muzyka formacji Atsuko Chiba.
Na kolejnych wydawnictwach Kanadyjczycy udowadniają, że rock alternatywny nie musi trzymać się sztywnych ram, a najlepsze opowieści - jak nieraz to podkreślałem często powstają na pograniczu jawy oraz snu. Swoją przygodę muzyczną panowie rozpoczynali od kanciastych brył w stylu matematycznego rocka, przypominając niektórym dokonania The Mars Volta. Na początku kanadyjska brygada brzmiała niczym wyraźnie czymś odurzeni architekci dźwiękowego chaosu. Ten moment w ich dyskografii uosabia płyta "Trace" (2019). W rolach głównych wystąpił tam przesterowany bas, mocne gitary, ciągłe zmiany tempa, który nie dawały wytchnienia. Trzeba przyznać, że to dość radykalny materiał jak na kroki nowicjuszy.
Kolejny album "Water, It Feels Like It's Growing" (2023) przyniósł zwrot akcji. Zgodnie z tytułowym motywem wody, sztywne formy konstrukcji zaczęły topnieć i rozlewać się w różnych kierunkach. Zespół wpuścił do studia - "Room11" - nieco świeżego powietrza, wzbogacił brzmienie o filmowy rozmach sekcji dętej oraz wykorzystał melancholie kwartetu smyczkowego. W ten sposób psychodelia zyskała nowy orkiestralny wymiar, a dawna agresja ustąpiła miejsca hipnotycznej płynności.
Ostania próba zrzucenia masek nastąpiła na niedawno wydanym albumie zatytułowanym "ATSUKO CHIBA". Płyta zawiera tylko sześć utworów i trwa trzydzieści dwie minuty. To niewiele jak na standardy zespołu, który przyzwyczaił nas do rozbudowanych form. Grupa zrezygnowała z ciasnej i typowej produkcji. Ponownie zamknęła się w domowym studiu "Room11", samodzielnie rejestrując i miksując cały materiał.
Brzmieniowo płyta zanurza się w sennym półmroku. Dawny matematyczny rock ustąpił miejsca hipnotycznemu pulsowi, zwolnionemu tempu, zmysłowym liniom basu i ciepłu analogowych syntezatorów. Nad wszystkim unosi się mgiełka trip-hopu i chmaber-popu. Niektóre porównania dobrze zorientowanych krytyków wskazywały na podobieństwo do twórczości Portishead pomieszane z minimalizmem formacji The Smile. Moją uwagę podczas pierwszego przesłuchania od razu przykuł świetny fragment "TORN", niosący ze sobą specyficzną dramaturgię oraz niepokój. Tekst, według zamierzeń autorów, miał przedstawiać postać chłopaka, który stoi na krawędzi klifu. Bohater jest w stanie "rozpadu tożsamości".
Największe zaskoczenie czeka jednak na końcu płyty. Dziewięciominutowa kompozycja "Locked And Array" rozpoczyna się od leniwych akordów gitary akustycznej, żeby z upływem czasu przeobrazić się w transowy marsz żałobny. Słowo "żałoba" jest tu zresztą kluczowe. Album powstawał w cieniu tragedii - prywatnej straty - śmierci przyjaciela zespołu. Najnowsza płyta Kanadyjczyków zawiera rzadki rodzaj estetycznego wyzwolenia od dawnych formalnych ograniczeń. Przy okazji jest to także manifest dojrzałości. I dowód na to, że prawdziwa artystyczna ewolucja nie musi zawsze polegać na ciągłym dodawaniu nowych elementów, ale na niekiedy bolesnej sztuce rezygnacji.
(nota 7.5-8/10)
Wszyscy wiemy, że muzyka, szczególnie ta dobra, ma niezwykłą zdolność przenoszenia nas w czasie. Nieraz robi to zupełnie bezwiednie i z taką swobodą, jak najnowsze dzieło BORISA MAURUSSANE (który pojawił się już na łamach tego bloga). Opublikowana pod koniec czerwca płyta "TEARS OF ENGLISH TOWN" to album, który brzmi jak longplay odnaleziony po latach na zakurzonym strychu, a wydany gdzieś na przełomie lat 60/70-tych. Wprawdzie MAURUSSANE tworzy we Francji, ale jego muzyka bije w rytmie dawnej wyspiarskiej melancholii, nawiązującej do tradycji brytyjskiego barokowego popu.
Boris Maurussane debiutował w 2022 roku wydawnictwem zatytułowanym "Social Kaleidoscope", gdzie samodzielnie budował każdy akord. Wcześniej terminował w drobnych niezależnych projektach, jak Domotic Band czy Morricone Pop Ensemble. Przy okazji krążka "Tears Of English Twon" szeroko otworzył drzwi prowadzące do swojego studia i zaprosił do wnętrza gości, między innymi Stephana La Porte'a czy Emmanuela Mario, który niegdyś pomagał Leatiti Sadier. Najnowszy album ostentacyjnie odwraca się plecami do modnych współczesnych brzmień. Przenosi nas w krainę barokowego popu, gdzie drogowskazem staje się również ważny dla francuskiego twórcy Robert Wyatt, grupa The High Liamas, Broadcast i przede wszystkim Stereolab. Pokrewieństwa z tą ostatnią formacją mogę być kluczowe do odczytania całej płyty.
Z jednej strony album zachwyca bogactwem faktur - cóż za przepych! Studio nagraniowe pękało w szwach od instrumentów: flety, oboje, waltornie, gitary, instrumenty smyczkowe, perkusyjne, itd. Warstwa liryczna dotyka różnych wątków - od kryzysu klimatycznego, przez radykalizm religijny ("Christians From The Lake"), aż po izolację człowieka.
Z drugiej strony ta barokowa swoboda została w moim odczuciu tu i ówdzie zbyt mocno uwięziona w zaskakująco sztywnych ramach formy. Głównym zarzutem z mojej strony są powtarzalne i łudząco do siebie podobne podziały rytmiczne. Poszczególne utwory płyną w niemalże identycznych tempach - wolno/szybko. A kompozycje rozwijają się według powtarzalnych, przewidywalnych linii. Wokale, podbite nostalgią, bywają czasem płaskie i jednostajne. Momentalnie kompozycje robią się zbyt instrumentalne albo nazbyt filmowe, w dodatku wycięte z jednego szablonu. Brak tu zmian, ciekawych zwrotów akcji, co z upływem czasu może - choć nie musi - wywoływać drobne znudzenie.
Oczywiście, ktoś przychylnie nastawiony do tego materiału, może nazwać poczynania Francuza artystyczną konsekwencją. Podobnie jak w krautrocku, te powtarzalne przebiegi rytmiczne mogą funkcjonować jak mantry. Troszkę szkoda, że Boris Maurussane obawiał się choć na chwilę zboczyć ze starannie wytyczonego szlaku, że nie podjął ryzyka, żeby zerwać z przyzwyczajeniami. Kto wie, może następnym razem.
(nota 7/10)
Debiutancki album "ROLE MODEL HERMIT" brytyjskiego tria MARY IN THE JUNKYARD miał zaskakującą dobrą prasę, zanim w pełni pojawił się na rynku. Wszystko przez legendę, którą były owiane ich udane koncerty w Brixton Windmill. Jednak studyjne zderzenie z rzeczywistością brutalnie weryfikuje ten ulotny "hype", obnażając niektóre grzechy młodości. Zamiast spójnego arcydzieła, jak chcieliby niektórzy entuzjastycznie usposobieni krytycy, zespół serwuje nam płytę dość nierówną. Obok świetnych momentów, gdzie rockowy brud splata się z łagodnością klasycznej altówki, są fragmenty gdzie muzyka grzęźnie w monotonii sennych ballad - i nie mam tu na myśli wyjątkowo udanego otwarcia tego wydawnictwa. To płyta pełna skrajność - może tak miało być - która potrafi zachwycić, żeby za chwilę uśpić słuchacza pretensjonalnym, rozciągniętym do granic możliwości przewidywalnym folkiem.
Stali Czytelnicy tego bloga powinni znać zapowiedź albumu, zaprezentowaną w postaci udanego singla jakiś czas temu w strefie "Dodatki". Przyznam szczerze, że wtedy nie miałem pojęcia, czego dokładnie powinienem się spodziewać po brytyjskich debiutantach. Teraz już wiem, że najbardziej podobają mi się momenty, kiedy koncept grupy - o ile taki był - znajduje potwierdzenie w zderzeniu rockowej energii z klasyczną elegancją. Fundamentem wielu kompozycji jest sekcja rytmiczna. To bas i perkusja sprawiają, że szybsze utwory nie są tylko chaotycznym hałasem. W kontekście zdrowego krytycyzmu, głos Clari Freeman -Taylor to element, który pewnie podzieli słuchaczy. Z jednej strony nieźle przekazuje emocje. Z drugiej jednak, w niektórych fragmentach, obnaża techniczne niedoskonałości czy manieryzmy wokalistki. Ta ostatnia czasem zbyt mocno ucieka w specyficzne przeciąganie samogłosek. W wolniejszych odsłonach brzmi to nieraz sztucznie.
"ROLE MODEL HERMIT" to album, który pozostawia pewną - mam wrażenie, że rosnącą - strefę niedosytu. Kiedy zespół stawia na energie - jak w moim ulubionym "Blood", brzmią jak przyszłość brytyjskiej sceny niezależnej. Kiedy jednak uciekają w senne ballady, ich debiut stają się mocno niewyraźny.