sobota, 25 lipca 2026

SHE'S GREEN - "SWALLOWTAIL" (Photo Finish Records) / BLUE STATES - "WHERE THE FADES MEET" "MUZYKA MCHU I PAPROCI"

 

  Czasem myślę - cóż za śmiałe wyznanie - że muzyka, szczególnie ta utkana z pogłosu i niedopowiedzeń, nie służy tylko do słuchania. Lecz również do przypominania, kim jesteśmy, skąd się wywodzimy, jaka jest nasza muzyczna biografia itd. Istnieją płyty, które podobnie jak mini album pięciorga młodych ludzi z miasta Minneapolis (gości turniej golfowy w ten weekend), ukrywających się pod nazwą SHE'S GREEN - nie tylko pojawiają się w naszej teraźniejszości, co dość mocno zwracają się ku naszej przeszłości. Słuchając ich najnowszej propozycji zatytułowanej "SWALLOWTAIL", człowiek może odczuć nostalgię za starymi dobrymi czasami. Mam tu na myśli początek lat 90-tych, kiedy tego typu granie przeżywało swój złoty okres.







  W świecie, gdzie wszystko jest natychmiast nazywane, musi posiadać swoją etykietę i łatkę, ten młody kwintet, okrzyknięty przez skłonnych do przesady brytyjskich dziennikarzy: "największą nadzieją roku" - proponuje nam coś innego. Dobrowolne zagubienie się we wnętrzu przyjemnego, intymnego kokonu. Kwintet z Minneapolis tym razem stworzył dzieło nieco lżejsze, bardziej  mieniące się barwami, niż ich wcześniejsze "hałaśliwe dokonania". Przy okazji ukrył w nim ciekawe detale, które nie pozwalają o tym wydawnictwie tak łatwo zapomnieć. 


Przez lata shoegaze przyzwyczaił nas do tego, że bywa niczym gęsta mgła - gitary potrafią rozmyć się niczym jeden potężny dźwiękowy dron. Na albumie "Swallowtail" (nazwa odnosi się do rodziny motyli), grupa nieco zmieniła taktykę. Jak zauważyli recenzenci, panowie i pani grają tym razem niczym rasowy, rockowy zespół, który zakochał się w pogłosie (efekt reverb). Największym atutem najnowszego krążka może być zmiana nastroju. Singlowy "Mettle" potrafi przejść od sielanki do grunge'owego rocka. Akustyczny "Empty House" może kojarzyć się z bedroom folkiem. Przy okazji tej odsłony wokal znajduje się blisko słuchacza, jakby Zofia Smith śpiewała kolejne wersy tekstu tuż obok nas. Z kolei zamykający wydawnictwo, siedmiominutowy "Close Your Eyes" to wymowny pokaz dojrzałości oraz cierpliwości.






  Głos wokalistki Zofii Smith wydaje się być nieco bardziej  wyeksponowany niż to bywało na poprzednich płytach. Jej śpiew ma w sobie coś hipnotyzującego. Potrafi przemienić się w oniryczną kołysankę albo w pełen tęsknoty, rozdzierający krzyk. Szukając punktów odniesienia warto zwrócić się do wspomnianej już dziś przeze mnie przeszłości. Można wymienić chociażby takie grupy, jak mało znaną obecnie THE SUNDAYS. W niektórych momentach, w tych spokojnych chwilach, wokaliza Zofii Smith zbliża się barwą, nastrojem,  do głosu Harriet Wheeler z początku lat 90-tych. Zgrabna melodyka i chłodny blask gitar może przypominać dokonania formacji Slowdive. Amerykańska wokalistka wspominała w wywiadach, że koncerty Slowdive za każdym razem: "całkiem ją obezwładniają". Finałowe minuty "Close Your Eyes" czy dynamika partii "Mettle" mają w sobie epicki post-rockowy rozmach, kojarzony z płytami Sigur Ros lub Mogwai.



  "Muzyka mchu - to drobna rzecz, która odżywia swoje otoczenie i jest bardzo mocna i gęsta, ale jednocześnie puszysta i miękka. Myślę, że to naprawdę opisuje nasze brzmienie. Czasami słychać dźwięk miłości, i jest go dużo; czasami jest ciężki, a czasem jest w nim ta delikatność. Celem naszej muzyki jest stworzenie otoczenia, w którym człowiek może nakarmić swoją duszę" - Zofia Smith.


   Album "Swallowtail" udowadnia, że formacja SHE'S GREEN to nie jest kolejny zespół kopiujący bezmyślnie popularne trendy reklamowane na Tik-Toku. Zespół gra intymną, wielowymiarową muzykę, która niczym wspominany przez nich mech, powoli obrasta słuchacza, zostając z nim na dłużej niż tylko czas trwania tych nowych siedmiu kompozycji. 


(nota7.5/10)













 

  W ludzkiej pamięci są strefy, które z braku lepszego słowa można nazwać zapomnieniem. Choć w rzeczywistości często bywają jedynie pewnym zawieszeniem. Mgłą, w której rzeczy minione spokojnie czekają na swój powrotny ton. Pomyślałem o tym, kiedy po latach milczenia usłyszałem pierwsze takty płyty "WHERE THE FADES MEET" grupy BLUE STATES. Za nazwą ukrywa się ANDY DRAGAZIS. Człowiek, którego twarzy pewnie większość z nas w ogóle nie kojarzy (być może podobnie jak nazwiska). Natura jego rzemiosła, intymnego montowania dźwięków w odosobnieniu wiejskiej stodoły w Sussex, domaga się raczej niewidzialności niż blasku reflektorów. Otóż artysta ten powrócił, i w dniu wczorajszym opublikował nowy całkiem udany album.







 

  Nazwa "BLUE STATES", wybrana przed niemalże trzydziestoma laty, nie była, jak sądzili niektórzy deklaracją polityczną, ani geograficznym przypadkiem. Był to opis kondycji ludzkiej duszy. Ów stan, kiedy niebieska barwa staje się synonimem nostalgii, owego specyficznego, w tym przypadku angielskiego smutku, który nie rani, nie przytłacza, lecz osłania przed brutalnością świata. 


Od samego początku, czyli od debiutu "Nothing Changes Under The Sun" (2000), Andy Dragazis zajmował się archiwizacją nastrojów. Któż z nas - fanów muzyki alternatywnej - przechodząc przez opustoszałe ulice, nie miał czasem w głowie tych filmowych partii smyczkowych, które autor potrafił zamknąć w kilkuminutowych kompozycjach. Któż z nas - tropicieli intrygujących dźwięków - nie pamięta, jak jego mieniący się barwami największy przebój "Season Song" - utwór skradziony przez kino, i wtopiony w makabryczne, opustoszałe pejzaże Londynu, w filmie "28 dni później" (kolejna powtórka filmu dziś wieczorem na kanale AMC) w reżyserii Danny'ego Boyle'a - stał się potem hymnem samotności i końca świata. 


"Przez większość czasu pamiętam, że odkrywałem muzykę poprzez filmy, które oglądałem - tak to zwykle działało. Jednak w przypadku Blue States bieg zdarzeń został odwrócony" - powiedział Andy Dragazis. 








  

 Muzyka BLUE STATES miała w sobie tak silny pierwiastek narracyjny, że to obrazy filmowe same dopasowywały się do dźwięków, a nie odwrotnie. Ważnym, a często zapominanym elementem przeszłości grupy, jest moment tuż po wydaniu płyty "Man Mountain" (2002). Fani oczekiwali wtedy od nich kolejnego chilloutowego, kawiarnianego, indie-popowego albumu. Tymczasem Andy Dragazis postanowił całkowicie zmienić kurs. Na mojej ulubionej płycie "The Soundings" (2004), twórca porzucił elektronikę i zaprosił  do współpracy wokalistów rockowych. Był to akt artystycznej odwagi, który udowodnił, że muzyka formacji Blue States nigdy nie chciała być tylko "tłem do relaksu", ale pełnowymiarowym projektem autorskim, poszukującym melancholii w różnych gatunkach muzycznych. 









  Inspiracją do powstania najnowszego albumu "WHERE THE FADES MEET" stała się fascynacja Dragazisa trybem "Audio fades" - czyli stopniowym wyciszaniem dźwięku. "Spodobał mi się pomysł, żeby koncepcję "audio fades" przełożyć na ludzkie życie" - wyjaśnił brytyjski muzyk. 


Jak można wyczytać z notki prasowej, opublikowana wczoraj płyta bada motyw rozmaitych przejść między różnymi etapami życia, kruchości ludzkiej pamięci, ucieczki od rzeczywistości. Głównym spoiwem albumu stała się postać i głos STACEY DOWDESWELL. Kluczową osobą w jej zatrudnieniu była Tahita "Ty" Bulmer - dawna wokalistka Blue States, znana z płyty "Man Mountain" (2002). Kiedy po dwudziestu latach Andy Dragazis ponownie nawiązał z nią kontakt, ta nie tylko zgodziła się zaśpiewać, ale przedstawiła mu właśnie Stacey Dowdeswell. Wokalistka pomogła skompletować cały, sześcioosobowy zespół wokalny (chór), który stał się fundamentem nowego brzmienia.


 Muzycznie płyta "WHERE THE FADES MEET" stanowi odejście od samotnego programowania bitów, na rzecz żywego i grupowego grania. Sześcioosobowy chór nagrywał swoje partie zwykle za jednym podejściem. Brzmienie nawiązuje do bogactwa aranżacji z lat 70-tych. Kompozycje okraszone wokalizą przeplatają się z instrumentalnymi tematami. Znów pojawiają się klasyczne dla poczynań grupy "filmowe smyczki". Dragazis zaprosił do studia uznany The Elysian Quartet. 


Drobnym minusem tej propozycji jest w moim odczuciu fakt, że płyta zamyka się w jednej, bezpiecznej strefie komfortu. Andy Dragazis narzuca od samego początku średnie tempo i trzyma się go niemal bez przerwy przez wszystkie utwory. Brak mi punktu kulminacyjnego. Fragmentu, który przełamałby tę nieco schematyczną strukturę.  Najjaśniejszym punktem całego albumu jest chór. Mamy efekt swoistej "ściany wokalnej" oraz żywej obecności. Emocjonalną głębię zamiast słów. I mimo, że nieraz kompozycje zaczynają zlewać się ze sobą przez podobne tempo oraz aranżacje, słuchacz może być oczarowany pięknem wokalnej harmonii.   


(nota 7.5/10) 










sobota, 18 lipca 2026

KRONSTAD 23 - "DODEHAVET" (Batov Rec.) / MARIAM WALLENTIN & VESTNORSK JAZZENSEMBLE - "SPRING FLOOD" (Hubro) "WIZYTA W BERGEN"

 

     Kiedy po raz pierwszy usłyszałem wyborną kompozycję "STRATOSFAEREN" formacji  KRONSTAD 23, byłem oczarowany w sposób, w jaki człowiek bywa olśniony rzeczą, która od pierwszych sekund wydaje się być znajoma. Wszystko zaczęło się od tej obłędnej linii basu, świeżego powietrza sekcji rytmicznej, która zawładnęła przestrzenią z taką niesamowitą, szeroką panoramą stereo, jakby instrumenty nie wybrzmiewały z głośników, lecz znalazły się wokół mnie. Słuchając tego urokliwego wstępu od razu pomyślałem, że ten zespół musi pochodzić ze Skandynawii. Tylko tam potrafią tak połączyć dyscyplinę rytmu, z niezwykłą wręcz przestrzenią dźwięku. Kolejne potwierdzenie nieśmiałych przypuszczeń przyszło chwilę później. Kiedy w ten soczysty groove, wplotła się cudna gitara rozwijająca własną opowieść. A jej analogowe - jak później sprawdziłem - ciepłe tony rozlały się w powietrzu z pustynnym sznytem. Nie miałem żadnych wątpliwości. Szwecja albo Norwegia. Wygrała ta druga opcja, bowiem grupa KRONOSTAD 23, o której dziś będzie mowa, pochodzi z miasta Bergen. Posłuchajmy wspólnie tej przepięknej kompozycji!!! Przed Wami kapitalna rzecz!!  MISS TYGODNIA!!








  

  Zagłębiając się w szczegóły tej sesji nagraniowej, dowiedziałem się, że muzycy z KRONSTAD 23 zarejestrowali cały materiał w domowym studiu w Bergen. Cała sesja na taśmę magnetyczną przeszła przez 50-letnią analogową konsoletę mikserską. Słychać to w specyficznym ciepłym nasyceniu dźwięku,  którego nie da się podrobić żadną cyfrową wtyczką. W epoce, gdzie muzykę nałogowo czy odruchowo czyści się z wszelkich niedoskonałości, panowie pozwolili taśmie swobodnie oddychać. To również analogowe brzmienie buduje tę charakterystyczną nostalgię. Szeroka panorama stereo urzeka od pierwszych sekund. To efekt klasycznego rzadko obecnie stosowanego rozstawienia mikrofonów nad zestawem perkusyjnym. Daje to słuchaczowi wrażenie, że siedzi tuż przed instrumentem. Kiedy wchodzą perkusyjne dodatki, ich fizyczne przesunięcia się w kanałach nie jest komputerowym efektem, lecz wynika z umiejscowienia i żywego ruchu muzyka w przestrzeni studia. 


Nazwa grupy KRONSTAD 23 nawiązuje do dzielnicy Bergen, gdzie muzycy zawiązali skład i rozpoczęli wspólne sesje nagraniowe jesienią 2023 roku. Debiutancki album zatytułowany "Jobber Overtid" (2023) zawierał wyraźne inspiracje ethio-jazzem czy afrobeatem - trochę w stylu znanego również z tego bloga Mulate Astatke, choć bez takich chwytliwych tematów. Druga płyta "SOMMERMOKET" (2025), wydana nakładem prestiżowej oficyny El Paraiso Records, przyniosła wraz z sobą zwrot w stronę nieco bardziej rozbudowanej progresywnej opowieści. W tym układzie najnowsze wydawnictwo, opublikowane pod koniec maja tego roku, wydaje się być tym zdecydowanie najlepszym. 





  Tym razem zespół chciał wzbogacić brzmienie. Nic dziwnego, że jego członkowie wybrali saksofon, zaprosili do studiu dwóch gości - Inge Weatherhead Breisteina oraz Havora Skaugena. Wykorzystano także sitar - tradycyjny indyjski instrument strunowy, na którym swoich sił spróbował gitarzysta Alexander Tosdal Tveit. Możemy go usłyszeć nieco bardziej w świetnym "Myrra" czy "Svalgang". Co ciekawe, im mniej prostych  nawiązań do estetyki afrobeatu - od którego formacja rozpoczynała swoją muzyczna przygodę - tym, w moim odczuciu, lepiej dla poczynań norweskich artystów.


To, co ostatecznie decyduje o sile albumu "DODEHAVET", to jego wielowarstwowa architektura. KRONSTAD 23 stworzyli płytę, która wciąga słuchacza bez reszty, ponieważ dla muzyków z Bergen nie istnieje pojęcie nudy podczas prób, czy sesji nagraniowych. Panowie dobrze czują się w swoim towarzystwie, dzięki czemu ich najnowsza propozycja tętni życiem na kilku poziomach różnorodności. Zespół z dużą swobodą balansuje między muzycznymi światami. Nie traci przy tym własnej tożsamości. Z jednej strony mamy norweską melancholię, z drugiej psychodeliczne ragi, gdzie sitar narzuca orientalny motyw. W jeszcze innym momencie panowie zbliżają się do klasyki tematów filmowych. Nie trzymają się jednej bezpiecznej formuły. Żonglują motywami z odwagą, której nieraz brakuje wielu współczesnym składom jazzowym. A przecież nie grają jazzu. 


Kolejny poziom wspomnianej wcześniej  różnorodności kryje się w samym wykonaniu. Artyści doskonale wiedzą, kiedy należy grać z dyscypliną, pozwalając sekcji rytmicznej na budowanie hipnotycznego transu. A kiedy można nieco odpuścić i wejść w fazę swobodnej jazzowej improwizacji. Raz usłyszymy surowy rockowy kwartet, żeby po chwili ulec wrażeniu, że obcujemy z subtelną orkiestrą. Tytuł wydawnictwa "DODEHAVET" oznacza w języku norweskim "Morze martwe". Z jednej strony odnosi się do bezruchu i głębi. Z drugiej akcentuje strefę, gdzie czas płynie inaczej, odmierzany analogowymi taktami. 


DODEHAVET" to płyta, która wymyka się prostym klasyfikacjom. KRONSTAD 23 udowodnili, że potrafią przekuć skandynawską nostalgię na uniwersalny język muzyczny. Świadomie zrezygnowali z cyfrowego pudru i zdecydowali się na analogową rejestrację na żywo. W ten sposób stworzyli dzieło o ciekawej fakturze i głębi. Ta płyta nie pozwala na powierzchowny odsłuch. Każda minuta obcowania z tym materiałem odsłania kolejne warstwy: od hipnotyzującego basu, przez orientalne ornamenty sitar, aż po noir-jazzowe opowieści saksofonu. Serdecznie polecam.

  

(nota 8/10)

 



 



 

 Podobno czas zawsze płynie w tym samym tempie. Jednak każdy, kto choć raz pozwolił sobie na luksus spokojnego kontemplowania nurtu rzeki, wie doskonale, że bywa względny. Kiedy wokalistka MARIAM WALLENTIN siedziała nad brzegiem Renu w Bazylei, zapisując w notesie kolejne zdania, które miały stać się zalążkiem albumu "SPRING FLOOD", nie przypuszczała, jak kapryśna okaże się pamięć owej wody. Dwa tygodnie później, w dusznym wnętrzu studia w BERGEN, te same intymne zapiski, zostały zinterpretowane przez swobodną improwizację norweskiego VESTNORSK JAZZENSEMBLE, zamieniając się w pulsujące oddechy muzycznych fal. Słuchając tego krążka, nie sposób opędzić się od natrętnej myśli, że muzyka jest jedynie próbą uchwycenia tego, co i tak nieuchronnie umyka. Próbą tym bardziej rozpaczliwą, że podjętą i ukończoną w zaledwie 48 godzin.


 Bergen to drugie co do wielkości miasto Norwegii. Znane jako "Brama do fiordów". To miasto siedmiu wzgórz. Światowa stolica deszczu - pada tam podobno przez 240 dni w roku. To ojczyzna Edwarda Griega i ciekawej architektury sakralnej. A przy okazji siedziba co najmniej dwóch bardzo interesujących grup muzycznych, które dzisiaj stały się głównymi bohaterami tego wpisu. 


Mariam Karolina Riahi Wallentin przyszła na świat w Orebro, w lipcu 1982 roku. Studiowała w Akademii Muzycznej i Teatralnej w Goteborgu. Poznałem jej talent, kiedy wraz z mężem, perkusistą Andreasem Werlinem, stworzyła duet Wildbirds & Pacedrums (polubiłem jej barwę głosu). Jeszcze później przewinęła się przez skład potężnej Fire! Orchestra. Sukcesywnie rozwijała także prywatny projekt Mariam The Believer (pojawiała się w tym wcieleniu na łamach tego bloga). W istocie cała ta najnowsza dźwiękowa odwilż wydawnictwa "SPRING FLOOD" staje się nieco lepiej zrozumiała, kiedy oddamy głos artystce. 


"Wiosna niesie w sobie tak wiele tęsknoty i zmiany. Po okresie bezruchu wszystko zaczyna topnieć i znów się poruszać. Coraz szybciej i szybciej, wszystko nabiera rozpędu, emocje i pożądanie...".









 
  Przejście od chłodu do gorączki nie jest na płycie "Spring Flood" zbytnio rozłożone w czasie. Dokonuje się na naszych oczach, w gwałtownych podmuchach sekcji rytmicznej, jak gdyby muzycy pod batutą Kjetila Mostera doskonale wiedzieli, że na ocalenie tych zapisków autorki przed ponownym zamarznięciem ( w końcu miasto leży w Norwegii), mają jedynie umykające sekundy. Oczywiście najwięcej pochwał muszą zebrać najdłuższe kompozycje. Najbardziej rozbudowane, o zmiennych przebiegach, nastrojach i dużej swobodzie wykonania.


 Warto jednak wspomnieć o trzech najkrótszych utworach, które czasem trwania oscylują w okolicach dwóch minut. Te odsłony mogą wywoływać u słuchacza poczucie dojmującego braku. Jakbyśmy zostali wrzuceni w środek zapisków, które urywają się bez klasycznej pointy. Ten brak może być celowym zabiegiem. Te miniatury mogą działać jak powidoki. Rozbłyski pamięci. Nagłe, urwane spojrzenia rzucane przez okno mknącego pociągu, być może w stronę przepływającej w dole rzeki. Z drugiej strony, te krótkie szkice czy impresje stanowią oddech dla orkiestry. Bywają czymś w rodzaju kontrapunktu dla potężnej ściany dźwięku, jaką potrafi wygenerować Vestnorsk  Jazzensemble. 


Z jeszcze innej strony może być to świadectwo pośpiechu. Przypominają o zaledwie 48 godzinach spędzonych w studiu. To muzyka chwytana w locie. Bez czasu na korekty, upiększenia czy dopisywania zbędnych zakończeń. Muzycy z Bergen nie próbowali okiełznać rzeki, tylko długimi fragmentami dali się jej ponieść. Ps. Zatańczmy wspólnie z Mariam Wallentin przy tej wspaniałej kompozycji.

 (nota 7.5/10)



 

 

  



sobota, 11 lipca 2026

NIGHTTIME - "LOOKING GLASS" / AKUSMI - "TERRA INCOGNITA" "MAPA I TERYTORIUM"

 

   NIGHTTIME przyzwyczaili oddanych fanów do intymnego i kameralnego obcowania z muzyką. Pod tą nazwą ukrywa się amerykańska wokalistka i multiinstrumentalistka - EVA LOUISE GOODMAN. Artystka znana z występów w formacji MUTUAL BENEFIT (wielokrotnie pojawiali się na łamach tego bloga). Przez lata funkcjonowania na muzycznej scenie stworzyła swoją oniryczną niszę, gdzieś na pograniczu indie-folku, gotyku, dream-popu oraz psychodelii. Do tej pory działała głównie w pojedynkę lub w bardzo skromnych składach. Jej najnowsze dzieło, wydana wczoraj płyta zatytułowana "Looking Glass", to zupełnie nowe otwarcie i ogromny rozmach aranżacyjny w stosunku do tego, co na jej albumach działo się wcześniej. Oto skromny solowy pomysł zamienił się w imponujące wspólne przedsięwzięcie - w procesie nagraniowym przez studio przewinęło się blisko dwudziestu muzyków. Goodman potrafiła utkać z tego prawdziwą sieć, spojoną brzmieniem trąbki, harfy oraz gitar.








  Nowy, wydany wczoraj album nosi tytuł "Looking Glass" (Lustro/zwierciadło). Przeglądamy się w nim również wtedy, kiedy wszystko wokół pęka. A taka sytuacja dotknęła artystkę, podczas tworzenia kompozycji. Eva Louise Goodman wspomina w wywiadzie o wielkiej zmianie. O pewnym czasie w jej życiu, który uległ rozmyciu. Wreszcie o próbie zrozumienia tego, co bezpowrotnie minęło. Amerykańska wokalistka w studiu nagraniowym nie była sama. Towarzyszył jej między innymi Sam Evian oraz niemal dwudziestu innych artystów (reprezentowali oni taki zespoły jak: Pearl And The Oyster Marina Allen, Weyes Blood, Aldous Harding). Jednak to Sam Evian i D. James Goodwin stali się jej przewodnikami po świecie dźwięków. Wspólnie zamienili senny indie-folk w  coś znacznie głębszego. Wprowadzili vintege'owe brzmienie Fender Rhodes. Dodali ciepłe pastele fletu, barwy trąbki czy saksofonu...


 To już nie jest beztroskie lo-fi kojarzone z debiutanckim krążkiem Goodman zatytułowanym "Hand In The Dark" (2018), czy spontaniczny trans z "Keeper Is The Heart" (2023). Album "Looking Glass", to śmiały krok w stronę dojrzałej psychodelii, która może kojarzyć z tą, która tak pięknie dominowała na przełomie lat 60/70-tych. 











Pamięć bywa zawodna. To prawda. Jednak dźwięki pozostają z nami na dłużej. Utwór po utworze zanurzamy się więc głębiej w hipnotyczną przestrzeń. Każda z tych dziesięciu odsłon to osobny rozdział tej samej zagubionej historii. Wszystko zaczyna się od wstępu - "Blue drink". Tempo jest całkiem żwawe jak na możliwości Goodman i jej wesołej załogi. Ale melodia snuje się leniwie niczym gęsty dym w pustym pokoju. Potem nadchodzi znany z singla świetny "Snake Eyes" - gdzie rytm staje się niemal rytualny. Brzmienie gitar nawiązuje do tradycyjnego amerykańskiego folku, ale tonie w psychodelicznej mgle. Głos wokalistki brzmi niczym zaklęcia rzucone w stronę przeszłości. 


Kolejne kompozycje, takie jak: "Initiation Rites" oraz "Wounded Healer" - budują napięcie. Tytuły nie są przypadkowymi oznaczeniami. Pierwsze cztery kompozycje łączą wspólne symbole: rzeka/woda, czas oraz światło walczące z ciemnością. Autorka tekstów sugeruje, że człowiek musi stracić kontrolę - "utonąć" lub "upaść" - żeby połączyć się z czymś większym. Dodaje, że ludzkie życie potrafi zmienić się w ułamku sekundy. Często za sprawą przypadku lub pod wpływem nagłego impulsu. Jej zdaniem wiedza nie zawsze nas wyzwala, nieraz paraliżuje lub niszczy. W drugiej części płyty urzeka "Mother of Invention". W kolejnych odsłonach albumu do głosu dochodzi coraz więcej instrumentów. Nie ma tutaj symfonicznej przesady. Goodman i jej grupa wyraża się przez mikro detale, drobne elementy, które przy pobieżnym przesłuchaniu bardzo łatwo pominąć. Finał należy do tytułowego i znanego z singla "Looking Glass". To podkreślenie przebytej drogi i transformacji - bo każda droga czegoś uczy, kształtuje. To ostatnie spojrzenie w lustro, zanim obraz całkowicie się rozmyje, gdzieś na skraju innej mgły. 


Warto wymienić przynajmniej niektóre nazwiska artystów, którzy przewinęli się przez studio, bo nie wszystkie instrumenty można tak łatwo wychwycić. Rick Spataro - gitara basowa. Roy Montgomery - nowozelandzki gitarzysta. Rubin Hohlbein - odpowiadał za aranżację instrumentów dętych. Gabriel Birnbau - saksofon. Noah Klein - flecistka. Aaron Hodges - fortepian. Kristin Drymala - wiolonczelistka, współpracowała z Goodman przy okazji grupy Mutual Benefit. Wszyscy ci artyści dołożyli swoją skromną cegiełkę do tej barwnej mozaiki. Udało się im ocalić intymność ukrytą w tekstach Goodman. Jednocześnie nadali mglisty psychodeliczny wymiar. Ten album to pieczątka producenta. Przy okazji również dowód na to, że samotność czasem potrzebuje drugiego człowieka. 


Lustro pękło. Zostaliśmy po drugiej stronie. Pozostaje tylko raz jeszcze wcisnąć przycisk "Play". Przeszłość ma to do siebie, że lubi powracać. 


(nota 7.5/10)
















   MAPA to nie terytorium. Takie banalne stwierdzenie nabiera obecnie - w czasach, gdy satelity, nie tylko szpiegowskie, z milimetrową precyzją odarły nasza planetę z jakiejkolwiek tajemnicy - posmaku bolesnej straty. Wydaje się, że niemal wszystko zostało nazwane, skatalogowane i poddane bezlitosnej archiwizacji. Gdzie więc szukać tajemnicy? Niespodzianek? Tego, co nieraz ujawnia się w szczelinach istnienia? Pewną odpowiedź na te pytania i wątpliwości przynosi album "TERRA INCOGNITA" - PASCALA BIDEAU - który ukrywa się pod pseudonimem AKUSMI. Autor sugeruje, że jedyne lądy, które nie zostały jeszcze oznaczone ludzką flaga, rozciągają się w nas samych. W kruchych pęknięciach między pamięcią a wyobraźnią. 


BIDEAU - francuski muzyk, producent, przy okazji uwięzienia w ciasnej architekturze Londynu, tym razem porzucił matematyczny chłód i precyzyjne skale na rzecz czegoś znacznie bardziej nieuchwytnego. "TERRA INCOGNITA" zawiera brzmienia, gdzie mglisty Londyn spotyka się z duchami Afryki i przestrzenią spiritual jazzu. Najnowsza propozycja francuskiego twórcy to próba zapisu stanu umysłu kogoś, kto uprzytomnił sobie, że najtrudniejszą granicą do przekroczenia jest ta, którą sami wytyczamy wokół własnych przyzwyczajeń. 








Żeby ta dźwiękowa wyprawa mogła opuścić bezpieczny brytyjski port, PASCAL BIDEAU musiał dobrać odpowiednią załogę. Przez domowe studio nagraniowe "NONANG STUDIO" przewinęło się sporo gości. Wśród nich znalazł się Sarathy Korwar (perkusja, tabla) - indyjski wirtuoz, który w płynne struktury albumu wniósł element upływającego czasu. Dudu Kouta (afrykańskie flety, ngoni, wokaliza) - członek legendarnego Art Ensemble Of Chicago. Artysta przyniósł do studia zapach rozgrzanej ziemi, kurzu, magicznych rytuałów. I nadał całości wymiar duchowego misterium. Daniel Brandt (elektronika, perkusja) - współtwórca znanego czytelnikom tego bloga niemieckiego projektu Brandt-Brauer-Frick, który czuwał nad technicznym szkieletem tej opowieści. Swoją postawą przypomniał, że choć podróżujemy przez dziką "Terra Incognita", to wciąż robimy to z pozycji współczesnego przedstawiciela miejskiej dżungli. Wśród gości znajdziemy także polski akcent. Harfistka - Marysia Osu (również pojawiała się na łamach bloga), która operuje na tym materiale kruchymi plamami. Dźwięki jej instrumentu są jak promienie słońca przedzierające się przez gęste korony drzew. 



Zdaję sobie sprawę, że wszelkie próby uwięzienia tej muzyki w sztywnych ramach recenzji, skazane są na niepowodzenie. Z tego samego powodu , dla którego MAPA nigdy nie stanie się TERYTORIUM. Mapa to jedynie geometryczna siatka linii, współrzędnych i granic. Stworzona przez kogoś, kto próbuje kontrolować świat. Oferuje nam złudne poczucie bezpieczeństwa, podczas gdy prawdziwe terytorium pozostaje niewzruszone - pachnie wilgotną ziemią, pulsuje nieprzewidywalnym rytmem i kompletnie nie dba o nasze dobre samopoczucie oraz nazwy, które mu nadaliśmy. 


"TERRA INCOGNITA" Pascala Bideau to kolejny dowód na to, że w sztuce najciekawsze rzeczy dzieją się właśnie wtedy, gdy na moment zgubimy drogę i odrzucimy kompas. Żeby naprawdę czegoś doświadczyć musimy pozwolić sobie na zagubienie - trzeba odłożyć mapy, zamknąć oczy i po po prostu zacząć słuchać, jak ziemia pod naszymi stopami rodzi się na nowo krok po kroku. 

(nota 8/10)


 


sobota, 4 lipca 2026

ATSUKO CHIBA - "ATSUKO CHIBA" (Mothland Rec.) "Trzy w jednym"

 

   Kolejną muzyczną podróż - a nawet, zgodnie z tytułem dzisiejszego wpisu, trzy wyprawy  - rozpoczniemy od spotkania z wciąż mało znanym kanadyjskim zespołem ATSUKO CHIBA. To kwintet z Montrealu, który w swojej twórczości próbuje połączyć krautrock, post-rock i psychodelię. Panowie nazwę dla grupy zaczerpnęli wprost z japońskiej popkultury. Inspiracją była dla nich postać dr. Atsuko Chiby, głównej bohaterki kultowego (ponoć, gdyż w tym delikatnym temacie jestem kompletnym ignorantem) filmu anime "Papirka" (2006). W tym filmie bohaterka wchodzi w sny swoich pacjentów. Według zamierzeń kanadyjskich artystów podobnie ma działać muzyka formacji Atsuko Chiba.






  


Na kolejnych wydawnictwach Kanadyjczycy udowadniają, że rock alternatywny nie musi trzymać się sztywnych ram, a najlepsze opowieści - jak nieraz to podkreślałem - często powstają na pograniczu jawy oraz snu. Swoją przygodę muzyczną panowie rozpoczynali od kanciastych brył w stylu matematycznego rocka, przypominając niektórym dokonania The Mars Volta. Na początku kanadyjska brygada brzmiała niczym wyraźnie czymś odurzeni architekci dźwiękowego chaosu. Ten moment w ich dyskografii uosabia płyta "Trace" (2019). W rolach głównych wystąpił tam przesterowany bas, mocne gitary, ciągłe zmiany tempa, który nie dawały wytchnienia. Trzeba przyznać, że to dość radykalny materiał jak na kroki nowicjuszy. 


Kolejny album "Water, It Feels Like It's Growing" (2023) przyniósł zwrot akcji. Zgodnie z tytułowym motywem wody, sztywne formy konstrukcji zaczęły topnieć i rozlewać się w różnych kierunkach. Zespół wpuścił do studia - "Room11" - nieco świeżego powietrza, wzbogacił brzmienie o filmowy rozmach sekcji dętej oraz wykorzystał melancholie kwartetu smyczkowego. W ten sposób psychodelia zyskała nowy orkiestralny wymiar, a dawna agresja ustąpiła miejsca hipnotycznej płynności.







  Ostania próba zrzucenia masek nastąpiła na niedawno wydanym albumie zatytułowanym "ATSUKO CHIBA". Płyta zawiera tylko sześć utworów i trwa trzydzieści dwie minuty. To niewiele jak na standardy zespołu, który przyzwyczaił nas do rozbudowanych form. Grupa zrezygnowała z ciasnej i typowej produkcji. Ponownie zamknęła się w domowym studiu "Room11", samodzielnie rejestrując i miksując cały materiał. 


Brzmieniowo płyta zanurza się w sennym półmroku. Dawny matematyczny rock ustąpił miejsca hipnotycznemu pulsowi, zwolnionemu tempu, zmysłowym liniom basu i ciepłu analogowych syntezatorów. Nad wszystkim unosi się mgiełka trip-hopu i chmaber-popu. Niektóre porównania dobrze zorientowanych krytyków wskazywały na podobieństwo do twórczości Portishead pomieszane z minimalizmem formacji The Smile. Moją uwagę podczas pierwszego przesłuchania od razu przykuł świetny fragment "TORN", niosący ze sobą specyficzną dramaturgię oraz niepokój. Tekst, według zamierzeń autorów, miał przedstawiać postać chłopaka, który stoi na krawędzi klifu. Bohater jest w stanie "rozpadu tożsamości".


 Największe zaskoczenie czeka jednak na końcu płyty. Dziewięciominutowa kompozycja "Locked And Array" rozpoczyna się od leniwych akordów gitary akustycznej, żeby z upływem czasu przeobrazić się w transowy marsz żałobny. Słowo "żałoba" jest tu zresztą kluczowe. Album powstawał w cieniu tragedii - prywatnej straty - śmierci przyjaciela zespołu. Najnowsza płyta Kanadyjczyków zawiera rzadki rodzaj estetycznego wyzwolenia od dawnych formalnych ograniczeń. Przy okazji jest to także manifest dojrzałości. I dowód na to, że prawdziwa artystyczna ewolucja nie musi zawsze polegać na ciągłym dodawaniu nowych elementów, ale na niekiedy bolesnej sztuce rezygnacji. 


(nota 7.5-8/10)









  Wszyscy wiemy, że muzyka, szczególnie ta dobra, ma niezwykłą zdolność przenoszenia nas w czasie. Nieraz robi to zupełnie bezwiednie i z taką swobodą, jak najnowsze dzieło BORISA MAURUSSANE (który pojawił się już na łamach tego bloga). Opublikowana pod koniec czerwca płyta "TEARS OF ENGLISH TOWN" to album, który brzmi jak longplay odnaleziony po latach na zakurzonym strychu, a wydany gdzieś na przełomie lat 60/70-tych. Wprawdzie MAURUSSANE tworzy we Francji, ale jego muzyka bije w rytmie dawnej wyspiarskiej melancholii, nawiązującej do tradycji brytyjskiego barokowego popu. 



Boris Maurussane debiutował w 2022 roku wydawnictwem zatytułowanym "Social Kaleidoscope", gdzie samodzielnie budował każdy akord. Wcześniej terminował w drobnych niezależnych projektach, jak Domotic Band czy Morricone Pop Ensemble. Przy okazji krążka "Tears Of English Twon" szeroko otworzył drzwi prowadzące do swojego studia i zaprosił do wnętrza gości, między innymi Stephana La Porte'a czy Emmanuela Mario, który niegdyś pomagał Leatiti Sadier. Najnowszy album ostentacyjnie odwraca się plecami do modnych współczesnych brzmień. Przenosi nas w krainę barokowego popu, gdzie drogowskazem staje się również ważny dla francuskiego twórcy Robert Wyatt, grupa The High Liamas, Broadcast i przede wszystkim Stereolab. Pokrewieństwa z tą ostatnią formacją mogę być kluczowe do odczytania całej płyty. 








Z jednej strony album zachwyca bogactwem faktur - cóż za przepych! Studio nagraniowe pękało w szwach od instrumentów: flety, oboje, waltornie, gitary, instrumenty smyczkowe, perkusyjne, itd. Warstwa liryczna dotyka różnych wątków  - od kryzysu klimatycznego, przez radykalizm religijny ("Christians From The Lake"), aż po izolację człowieka. 


Z drugiej strony ta barokowa swoboda została w moim odczuciu tu i ówdzie zbyt mocno uwięziona w zaskakująco sztywnych ramach formy. Głównym zarzutem z mojej strony są powtarzalne i łudząco do siebie podobne podziały rytmiczne. Poszczególne utwory płyną w niemalże identycznych tempach - wolno/szybko. A kompozycje rozwijają się według powtarzalnych, przewidywalnych linii. Wokale, podbite nostalgią, bywają czasem płaskie i jednostajne. Momentalnie kompozycje robią się zbyt instrumentalne albo nazbyt filmowe, w dodatku wycięte z jednego szablonu. Brak tu zmian, ciekawych zwrotów akcji, co z upływem czasu może - choć nie musi - wywoływać drobne znudzenie. 


Oczywiście, ktoś przychylnie nastawiony do tego materiału, może nazwać poczynania Francuza artystyczną konsekwencją. Podobnie jak w krautrocku, te powtarzalne przebiegi rytmiczne mogą funkcjonować jak mantry. Troszkę szkoda, że Boris Maurussane obawiał się choć na chwilę zboczyć ze starannie wytyczonego szlaku, że nie podjął ryzyka, żeby zerwać z przyzwyczajeniami. Kto wie, może następnym razem.   


(nota 7/10)

 








    

    Debiutancki album "ROLE MODEL HERMIT" brytyjskiego tria MARY IN THE JUNKYARD miał zaskakującą dobrą prasę, zanim w pełni pojawił się na rynku. Wszystko przez legendę, którą były owiane ich udane koncerty w Brixton Windmill. Jednak studyjne zderzenie z rzeczywistością brutalnie weryfikuje ten ulotny "hype", obnażając niektóre grzechy młodości. Zamiast spójnego arcydzieła, jak chcieliby niektórzy entuzjastycznie usposobieni krytycy, zespół serwuje nam płytę dość nierówną. Obok świetnych momentów, gdzie rockowy brud splata się z łagodnością klasycznej altówki, są fragmenty gdzie muzyka grzęźnie w monotonii sennych ballad -  i nie mam tu na myśli wyjątkowo udanego otwarcia tego wydawnictwa. To płyta pełna skrajność - może tak miało być - która potrafi zachwycić, żeby za chwilę uśpić słuchacza pretensjonalnym, rozciągniętym do granic możliwości przewidywalnym folkiem. 


Stali Czytelnicy tego bloga powinni znać zapowiedź albumu, zaprezentowaną w postaci udanego singla jakiś czas temu w strefie "Dodatki". Przyznam szczerze, że wtedy nie miałem pojęcia, czego dokładnie powinienem się spodziewać po brytyjskich debiutantach. Teraz już wiem, że najbardziej podobają mi się momenty, kiedy koncept grupy - o ile taki był - znajduje potwierdzenie w zderzeniu rockowej energii z klasyczną elegancją. Fundamentem wielu kompozycji jest sekcja rytmiczna. To bas i perkusja sprawiają, że szybsze utwory nie są tylko chaotycznym hałasem. W kontekście zdrowego krytycyzmu, głos Clari Freeman -Taylor to element, który pewnie podzieli słuchaczy. Z jednej strony nieźle przekazuje emocje. Z drugiej jednak, w niektórych  fragmentach, obnaża techniczne niedoskonałości czy manieryzmy wokalistki. Ta ostatnia czasem zbyt mocno ucieka w specyficzne przeciąganie samogłosek. W wolniejszych odsłonach brzmi to nieraz sztucznie.


 "ROLE MODEL HERMIT" to album, który pozostawia pewną - mam wrażenie, że rosnącą - strefę niedosytu. Kiedy zespół stawia na energie - jak w moim ulubionym "Blood", brzmią jak przyszłość brytyjskiej sceny niezależnej. Kiedy jednak uciekają w senne ballady, ich debiut stają się mocno niewyraźny.   


(nota 7-7.5/10)