Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ben Howard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ben Howard. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 października 2024

NICE BISCUIT - "SOS" (Bad Vibrations/Fuzz Club) "Smaczny biszkopt"

 

      Przy niejednej okazji wspominałem, że psychodeliczne granie posiada niejedno imię. Fakty są takie, że znacznie częściej w tym nurcie można spotkać artystów, którzy preferują nieco głębsze zanurzenie w odmętach niepokornych dźwięków. Gdzieś w tyle zwykle przewijają się nawiązania do kultury "Dzieci Kwiatów", obecne w tekstach, strojach, sposobie bycia, do tego wspomnienia lat 60-tych lub przełomu 60/70 oraz last but not least środki psychoaktywne kojarzone z tą estetyką.  Odrobinę rzadziej spotyka się przedstawicieli tego w gruncie rzeczy pojemnego nurtu, którzy skupili się na tej jaśniejszej stronie psychodelicznej mocy, łącząc drobne gitarowe jamy z barwną fakturą muzyki popularnej. W takich wypadkach większą rolę odgrywa oniryczna melodyka niż gwałtowne podmuchy wypływające szerokim strumieniem z grzejących się gitarowych wzmacniaczy. Zdaje się, że w tej słonecznej odmianie wspomnianego wcześniej nurtu prym wciąż wiedzie Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych Ameryki Płn., choć i dręczona upałami Australia stara się nie pozostawać zbyt daleko w tyle.



Zespół Nice Biscuit to kwintet, który pochodzi z Brisbane. Debiutowali w 2018 roku albumem "Digital Mountain", a później, bo na szczęście na tym nie poprzestali, wydali dwie epki. Pierwszy tydzień października przyniósł nowe, drugie i ważne w dorobku grupy wydawnictwo zatytułowane "SOS". Krążek zawiera spójny przemyślany materiał, który krytycy pewnie wsuną do szuflady z etykietą "psycho-pop". Jednak nie o etykiety tutaj chodzi, tylko o muzykę. A ta długimi fragmentami brzmi bardzo dobrze, o co mocno postarał się miksujący całość Jim Rindfleish (zespół Midlife), czuwający za suwakami konsolety Swan Pond Studios w Queensland.

 W tym przypadku proces rejestracji nagrań wyglądał tak, że trójka instrumentalistów: Kurt Mevlin, Nick Cavendish, Jess Ferronato, stworzyła zgrabne podwaliny, coś w rodzaju instrumentalnej ścieżki , którą później wypełniły głosem oraz tekstem dwie wokalistki: Billie Star i Grace Cuell. To ciekawy zabieg, żeby tu i ówdzie podwoić wokalizy, wpuścić przy okazji nieco mglistego światła, poprzez wykorzystanie harmonijnie zestrojonych głosów. Faktura poszczególnych odsłon również bywa urzekająca - syntezatory, gitary, sekcja rytmiczna, elektroniczne drobiazgi - wszystko to solidnie zapracowało na udany końcowy efekt.



"Czasem czujemy się pełni nadziei i wdzięczni, czasem smutni i przygnębieni, czasem pełni żalu i źli na system, czasem czujemy, że miłość może rozwiązać wszystko" - oświadczyły w rozmowie z dziennikarzem wokalistki grupy Nice Biscuit. 

Powiadają, że dobre otwarcie płyty jest jak zaproszenie, żeby posłuchać jej dalszego ciągu. Wydaje się, że członkowie australijskiego kwintetu mieli to w pamięci, umieszczając na samym początku utwór "The Star", który może przypominać jasne momenty z dawnej twórczości Stereolab. W kolejnych odsłonach albumu "SOS" słychać wyraźnie, że w muzyce Nice Biscuit jest sporo zwykłej radości grania, mnóstwo barw i migoczących refleksów. Warto podkreślić, że na etapie produkcji z niczym nie przesadzono. Znakomicie brzmi tytułowy "SOS", przywołujący ducha epoki "Flower Power". "Rain" zbudowano w oparciu o krautrockowy rytm i nieco mocniejsze gitarowe akcenty. Całkiem wyraźnie widać i czuć, że zespół lepiej odnajduje się w przestrzeni kreowanej przez żywe rytmy niż w toczących się leniwie sentymentalnych szlagierach.

(nota7.5-8/10)

  

 


Pozostaniemy w Australii, zespół Smoke Bellow, którego poprzednią płytę recenzowałem na łamach bloga, wczoraj opublikował nowe wydawnictwo zatytułowane "Structurally Sound". Oto mój ulubiony fragemnt.



Cóż, że ze Szwecji, czyli przedstawiciele skandynawskiej psychodelii, grupa Goat, oraz fragment wczoraj wydanej płyty zatytułowanej "Goat".



Znane już jest mniej więcej 70 procent zawartości najnowszej płyty The Cure (premiera w listopadzie), wygląda na to, że będzie to stonowane wydawnictwo. Robert Smith ma już swoje lata, nie będzie szalał z tempem. Właśnie pokazał się kolejny jeszcze ciepły singiel promujący najnowszy album.



Mocno nawiązuje do dawnych dokonań grupy The Cure wydana wczoraj płyta holenderskiej grupy Docile Bodies - "Light Will Come Our Way". Prezentowałem już dwa single z tego wydawnictwa, pora na kolejny.



Bardzo przyzwoicie brzmi wczoraj wydana płyta "Transparent Eyeball" brytyjskiej wokalistki, prezentowanej już niegdyś, Leili Moss. Mój ulubiony fragment? Chyba ten.



Przepiękną kompozycję można odnaleźć na wydanym niedawno albumie nowojorskiej grupy Adeline Hotel - "Whodunnit". Oto to CUDO. Lubię to powietrze pomiędzy dźwiękami, tak rzadko spotykane w twórczości naszych krajowych artystów.



Warto mieć coś francuskiego pod ręką, w tym tygodniu wybór padł na Christophera Blancheta, który ukrywa się pod pseudonimem Fosse. Niedawno pojawił się jego najnowszy singiel.



Przed Wami "KOMPOZYCJA TYGODNIA". Tym razem szczęście dopisało Benowi Howardowi, który kilkanaście dni temu opublikował nowy singiel "How Are You Feeling?".



W kąciku improwizowanym amerykański saksofonista Immanuel Wilkins oraz jego znajomi, czyli fragment wydanej wczoraj płyty "Blues Blood".



Na koniec zajrzymy do wydawnictwa "Panorama" - Various Artists, które obejmuje jedenaście kompozycji wykorzystanych jako fragmenty ścieżek dźwiękowych, we francuskich filmach z okresu 1969-1980. Był taki okres.






sobota, 3 czerwca 2023

LANTERNS ON THE LAKE - "VERSIONS Of US" (Bella Union) "W poszukiwaniu energii"

 

     Roland Garros... - ach... Już samo logo przyprószone delikatnie rdzawym pyłem robi na mnie wrażenie, wywołuje przyjemne mrowienie na plecach. Od najmłodszych lat oglądam rozgrywki na malowniczo położonych kortach w szesnastej dzielnicy Paryża, przy 2 Avenue Gordona Bennetta. Ten obiekt, w którego skład wchodzą między innymi trzy główne areny - Court Philippe Chartier, Court Suzanne Lenglen i Court Simone Mathieu, ma w sobie jakąś magię, zarówno o rześkim poranku, jak i w gasnącym powoli miodowym świetle majowego wieczoru. Boiska wyłożone specyficzną, jedyną  w swoim rodzaju, mączką były świadkami wielkich i niespodziewanych triumfów, a także zaskakujących upadków gwiazd tenisa oraz nietypowych zdarzeń, jak chociażby to podczas pamiętnego finału Martin Verkerk - Juan Carlos Ferrero, kiedy to nagi mężczyzna wbiegł na arenę i przebywał tam przez jakiś czas ku uciesze gawiedzi i zdziwieniu nieco ospałych tej niedzieli pracowników ochrony albo ubiegłoroczny wypadek, gdy aktywistka przykuła się do siatki dzielącej kort, a służby porządkowe miały wielki problem, żeby ją stamtąd usunąć. 
Tym bardziej przykro dziś patrzeć, kiedy trybuny na meczach pań świecą pustkami. Ten smutny trend utrzymuje się od dłuższego czasu, powstało coś na kształt anty mody - na mecze kobiet po prostu się nie chodzi, czego wymownym potwierdzeniem były finały elity WTA, rozgrywane nie tak dawno w Fort Collins. Przeciętny kibic tenisa nie wie, jak wygląda obecnie pierwsza dziesiątka rankingu najlepszych zawodniczek świata, zazwyczaj nie kojarzy ich twarzy czy nazwisk, zupełnie tak, jakby po zakończeniu kariery dawnych mistrzyń nie pojawiły się w ich miejsce nowe, młode dziewczyny, godne uwagi, pochwał i zachwytów. Wszystko to zawdzięczamy zmienionym włodarzom WTA, którzy zadowoleni z piastowania prestiżowych stanowisk, nie robią niczego, żeby wypromować kobiecy tenis, nadać tym zawodom odpowiednią rangę. Potrzebne są natychmiastowe zmiany, przede wszystkim kadrowe, zanim damskie rozgrywki przejdą zupełnie do strefy cienia i staną się dyscypliną egzotyczną na miarę Cheese-Rolling (turlanie za serem), czy podwodnego hokeja.



Nie trudno się domyśleć, jakby czuli się członkowie grupy Lanterns On The Lake, gdyby na ich koncerty nie chcieliby przychodzić fani. Pewnie niezbyt szczególnie. Każdy z nas może wymienić kilka zespołów, które właśnie podczas występów scenicznych, czując energię przekazywaną od publiczności, ten specyficzny rodzaj elektrycznego powietrza wibrującego od wszelkiej maści fluidów, nagle przeobrażają się i zyskują na znaczeniu. Należy również do nich brytyjska ekipa, założona w 2007 roku przez Hazel Wilde i Paula Gregory, w wersji koncertowej nabierająca dodatkowej mocy, wyrażanej za pomocą emocjonalnej wokalizy i podmuchu przesterowanych gitar. Tego ostatniego elementu wyraźnie zabrakło na poprzednim wydawnictwie - "Spook The Herd", nominowanym do nagrody Mercury Prize. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy były zmiany w życiu osobistym wokalistki i kompozytorki Hazel Wilde. Fakt, że została szczęśliwą mamą, zmienił jej perspektywę na świat, dlatego też w jej piosenkach pojawiło się znacznie więcej łagodności, spokoju i zatroskania. 

Całkiem możliwe, że podobnie miał brzmieć najnowszy, wydany wczoraj, album zatytułowany "Versions Of Us". Pomimo podkreślanej przy byle okazji wspólnoty i silnej więzi, która łączyła członków grupy Lanterns On The Lake, szeregi grupy nagle opuścił perkusista Oliver Ketteringham. Utwory stworzone przez duet Wilde/Gregory po modyfikacji nie zakładały więc specjalnego wkładu sekcji rytmicznej. Przynajmniej do czasu, gdy do brytyjskiej formacji postanowił dołączyć Phil Selway, perkusista formacji Radiohead. "W ciągu kilku tygodni mieliśmy zupełnie inną wersję albumu, a sprawy potoczyły się zupełnie inaczej" - oświadczyła Hazel Wilde i dodała: "Macierzyństwo uprzytomniło mi, że istnieją inne ważne rzeczy, na tym świecie. Muszę wierzyć, że istnieje lepsza droga i alternatywna przyszłość niż ta, do której zmierzamy".

Skłamałbym, gdybym oświadczył, ze słyszę niezwykły wkład pracy nowego perkusisty. Alternatywny rock to nie jazz, żeby muzyk siedzący za zestawem perkusisty miał miejsce i czas jakoś szczególnie się wykazać. Jednak mając w pamięci powyższą wypowiedź Hazel Wilde, mogę stwierdzić, że płyta "Versions Of Us" miałaby zupełnie inne brzmienie, gdyby szeregi grupy nie zasilił Phil Selway. Mówiąc krótko, powrócił stary dobry Lanterns On The Lake, o czym możemy się przekonać słuchając pierwszych czterech świetnych energetycznych utworów - z małym wyjątkiem, drobną mieliznę w tej ćwiartce stanowi przeciętna piosenka "Vatican". Dalej jest podobnie - podobnie dobrze, treściwie i soczyście. Wróciła radość wynikająca ze wspólnego grania, zgrabnie podana siła przekazu, spora dawka energii skumulowana na odcinku kilku minut. Nie jest to płyta na miarę mojego ulubionego albumu "Beings", recenzowanego na łamach tego bloga. Jednak poszczególne utwory tworzą spójną i wyrazistą, nieźle zrealizowaną przez Paula Gregory, całość, a znakomity "Rich Girls", brzmiący jak definicja stylu grupy, niczym nie ustępuje najlepszym nagraniom zawartym na wspomnianym wydawnictwie z 2015 roku.

(nota 7.5-8/10)

 


Bathe Alone to dream-popowy (dobrego dream-popu nigdy dość!) projekt z Atlanty multiinstrumentalistki Balei Crone, która tym wpadającym w ucho singlem zapowiada pojawienia się epki na początku sierpnia.


The First Eloi to grupa z Hamburga, stworzona przez dwóch weteranów sceny post-punkowej, których wsparła młoda wokalistka, kibicująca Idze Świątek nie tylko podczas turnieju na kortach Rolanda Garrosa.



Zajrzymy na wczoraj wydaną płytę "Bunny" amerykańskiej grupy Beach Fossils z Brooklynu, wybrałem dla Was taki oto fragment.



Dawno nie słyszeliśmy Bena Howarda, będzie do tego okazja 16 czerwca, kiedy to ukaże się jego nowa płyta zatytułowana "Is It?". Zapowiada ją zgrabny singiel.



Przeniesiemy się do słonecznej Italii, skąd pochodzi ośmioosobowy skład, który przyjął wdzięczną nazwę Primovere. Oto ich najnowsza kompozycja.



Z Detroit w stanie Michigan pochodzi grupa Protomartyr, która wczoraj wydała nowy bardzo energetyczny materiał "Formal Growth The Desert".



Yawning Balch to amerykańska grupa dowodzona przez gitarzystę Boba Balcha, 7 lipca opublikuje swoje najnowsze dzieło "Volume One".



Alexi Erenkov i Alison Alderdice to małżeństwo pochodzące z Oakland, dobrze znane stałym Czytelnikom tego bloga, tworzące grupę The Saxophones. Wczoraj ukazała się ich najnowsza, i co ważne udana, propozycja płytowa "To Be A Cloud", do której jeszcze powrócę w przyszłym tygodniu.



W kąciku improwizowanym zajrzymy na album gitarzysty Steve'a Banksa - "Emboldened", która ukazała się przed tygodniem. Obok niego wystąpili Sam Crockatt - saksofon, Rebeca Nash - fortepian, Henrik Jensen - bas, Mark Whitlam - perkusja.



Przeniesiemy się w czasie do roku 1971, miasta Baton Rouge w Louisianie, gdzie działał kolektyw The Southern University Jazz Ensemble. Oto fragment z płyty "Live At Time 1971 American College Jazz Festival".






sobota, 3 lipca 2021

JESSE MARCHANT - "ANTELOPE RUNNING" (AntiFragile Music) "Podróż z jedną płytą"

 

     Motocykl, który widnieje na okładce albumu "Antelope Running" - Jesse Marchanta, to Harley XLH 883, z 1988 roku. Jesse Marchant otrzymał go w prezencie blisko dwadzieścia lat temu. To właśnie na tej maszynie kanadyjski pieśniarz objechał sporą część Kalifornii. Wspinał się na łagodne wzniesienia i mknął w dół serpentynami szos pośród drzew rosnących w okolicach New Hampshire albo tych okalających północne wybrzeże stanu Maine. W jego garażu stoją jeszcze dwie ujarzmione już bestie - Ducati 748 oraz Harley FXR - na wypadek, gdyby ulubiona maszyna miała gorszy dzień.

  W kulturze popularnej od wielu lat z powodzeniem funkcjonuje określenie "film drogi". Pewnie każdy z nas potrafi bez trudu podać kilka ulubionych tytułów filmów, które z tym dość pojemnym określeniem się kojarzą. W tym kontekście zaproponowałbym, przyznam, że dość przewrotnie, obraz "Rubber", polskie tłumaczenie tytułu to jakżeby inaczej: "Mordercza opona"(2010), w reżyserii Quentina Dupieux - czyli zapierające dech w piersi codzienne perypetie opony samochodowej. Również przestrzeń muzyki, szczególnie zaś tej alternatywnej, posiada swoje mniej lub bardziej znane "płyty drogi". Jako pierwsze lepsze skojarzenie mogę przywołać album "Lost In Dream" grupy The War On Drugs, od wydania którego minęło już, kto by pomyślał, aż siedem długich lat.  Wydany pod koniec czerwca krążek Jesse Marchanta - "Antelope Running", także bez przeszkód można podciągnąć pod tę kategorię. Nie jest to oczywiście muzyka tak bardzo podporządkowana rytmowi, jak wspomniane wcześniej wydawnictwo The War On Drugs. Tempo akcji jest o wiele bardziej zróżnicowane, to nieznacznie przyspiesza, to znów zwalnia. Dominują jednak leniwe obroty motocyklowych kół, a dźwięki poszczególnych instrumentów, zebrane w spójną i sugestywną całość, odmalowują krajobrazy kojarzące się z estetyką indie-folku czy americany.

 Jesse Marchant funkcjonuje na scenie muzycznej od ponad dekady. Ten kanadyjski multiinstrumentalista w dzieciństwie uczył się gry na gitarze klasycznej. Później zapragnął zostać aktorem, zaliczył nawet kilka semestrów na uczelni, ale ostatecznie wybrał tworzenie muzyki. Debiutancką płytą podzielił się ze światem dwukrotnie. Po raz pierwszy w 2008 roku, a po raz drugi album "Not Even In July" ujrzał światło dzienne w 2010 roku, kiedy to kanadyjski artysta podpisał kontrakt z wytwornią Partisan Records. Za studio nagraniowe posłużyło mu wtedy specjalnie zaadaptowane przez producenta, Henry'ego Hirscha, dziewiętnastowieczne wnętrze kościoła w Hudson. Marchant ukrywał się w tamtym okresie pod szyldem JBM - skrót pochodził od imienia i nazwiska, litera "B" oznaczała jego drugie imię oraz imię jego ojca - Bryana. Później Kanadyjczyk wydał kolejne albumy, sporo koncertował, znajdując zarówno nić porozumienia, jak i źródło inspiracji, w dokonaniach wielu naszych dobrych znajomych z kilku wpisów na tym blogu - Other Lives, A.A. Bondy, Local Natives. 

Materiał na najnowszy album był już niemal gotowy w styczniu 2020 roku. Marchant przebywał wtedy w Hollywood, niedaleko miejsca, gdzie tworzył kompozycje na swój debiut, jednak wciąż czegoś brakowało, żeby ostatecznie zamknąć prace. Szukał więc nowych bodźców, intrygujących pomysłów. Część piosenek powstała w Nowym Yorku, pozostałe w pięknych okolicznościach przyrody, w pobliżu miejscowości Catskill. Rustykalny i górski pejzaż odcisnął swoje piętno na warstwie lirycznej kilku utworów. Ten wspomniany powyżej 2020 rok przyniósł również poważne zmiany w życiu osobistym. Oto Jesse Marchant został ojcem, a także przekroczył linię oddzielającą trzydziestoletnich młodzieńców od dojrzałych czterdziestoletnich panów. 

Nic więc dziwnego, że wiele z tych jedenastu, a w wersji winylowej dziesięciu, "pieśni drogi" stanowiło okazję do podsumowania tego, co przyniosło dotychczasowe życie, wraz z jego niespodziankami, troskami, radościami, a także punktem zwrotnym, kiedy to na chwilę zatrzymał się czas. O tym ostatnim fragmencie traktuje utwór "An Accident (From 3 Perspectives)". Autor powraca w nim do momentu, kiedy jako chłopiec miał wyjątkowo niebezpieczny wypadek podczas jazdy na snowboardzie. Jak sugeruje tytuł, historia została opowiedziana z kilku punktów widzenia, w tym brata głównego bohatera oraz jego matki. Jesse Marchant lubi w tekstach przybliżać perspektywy różnych  postaci, spoglądać na świat oczami innego. Ta swoista decentracja podmiotu wyraża się również w tym, że nie zawsze historie, o których opowiada, były w przeszłości jego udziałem. Kanadyjczyk przede wszystkim jest dobrym słuchaczem, wrażliwym na opowieści, które przynosi wraz z sobą zwykła codzienność. Piosenka "Go Lightly" powstała w wynajętym domu, w  Catskill. "Od dłuższego czasu grałem na pianinie, ale miałem problemy, żeby znaleźć odpowiednią melodię, adekwatną do obrazów i słów. Falsetowe nuty, które otwierają piosenkę, dotarły do mnie pewnego poranka. Chciałem, żeby produkcja tego utworu była surowa, podobna do tego, co Pink Floyd zrobili na krążku "Animals", szczególnie na poziomie perkusji oraz basu".

Droga, przewijająca się pod kołami motocyklu, przyniesie w kolejnych  odsłonach płyty tony gitary, zarówno tej akustycznej, na którą to został rozpisany intymny "I Never Knew", jak i elektrycznej, tworzącej nieco rozmyte tło w piosence "Hard To Say The Meaning". Poza tym usłyszymy dźwięki fortepianu, syntezatora, fletu, klarnetu, saksofonu i kontrabasu, podtrzymywanego w dłoniach przez Logana Coale'a (Taylor Swift, The National). Za konsoletą czuwał inżynier, producent i przyjaciel, Daniel James Goodwin, a cały materiał zarejestrowano w jego studiu - Isokon Studio - mieszczącym się w Woodstock. "Napisałem "Dirty Snow" w samym środku pandemii, rozwijając motyw fortepianowy, który wymyśliłem podczas nagrywania poprzedniej płyty w Isokon Studio, nawiasem mówiąc, rano, tuż po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta. Ta piosenka, choć nawiązuje do minionych chwil, wypełniona jest nadzieją - na większe docenienie własnego życia" - wspominał Marchant. Partie instrumentów dętych, które tak udanie i sugestywnie ozdobiły dwie zdecydowanie najlepsze kompozycje - choć, trzeba przyznać, że cały album stoi na równym i bardzo dobrym poziomie - czyli tytułową "Antelope Running" oraz "Century", zostały dograne przez Stuarta Bogie (Arcade Fire, Antibalas), w jego studio mieszczącym się na Greenponcie. 

Artysta urodzony w Montrealu bywa porównywany do Nicka Drake czy Marka Kozelka, choć ten drugi w minionych latach mocno obniżył loty. Moje skojarzenia dotyczące twórczości Marchanta przywołują również płyty The Blue Nile czy Bena Howarda, którego świetny album "Noonday Dreams" recenzowałem na łamach bloga. Dużo podobieństw z tym ostatnim muzykiem można odnaleźć na poziomie prowadzenia wokalizy; bardzo zbliżony sposób śpiewania, artykulacji i wybrzmiewania poszczególnych głosek. Chyba najlepiej słychać to w przebojowym "Challenger". Bardzo udany album "Antelope Running" pokazuje dojrzałego i świadomego artystę, który jawi się również jako wnikliwy obserwator codzienności. Warto dać szansę tej płycie i spędzić w jej towarzystwie kilka wieczorów, to krążek do odkrywania i wielokrotnego odtwarzania.

(nota 8/10)

 


Skoro padło imię i nazwisko Bena Howarda, musi zabrzmieć moja ulubiona kompozycja z płyty "Noonday Dreams", gdyż najnowsza niedawno wydana płyta niestety nie była już tak udana. 



W kąciku deserowym pozostaniemy w zbliżonym nastroju, gdyż na wczesną twórczość Justina Vernona chętnie powołuje się Jesse Marchant. Projekt Aarona Dessnera i Justina Vernona właśnie, czyli Big Red Machine na 27 sierpnia zaplanował premierę najnowszej płyty "How Long Do You Think It's Gonna Last?". W singlu promocyjnym gościnnie zaśpiewała Anais Mitchel.



Orchestre Tout Puissant Marcel Duchamp przypomina o sobie najnowszym i udanym wydawnictwem zatytułowanym "We're Ok. But We're Lost Anyway". 



Desperate Journalist powrócili z nowym materiałem "Maximum Sorrow!", który zbiera całkiem niezłe recenzje w prasie branżowej. Przypadł mi do gustu singlowy utwór "Everything You Wanted". 



W kąciku improwizowanym przeniesiemy się do 1976 roku. Oto ukazała się reedycja albumu "Bow To The People" zapomnianej dziś grupy Theatre West, która w szczytowym momencie liczyła 27 muzyków. Wyśmienita okazja, żeby uważniej przyjrzeć się ich twórczości.








środa, 26 sierpnia 2020

SIV JAKOBSEN - "A TEMPORARY SOOTHING" (U OK? Rec.) "CHWILOWE UKOJENIE"

     Bardzo lubię barwę głosu Siv Jakobsen. Szczególnie zaś szkliste górne rejestry - coś jakby delikatnie obcierające się o siebie kawałki kryształów. W jej sposobie śpiewania odnajdziemy zarówno sporo dojrzałości, jak i dużo precyzji, pewnie postawionych dźwięków. Choć - co warto dodać - norweska artystka wciąż jest na muzycznym dorobku. Debiutowała w 2015 roku epką zatytułowaną "The Lingering". O jej ciepło przyjętym nie tylko przez krytyków pełnowymiarowym albumie "The Nordic Mellow", napisałem kilka słów na łamach tego bloga. Jakobsen urodziła się w Asker, niedaleko Oslo, i przez długi czas nie interesowała się muzyką. Może o tym zaświadczyć pierwsza zakupiona przez nią płyta długogrająca, którą był ponoć krążek Spice Girls (zaliczyła także koncert tej grupy). Cóż więcej dodać, każdy od czegoś musi zacząć swoją muzyczną przygodę. Dużo ważniejsze w biografii Siv Jakobsen jest to, co działo się później. A później zakupiła bilet lotniczy na podróż do USA, gdzie po wylądowaniu i przeszukaniu bagażów, w miejscowości Boston podjęła naukę na prestiżowej, i wielokrotnie wspominanej na stronach tego bloga, uczelni - Barklee College Of Music. Na drugim roku studiów zaczęła tworzyć pierwsze własne kompozycje. Pośród ważnych inspiracji, które na różnych etapach kształtowały jej gust - obok Spice Girls, ma się rozumieć - wymienia takich twórców jak: Ane Brun, Gregory Alana Isakova, Laurę  Marling. A także dokonania Bena Howarda - o jego ostatniej świetnej płycie wspominałem jakiś czas temu.

Tak się złożyło, że producentem albumu Howarda był Bond... Chris Bond, którego Siv Jakobsen poprosiła o pomoc podczas prac nad ostatnim wydawnictwem. I trzeba przyznać, że brytyjski producent dołożył wszelkich starań, żeby charakterystyczny głos norweskiej wokalistki znalazł dla siebie odpowiednią przestrzeń. O ile na debiutanckim "The Nordic Mellow" dominowało akustyczne brzmienie, o tyle na "A Temporary Soothing" znajdziemy mnóstwo ciekawych aranżacyjnych pomysłów. Dzięki wspólnym wysiłkom Chrisa Bonda oraz odpowiedzialnego za miksy Zacha Hansona (współpracował z Bon Iver, Waxahatchee), otrzymaliśmy do rąk zestaw dwunastu intrygujących indie-folkowych kompozycji. "Piosenki (...) są jak małe kapsuły czasu", potrafią przenieść twórcę do konkretnych momentów z przeszłości. "Pamiętam jak wyglądał wtedy pokój, jaka była pogoda...".
Już pierwsze słowa na płycie "A Temporary Soothing" zdradzają jej intymny charakter. Oto mamy do czynienia z czymś na kształt refleksji, zapisków, fragmentów prywatnego dziennika. "Nocą leżę w łóżku, obawiam się jutrzejszego światła". "Tytuł - "A Temporary Soothing" - powstał, kiedy uprzytomniłam sobie, że tak naprawdę nie można cały czas czuć się szczęśliwym" - zdradziła w jednym z wywiadów Siv Jakobsen. Do tej pory jej twórczość była kojarzona głównie z nordycką zadumą, melancholią, smutkiem, kobiecą delikatnością. Przy okazji drugiego wydawnictwa norweska wokalistka chciała, żeby piosenki zabrzmiały nieco mocniej oraz intensywniej. I takie też jest - jak na możliwości Jakobsen - energetyczne otwarcie albumu, czyli "Fearthe Fear". Potencjał alternatywnego przeboju posiada również "Anywhere Else" - piosenka o niepokoju, ale nie tym paraliżującym, czy wywołującym panikę, ale takim, który systematycznie drąży nas od środka i trzyma w "miękkim uścisku". Moją uwagę przyciągnął również śliczny "From Morning Made To Evening Laid", z bardzo dobrym rozwinięciem w drugiej części. Takich sugestywnych rozwinięć próżno było szukać na poprzednim krążku. Krótki i filmowy temat "Mothercombee" łagodnie i płynnie przechodzi w zamykający całość "I Call It Love". Z kolei "Fraud, Failure" przypomniał mi dawne dokonania Perry Blake'a - partia skrzypiec wykorzystana w tym utworze, przywołała barwny rustykalny pejzaż, chociażby taki, jaki rozciąga się na angielskiej prowincji, w pobliżu miejscowości Devon, gdzie nagrywano ten album. Kompozycja "A Feeling Felt Or Feeling Made" ma coś z estetyki rozwijanej przez Bena Howarda. Trudno dziwić się temu skojarzeniu, skoro tam i tu mamy do czynienia z tym samym producentem. Również ten klimat roztacza wokół siebie indie-popowa i moja ulubiona piosenka "Fight Or Flight". Inspiracją do powstania tego nagrania była fotografia bardzo starej - jak podkreśla Siv Jakobsen - pary leżącej razem w łóżku. Kto wie, być może on i ona, leżąc tak obok siebie, brali właśnie jeden z ostatnich oddechów. "Piosenka rozwinęła się w szersze spojrzenie na to, co znaczy zostać z kimś na zawsze, zdecydować o tym, i być tego pewnym" - oświadczyła Jakobsen. Stąd nie dziwią w tekście takie oto frazy: "To niekończąca się walka lub ucieczka, żeby przegrać, żeby kochać, odejść lub pozostać".
Dobre wiadomości z obozu Siv Jakobsen są takie, że norweska artystka uniknęła tradycyjnej pułapki drugiego albumu. Najnowsze wydawnictwo jest inne, ciekawsze i lepsze od udanego debiutu, pokazuje wyraźnie, że wokalistka wciąż stawia sobie nowe cele, i nadal się rozwija.

(nota 7.5-8/10)








  



piątek, 12 czerwca 2020

BLANCO WHITE - "ON THE OTHER SIDE" (Yucatan Records) "Rzeka płynąca w górę strumienia"

         "Wiem jedno: istnieje czas obiektywny, ale też subiektywny, ten, który nosi się po wewnętrznej stronie nadgarstka, obok miejsca, gdzie wyczuwa się puls. I ten osobisty czas, będący czasem prawdziwym, jest odmierzany w stosunku do pamięci".
     Julian Barnes - "Poczucie kresu"

   Pamiętam upalne lato, jedno z tych, które jak  mogły, tak opóźniały swoje nadejście. Przełom lipca i sierpnia, okres urlopów i pora wakacji, kiedy dni są wciąż długie, a ciepłe noce przynoszą wraz z sobą rozgwieżdżone niebo i rychły świt. Z kawiarni, deptaków, barów i ławek dobiegały fragmenty rozmów i śmiechy oraz leniwie przeciągające się dźwięki muzyki. Pośród nich od czasu do czasu można było rozpoznać charakterystyczny głos Paula Buchanana, który wypełniał koryto pogrążonej w letargu wąskiej uliczki sentymentalnym tonem. Ktoś - kobieta albo mężczyzna - z uporem maniaka, dzień po dniu, odtwarzał album "High" grupy The Blue Nile, robił to systematycznie, o tej samej porze, tworząc tym samym kolejny drobny rytuał w starannie rozplanowanym harmonogramie godzin. Począwszy od "The Days Of Our Lives", przez marzycielski "I Would Never", aż po magiczny "Stay Close", który powracał w skromnej aranżacji niby obietnica spełnienia. Zapamiętałem również okładkę tego albumu -  to były wieżowce, punktowe światła okien i pastelowe barwy nocy, a także zdanie z recenzji, do której dotarłem znacznie później: "bolesna emocjonalna szczerość". I jeszcze coś... Pewnie dobrze znacie to uczucie, kiedy to, co dociera do nas z głośników, w jakiś nadzwyczajny i trudny do wytłumaczenia sposób, łączy się z tym, co dzieje się dookoła. Magia chwili? Szczeliny istnienia? - nazwijcie to sobie jak chcecie.
Bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie nigdy już nie usłyszę płyty "High" grupy The Blue Nile w ten właśnie sposób. Kto wie, być może bezpowrotnie minął już właściwy dla niej czas albo mój obecny czas upływa pod dyktando innego rytmu - to kolejne niepisane prawo, z którym prędzej lub później musi się zetknąć każdy fan muzyki. Cóż poradzić... Jednak i przecież pozostają miłe wspomnienia, niezatarte wrażenia, które niekiedy powracają do nas w zaskakujący sposób, chociażby podczas odsłuchiwania kolejnych nowych płyt.




Tak właśnie było przy okazji obcowania z debiutanckim krążkiem Blanco White'a - "On The Other Side". W kilku, z tych jedenastu utrzymanych w podobnym nastroju fragmentach, odnalazłem ślady sentymentalnego ducha, który tak urokliwie wypełnił kompozycje zawarte  na albumie "High" grupy The Blue Nile. Wspomniany już wcześniej Paul Buchanan, Denison Witmer, ale również Ben Howard (ostatnia świetna płyta!), to kolejne znaki orientacyjne na mapie moich  skojarzeń. Termin "mapa" jest również jak najbardziej na miejscu, bowiem wydawnictwo "On The Other Side" odnosi się do "bycia w drodze", mówi o podróży, lub raczej niespiesznej włóczędze, w trakcie trwania której kolekcjonuje się wrażenia. Pod nazwą zaczerpniętą od imienia i nazwiska hiszpańskiego poety (1775 - 1841) - Jose Maria Blanco White'a - ukrywa się brytyjski artysta Josh Edwards i jego zespół. Brytyjczyk podkreśla w wywiadach, jak ważnym, i determinującym dla całego przyszłego życia, wydarzeniem była podróż po Ameryce Południowej, którą odbył wraz z rodzicami i siostrą w wieku 10 lat. Rodzina Edwardsów na trasie wycieczki odwiedziła Meksyk, Kostarykę oraz Peru. Nic więc dziwnego, że kilka lat później Josh Edwards jako kierunek studiów wybrał iberystykę. Znajomość języka hiszpańskiego pomogła podczas wyprawy po Andaluzji, w trakcie spotkania z mistrzem gitary flamenco Nono Garcią, w Boliwii z kolei bohater dzisiejszego wpisu uczył się gry na gitarze charango (10 strun, przypomina nieco mandolinę), czego efekty możemy usłyszeć na debiutanckim krążku.

I tak kompozycja "I Belong To You" - zaśpiewana w charakterystyczny dla brytyjskiego artysty sposób, który nie stroni od długich swobodnie wybrzmiewających dźwięków - zawiera wrażenia Edwardsa z zimowego pobytu w malowniczo położonym domu,  z widokiem na Cieśninę Gibraltarską. "Moim celem podczas komponowania jest zawsze próba zbudowania nastroju, który przeniesie słuchacza w zupełnie inne miejsce". Utwór "Samara" powstał w wyniku inspiracji muzyką somalijską z lat 70-tych, i takimi zespołami jak: Dur Dur, Jftiin Bard, 4 Mars, na gitarze zagrał tutaj Cameron Potts (Superego). Cosimo Keita i Jamie Benzis dopełnili składu w nagraniu "Kavai O'o", którego nazwa została zaczerpnięta od nazwy egzotycznego i wymarłego już ptaka, zamieszkującego niegdyś archipelag wysp Hawaii (znajomy Josha Edwardsa odtworzył z taśmy śpiew tego ptaka). "Desert Days" kołysze słuchacza dźwiękami pustynnego bluesa, który powstał po przeczytaniu opowiadania Jorge Luisa Borgesa - "Dwaj królowie i dwa królestwa"; pustynia jako labirytn, z którego nie ma wyjścia. Proza Henri Charriere'a stanowiła punkt wyjścia do nagrania "Papillon". W kompozycji "Mano a  Mano" w chórkach usłyszymy Mavicę i Malenę Zavalę, a na instrumentach perkusyjnych Freda Claridge'a oraz Matta Ingrama. "On The Other Side" to intrygująca wyprawa po europejskich, afrykańskich i karaibskich dźwiękowych zakątkach.
Ps. Tak się złożyło, że całkiem niedawno ukazała się reedycja albumu "High" grupy The Blue Nile, oprócz dziewięciu zremasterowanych utworów na wydawnictwie znajdziemy drugi krążek, który zawiera cztery niepublikowane do tej pory utwory oraz dwa remiksy, czyli ok 32 minuty dodatkowej muzyki.

(nota 7.5/10)



Skoro przed nami zapowiadana fala upałów, to druga propozycja zabierze nas w dream-popową krainę. Przyznam, że niewiele ciekawych wydawnictw pojawiło się w ostatnich długich tygodniach w tym gatunku. Pod szyldem Night Glitter ukrywał się początkowo duet - Loulou Ghelichkhani (niektórzy to maja nazwiska) i jej życiowy partner John Micheal Schoepf - który ostatnio całkiem słusznie powiększył się o trzech dodatkowych muzyków. Z tej podstawowej pary o wiele bardziej możecie kojarzyć Loulou, bowiem to ona udzielała się wokalnie w formacji Thievery Corporation. Zanim dotarła do USA, mieszkała przez pewien czas w Paryżu, a wcześniej dorastała w Iranie. Początek jej znajomości z Schoepfem przypadł na koncert grupy The Happen-Ins, w trakcie trwania którego była paryżanka zobaczyła swojego przyszłego partnera grającego na gitarze basowej. Nazwę "Night Glitter" wymyślił John Schoepf podczas wyprawy z córką w gorącą letnią noc wzdłuż rzeki, kiedy to niebo było usłane błyszczącymi świetlikami. Debiut fonograficzny zatytułowany "Night Glitter" zawiera dziewięć kompozycji, zaśpiewanych zarówno w języku francuskim, jak i angielskim, z miłym dla ucha francuskim akcentem Loulou Ghelichkhani (ach, te nazwiska). Kompozycje "Blame Game" i "Music for Clouds" przywołują skojarzenia z dokonaniami Beach House, trochę tu retro-popu, indie rocka, warte ponownych odtworzeń są: "Space", "Hangin On A Dream" i świetny "Radio", z kolei "Static" przypomniał wczesne single Slowdive (oczywiście do klasy mistrzów dość daleko, ale warto próbować).

(nota 7/10)




środa, 6 czerwca 2018

BEN HOWARD "NOONDAY DREAM" (Island Records) "Przestrzeń przede wszystkim..."




Nie ma to jak... dobrze zacząć. A trzeba sobie powiedzieć, że najnowsza płyta Bena Howarda - "Noonday Dream" rozpoczyna się wybornie. Ileż to razy przekonałem się o tym, że taki świetny początek albumu podnosi oczekiwania słuchacza, i niejako ustawia całą płytę. Ileż to razy ten wyostrzony pierwszymi nagraniami apetyt nie został później w pełni zaspokojony. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca w przypadku trzeciego krążka angielskiego artysty.

   Oczywiście słuchając tych dziesięciu bardzo dobrych kompozycji, nie sposób nie nawiązać do twórczości Justina Vernona (Bon Iver). Bo to on przed laty przecierał szlak songwriterów, takimi albumami jak chociażby kultowy: "For Emma, Forever Ago", wytyczał nowe ścieżki dla swoich późniejszych naśladowców. "Chciałem być takim uczniem Neila Younga" - powiedział przed laty, w jednym z wywiadów Vernon.

 Czyim uczniem jest Ben Howard, nie będę rozstrzygał. Wiem za to, że tam, gdzie Bon Iver - zaskoczony i zmęczony popularnością - odszedł od melodii, wybierając ślepą uliczkę nużących elektronicznych efektów, eksploatowania (aż do bólu) możliwości technicznych, jakie dziś oferuje studio nagraniowe ("22, A Milion"), tam Ben Howard rozważnie przystanął, i pozostał wierny tradycji pisania piosenek, gdzie główną rolę odgrywa linia melodyczna.
Nie oznacza to, że na płycie "Noonday Dream" brakuje produkcyjnych tricków, elektronicznych dodatków, całego tego technicznego anturażu, który zwykle ma na celu ubogacenie kompozycji. Na ostatnim albumie Howarda jest przede wszystkim dużo przestrzeni. Wokół głosu i gitary akustycznej zwykle coś się dzieje - pojawia się drugi i trzeci plan, który nie jest sprowadzony do roli gustownego wypełniacza, czy monochromatycznego tła. W tych nagraniach - "The Defeat", "Someone In The Doorway", "A Boat To An Island Part 2/ Agatha's Song" -  po prostu bardzo łatwo się zanurzyć, zatopić, zasłuchać... Howard i jego ekipa - dziewięciu zaproszonych na sesję muzyków - umiejętnie wykorzystują różne instrumenty (skrzypce, wiolonczela, syntezator, sample, gitary elektryczne, vocoder, pogłosy), które dodają dodatkowych barw.
Pomimo nostalgicznego, długimi fragmentami, charakteru albumu, kompozycje Howarda nie są męczące - co jest bolączką wielu tego typu wydawnictw - i co warte szczególnego podkreślenia, utwory te w żadnym momencie nie tracą na dynamice. Piosenki zawarte na płycie "Noonday Dream" mają swój charakterystyczny rytm, wewnętrzny oddech, który często, jak chociażby w przypadku "What The Moon Does", wyznaczają takty gitary.
Ben Howard lubi korzystać z repetycji, ale nie zanudza słuchacza powtarzaniem kolejnych fraz. Owa wspomniana przeze mnie dźwiękowa repetycja służy do budowania napięcia, różnicowania poziomów, wyodrębniania drobnych momentów kulminacyjnych. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że angielski twórca miał oddzielny pomysł na każdą z tych dziesięciu kompozycji, dzięki czemu płyta pomimo spójności, podtrzymywania sugestywnego, nieco marzycielskiego nastroju, nie straciła nic z różnorodności. Od świetnie przyjętego i nagrodzonego debiutu Bena Howarda "Every Kingdom" minęło 7 lat, i z pewnością nie były to dla artysty lata stracone. Album "Noonday Dream" to dzieło dojrzałego mężczyzny, które zawiera zarówno pogłębienie dawnych  tematów, jak i próbę odejścia w zupełnie nową stronę. 

Skoro był dobry początek, to musi być i dobry koniec, bo właśnie kompozycja "Nica Libres At Dusk" otwiera najnowszy album Bena Howarda.

(nota 8/10)