Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yo La Tengo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yo La Tengo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 lutego 2023

YO LA TENGO - "THIS STUPID WORLD" (Matador Records) "Yo La u Karola"


       Mało kto - oczywiście poza nielicznymi i wiernymi fanami - zdaje sobie sprawę z tego, że zespół Yo La Tengo wkrótce będzie świętował czterdzieści lat obecności na scenie. Zaczynali w  połowie lat osiemdziesiątych, w znacznie szerszym niż obecnie składzie, od prostych rockowych piosenek, w których nieraz pobrzmiewały folkowe nuty. Chyba najbardziej dało się to wyczuć przy okazji opublikowania płyty "Fakebook" (1990). Jednak na ich wydanym cztery lata wcześniej debiucie zatytułowanym "Ride The Tigre" - już można było dostrzec fragmenty zawierające nieco więcej mocnych przesterowanych gitar, jak w "The Evil That Men Do", i to właśnie one później stały się jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu. Z drugiej strony Yo La Tengo od samego początku całkiem nieźle radzili sobie nagrywając także pełne uroku ballady, psychodeliczne mroczne pieśni, stanowiące niejako inne, nieco bardziej wyrafinowane, oblicze amerykańskiego zespołu. W 1992 roku szeregi grupy zasilił basista James McNew, pierwotnie pojawił się tylko na zastępstwo, który dobrze poczuł się u boku perkusistki i wokalistki Georgi Hubley oraz gitarzysty i wokalisty Iry Kaplana, i pozostał z nimi aż do dziś. Na początku działalności pewnie bliżej im było do grania w stylu R.E.M., jednak sporo zmieniły kolejne lata, podpisanie kontraktu z wytwórnią Matador Records oraz opublikowanie płyty "Painful" (1993). Zawierała ona wspomniane przez mnie wcześniej psychodeliczne urokliwe ballady, jak świetny "Big Day Coming", a także ścianki działowe przesterowanych gitar jazgoczących wesoło w "Double Dave", ale wtedy, na początku lat dziewięćdziesiątych, które do dziś są jednym z moich ulubionych okresów w muzyce alternatywnej, po prostu w ten sposób się grało. Odkręcało się pokrętło wzmacniacza, wbijało stopę w przycisk gitarowego efektu, i gnało byle dalej, ku następnej przygodzie. Z kolei moją ulubioną płytą grupy Yo La Tengo nadal pozostaje album "And Nothing Turned Itself Inside Out" (2000), z mrocznym i cudownym otwarciem "Everday", z super przebojowym i odtwarzanym wielokrotnie coverem "You Can Have It All", lepiącym się do ciała niczym miód. Covery wykonane przez amerykańskie trio to oddzielny rozdział w historii tej formacji. Dość powiedzieć, że debiutancki singiel zespołu również był coverem utworu "A House Is Not A Motel" z 1967 roku. Później załoga Iry Kaplana sukcesywnie z płyty na płytę zamieszczała własne wersje wielu przebojów, jak chociażby The Cure, Sun Ra czy Cata Stevensa. Pewnie sami zgodnie przyznacie, że nie można przejść zupełnie obojętnie wobec takich magicznych minut, jak te, które wypełniły ich wersje piosenki "Gentle Hour" zespołu Snapper.



Najnowsza, wydana wczoraj, płyta "This Stupid World" nie przynosi żadnych rewolucji czy poważnych zmian w brzmieniu, ale chyba tego nikt się nie spodziewał, znając podejście do życia członków grupy. Od samego początku stali gdzieś z boku, celowo unikając rozgłosu, sztucznego zamieszania, podążania za chwilowymi modami, które mógłby im podsunąć zatrudniony na moment popularny aktualnie i nieomylny producent. Pewnie również dlatego najnowszy album wyprodukowali samodzielnie. Amerykańskie trio nigdy nie dołożyło specjalnych starań, żeby ich muzyka była nowoczesna, na czasie. Po prostu robili swoje, a że przy okazji nie wypadli ani zbyt archaicznie, ani bardzo awangardowo, cóż, taki już ich osobliwy urok.

W moim odczuciu album "This Stupid World", można było pokusić się o lepszy tytuł, niż zwalać całą winę na Bogu ducha winny świat, jest czymś w rodzaju podróży w czasie. Oto amerykański zespół zatoczył pełne koło, żeby znów, w typowym dla siebie stylu, wykorzystać pomysły i brzmienie, które tak zgrabnie wypełniło udany krążek "Painful" (1993). I tak tytułowy "This Stupid World", rozpoczyna się od ryku przesterowanych gitar, który tym i owym może przypomnieć dokonania grupy Sonic Youth. W podobnej manierze utrzymane jest udane otwarcie "Sinatra Drive Breakdown" - napędzane basem i perkusją, żywe i motoryczne, z jazgotliwą gitarą rozdzierającą co jakiś czas swoje barwne szaty. Te mocne akcenty gitar jeszcze powrócą, przy okazji "Brain Capers", w stylu zbliżonym do dawnego i dobrego The Pixies. "Apology Letter", podobnie jak singlowy "Alestine" - to miękka i subtelna, pewnie też nieco bardziej marzycielska, strona tria z Hoboken, którą tak bardzo sobie cenię, charakterystyczny głos Iry Kaplana, a szczególnie Georgi Hubley, wyjątkowo dobrze sprawdza się w takim właśnie otoczeniu. "Tonight Episode" - to pokaz radości grania, wynikającego ze wspólnego muzykowania, które zwykle jest punktem wyjścia dla rozwoju kolejnych kompozycji. "Po prostu spotykamy się i gramy, aż coś nabierze kształtu" - stwierdził lakonicznie w jednym z ostatnich  wywiadów Ira Kaplan. Przy okazji płyty "This Stupid World" jedno widać całkiem wyraźnie, że drobny kryzy twórczy, który uosabiało poprzednie wydawnictwo, grupa Yo La Tengo ma już dawno poza sobą.

(nota 7.5 - 8/10)


 


Sekcję deserową rozpoczną rodacy członków grupy Yo La Tengo, czyli The National Honor Society, którzy pochodzą z deszczowego niekiedy Seattle, 21 kwietnia ukaże się ich najnowsza płyta "To All The Distans Between Us". Prawdziwy słoneczny lutowy słodziak!



Duet Deary pochodzi z Londynu, ich najnowszy opublikowany kilka dni temu singiel nosi tytuł "Fairground".



Z Grecji pochodzi wokalistka Etella, która wraz z producentem Reedinho (Tom Calvert), dzięki uprzejmości wytwórni Sub Pop opublikowała ten zgrabny singiel.



W Berlinie rezydują członkowie grupy Karela Dust, oto fragment pochodzący z ich najnowszej płyty "Violet Drive", która ukaże się 17 lutego.



Jana Horn reprezentuje miasto Austin w stanie Texas, 7 kwietnia ukaże się jej najnowszy album zatytułowany "The Window Is The Dream".



Wokalista Nicole Rodriguez, ukrywająca się pod pseudonimem Pearla, pochodzi z Nowego Jorku, wczoraj opublikowała album "Oh Glistening Onion, The Nighttime Is Coming".



W kąciku improwizowanym, jakżeby inaczej, grupa Yo La Tengo, z bardzo lubianej przeze mnie płyty "Summer Sun".




sobota, 14 stycznia 2023

ROZI PLAIN - "PRIZE" (Memphis Industries) "Czapki z głów"

 

    Na okładce najnowszej, wydanej w dniu wczorajszym, płyty Rozi Plain zatytułowanej "Prize", nad głową brytyjskiej wokalistki unosi się czapeczka. I jeśli nie jest to bezpośrednia sugestia, żeby w geście szacunku zdjąć czapki z głów przed tym zestawem nagrań, to myślę, że i tak warto nisko się pokłonić wciąż mało znanej wokalistce pochodzacej z miejscowości Winchester. Tych dziesięciu piosenek, trwających razem czterdzieści minut, słucha się naprawdę z dużą przyjemnością. Nawet, jeżeli ktoś nie jest wielkim fanem czy znawcą jej twórczości, z pewnością będzie potrafił docenić dobry smak i charakterystyczne ciepłe miękkie brzmienie, jakie udało się wypracować podczas żmudnych prób oraz sesji w studiu nagraniowym.


O Rozi Plain pojawiła się już wzmianka na łamach tego bloga, kiedy to przywoływałem jej postać, nie jako solowej artystki, tylko basistki macierzystej formacji This Is The Kit, której udaną płytę recenzowałem jakiś czas temu. Z wokalistką tej grupy - Kate Stables - łączą ją wspólne korzenie. Obydwie panie pochodzą ze wspomnianego już dzisiaj miasta Winchester. To właśnie tam, w wieku trzynastu lat, Rozi Plain wzięła do ręki gitarę i wydobyła z mocno naciągniętych strun pierwsze akordy. Rosalind Leyden, bo tak naprawdę się nazywa, przeniosła się później do Bristolu, gdzie była częstym gościem w Toybox Studios - nagrywali tu między innymi PJ Harvey czy John Parish. Jej pierwsze utwory, które zwykle zaczynały się od linii basu lub charakterystycznego rytmu perkusji, miksował jej  brat. W tamtym czasie Rozi była członkiem kolektywu Cleaner Records, nagrywała u boku Rachael Dadd, czy kolejnych naszych znajomych - Francois and The Atlas Mountains, żeby na stałe uzupełniać skład zespołu This Is The Kit. Jej solowy debiut "Inside Over Here" przypadł na rok 2008, album bardzo docenił późniejszy przyjaciel dzisiejszej bohaterki Devendra Banhart, nazywając go: "ulubioną płytą roku". Dziennikarz radiowy i promotor muzyki James Pegrum zaprezentował jej wczesne nagrania szefowi wytwórni Memphis Industries, i tak czwarta w dyskografii płyta "What A Boost" została wydana właśnie w tej oficynie.

Najnowszy album "Prize" ukazał się wczoraj, jako efekt współpracy Rozi Plain z kilkoma znanymi gośćmi. Przede wszystkim wokalnie wsparła artystkę koleżanka z grupy This Is The Kit - Kate Stable. Na saksofonie zagrał, zyskujący ostatnio na popularności, Alabaster DePlume. Za zestawem perkusyjnym zasiadł Jamie Whitby Coles, kolejny kolega z formacji This Is The Kit. Syntezatory obsługiwał Dan Leaves z grupy The Comet Is Coming, na skrzypcach , jak chociażby w urokliwym "Sore" zagrała Emma Smith, a za struny harfy opuszkami palców pociągała Serafina Steer. Wszystkie te instrumenty zostały bardzo zgrabnie wplecione - oczko po oczku - w aranżacyjną tkankę. Od pierwszych taktów "Agreeing For Two" ucho przykuwa puszyste miękkie brzmienie - gitary, rozbłyski syntezatorów, drobne podmuchy saksofonu  w rękach Alabastra DePlume, wszystko to ma swoje miejsce i odpowiedni dla siebie czas. Niektóry fragmenty płyty "Prize", jak chociażby "Complicated", "Help", czy mój ulubiony "Blink", przypomniały mi ostatnie dokonania prezentowanego już nieraz na łamach bloga Nicholasa Krgovicha, bardzo podobny sposób myślenia o aranżacji, nienachalny styl posługiwania się dźwiękiem. Proste melodie i czytelne struktury, na których osadzono głos wokalistki, wypełniają kolejne odsłony tego wydawnictwa rozpiętego gdzieś pomiędzy tonami alt-popu oraz indie-folku. Niektóre fragmenty poszczególnych słów zostały dodatkowe podkreślone przez chórek, wynurzający się z tej pastelowej przestrzeni. Rozi Plain określa swoją muzykę terminem "Pop z Thrift Shopu", choć nie wiem, czy jakieś piosenki z tego akurat albumu w konsekwencji trafią na cele charytatywne. Miejmy nadzieje, że komuś z Was zapiszą się na dłużej na kartach kapryśnej nieraz pamięci.

(nota 7.5/10)

 


Pozostaniemy w Bristolu, bowiem stamtąd pochodzi grupa Money, która niedawno opublikowała epkę zatytułowana "Boiling Wells".



Z Austin w stanie Texas pochodzi duet Daydream Twins, czyli Aidan Brock Babiński i Jordan Elizabeth Terry, którzy jesienią opublikowali debiutancki album "Daydream Twins". Moja ulubiona piosenka? Oto ona. 



 Kolejna, jakże urocza, zapowiedź albumu "Principia" grupy En Attendant Ana, który ukaże się 24 lutego. 



Death And Vanilla, to założone w Malmo szwedzkie trio, które 17 lutego opublikuje najnowszą płytę "Looking Glass".



We francuskiej miejscowości Metz nagrywana była epka "Till Death Dries", projektu Animaux Surround ( pod nazwą ukrywa się Isidore Hibou), z której pochodzi mój ulubiony ostatnio utwór.



Prześliczny jest najnowszy i następny singiel promujący płytę "Before I Saw The Sea", grupy Me And My Friends, która ukaże się 27 stycznia.


Ukazał się kolejny singiel promujący najnowszą płytę grupy Yo La Tengo - "This Stupid World", premiera całego albumu 10 lutego.



W kąciku jazzowym następna harfistka w naszej kolekcji, czyli Alina Bzhezhinska i jej HipHarpCollevtive, fragment ubiegłorocznej płyty "Reflections".



Na koniec zostawię Was w wybornym towarzystwie - Freddie Hubbard (trąbka), Eric Dolphy (saksofon altowy), Oliver Nelson (saksofon tenorowy), George Barrow (saksofon barytonowy), Bill Evans (fortepian), Paul Chambers (bas), Roy Haynes (perkusja), i zdecydowanie najlepszy fragment płyty "The Blues And The Abstract Truth" (1961), do którego wracam nałogowo w ostatnich dniach.






sobota, 5 listopada 2022

OLD FIRE - "VOIDS" (Western Vinyl) "Ezoteryczny Teksas"

 

   "Nie zaszkodzi mieć w sobie trochę Teksasu" - oświadczył, w typowym dla siebie stylu, Frank Underwood, w jednym z odcinków serialu "House Of Cards". Pewnie pod tym stwierdzeniem chętnie podpisałby się producent i muzyk John Mark Lapham, założyciel i pomysłodawca projektu Old Fire, który właśnie z Teksasu pochodzi. W tym drugim pod względem powierzchni oraz ludności stanie USA znajduje się miasto Abilene, gdzie mieszkał i dorastał późniejszy autor albumu "Voids". Region znany jest z surowych zasad i konserwatyzmu, przewijającego się na różnych poziomach ludzkiej egzystencji. Może dlatego Lapham opuścił rodzinne strony i wyruszył w długą podróż, żeby ostatecznie na dziesięć lat znaleźć bezpieczną przystań w nieco bardziej otwartym i tolerancyjnym Manchesterze. To tam zawiązał trwałe przyjaźnie, nawiązał kontakty, które pomogły mu w rozwoju artystycznym. 

Początki zwykle bywają trudne - "Dzieliłem kawalerkę ze szczurami i biesiadowałem w Rushome's Curry Mile". W czasie pomiędzy pochłanianiem posiłków, a tępieniem gryzoni, brzdąkał w grupie The Earlies, ich debiutancka płyta "These Were The Earlies" ukazała się w 2005 roku. Wraz z Micahem P. Hinsonem pod nazwą The Late Cord przygotowywał zestaw nagrań dla wytwórni 4AD. Potem była współpraca z Davidem Stithem, chwilowa obecność w zespole Mien i The Revival Hour. Spotkanie z dawnym szefem wspomnianej wcześniej oficyny 4AD - Ivo Watts Russellem było spełnieniem młodzieńczych marzeń (jako nastolatek Mark słuchał płyt Cocteau Twins, Dead Can Dance, This Mortal Coil czy Japan). Jakiś czas później Lapham powołał do życia projekt Old Fire. Podczas prac nad debiutanckim albumem "Songs From The Haunted South", w studiu nagraniowym pojawili się koledzy z grupy The Earlies, Gem Club, Thor Harris (Swans), i mój niegdyś ulubiony Warren Defever (His Name Is Alive). Oprócz własnych utworów Lapham wrzucił na warsztat interpretatora kompozycje Psychic Tv, Low, Iana Williama Craiga, Jasona Moliny czy zespołu Shearwater. Twórcą okładki tego wydawnictwa był zdobywca nagrody Grammy, i nadworny grafik oficyny 4AD - Vaughan Oliver, mający na swoim koncie współpracę z takimi gwiazdami sceny alternatywnej jak: Dead Can Dance, Cocteau Twins, Mojave 3, This Mortal Coil, Pixies, His Name Is Alive czy David Sylvian. Niestety artysta odszedł pod koniec grudnia 2019 roku.



Na okładce debiutanckiego albumu Old Fire - "Songs From The Haunted South" wykorzystano stare zdjęcie (1958 rok) pochodzące z rodzinnego albumu Laphama, które przedstawiało jego ojca. Rodzice amerykańskiego muzyka zmarli całkiem niedawno, również życie osobiste przyniosło nagły kres dwóch intymnych relacji. Wszystko to odcisnęło się na kondycji mentalnej twórcy i znalazło odbicie w kompozycjach zamieszczonych na najnowszej płycie "Voids". Nad jego poszczególnymi odsłonami unosi się nostalgiczny nastrój, zabarwiony fazami niepokoju lub pogłębionego smutku. Dominuje leniwe tempo, na którym osadzono indie-folkowe pieśni lub wykreowano ambientowe przestrzenie. Pośród wokalistów, którzy zgodzili się ozdobić swoim głosem kolejne kompozycje znajdziemy sporo naszych dobrych znajomych - Adam Torres, Julia Holter, Bill Callahan i Emily Cross. W moim odczuciu ta ostatnia artystka chyba wypadła najciekawiej, bowiem świetnie zaaranżowany "Blue Star" jest jednym z najlepszych nagrań tego wydawnictwa. Emily Cross wraz z mężem Danem Duszyńskim tworzy duet Cross Record. W 2016 na łamach bloga recenzowałem ich płytę "Wabi-Sabi". Zwróciłem wtedy uwagę, że sympatyczna małżeńska para wyprowadziła się z Chicago, żeby osiąść na farmie w... Teksasie. Mark Lapham długo szukał wokalistki do tego nagrania, jak to nieraz bywa zadecydował przypadek, kiedy pewnego dnia usłyszał piosenkę zespołu Loma, w której zaśpiewała urocza Emily Cross. W ten sposób odnalazł brakujący element. Kolejnym mocnym punktem płyty "Voids" jest Bill Callahan, którego głos pojawia się w aż trzech kompozycjach. W zamyśle autora, w utworze "When I Was In My Prime" miał zaśpiewać Robert Wyatt, ale po braku odzewu z jego strony ostatecznie Thor Harris w prywatnej rozmowie podsunął nazwisko Callahana. Zaśpiewany przez niego "Don't You Go" pierwotnie był piosenką antywojenną, i pochodził z repertuaru Johna Martyna (krążek z 1981 roku). Lapham zainteresował się bliżej jego twórczością po rekomendacji Ivo Watts Russella. Z kolei "Corpus" powstał już dekadę temu, doczekał się przez ten czas kilkunastu wersji, i we wstępnych założeniach miał nosić tytuł "Mephisto". "Próbowałem wyobrazić sobie, jak zabrzmiałby zespół Talk Talk wyprodukowany przez Davida Lyncha" - oświadczył w jednym z wywiadów John Mark Lapham. 

Przyznam, że niezbyt przekonała mnie pieśń Julii Holter - "Windows Without A World" (nie dlatego, że nie lubię tej artystki, wprost przeciwnie), a właściwie to, co z nią zrobił amerykański producent. Ta piosenka pierwotnie została zamieszczona na jej albumie "Loud City Song" (2013). Wykorzystany w tej odsłonie krążka "Voids" vocoder nie należy do moich ulubionych studyjnych urządzeń. Ponoć Julia Holter po przesłuchania tej wersji nie grymasiła, nie kręciła nosem, i nie dostała czkawki, co więcej, była bardzo zadowolona. Nie wiem również, czy ten prosty, ale też dość drastyczny podział albumu, na część piosenkową oraz część instrumentalną, był najlepszym rozwiązaniem. Można było spróbować nieco inaczej połączyć ze sobą kolejne utwory. Z pewnością ambientowo-jazzowa końcówką płyty jest warta szczególnej uwagi. Wykorzystano tam całkiem sporo instrumentów, które nie manifestują zbyt głośno czy dosadnie swojej obecności. Usłyszymy tutaj między innymi gitarę Boba Hoffnara, klarnet - Thora Harrisa, saksofon - Josepha Shabasona (znów on!), trąbkę i flugelhorn - Matta Burke'a, wiolonczelę - Semay Wu, harfę - Audrey Harrer, perkusje -  Robba Kidda, czy bas - Robina Allendera.

(nota 7/10)

 


Powyżej zabrzmiał głos Emily Cross, dlatego skorzystam z okazji i powrócę do mojego ulubionego fragmentu wspomnianej już dzisiaj płyty "Wabi-Sabi", którą stworzyła w duecie z mężem, ukrywając się pod szyldem Cross Record.



Najwyższa pora przygotować się do zimy, wyciągnąć rękawiczki, poszukać czapki, podostrzyć łyżwy, żeby na gładkiej tafli lodu móc kreślić swobodne esy-floresy, przy okazji słuchając wybornego, w ostatnich dniach mojego ulubionego, singla grupy Bingo Club, który zapowiada album "Better Lucky Than Beautiful" (premiera w lutym 2023).


Mam nadzieję, że pozostaniecie w podobnym nastroju słuchając najnowszej piosenki duetu Blue Lupin. Pod nazwą ukrywa się wokalistka Joanna Wolfe i nieco bardziej znany producent Owen Lewis, który wcześniej przygotowywał ścieżkę dźwiękową do świetnego serialu "True Detective".



Z miasta Vendome położonego we Francji pochodzi grupa Primevere, którą dowodzi wokalistka i autor większości piosenek Romain Benard. Na ich  najnowszej płycie "II" znalazłem dla siebie taką oto urokliwą kompozycję. 



Ze Stillwater w stanie Oklahoma pochodzi nasz dobry znajomy Jesse Tabish, lider i wokalista grupy Other Lives. Jakiś czas temu opublikował on solowe wydawnictwo zatytułowane "Cowboy Ballads Part I". Fragment z tego albumu całkiem nieźle powinien dopełnić dzisiejszy nastrój.


Spoglądam na moje półki z płytami, i tak, wciąż na nich znajduje się kilka albumów grupy Yo La Tengo - ma się rozumieć tych najlepszych. Kto wie, może w lutym, a dokładniej mówiąc tuż po 10 dniu tego miesiąca, dołączy do nich nowy krążek zespołu zatytułowany "The Stupid World".



W kąciku improwizowanym przeniesiemy się do Australii, bowiem stamtąd pochodzi Jeremy Rose, saksofonista i klarnecista, który wraz ze swoim oktetem całkiem niedawno opublikował album "Disruption! The Voice Of Drums". Wybrałem z niego taki oto mój ulubiony fragment.


Saksofonista Michael Blake w towarzystwie kolegów - Stewart, Rojas, Bernstein, Gayton, Mednard - zaproponuje fragment z jego niedawno wydanej płyty "Combobulate".







niedziela, 1 listopada 2020

CHRISTIAN KJELLVANDER - ABOUT LOVE AND LOVING AGAIN" (Tapete Records) "Stany miłości"

 

       Pamiętam, jak przed laty jeden z moich ulubionych redaktorów muzycznych - Jacek Hawryluk  (pozdrawiam ekipę HCH) - prezentował fragmenty płyty Billa Callahana - "Sometimes I Wish We Were An Eagle", nagranej w The Track Studio i wydanej wiosną 2009 roku nakładem oficyny Drag City. Za oknem było rozgwieżdżone niebo, Orion i Altair mrugały zalotnie, na uszach słuchawki, leniwe tony sentymentalnego "Faith/Void", którego wtedy słuchałem na okrągło, nie tylko w księżycowe noce, ale również w coraz to cieplejsze i dłuższe dni. Muszę przyznać, że te wrażenia powróciły do mnie, i to całkiem sugestywnie, kiedy w ostatnich godzinach odkrywałem zakamarki najnowszego albumu Christiana Kjellvandera - "About Love And Loving Again".


O poprzedniej płycie, nieco moim zdaniem przegapionej przez prasę branżową, napisałem kilka ciepłych słów na łamach tego bloga. Dobre wiadomości są takie, że szwedzki bard powrócił i to w niezłej formie. Najnowsze wydawnictwo zawiera raptem siedem nagrań. Warto jednak dodać, że większość z nich czasem trwania oscyluje wokół siedmiu minut lub nieznacznie ten dystans przekracza. Kjellvander bardzo dobrze czuje się właśnie w takich dłuższych wypowiedziach. To wtedy jego głęboki głos, zbliżony odrobinę do tonu Billa Callahana, ma czas, żeby swobodnie wybrzmieć. Większość kompozycji to leniwe, spokojnie rozwijające się ballady, nawiązujące bezpośrednio do stylistyki spod znaku americana albo indie-folk. 

Był maj 2020 roku, kiedy Christian Kjellvander wraz z dwójką przyjaciół zamknął się w piwnicy zaadaptowanej na potrzeby studia nagraniowego. Ta pozostała dwójka muzyków, którzy wraz z nim zeszli po betonowych stopniach schodów, to Pere Nordmark - zasiadł za zestawem perkusyjnym oraz Pelle Andersson - obsługiwał pianino Rhodesa i syntezator Korga. Obydwaj muzycy pojawili się w składzie na poprzedniej płycie "Wild Hxmans". Pelle Andersson funkcjonuje jako muzyk sesyjny, w różnych składach, najczęściej podpisywał listę obecności na albumach Rogera Karlssona. Po raz pierwszy wystąpił u boku Kjellvandera na krążku "A Village: Natural Light" (2006). Per Nordmark wcześniej grał w formacji The Bear Quartet, czy Breach. Pomagał Kjellvanderowi już przy okazji prac nad debiutanckim krążkiem "Songs From A Two-Room Chapell" (2002).  

W porównaniu do tego, co zaproponował Bill Callahan na wspomnianej wcześniej płycie "Sometimes I Wish We Were An Eagle", Christian Kjellvander jest bardziej surowy, czy oszczędny na poziomie aranżacji. W poszczególnych nagraniach nie znajdziemy więc ani dźwięków skrzypiec czy drobnych orkiestracji, ani elektronicznych dodatków. Dominują dźwięki gitary, spokojny, wręcz monotonny rytm perkusji, syntezatorowe tło, ciekawsze niż na poprzedniej płycie, oraz głos, który mocno wypełnia całą przestrzeń. Ta gitara w rękach szwedzkiego wokalisty czasem pokazuje rockowy pazur, rozbrzmiewa groźnymi przesterowanymi szarpnięciami, złowrogimi pomrukami, jednak trzymana pewnie w cuglach nie wybucha w pełni gniewem, jak w " No Grace". Artysta z Malmo najwyraźniej wyciągnął lekcję z poprzedniego wydawnictwa i dojrzał. Myślę, że większość tych utworów wypełniających  najnowszy krążek świetnie by się obroniło w wersjach tylko na gitarę oraz głos. Taka to klasa wokalisty, który z łatwością kreuje, jak i swobodnie porusza się w różnych harmoniach. Z drugiej  jednak strony miło byłoby - tak dla odmiany - posłuchać szwedzkiego barda w jednej chociaż nieco bardziej rozbudowanej formie. Wszystkie kompozycje utrzymują równy dobry poziom, dzięki czemu całość brzmi gładko i spójnie. Gdybym musiał, wyróżniłbym świetny "Actually Country Gentle", gdzie autor śpiewa: "And The Happiness Is The First Thing We Forget", z bardzo dobrze utrzymanym napięciem, co jest znakiem rozpoznawczym szwedzkiego wokalisty. Napięciem, dodajmy, które funkcjonuje w oparciu o rozwijającą się, zwykle nostalgiczną, opowieść, a nie takim, które zmierza do konkretnego punktu kulminacyjnego. W utworze "Cultural Spain" - napisanym po powrocie z podróży po Europie, w chórkach możemy usłyszeć partnerkę pieśniarza - Fridę Hyvonen (wydawała płyty w oficynach Secretly Canadian czy Licking Fingers, uczestniczyła w trasie koncertowej z Jensem Lekmanem). Drugim utworem, który zrobił na mnie największe wrażenie jest tytułowy "About Love And Loving Again". Znakomicie rozpisana, ponad siedmiominutowa kompozycja pokazująca, jakie ogromne możliwości ma Kjellvander. Wyborna rzecz! Po prostu Wyborna!! To moje ulubione nagranie ostatnich dni.

(nota 7.5-8/10)

 

 



Jako drugie danie dziś zapowiedź nowej płyty grupy Lambchop, która nosi tytuł "Trip, i ukaże się 13 listopada. Tym razem zespół wykonał cudze utwory, zaproponowane przez członków formacji. W sumie sześć kompozycji takich zespołów jak: Supremes, Yo La Tengo, Georgy Jones, Stevie Wonder. Utwór "Reservations", z repertuaru grupy Wilco, zaproponował perkusista Matthew McCaughan.





Z kolei Matthew Lowe i Daniel Trenholme - to indie-folkwy duet Stables, powołany do życia w 2016 roku, nagranie "Sillhouette" pochodzi z ich najnowszego albumu o tym samym tytule.




Przeniesiemy się teraz do Norwegii, żeby posłuchać piosenki o duchach, kompozycja "Grateful Dead" pochodzi z płyty "Birds" - Simena Mitlida. Fani wczesnej twórczości Sufiana Stevensa powinni odszukać ten krążek i znaleźć na nim coś dla siebie.




W kąciku improwizowanym King Khan - "The Infinite Ones", czyli pierwsza jazzowa płyta artysty, który do tej pory funkcjonował w przestrzeni garażowego rocka. Album miał być hołdem złożonym takim wielkim postaciom jak Alice Coltrane czy Miles Davis. W składzie znajdziemy muzyków Sun Ra Arkestra, Marshalla Allena i Knoela Scotta, a także członków grupy Calexico, Johna Conventino, Martina Wenka. Kompozycja "Wait Till The Stars Burn" otwiera ten krążek.



 

niedziela, 11 października 2020

FUTURE ISLANDS - "AS LONG AS YOU ARE" (4AD) "Muzyka dla tańczących inaczej"

 

     Przypatrując się biografiom zespołów, które odniosły sukces, zwykle natrafiamy na tak zwany "punkt zwrotny". Moment, kiedy to niezbyt znana nazwa formacji zyskuje na znaczeniu. Tym "punktem zwrotnym" może być zapadający w pamięć teledysk, wyjątkowo udany koncert, bądź przebój, który z uporem maniaka będzie odtwarzał prezenter radiowy (lub rozgłośnia), cieszący się wyjątkową popularnością.  Albo występ w programie telewizyjnym, chociażby takim, jak ten prowadzonym przez Davida Lettermana. To były pamiętne i kluczowe - jak się później okazało - niecałe cztery minuty dla grupy Future Islands, która w dniu 3 marca 2014 roku pojawiła się w programie "David Letterman The Late Show", żeby wykonać piosenkę "Seasons (Waiting On You)". Wokalista i autor tekstów amerykańskiej formacji, Samuel T. Herring, był wielokrotnie pytany właśnie o ten występ. Wątpliwości dziennikarzy dotyczyły głównie tego, czy frontman wcześniej wszystko starannie sobie  zaplanował, uzgadniając to z pozostałymi członkami zespołu. Odpowiedź zawsze brzmiała podobnie: "Niczego nie planowałem. Robiłem to, co zwykle robię na scenie".

Początki grupy Future Islands sięgają miasta Morehead City (Północna Kalifornia), gdzie mieszkali Samule T. Herring oraz Gerrit Welmers (klawisze) - ich domy dzieliły zaledwie dwie ulice, chodzili do tej samej szkoły średniej. Pierwszy z nich interesował się wtedy rapem, drugi natomiast słuchał muzyki metalowej i punk rocka. To zainteresowanie rapem pozostało amerykańskiemu twórcy do dziś, w ubiegłym roku jako Hemlock Ernst wydał album "Back At The House". Kolejnego członka zespołu Williama Cashima (bas), Herring poznał w szkole artystycznej, kiedy ten pomagał mu przygotować się do egzaminu z historii sztuki. To przy okazji tych korepetycji miała paść z jego ust konkretna propozycja: "Załóżmy zespół".

Sympatyczne trio początkowo przybrało nazwę Art Lord & The Self Portraits, a swój pierwszy występ przed publicznością dali przy okazji Walentynek. Zafascynowani sceną new-wave i dokonaniami Kraftwerk młodzi twórcy poszukiwali własnej tożsamości. W 2006 roku do tria dołączył Erick Murillo, a dwa lata później na rynku pojawił się ich debiut fonograficzny "Wave Like Home". Początki zespołu to był trudny okres szczególnie dla wokalisty, który zmagał się wtedy z uzależnieniem od narkotyków, porzucił naukę w college'u. Bez cienia przesady można powiedzieć, że barwę głosu Samuela T. Herringa ukształtowało życie. Alkohol, nikotyna, narkotyki, problemy z gardłem oraz żołądkiem (refluks, nadmierne wydzielanie się kwasów), wszystko to odcisnęło się na jakości jego strun głosowych. "Głos soulowego weterana" - tak przed lat określił ten charakterystyczny tembr Robert Sankowski. W moim odczuciu ton głosu Herringa przypomina śpiew folkowego barda, który jeździ od mieściny do mieściny, żeby w zadymionych knajpach, przy szklaneczce whisky i z gitarą pod pachą, snuć smętne opowieści o straconych miłościach i życiowej niedoli.

Jednak muzyka Future Islands niewiele ma wspólnego zarówno z folkiem, jak i ze soulem. W kompozycjach amerykańskiej formacji odnajdziemy muzyczną pocztówkę lat 80-tych oraz echa dokonań takich zespołów jak: New Order czy The Cure; krótko mówiąc energetyczny synth-pop, post-wave w romantycznych dekoracjach. Za romantyczną otoczkę odpowiada rozmyte brzmienie klawiszy, obsługiwanych przez sprawne dłonie Gerrita Welmersa.  Warto dodać, iż pomimo zwykle energetycznego rytmu i tanecznego charakteru wielu kompozycji ("muzyka dla tańczących  inaczej"), odnajdziemy w nich melancholijny czy nostalgiczny nastrój obecny również w warstwie lirycznej albumów. Przez pełne osobistych refleksji teksty Samuela T. Herringa przewijają się tematy rozłąki, straty, lęków. W jego biblioteczce są książki takich twórców jak: Larkin, Bukowski, Italo Calvino.

Kończący się z wolna rok to nie tylko czas pandemii (izolacji) oraz brak koncertów - co zespół, który 3/4 roku spędzał w trasie musiał odczuć dość boleśnie - ale również czas zmian w życiu osobistym. Oto bowiem Samuel T. Herring w czerwcu stanął na ślubnym kobiercu i po chwili wahania (lub bez zbędnej zwłoki), powiedział głośne i wyraźne "TAK" Julii Ragmarsson. Obecnie, jak donosi w mediach, pilnie uczy się języka ojczystego swojej żony (szwedzki).

Najnowsza płyta "As Long As You Are" została nagrana w Wrightway Studios w Baltimore pod czujnym okiem i uchem inżyniera dźwięku Steve'a Wrighta. Na całe szczęście nie zawiera żadnych brzmieniowych rewolucji, tylko jedenaście zgrabnie napisanych piosenek, w starym, rozpoznawalnym i kojarzonym z amerykańską formacją stylu. W odróżnieniu od poprzednich nagrań, tym razem wykorzystano tradycyjną perkusję - do składu dołączył Michael Lowry. Album można podzielić na dwie współgrające ze sobą części. Do pierwszej zaliczyłbym lekkie popowe piosenki utrzymane w skocznym rytmie: "For Sure", "Waking", "Plastic Beach", "Hit The Coast". Do drugiej zaś nieco bardziej refleksyjne utwory. Jak celnie zauważył to jeden z recenzentów: "Średni BPM (ilość uderzeń na minutę) został drastycznie zmniejszony", w stosunku do poprzedniego wydawnictwa "The Far Field". Trzeba przyznać, że te spokojniejsze kompozycje jak: "I Knew You" (z emocjonalną wokalizą), "Moonlight", "City's Face", "Thrill", bronią się doskonale, głównie za sprawą głosu Herringa, który ma miejsce oraz czas, żeby w pełni wybrzmieć. Skromne aranżacje, funkcjonujące w oparciu o klawisze, a także wyeksponowany bas, dobrze pokazują, jak przy użyciu niewielkich środków nagrać ciekawą piosenkę. "To nasza najlepiej brzmiąca płyta w historii" - stwierdził charyzmatyczny wokalista. 

Samuel T. Herring ma na koncie wspólne występy z Victorią Legrand (Beach House) czy Katriną Ford (Celebration). Myślę, że całkiem dobrze odnalazłby się w wielu innych  gatunkach lub stylistykach. Chciałbym usłyszeć jego wokalizę na dłuższym dystansie, w stylu, który zaprezentował w kompozycji "Time Moves Slow" grupy BadBadNotGood. W teledysku, który znajdziecie poniżej, pamiętne kadry z "Do utraty tchu" Jean-Luc Godarda, i prześliczna Jean Seberg. 

Ps. Jakiś "paryski" akcent musiał się znaleźć, po tym, co dla kibiców oraz tych, którzy sami biegają po korcie, zrobiła nasza tenisistka Iga Świątek. Gratulacje!

(nota 7.5/10) 


  




W kąciku deserowym dziś początkowo pozostaniemy w tanecznych rytmach; tytuł wpisu "Muzyka dla tańczących inaczej" do czegoś zobowiązuje. Helena Deland to urodzona w Vancouver autorka tekstów i piosenkarka. Na jej koncie znajdziemy kilka singli i epek. Kilka dni temu wreszcie opublikowała swój pełnowymiarowy debiut "Someone New". Płyta ukazała się nakładem stosunkowo młodej wytwórni Luminelle Recordings, która powstała w 2017 roku, jako wynik współpracy Fat Possum z House Arrest, jej szefowie stawiają przede wszystkim na śpiewające panie.



Zespół, który bardzo lubię znów dał o sobie znać w ten pandemiczny czas. Tym razem Yo La Tengo proponuje epkę "Sleepless Night". Początkowo ten materiał wyszedł jako 12 calowa płyta przygotowana na wystawę Yoshitomo Nary w Muzeum Hrabstwa Los Angeles. To japoński artysta pomógł wybrać zestaw piosenek i zaprojektował okładkę. Na krążku znajdziemy interpretacje utworów The Byrds, The Delmore Brothers, Boba Dylana, Ronniego Lane'a i The Flying Machine, a także jedną nową i całkiem udaną kompozycję "Bleeding". Przy tej okazję pozwolę sobie jednak powrócić do mojego ulubionego coveru grupy Yo La Tengo, czyli do utworu "Gentle Hour", który pochodzi z repertuaru The Clean. Ta jakże cudna i urokliwa kompozycja pojawiła na składance "Dark Was The Night (Red Hot Compilation)".




Jeśli chodzi o krainę improwizowanych dźwięków, to The Budos Band powrócił z nową przyzwoitą, ale jednak nieco przewidywalną, moim zdaniem, płytą -"Long In The Tooth". Miłośnicy grupy, zwolennicy afro-jazzu czy afro-beatu, oraz fani analogowej jakości, powinni znaleźć tam dla siebie dużo dobrych dźwięków.  Mój kolejny ulubieniec, stały gość bloga, szef wytwórni Gondwana Records, Matthew Halsall zapowiada nowy album, który ukaże się w połowie listopada i będzie nosić tytuł "Salute To The Sun". Kompozycja "Joyful Spirits Of Universe" promuje to wydawnictwo. (Ps. warto zwrócić uwagę na realizację dźwięku).





niedziela, 31 maja 2020

PSYCHIC MARKERS - "PSYCHIC MARKERS" (Bella Union) "Dziewczyna i kosmiczni kowboje"

       W filmie "Crash. Niebezpieczne pożądanie" Davida Croneberga główni bohaterowie - James Ballard i Catherine Ballard - odnajdywali perwersyjną przyjemność w prowokowaniu i uczestniczeniu w wypadkach drogowych. Taki wypadek przeżył całkiem niedawno Steven Dove, miłośnik twórczości Krzysztofa Kieślowskiego i Wima Wendersa oraz jeden z liderów grupy Psychic Markers. W trakcie podróży po stanie Kalifornia Steven i jego kompani nagle znaleźli się w samym środku potężnej burzy piaskowej. Napór wiatru, niosącego ze sobą chmury piachu i pyłu, był tak ogromny, że w pewnym momencie kierowca stracił panowanie nad pojazdem. Na szczęście wszyscy pasażerowi wyszli z tego wypadku bez szwanku, prawdopodobnie żaden z nich nie odczuł perwersyjnej przyjemności stojąc oko w oko ze śmiercią. Pozostały jednak osobliwe wspomnienia, które były impulsem do stworzenia kompozycji wypełniających trzeci w dorobku album brytyjskiego (także w pewnym sensie międzynarodowego) kolektywu. Zawartość najnowszego wydawnictwa, które ukazało się kilka dni temu nakładem oficyny Bella Union, Steven Dove porównał właśnie do filmów wspomnianego już wcześniej Davida Croneberga.

Z pewnością przytrzymujący w dłoniach kierownicę James Spader, czy rozłożona leniwie na siedzeniu pasażera Deborah Kara Unger, mogliby słuchać wielu z tych nagrań, chociażby takich indie-rockowych czy transowych i udanych kompozycji jak: "Sacred Geometry", "Pulse", "Clouds", tuż przed kolejną zaplanowaną kraksą.  "Byłem już zmęczony pisaniem piosenek pod dyktando sztywnej struktury "zwrotka/refren", dlatego poszukiwałem alternatywnych form ekspresji" - tyle Steven Dove. W kontekście tej wypowiedzi nie dziwi więc fakt, że pozostałe odsłony płyty "Psychic Markers" bronią tego krążka poprzez swoją różnorodność. I tak, w "Irrational Idol Thinking" odnajdziemy drobny ukłon w stronę dokonań The National, otwierający całość "Where Is The Prize" został napisany z perspektywy starego człowieka, z kolei "Clouds" zawiera punkt widzenia dziecka, w "Enveloping Cycles" i "Baby It's Time" rozbrzmiewa głos jedynej kobiety w zespole, Alannah Ashworth, oraz unosi się stary dobry duch Yo La Tengo, z okresu płyt "Summer Sun", czy klasyka "And Then Nothing...". Tym razem rejestracji nagrań dokonano w Greenwich, w piwnicy zaadaptowanej na potrzeby studia. "Kosmiczni kowboje i dziewczyna" - jak zwykli o sobie mówić członkowie grupy ( z tego, co wiadomo, nie znaleźli się na pokładzie rakiety Falcon 9), przed procesem nagrywania materiału zakupili specjalny zestaw świetlny, który zamieniał poszczególne dźwięki na określone barwy światła. I takie również są piosenki wypełniające ten bardzo udany krążek - kolorowe, ciekawie zaaranżowane i zachęcające do ponownych  odtworzeń. W moim odczuciu to jedna z lepszych indie-rockowych/popowych propozycji ostatnich tygodni.

(nota 7.5-8/10)




czwartek, 3 października 2019

FIELD GUIDES - "THIS IS JUST A PLACE" (Whatever's Clever) "AKSOLOTL Z BROOKLYNU"

    "Był czas, kiedy dużo myślałem o aksolotlach. Chodziłem je oglądać do akwarium w Jardin des Plantes i spędzałem całe godziny na przyglądaniu się im, obserwowaniu ich bezruchu, ich tajemniczych drgnień. A teraz sam jestem aksolotlem"  ("Aksolotl" - Julio Cortazar)

  Naszym dzisiejszym gościem będzie Benedict Kupstas oraz jego wesoła gromadka ukrywająca się pod nazwą Field Guides. Wyśmienitą do tego okazją jest trzecia w ogóle, a druga oficjalna, płyta, która ukazała się kilka dni temu, czyli krążek zatytułowany "This Is Just A Place". Benedict Kupstas to muzyk i pisarz rezydujący w Nowym Yorku. Zaczynał jako chłopak z gitarą, który dzielił się swoją twórczością tylko w wąskim kręgu bliskich znajomych. Tak się złożyło, że to jednemu z nich w końcu udało się namówić amerykańskiego artystę do publicznego występu. Koncert odbył się w... sklepie ze słodyczami, tyle że zamiast solowego recitalu Benedict wystąpił u boku zaprzyjaźnionych  muzyków, z którymi to zagrał wtedy między innymi cover grupy Smog. Najwyraźniej wspólne granie spodobało się wszystkim zainteresowanym na tyle, że postanowili je kontynuować, na salę prób wybrali dość egzotyczne miejsce - opuszczoną fabrykę farmaceutyczną Pfitzera, przy Flushing Avenue, oczywiście na Brooklynie.

Benedict Kupstas ma osobliwe hobby - zbiera nagrania terenowe z całego świata. Rejestruje głównie odgłosy przyrody: szum wody, liści, śpiew ptaków itd. Jego niespełnionym, póki co, marzeniem jest zostanie w przyszłości ornitologiem. Owe wspomniane przeze mnie wyżej nagrania terenowe wykorzystał na oficjalnym debiucie grupy: "Boo, Forever". Pośród nich znalazły się te dokonane w Parku Narodowym Corcovada na Kostaryce, oraz te z Parco Nationale delle Terre we Włoszech. Tytuł albumu został zaczerpnięty z twórczości jednego z ulubionych pisarzy naszego dzisiejszego bohatera - Richarda Broutigana (związany w ruchem beatników, autor powieści "Łowienie pstrągów w Ameryce"). Debiutancki krążek w ciekawy sposób łączył elementy alternatywnego rocka z indie-folkiem. W warstwie tekstowej był również wyrazem hołdu, jaki autor składał naturze, z jej bogactwem fauny i flory.

Na drugie oficjalne wydawnictwo przyszło nam czekać pięć lat. W tym czasie skład grupy ulegał zmianie, jedni muzycy odchodzili, ich miejsce zajmowali kolejni. Wydawnictwo "This Is Just A Place" przykuwa uwagę dojrzałością brzmieniowych rozwiązań, w stosunku do tego co oferował poprzedni krążek. Mamy tu mnóstwo ciekawych pomysłów aranżacyjnych, różnorodność użytych instrumentów - skrzypce, wiolonczela, saksofon, fortepian, organy Hammonda, ...paczka po chipsach. Całość zgrabnie zmiksował D.James Goodwin, w swoim prywatnym studiu "The Isokon", w Nowym Yorku, który współpracował między innymi z Kevinem Morby, Timem Berne, Davidem Tornem. Początek albumu czyli "Art of Fiction No.83" to delikatne westchnienia smyczek i gitary, oraz głosy - Kupstasa i Jamie Reeder. To śpiewanie na dwa wokale - męski i kobiecy - nie trzymanie się sztywnych podziałów, a więc swobodna ich wymiana, dzielenie się poszczególnymi partiami, sprawiło, że kompozycje zyskały na atrakcyjności. Kilka z tych ośmiu utworów zawartych na ostatnim wydawnictwie grupy przypomina dokonania Camera Obscura czy Belle And Sebastian, pozostałe kierują nasze skojarzenia w stronę takich formacji jak The National lub The War On Drugs, Yo La Tengo. Pośród ważnych inspiracji Benedict Kupstas wymienia konkretne tytuły oraz ich wykonawców: Nick Cave - "Distans Sky", Yo La Tengo - "Our Way To Fall", Gastr Del Sol - "Blues Subtitles No Sens of Wonder", Broadcast - "Tears In The Typing Pool",  Sparklehorse - "It's a Wonderful Life." Jeśli chodzi o tropy literackie, to jednym z ulubionych opowiadań amerykańskiego twórcy jest nowela "Aksolotl" Julio Cortazara, do którego to tekstu ponoć wraca kilka razy do roku. I tak oto w najlepszej i mojej ulubionej kompozycji "Mondegreen", podmiot liryczny staje przed akwarium i patrzy z uwagą przez szybę na przepływające tam ryby... "At The Aquarium Looking Through The Glass I Saw A Part Of Myself Looking Back" - zupełnie tak, jak bohater opowiadania Cortazara.

"I w tej ostatniej samotności, której już nie zakłóca swymi powrotami, pocieszam się, że może coś o nas napisze; będzie myślał, że opowiada bajkę, i napisze to wszystko o aksolotlach" (Julio Cortazar - "Aksolotl").


(nota 7/10)