Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jay-Jay Johanson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jay-Jay Johanson. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 maja 2025

FAITH ELIOTT - "DRYAS" (Lost Map Records) "Diabeł tkwi w szczegółach"

 

   "Dryas" - to roślina, która w języku polskim znajduje swój odpowiednik jako: "Dębik ośmiopłatkowy". Można ją spotkać w górach stanów Kolorado, Idaho, Oregonu, tundrze oraz na Islandii. W naszym kraju występuje jedynie w Tatrach, ponieważ bardzo lubi surowy klimat. Kwitnie tylko od czerwca do lipca. Nazwa pochodzi od kształtu liści, które podobne są do liści dębu. Właśnie od tej egzotycznej rośliny wziął się tytuł najnowszej, drugiej w niezbyt bogatym dorobku, płyty szkockiej wokalistki Faith Eliott. Przy pomocy tego określenia autorka kompozycji chciała podkreślić metaforę wytrwałości, odporności czy swoistego hartu ducha, które to cechy przydają się w surowym środowisku współczesnego świata.




Faith Eliott poznałem przypadkiem, odsłuchując udany i zrecenzowany niegdyś przeze mnie na łamach tego bloga album grupy Fair Mothers - "Monochrome". Zastanawiałem się, jakie to dwie wokalistki zostały zaproszone jako goście specjalni do studia, w trakcie trwania sesji nagraniowych. Jedną z nich okazała się być bohaterka dzisiejszego wpisu.

Pochodzi z Minneapolis, ale będąc nastolatką przeniosła się do Szkocji. Już jako dziewczynka próbowała swoich sił w chórach. Stąd jej gładkie górne rejestry, upodobanie do długich dźwięków. Za młodu słuchała głównie nagrań Placebo i Manic Street Preachers, (aktualnie zafascynowała się pieśniami Richarda Dawsona). Później odkryła uroki gry na gitarze akustycznej. Od samego początku była zdeterminowana, żeby wszystko robić samodzielnie, ale jej wiedza na temat rejestracji i produkcji nagrań była znikoma. Obecnie posiłkuje się bogatszym doświadczeniem zaprzyjaźnionych artystek.

"Ludzie często romantyzują proces artystyczny. Bardzo rzadko doświadczasz tego legendarnego momentu, kiedy przychodzi ci do głowy pomysł, bierzesz długopis i wychodzi z niego idealna całość. Znacznie częściej napisanie piosenki może być prawdziwą harówką i zająć całe wieki" - oświadczyła Faith Eliott.

Te zawarte na wydanym wczoraj albumie "Dryas" zaczęły powstawać jako szkice pięć la temu. Całość materiału nagrano w studiu The Big Shed w  Perthshire. Mógłbym powiedzieć, że zebrał się tam żeński skład, gdyby nie jeden męski rodzynek - Paul Northcott, zagrał na flecie. Wśród zaproszonych do studia gości znajdziemy także polski akcent - przy klawiaturze fortepianu zasiadała Katarzyna Wiktorska.




Album "Dryas" całkiem udanie łączy wątki pieśni folkowych z elementami dream-popu i elektroniki. Najbardziej przykuwają uwagę rozbudowane aranżacje - oczywiście w tych najlepszych  fragmentach - za którymi stoi przyjaciółka autorki kompozycji, skrzypaczka Robyn Ann Dawson, znana ze składu grupy Meursault. Szkoda tylko, że nie zechciano w ten sposób ozdobić większości utworów. Z tego powodu w finalnym efekcie wyszedł album dość nierówny, z kilkoma poważnymi mieliznami, gdzie ewidentnie zabrakło pomysłów - banalny "Company Car", czy przewidywalny, inspirowany historią "Potwora z Rawenny" - "Thys Creatur".

Większość kompozycji rozpoczyna się od dźwięków gitary akustycznej oraz głosu Faith Eliott. Jeśli w dalszej części nie dochodzą do tego tandemu pozostałe instrumenty, utwory wypadają płasko, blado i dość przeciętnie. Dobrze w tym indie-folkowym otoczeniu odnalazła się barwa głosu wokalistki, która już przed laty przypadła mi do gustu. Jednak śpiewających pań, w towarzystwie akompaniamentu gitary akustycznej, jest całkiem sporo, i ciężko wyróżnić się na ich tle pocierając palcami metalowe lub nylonowe struny, przy okazji smętnie zawodząc. Nie twierdzę, że każda odsłona płyty "Dryas" powinna zawierać rozbuchane, filmowe aranżacje. Czasem chodzi po prostu o detale, o drobne niuanse... Jak chociażby klarnet, delikatnie muskane blaszki perkusji, w sugestywnym, poetyckim "Egg, Mountain, Montana". Tytuł "Cursed & Ancient Memes" nie jest przypadkowy. Autorka od dawna inspiruje się historią starożytną i średniowiecza, często zderza jej wątki lub umieszcza w nieco bardziej współczesnym, poetyckim kontekście. "Moi rodzice są historykami, więc ta figuratywna, folklorystyczna estetyka, jest wpisana w sposób, w jaki patrzę na rzeczy".

Możliwości Faith Eliott są spore, choć cały problem polega na tym, żeby umiejętnie i w pełni je urzeczywistnić. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Może przy okazji następnego wydawnictwa będzie dużo lepiej. Oby!

(nota 7/10)

 



Skoro padła nazwa grupy Fair Mothers, musi zabrzmieć ta wspaniała kompozycja, szczególnie w drugiej jej magicznej części, kiedy pojawia się kobiecy głos. Cudo!!




Floryda i zespół Autumn's Grey Solace, mój ulubiony fragment z płyty "The Dark Sapce", w specjalnej radiowej wersji.




Cóż, że ze Szwecji, coś dla fanów avant-popu, duet z miasta Lund - Sally Shapiro. Fragment pochodzi z wczoraj wydanej płyty "Ready To Live A Lie".




Cóż, że ze Szwecji odsłona druga. Zajrzymy na niedawno wydaną płytę wokalisty Jay Jay Johansona, żeby posłuchać tytułowego fragmentu "Backstage".




Przeniesiemy się do Grecji, skąd pochodzi grupa Sugar For The Pill (nazwa pochodzi od piosenki grupy Slowdive). Przed tygodniem ukazała się płyta "Sugar For The Pill - Luv", która tak urokliwie się kończy.




W ostatnich oraz najbliższych dniach moje oczy będą zwrócone na paryskie korty. Warto więc mieć pod ręką jakiś francuski akcent. Tak się złożyło, że przed tygodniem ukazał się album Almy Elste - "Welcoming The Maze", która rezyduje w Paryżu.




Wczoraj ukazało się sporo nowych płyt: Matt Berninger (wokalista The National) opublikował drugi solowy album "Get Sunk", grupa Moonrisers - "Hers & Exciting", Alan Sparhawk - "With Trampled By Turtles", chwalony przez krytyków zespół Caroline - "Caroline 2" (jakiś czas temu zaprezentowałem znakomity singiel z tego wydawnictwa), oraz formacja Swans - "Birthing". Tymczasem przeniesiemy się do Reykjaviku, żeby posłuchać fragmentu niedawno opublikowanej epki - "Let It Burn" - grupy Virgin Orchestra. 




Steven Brown (Tuxedomoon) gościł już jako solista na łamach bloga. Tym razem towarzyszy mu John Herndon (Tortoise), oraz pozostali koledzy. Materiał opublikowany kilkanaście dni temu nosi tytuł Coffin Prick - "Loose Enchantment". Najbardziej z tego zestawu przypadła mi to gustu ta kompozycja.



 
MISS TYGODNIA - żal mi takich wybornych piosenek, w których wszystko się zgadza, subtelne brzmienie, smaczna aranżacja, dobry tekst, wyraz ogólny... Prawdopodobnie przepadną bez echa, i mało kto do nich dotrze, ponieważ nikt im nie da szansy. Nie pojawią się w popularnych rozgłośniach radiowych (są jeszcze takie?), albo na streamingowych playlistach, itd. Postanowiłem więc, że ocalę od zapomnienia ten wybory fragment, który przy okazji otwiera niezły album zatytułowany "Natural Light", artysty z miasta Vancouver - Dana Mangana. Przespacerujcie się z tą pieśnią pod rękę, ramię w ramię, u boku, wieczorową porą, w słońcu i w deszczu, przez kilka dni.



 
KĄCIK IMPROWIZOWANY - rozpocznie kolektyw z USA, prezentowany już nieraz The Budos Band, który szczególnie upodobał sobie gatunek afro-beat, czemu daje wyraz na kolejnych płytach. Ta ostatnia ukazała się wczoraj, nosi krótki tytuł "VII".




Skoro moduł Sztucznej Inteligencji przed tygodniem utrzymywał, że na moim blogu można znaleźć również nagrania polskich artystów,(wyjątkowo rzadko), odrobinę nagnę zasady i zaprezentuję świetny fragment płyty "Horizons Of Events", polskiej grupy MORE EXPERIENCE.


sobota, 18 lutego 2023

KERALA DUST - "VIOLET DRIVE" (PIAS) "Panowie od rytmiki"

 

   Jak co tydzień, tuż po wietrznym piątkowym dniu pełnym premierowych wydawnictw, wielu z Was zadaje sobie pytanie, czego posłuchać? Z pewnością rozczarował mnie najnowszy album grupy dEUS - "How To Replace", choć jakoś specjalnie na niego nie czekałem. Zdecydowanie bardziej wolę Toma Barmana w jego pobocznym, jazzowym wcieleniu, czyli TaxiWars. Spory zawód, chyba jeszcze większy, przyniosła nowa płyta duńskiej formacji Lowly - "Keep Up The Good Work", ich poprzedni udany krążek pochwaliłem w recenzji kilka lat temu, a wczoraj opublikowany materiał przytłoczył mnie zwałami pstrokatej, dziwnie miękkiej elektroniki. W ostatnich dniach recenzenci "The Skinny", "The Telegraph", "PopMatters", "Consequence of Sound", "DIY Magazine" - najwyraźniej potajemnie się zmówili, a następnie wystawili najwyższą możliwą notę - 10 punktów - płycie Caroline Polachek - "Desire, I Want To Turn Into You". Poza nazwiskiem artystki, sporym wkładem producenta - Danny L. Harle - z tego wyjątkowo niezbornego zestawu mniej lub bardziej przypadkowo połączonych ze sobą tonów, wrzuconych dodatkowo do kotła rozmaitych stylistyk, najbardziej zapamiętałem... pończochy wokalistki, widoczne na jednym ze zdjęć, choć oczywiście jako koneser tychże proponowałbym założyć te z pasem. Wątek recenzji płytowych zamieszczanych  na rozmaitych portalach, to temat na oddzielną opowieść - być może kiedyś się nad nim pochylę. Nie trzeba być Michelem Foucault ("Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu", "Archeologia wiedzy", "Porządek dyskursu", itd.), żeby odkryć szereg ukrytych założeń przewijających się przez wiele dziennikarskich opisów. Tylko dziennikarz niezbyt przeze mnie lubianego New Musical Expresu - on jeden - zachował zdrowy rozsądek i trzeźwy osąd, oceniając wydmuszkowe wydawnictwo pani Polachek na 6.0. Krytykować łatwo, to prawda, ale w czym zanurzyć spragnione wrażeń uszy? Może wydana wczoraj płyta zespołu Kerala Dust zatrzyma Was na dłużej.



  Pod dźwięcznym szyldem ukrywa się brytyjskie trio, którego skład zawiązał się w 2016 roku w Londynie. Wszystko zaczęło się od Edmunda Kenny - to on systematycznie publikował swoje elektroniczne produkcje na platformie Soundcloud właśnie pod nazwą Kerala Dust. W końcu jego poczynania dostrzegł i docenił szef kolońskiej oficyny "Late & Luise", czego potwierdzeniem było wydanie debiutanckiej epki - "Late Sun" (2017). Edmund Kenny początkowo interesował się głównie muzyką klubową. Często odwiedzał takie miejsca jak Fabric czy Corisica Studios, żeby zbierać cenne doświadczenie. Do składu dołączyli później klawiszowiec Harvey Grant oraz gitarzysta Lawrence Howarth. Jak zgodnie podkreślają w wywiadach, dorastali przy dźwiękach płyt Can, The Velvet Underground, czy Toma Waitsa, co z łatwością można odnaleźć w muzyce Kerala Dust. 

Wydany wczoraj album "Violet Drive", nagrany został w ciągu dwóch tygodni, w studiu położonym na obrzeżach miasta Zurich, przez Tilla Ostendarpa (współpracował z Peterem Broderickiem). Swoją bazę motoryczną z pewnością zawdzięcza rytmicznym nagraniom grupy Can, to właśnie wokół tych powtarzalnych struktur rozbudowywano potem kolejne warstwy kompozycji. "Nasze postrzeganie tempa związane jest z ludzkim tętnem, dlatego najlepiej czujemy się w okolicach 120 BPM" - stwierdził Edmund Kenny w jednym z wywiadów. Drugie, po "Light West" (2020), w dorobku pełnowymiarowe wydawnictwo rozpoczyna utwór "Moonbeam, Midnight, Howl". Sekwencje zapętlonych dźwięków stanowią tutaj podział rytmiczny oraz przestrzeń, na której może pojawić się charakterystyczna wokaliza Edmunda Kenny. To właśnie jego głos nienachalnie pogłębia nastrój kompozycji, która może przypominać dawne dokonania Toma Waitsa. Oczywiście Brytyjczycy wykorzystują znacznie więcej elektroniki, raczej nie zapuszczają się w rejony swobodnej improwizacji, za to świetnie żonglują rozmaitymi dodatkami, z gracją wzniecają drobiny dźwiękowego kurzu, które tworzą kolejne warstwy oszczędnej oraz inteligentnie zaprojektowanej aranżacji. Edmund Kenny i jego przyjaciele skrupulatnie odmierzają rozmaite proporcje, celowo unikają zbędnych w tym układzie solowych popisów instrumentów. To umiejętne rozłożenie akcentów w tym punktowym graniu przewija się niemal przez cały album, wyjątek stanowi nieco słabsza i bardziej  tradycyjna końcówka - "Fine Della Scena". Singlowy "Violet Drive", "Red Light", czy "Pulse VI", przynoszą wraz z sobą transowe odsłony, przy okazji tego ostatniego przypomniał mi się niegdyś bliski Regular Fries  czy przebojowy singiel Death In Vegas - "Hands Around My Throat", tyle że Kerala Dust w inny sposób wykorzystują gitarę, próżno więc szukać u nich rozpaczliwego krzyku, gwałtownego wybuchu, nieoczekiwanej erupcji, zdecydowanie bardziej skupiają się na miarowym odmierzaniu kolejnych taktów, uzupełniając je od czasu do czasu chwilowymi migotliwymi błyskami. Odsłona "Future Vision" może skojarzyć się z niezbyt u nas popularnym Tahiti 80. Mój ulubiony "Salt" zabrzmiał jak elektroniczne wcielenie Nicka Cave'a lub Davida Sylviana - to z pewnością jedna z najbardziej wyróżniających się kompozycji tego udanego albumu.

(nota 7.5/10)

 


Skoro powyżej wspomniałem nieco zapomnianą dziś nazwę Death In Vegas, powróćmy do ich zgrabnego przeboju. Nie pamiętam, kiedy słuchałem tej piosenki po raz ostatni.



Z Oslo pochodzi wokalistka Silje Espevik, która ukrywa się pod nazwą YNDLING, jesienią tego roku ukaże się jej album "Once Or Twice". Oto pierwszy singiel z tego wydawnictwa.



Trzech panów z miasta Los Angeles tworzy zespół Fairfields, kilka dni temu opublikowali całkiem udany singiel "Strangers".



Grupa TH da Freak brzmi niczym amerykańska formacja, jednak pochodzą z francuskiego Bordeaux. Oto fragment z ich ostatniej płyty zatytułowanej "Coyote".



Czwarty studyjny album zespołu Algiers nosi tytuł "Shook" i ukaże się 24 lutego, czyli już w przyszłym tygodniu. Oto znakomity fragment tej płyty.



Pod szyldem Jungstotter ukrywa się niemiecki artysta Fabian Altstotter, który 28 kwietnia wyda płytę zatytułowaną "One Star".



Szwedzki piosenkarz Jay Jay Johanson w barokowym opublikowanym przed kilkoma dniami singlu "Finally".



W kąciku improwizowanym przedstawiciele wytwórni Gondwana Records, czyli grupa Mammal Hands i odsłona płyty "Gift From The Trees", która ukaże się 31 marca.



Powróciłem ostatnio do filmu "Złodziej" (1981), w reżyserii Michaela Manna, za ścieżkę dźwiękową do tego obrazu odpowiedzialny był zespół Tangerine Dream. Oto muzyka z finałowej sceny tego filmu.




sobota, 17 września 2022

GLORIA DE OLIVEIRA & DEAN HURLEY - "OCEANS OF TIME" (Sacred Bones Records) "CZARNE PLECY CZASU"

 

   "Czas zastępuje sam siebie, to, co przychodzi, zamazuje to, w czego miejsce przyszło, i co się oddaliło, dziś nie sumuje się z wczoraj, tylko wypiera je i odstrasza, i w tej niemal pozbawionej pamięci sferze ciągłość zaciera granice między tym, co przed, i tym, co po, wszystko stapia się w jednolitą magmę, i człowiek nie może już poznać tego, co kiedyś było możliwe, ale się nie ziściło, co zostało odrzucone i zepchnięte na bok, czego nikt nie podjął, a może właśnie próbował, lecz poniósł porażkę..."   

   

Nie bez powodu rozpocząłem dzisiejszy wpis cytatem z powieści "Tomas Nevinson" - Javiera Marisa. To był smutny tydzień, głównie z tej przyczyny, że w ostatnich dniach odszedł od nas ten znakomity hiszpański pisarz. Od dawna był moim ulubionym autorem, zdecydowanie najlepszym przewodnikiem po gęstwinach ponowoczesnego świata.  Tak naprawdę wiele razy odnosiłem wrażenie, że Marias był ze mną od zawsze. Po raz pierwszy zetknąłem się z jego twórczością przy okazji wspaniałej książki "Serce tak białe", i doskonale pamiętam, co sobie wtedy pomyślałem. Pomyślałem wtedy, że w ten sposób do tej pory nikt nie pisał. A nie dalej jak trzy tygodnie później, już po lekturze kolejnej znakomitej powieści - fabularnie chyba najlepszej w całym bogatym dorobku - "Jutro, w czas bitwy o mnie myśl", to osobliwe odczucie stało się jeszcze bardziej  dojmujące. Przede wszystkim urzekły mnie te długie swobodnie płynące frazy, z wyraźnie wyczuwalną melodią, charakterystycznym tonem oraz rytmem, trwające choćby i stronę, lub znajdujące swój kres w postaci tak upragnionej dla wielu kropki na kartce obok. Uwiodły mnie strefy pogłębionej refleksji-dygresji, kreślonej gdzieś na marginesie głównej fabuły (w tym miejscu trzeba nadmienić, że w ostatnich latach wątki fabularne zeszły w jego powieściach na jakiś dalszy mało istotny plan; kto by się tym przejmował, z pewnością nie Marias i jego zagorzali czytelnicy). Długo pozostawałem pod wrażeniem tych meandrycznych zdań często rozpiętych pomiędzy dwoma skrajnymi biegunami znaczeń ("albo-albo"), doskonale oddających to, co zwykle rozgrywa się pod powierzchnią zdarzeń rzeczy widzialnych i słyszalnych (fluktuacje, stany kwantowe), tego rodzaju metafizycznego zachwytu, ale też zadumy i wahania, w którym ujawniała się prawda bycia, prawda tekstu, pojęta jako uosobienie greckiej "Alethei" (w ujęcia Martina Heideggera "nie-skrytość", "ukazując-skrywa"). W tych skrzydlatych słowach, które znakomicie potrafił uchwycić nasz tłumacz Carlos Marrodan Casas, odnajdywałem okruchy własnych nieporadnych myśli, spostrzeżeń, trafnych opisów tego, co rozgrywało się także za moim oknem. 

Javier Marias bardzo dużo palił. Stanowczo za dużo. Ciężki do zwalczenia nałóg utrudniał mu życie, komplikował spotkania towarzyskie i podróże, ale chyba również dzięki temu hiszpański mistrz słowa zdawał się być bardziej ludzki, z krwi i kości, a nie przesłany z odległej literackiej galaktyki. Miłośnik lodów Haagen Dazs ("Na pogrzeb do Madrytu nie pojadę, ale lody Haagen Dazs kupię" - napisał do mnie kolega na wieść o śmierci autora "Berty Isli"), fan klubu Real Madryt i starego kina, szczególnie spod znaku "noir", król wyspy Redonda, notoryczny kandydat do Nagrody Nobla, jak wiemy, już jej nie otrzyma (skandal!!), na pożegnanie zostawił dla nas felietony, które - i to jest dobra wiadomość - wkrótce ukażą się w naszym kraju. Marias był również w trakcie kończenia kolejnej powieści, ale decyzja co do ewentualnej publikacji jeszcze nie zapadła. Dwa dni po śmierci Javiera Mariasa, pożegnał się z nami inny wielki artysta, Jean-Luc Godard, do którego wczesnych filmów często wracam - "Do utraty tchu", "Żyć własnym życiem", "Pogarda", "Amatorski gang" itd.



Dlatego też dzisiejsza główna odsłona bloga będzie miała nostalgiczno-filmowy charakter. Świetnie w tej materii, uwierzcie mi na słowo, sprawdzi się najnowsza, wydana wczoraj płyta "Oceans Of Time", duetu Gloria De Oliveira i Dean Hurley. Ten ostatni to od kilku lat nadworny współpracownik Davida Lyncha. W  swoim "A Symmetrical Studio", gdzie nagrywa muzykę oraz dubbingi, zarejestrował ścieżkę dźwiękową do trzeciego sezonu serialu "Twin Peaks". Dean Hurley świetnie wyczuwa nastroje panujące w filmach amerykańskiego reżysera, i sam dobrze odnajduje się w podobnej stylistyce. Jego partnerka - Gloira de Oliveira- w tym muzyczno-oceanicznym dialogu, to aktorka, artystka wizualna i wokalistka o niemiecko-brazylijskich korzeniach. Płyta "Oceans of Time" powstawała w trybie korespondencyjnym, przy pomocy plików przesyłanych przez Ocean Atlantycki. Gloria początkowo zafascynowana była śpiewem operowym, co da się wyczuć w jej wokalizie. Lecz zamiast zostać śpiewaczką, wybrała aktorstwo, zagrała w kilku filmach, sztukach teatralnych i radiowych. Później rozpoczęła naukę na Akademii Sztuk Pięknych w Hamburgu oraz Paryżu. W 2017 roku powołała do życia jednoosobowy projekt Lovespell i opublikowała epkę "Lua Azul". Jej naturalnym środowiskiem były oniryczno-nostalgiczne krainy, pełne łagodnych swobodnie rozbrzmiewających dźwięków, stanowiących dyskretne nawiązania do prac jej ulubionego reżysera Jeana Rollina. "Niektóre piosenki przychodzą do mnie niemal całkowicie we śnie" - powiedziała w jednym z nielicznych wywiadów, żeby po chwili dodać - "Melancholia to dla mnie "radość" oddania się specyficznemu rodzajowi smutku, który sprawia, że czujesz, że żyjesz. To afirmacja życia".

W podobnym melancholijno-sennym nastroju utrzymano dwanaście piosenek wypełniających album "Oceans Of Time". Całość sugestywnie rozpoczyna wyborne intro, którego kontynuacją, a zarazem pogłębieniem jest utwór  "In Nebel". "A Shore Oh The Cosmic Sea" - to pierwsze i nie ostatnie nawiązanie do płyt Bel Canto, Cocteau Twins, This Mortal Coil. Warto w tym miejscu dodać, że to właśnie pomiędzy wierzchołkami tak nakreślonego estetycznego trójkąta będziemy poruszać się w dalszej części tego wydawnictwa. Fani starych płyt zamieszczanych sukcesywnie w dawnym katalogu oficyny 4AD znajdą tutaj dla siebie sporo dobrego. Kolejne niespieszne kompozycje oddychają kojącymi tonami syntezatorowych i gitarowych fal. Duet De Oliveira/Hurley ani przez moment nie ulega pokusie, żeby postarać się być nieco bardziej nowoczesny. Artyści przy pomocy prostych środków kreują barwne nostalgiczne pejzaże i całkiem nieźle przywołują melodykę piosenek Elizabeth Fraser. Głos Glorii de Oliveira również korzysta z rozwiązań i stylu zaproponowanego przez wokalistkę grupy Cocetau Twins. Dominują długie wysokie rejestry, szkoda tylko, że w dodatkowych liniach  wokalnych, na poziomie zaplecza czy chóru, nie dzieje się odrobinę więcej. Ktoś powie, że to bezpieczne wydawnictwo, i w żadnym momencie nie wykracza poza dobrze znane już rejony. Pewnie będzie w tej opinii sporo racji. Czasem jednak dobrze jest powspominać nie tak odległe czasy w miłym towarzystwie. Niepublikowana do tej pory kompozycja Elizabeth Fraser zatytułowana "All Flowers In Time Bend Toward The Sun", którą napisała wspólnie z nieodżałowanym Jeffem Buckleyem, to niejedyna, którą warto zapamiętać na dłużej z tego albumu.

(nota 7.5/10)

  


Postaram się, przynajmniej początkowo, utrzymać podobny nastrój. Zajrzymy na płytę grupy Holy Fawn - "Dimensional Bleed", która ukazała się niedawno, i która zebrała dość skrajne recenzje w prasie muzycznej. Wybrałem taką oto urokliwą kompozycję.



Jay-Jay Johanson na 30 września przewidział premierę swojego nowego albumu zatytułowanego "Portfolio".




Niedawno prezentowani na łamach bloga Shabason/Krgovich nie próżnują. 7 października opublikują najnowszy album "At Scarmauche". 



21 października ukaże się nowa płyta brytyjskiej grupy Dry Cleaning - "Stumpwork".



Dawno nie słyszałem zespołu Suede. Jest do tego wyśmienita okazja, oto wczoraj ukazała się ich najnowsza płyta zatytułowana - "Autofiction", która zbiera całkiem pochlebne recenzje.



Przed Wami jedna z moich ulubionych piosenek ostatnich dni, do której regularnie powracam. Australijski duet Mick Turner oraz Helen Franzmann (McKisko), czyli Mess Esque w kompozycji zatytułowanej "Liminal Space".



W kąciku improwizowanym zacni goście. Prześliczna Jean Seberg, Jean Paul Belmondo, Jean-Luc Godard (fragment filmu "Do utraty tchu"), oraz Chet  Baker.






niedziela, 14 lutego 2021

ALEXANDER BIGGS - "HIT OR MISS" (Independiente) "Waga detali"

 

   Oczy wielu kibiców tenisa, w tym, ma się rozumieć, również moje oczy zielone, w minionych, a także nadchodzących, dniach zwrócone były, są i będą, na Australię. A dokładniej mówiąc, na korty wybudowane w 1988 roku w Melbourne Park. Co roku, mniej więcej o tej porze, zadaję sobie kluczowe, w kontekście sportowej rywalizacji, pytanie - jaką nawierzchnię przygotują w tym sezonie organizatorzy turnieju Australian Open. Od kilku lat nawierzchnia jest dość wolna, co jednym zawodnikom utrudnia pokazanie pełni możliwości, a innym odrobinę pomaga. Do tych drugich należy reprezentantka naszego kraju Iga Świątek, w grze której jest wciąż tak wiele naleciałości z wolnych kortów ziemnych. Ostatni raz, kiedy na obiektach Melbourne Park wyłożono szybką nawierzchnię, zwyciężył tam, również dzięki temu, Roger Federer. Póki co, jeśli chodzi o tegoroczne rozgrywki, nie doświadczyłem zbyt wielu spektakularnych widowisk. Z drugiej jednak strony turniej wchodzi dopiero w decydującą fazę i ci najlepsi właśnie teraz będą mogli się wykazać. Tak sobie pomyślałem, że przy tej okazji przedstawię nową płytę artysty z antypodów. Wielkiego wyboru nie było. Mogłem podchylić się nieco bardziej nad wydawnictwem "The Quiet Fire" - duetu, a właściwie tria, Heligoland, który pochodzi z Melbourne, ale rezydują obecnie we Francji. Tyle, że nie ma nad czym się pochylić. Słuchając tego krążka wynudziłem się okropnie. I nawet obecność dobrego znajomego - Robina Guthrie (Cocteau Twins), który zagrał na basie, zasiadł za zestawem perkusyjnym, a na dodatek wyprodukował całość, niewiele tym utworom pomogła. Kiedy miałem już porzucić mój niezbyt oryginalny pomysł, wpadłem przypadkiem na płytę Alexandra Biggsa - "Hit Or Miss", która ukazała się kilka dni temu.

Alexander Biggs, jak pewnie się domyślacie, pochodzi z Melbourne. Całkiem możliwe, że śledzi rozgrywki tenisowe, a może nawet wybrał się na któryś z obiektów, gdyż publiczność w pierwszych dniach znów mogła zasiąść, w ograniczonej liczbie, na trybunach okalających korty. Australijczyk muzyką zajmuje się od jakiegoś czasu. Mniej więcej od czterech lat dość regularnie dzielił się ze słuchaczami kolejnymi singlami, które ilustrowały zrobione przez niego teledyski. Cały album również wyprodukował samodzielnie, nagrywając poszczególne piosenki w różnych lokalizacjach, gdyż, póki co, nie czuje się zbyt komfortowo w studio nagraniowym. Czułe mikrofony rozstawił więc, to w salonie u znajomych, to w kuchni, to w starych fortach, czy w sypialni matki. Być może wychodził z założenia, że genius loci będzie miał wpływ na jakość kompozycji, które w liczbie 11-stu wypełniły ten całkiem udany debiut. Jak sami przyznacie, tytuł krążka "Hit Or Miss" również może zawierać tenisowe konotacje, choć zawartość albumu raczej ze sportem niewiele ma wspólnego. Dominują spokojne indie-folkowe ballady, stworzone w oparciu o gitarę akustyczną, syntezator oraz rozmaite efekty. Stylistycznie mamy tu do czynienia z dźwiękami, które z jednej strony przywołują dokonania portugalskiego Noiserv (oczywiście mniej tu myślenia prostymi pętlami), z drugiej zaś mogą kojarzyć się z pieśniami RY X z okresu świetnego krążka "Dawn". Ich autor dzieli się nostalgicznymi opowieściami, choć, jak sam przyznaje, wolałby być mniej sentymentalny, a za to bardziej prawdziwy. To, co te mniej lub bardziej urokliwe piosenki odróżnia od podobnego typu produkcji, to ciekawe pomysły, miła dla ucha faktura brzmieniowa. Artysta zwraca uwagę na drobne detale. Raz po raz odzywają się więc delikatne tony fortepianu, to zgrabnie przetworzona gitarowa solówka wypełni sobą przestrzeń. Alexander oprócz tworzenia linii  melodycznej całkiem nieźle radzi sobie z kreowaniem muzycznego tła, o czym możemy się przekonać słuchając dobrego otwarcia "Low". Nagrywanie samego siebie Biggs uważa za przedłużenie procesu pisania piosenki. Zwykle wszystko zaczyna się od tekstu, co raczej nie dziwi, skoro Australijczyk jest miłośnikiem poezji, do którego później młodzieniec z Melbourne szuka odpowiedniego opakowania. Niektóre z tych piosenek wypełniających debiutanckie wydawnictwo powstały wcześniej: "Miserable", "Madeleine". Ta ostatnia dotyczy bycia w toksycznym związku. Utwór "All I Know" nagrano podczas pobytu Alexa w Nowym Yorku, z gościnnym udziałem Wilsen (Tamsin Wilson), z którą Biggs zjadł później smakowity obiad na dachu budynku w dzielnicy Queens. Tytułowy "Hit Or Miss" dotyczy parkingu, na który Alexander jeździł o północy, żeby pokłócić się tam ze swoją dziewczyną. "Mostly I Feel Nothign" powstała jako ostatnia, kiedy nasz dzisiejszy bohater miksował już całą płytę, i obok żartobliwej "Macaroni Necklace" czy "Laundromat", stanowi najsłabsze ogniwo tego krążka.

(nota 6.5-7/10)

 

 


W kąciku deserowym pozostaniemy na przekór zimie w letnim nastroju, oto przed nami zapowiedź płyty, której tytuł ucieszy wszystkich psychologów - "Rorschach Test". Singlem "Why Wait Until Tomorrow" przypomina o sobie Jay-Jay Johanson.



Na otarcie kibicowskich tenisowych łez, które tam i tu wypełniły co wrażliwsze oczy po porażce Igi Świątek - choć pewnie nie tylko ja odniosłem wrażenie, że to nie Simona Halep wygrała ten dziwny mecz 1/8 finału, tylko przegrała nasza reprezentantka ( w tenisie czasem jest tak, że piłeczkę, która mknie do nas z zawrotną prędkością, wystarczy po prostu w miarę bezpiecznie przebić na drugą stronę siatki, niech przeciwnik się martwi, co z nią zrobić -  i właśnie między innymi tego Iga musi się jeszcze nauczyć), przeniesiemy się do słonecznej Kalifornii, skąd pochodzi grupa Young Jesus. Od kilku dni nie mogę się uwolnić od ich wybornej kompozycji "Pattern Doubt".