Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Topographies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Topographies. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 lutego 2024

TOPOGRAPHIES - "INTERIOR SPRING" (Entries Records) "Nutki dla dziadersów"

 

     W tej odsłonie bloga kolejna porcja skocznych nut przeznaczonych głównie dla "dziadersów". Celowo użyłem słowa "kolejna", gdyż nie wydaje mi się, żeby płyta Jana Banga, zaprezentowana w ubiegłym tygodniu, trafiła do gustu przedstawicieli najmłodszego pokolenia maniaków płytowych. Dzisiaj muzyki słucha się zupełnie inaczej niż miało to miejsce jeszcze kilkanaście lat temu. Przede wszystkim obcujemy ze streamingiem, my starsi nieco od tych odrobinę młodszych od nas, i mniej doświadczonych w słuchaniu tego, co należy, warto, a czasem nawet trzeba koniecznie przesłuchać. Dodatkowym utrudnieniem jest niedobry nawyk młodego odbiorcy, utrwalany i powielany, który jakże często przewija czy niefrasobliwie przerzuca w błyskawicznym tempie kolejne utwory, nie czekając na ich rozwiniecie oraz epilog, a co tu mówić o przestrzeni całej płyty. Mądrzy ludzie powiadają, że przyszło nam żyć w "kulturze wyczerpania", "upozorowania" lub " kulturze natychmiastowości", jeśli więc taka kompozycja nie przekona wiecznie spragnionego nowości młodzieńca po pierwszej minucie, z każdą kolejną upływającą sekundą jej szansa na potencjalny sukces nieubłaganie maleje. Ten swoisty deficyt należytej uwagi, czy uzyskania odpowiedniego stanu skupienia, widać na każdym kroku, nawet w recenzjach poszczególnych wydawnictw. To następny czytelny aż nadto osobliwy znak naszych  czasów. 

Przy okazji obcowania z płytą Topographies - "Interior Spring" aż tak wytężać uwagi na szczęście nie potrzeba. Jednak skojarzenia z "dziaderskimi" nutkami mogą pojawić się prędzej lub później, zwłaszcza u tych, którzy nie wzrastali obcując z podobnie brzmiącymi albumami. Debiutancką płytę amerykańskiego tria Topographies zaprezentowałem tuż po jej premierze, czyli już jakiś czas temu. Zwabiły mnie do niej dobrze znane i nieźle podane dźwięki oraz nazwisko Graya Tolhursta, który rzeczywiście okazał się być synem Laurence'a Tolhrusta, perkusisty The Cure.



Obecnie taką muzykę, jak ta zawarta w kolejnych  odsłonach albumu "Interior Spring", można określić mianem post-punku, dark wave, czy mówiąc bardziej ogólnie emo-rock. Za ojca chrzestnego tej ostatniej stylistyki uważa się Roberta Smitha (The Cure). W kolejnych utworach najnowszej płyty grupy Topograpihes słychać, tam i tu, bezpośrednie nawiązania do wczesnych płyt The Cure - "Seventeen Seconds", "Faith". Wyraźnie podkreślona emocjonalna wokaliza Tolhursta może tu i ówdzie przypominać warstwę wokalną zawartą na albumie "Medusa" formacji Clan Of Xymox. W utworze "Red-Balck Sun" trio z miasta San Francisco najbardziej zbliżyło się do innego klasyka z "dziaderskiej epoki", mam tu na myśli zespół The Danse Society i wydawnictwo "Heaven Is Waiting".

 Jak sami widzicie, nie tylko w skojarzeniach cofamy się o dobre czterdzieści lat wstecz. Przyznam, że jako wciąż żywy i w miarę energiczny przedstawiciel "dziadersów" (mam nadzieję, że nie pochlebiam sobie zbytnio), z przyjemnością wysłuchałem raz i drugi, tej udanej propozycji. Chłopcy z Kalifornii całkiem sprawnie poruszają się po szlakach, które w młodości wytyczyli ich ojcowie. W tych dokonaniach nie widać pozy, zadęcia czy sztuczności. Justin Oronos, Jermie Ruest i Gray Tolhurst po prostu dobrze czują się, wyrażając własne lęki, żale i pragnienia - nieraz podobne do tego, co przed laty odczuwali ich rodzice - w ten właśnie sposób.

(nota 7/10)


 


Co w dodatkach? Nowości, nowości, nowości... Zaczniemy od Szwecji, cóż, że ze Szwecji - grupa Den Der Hale i opublikowany w dniu wczorajszym album "Pastoral Light". Najlepszy utwór znalazłem dla siebie na samym końcu tego wydawnictwa.



Zespół z Australii, który obecnie znalazł dla siebie przystań za naszą zachodnią granicą, mianowicie w Berlinie - czyli The Dharma Chain i najnowszy singiel z płyty "Nowhere", która wkrótce się ukaże.



Dream-popowa grupa założona 16 lat temu w Londynie - czyli Still Corners, piątego kwietnia opublikuje nowe wydawnictwo zatytułowane "Dream Talk".



Dawno nie zaglądaliśmy do katalogu oficyny Bella Union, to właśnie nakładem tej wytwórni 23 lutego pojawi się płyta grupy Colouring zatytułowana "Love To You, Mate".



Przed nami Kanada, miasto Montreal, a w nim grupa Corridor, która nakładem oficyny Sub Pop 26 kwietnia opublikuje płytę "Mimi".



Lyder Roed to norweski trębacz, który przy dużym wsparciu zaprzyjaźnionych muzyków oraz wokalnej pomocy Sofie Tollefsbol jakiś czas temu wydał taki zgrabny singiel.



  Po raz kolejny udamy się do Australii, skąd pochodzi kolektyw, który przyjął nazwę Sons Of Zuka. W dniu wczorajszym ukazała się ich płyta zatytułowana "Endless".




We Jazz Records to fajnie rozwijająca się oficyna, której siedziba ulokowana została w Helsinkach. Wczoraj jej nakładem ukazał się płyta "Is This Water" szwajcarskiego tria DIVR, z Philippem Edenem grającym na fortepianie.



 
Makaya McCraven (perkusja), Marquis Hill (trąbka), Jeff Parker (gitara), Deryl Jones (bas), Greg Spero (fortepian), czyli The Chicago Experiment oraz fragment koncertowy z ich ostatniej płyty "Revisited".




sobota, 19 listopada 2022

SAINT JUDE - "SIGNAL" (Slow Dance Records) "Okruchy z południowej części Londynu"

 

      Forest Hill to zgodnie z nazwą dzielnica położona na niewielkim wzniesieniu, w południowo-wschodniej części Londynu, która powoli zaczęła się rozwijać w drugiej połowie XIX wieku. Jedną z jej największych atrakcji jest "Horniman Museum And Gardens", gdzie obok akwarium, sporych  rozmiarów wpychanego morsa, i najlepszej  kolekcji instrumentów muzycznych na Wyspach Brytyjskich, znajdziemy pachnące ogrody oraz piękne klomby, skąd rozciąga się malownicza panorama centrum Londynu. To również w tej dzielnicy usytuowano najstarszy londyński basen, mieszczący się przy Dartmouth Road, Bibliotekę Forest Hill, rezydencje w stylu Art Deco - mieszkali tu między innymi Raymond Chandler i Boris Carloff. Po drodze do restauracji Canvas & Cream, w której podają kawę i pyszne ciasto orzechowe, miniemy stare i tak charakterystyczne czerwone budki telefoniczne, pub mieszczący się w budynku dawnej poczty, czy budynek kina Capitol - obecnie bar JD Wetherspoona.



To właśnie w takich okolicznościach lokalnej przyrody dorastał główny bohater dzisiejszej odsłony bloga - Jude Woodhead, który przybrał pseudonim artystyczny Saint Jude. Swoją drogą ciekawe, czy wie, że Święty Juda to patron - jak wczoraj sprawdziłem - spraw beznadziejnych  i trudnych. Jego debiutancka płyta zatytułowana "Signal", w zamierzeniach autora miała być czymś w rodzaju autoportretu, zapiskami: "o dojrzewaniu w czasach przemian społecznych". Dzielnice usytuowane w południowo-wschodniej części Londynu stały się zarówno punktem obserwacyjnym, jak i źródłem inspiracji podczas prac nad kolejnymi nagraniami. Rozmyte światła latarni ulicznych, które wyznaczały kolejne etapy życia, mroczne i niebezpieczne zaułki, podobne do siebie niskie zabudowania, zatroskane lub szczęśliwe oblicza przyjaciół, młodzieńcze plany, pierwsze niepowodzenia, barwa nieba tuż po zachodzie słońca - wszystko to można odnaleźć w kolejnych wersach tekstów Woodheada, przywoływanych charakterystyczną surową wokalizą artysty, która rozpięta jest gdzieś na pograniczu oszczędnego śpiewu i emocjonalnie zabarwionej opowieści.

Nie byłoby albumu "Signal", gdyby nie spora grupa znajomych, którzy głównie wokalnie wsparli brytyjskiego muzyka. Wśród nich pojawia się także polski akcent, i to na samym początku tego wydawnictwa. W końcowej części mocnego otwarcia zatytułowanego "Does" usłyszymy próbkę etnicznej wokalizy Agi Ujmy. Pani Agnieszka studiowała w Polsce muzykologię, potem odbyła staż w Surakarcie (Indonezja), gdzie zafascynowała się lokalną kulturą, zgłębiała tajniki gry na jawajskim gamelonie oraz instrumencie zwanym Sasando. W ubiegłym roku nakładem oficyny Slow Dance Records ukazała się jej debiutancka epka - "Songs of Innocence and Experience". Wszystkich zainteresowanych sylwetką i muzyką Agi Ujmy odsyłam do obszernego wywiadu, który ukazał się w "Dwutygodniku". Trzeba podkreślić, że ten etniczny trop stanowi jedno z wielu bardzo różnych odniesień, jakie znajdziemy na płycie "Signal". W kolejnych nagraniach przewijają się elementy indie-rocka, dream-popu, drum and bassu, elektroniki, punka, czy rapu. Jude Woodhead słusznie zwrócił uwagę na fakt, że współcześni artyści coraz rzadziej wpisują się w ramy tylko jednej kategorii. "Sposób, w jaki niektórzy mówią o gatunkach i kategoriach muzycznych jest odrobinę przestarzały". Czerpanie z wielu estetyk dla młodych twórców nie jest obecnie wyborem artystycznym, czy ekstrawagancją, tylko czymś poniekąd naturalnym.



    Muzyk z południowej części Londynu, swoją przygodę z dźwiękiem zaczynał od dubstepu, potem były rapowe wprawki, zwrot w kierunku brzmień klubowych, fascynacja dokonaniami grupy Four Tet, debiutanckim krążkiem The XX, czy wczesnymi płytami Gorillaz. Skrycie marzy o duecie z Hope Sandoval. Kto wie, może kiedyś. Szorstka i prosta wokaliza Jude'a Woodheada przyjemnie kontrastuje z delikatnymi i eterycznymi głosami zaproszonych do współpracy pań. Wśród nich znajdziemy naszą dobrą znajomą Sarę Dowson, której płytę z grupą Durg Store Romeos recenzowałem jakiś czas temu na łamach bloga. Oprócz niej artystę wsparła HALINA, która po przeprowadzce z Leeds także znalazła bezpieczną przystań w południowym Londynie, jej ostatni wydany we wrześniu album "The Game", wyprodukował właśnie Jude Woodhead. Świetnie wypadła nikomu nieznana Low Loudly - jej rozmarzony i niespiesznie artykułujący sylaby głos, troszkę podobny do Alison Show (Cranes), dopełnia narastające napięcie w utworze "Halfway". W "Late Summer" wrażliwe ucho wychwyci echa melodyki wczesnych dokonań The XX, uwagę przyciągnie wykorzystana w tej odsłonie kobieca linia wokalna, przeplatająca się z oszczędnym śpiewem Saint Jude'a. Podobnie oszczędne są aranżacje, w których skład zwykle wchodzą syntezatory, gitarowe wstawki, elektroniczne pętle i dodatki, utrzymane w duchu typowej domowej produkcji spod znaku lo-fi. Momentami można było nieco bardziej zadbać o jakość dźwięku, choć z drugiej strony ów brzmieniowy kurz czy brud dodaje uroku. W pierwszej części "Feedback Song" brytyjski twórca przy pomocy prostych środków wyczarował głębie przestrzeni. W wielu tych  nagraniach wypełniających krążek "Signal" odnajdziemy nostalgiczny nastrój, oniryczną atmosferę. 

Najsłabiej w moich oczach wypadła tytułowa kompozycja "Signal", zaprezentowana w trzech częściach. Dwie z nich w dość błahy sposób próbowali zagospodarować raperzy: Louis Culture oraz Trim, czyli Javan St.Prix. Nie wiem, czy swoim wystąpieniem zdołali przekonać kogoś oprócz samych siebie. Muzycznie w tych fragmentach również nic intrygującego się nie dzieje. To swoisty paradoks tego wydawnictwa. Artysta, który wywodzi się z hip-hopu i muzyki klubowej, tak słabo odnalazł się na dawnym macierzystym terenie, z kolei tak dobrze poczuł się w onirycznych dream-popowych przestrzeniach. Może to wynikać z przesunięcia akcentów, zmiany zainteresowań - co tłumaczyłoby w pewnym sensie marzenie o duecie z Hope Sandoval. I pomyślałby kto, że Jude Woodhead, w kolejnych odsłonach płyty "Signal", nie chciał zaprezentować siebie - bardziej jako autora piosenek i producenta, niż wokalisty - tylko młode i utalentowane dziewczęta, rezydujące w południowej części Londynu.

(nota 7/10)

 


Nie ukrywam, że pierwszy singiel Meg Baird zatytułowany - "Will You Follow Me Home", który zaprezentowałem całkiem niedawno, zauroczył mnie. Drugiemu, który ukazał się kilka dni temu, również nic nie brakuje. Cóż mogę więcej dodać w tej sytuacji, jak tylko to, że teraz to naprawdę z niecierpliwością czekam na cały album "Furling", który ukaże się 23 stycznia 2023 roku.



Postaram się podtrzymać podobny niespieszny i urokliwy nastrój. Bob Keal to muzyk i wokalista z brytyjskiego miasta Wallasey, który ukrywa się pod pseudonimem Small Sur. Oto mój ulubiony fragment z jego najnowszej płyty "Attic Room".



Skoro pojawił się Brytyjczyk, dla równowagi warto zaprezentować Francuza. Renaud Brustlein, który przybrał pseudonim artystyczny H-Burns, i najnowszy singiel "Morning Flight". Sami wybierzcie, do kogo Wam bliżej.



Kolejny "rozleniwiacz", tym razem w kobiecym wydaniu. Oto nie dalej jak wczoraj ukazała się najnowsza płyta Nadine Khouri - "Another Life", którą wyprodukował John Parish.



Zapowiedź albumu brytyjskiej  wokalistki Billy Nomates - "Cacti", który ukaże się 13 stycznia w przyszłym roku.



Przeniesiemy się za ocean, do stanu Kalifornia, skąd pochodzi grupa Topographies, z synem perkusisty The Cure w składzie. Ich ostatni album recenzowałem na łamach bloga jakiś czas temu. Właśnie podzielili się ze światem najnowszym singlem.



W sekcji improwizowanej fragment płyty "Juba Lee", amerykańskiego saksofonisty Avrama Fefera, Eric Ruis na basie, Chad Taylor - perkusja, i najbardziej znany w tym składzie Marc Ribot na gitarze.



Coś dla fanów talentu pianisty Esbjorna Svenssona, dziewięć ostatnich jego kompozycji, zebranych na albumie "HOME.S.", rejestracji nagrań dokonano w jego domu, na kilka tygodni przed jego śmiercią, 14 czerwca 2008 roku.




 

 





 

piątek, 11 grudnia 2020

TOPOGRAPHIES - "IDEAL FORM" (FUNERAL PARTY RECORDS) "Jaki ojciec, taki... "

     Gdzieś pod koniec lat sześćdziesiątych - były takie lata - Jim Morrison, w klasycznym dziś przeboju grupy The Doors - "The End", zawarł był  takie oto subtelne i pamiętne frazy: "Father?/ Yes, Son/ I Want To Kill You/ Mother?/ I Want to ...". Całkiem zgrabna piosenka została napisana tuż po rozstaniu artysty z Mary Werbelow (ach, te kobiety), początkowo miała być czymś na kształt pożegnania. Dziennikarska brać, krytycy nie tylko muzyczni, psychologowie i eseiści, prześcigali się później w próbach interpretacji słów lidera The Doors. Wychowani na pracach Zygmunta Freuda puszczali wodzę fantazji (jakie wodze, taka fantazja), wskazywali na ewidentnie zarysowany "kompleks Edypa" podmiotu lirycznego. Inni podkreślali dążenie do zerwania z "EGO" - otrzymanym w genetycznym spadku oraz narzuconym na etapach socjalizacji - i łączące się z tym pragnienie autokreacji; wymyślenie siebie na nowo, już na własnych warunkach. Tymczasem, w jednym z pierwszych wywiadów tuż po napisaniu tej piosenki (1967 r.), Jim Morrison z rozbrajającą szczerością stwierdził, że nie wie dokładnie, co miał na myśli pisząc pamiętne wersy tekstu "The End".

Kiedy czytamy zapiski rozmów z dorosłymi już dziećmi sławnych artystów, jakże często natrafiamy na moment, w którym na poziomie symbolicznym ( w mniej lub bardziej ukryty sposób), rozbrzmiewają echa wyżej wspomnianej frazy Jima Morrisona: "Father?...". Czasami czytelnika wręcz uderza owa chęć odcięcia się od rodzinnych koneksji niemal za wszelką cenę. Zwraca na siebie uwagę mechanizm wyparcia, dążenie do samostanowienia, pragnienie powiedzenia światu: "Wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam tylko i wyłącznie sobie". Zupełnie tak, jakby nawet drobna pomoc - cenna rada, mądra wskazówka - zaprawionego w artystycznym boju ojca lub utalentowanej i spełnionej matki (są takie matki), była ujmą na honorze. Kto wie, może również z tego powodu córka słynnego reżysera została w końcu aktorką... tyle, że porno.




   Podobne wrażenia odniosłem - choć być może bez tak mocno zaakcentowanego imperatywu -  czytając wywiad z Gray'em Tolhurstem - liderem, wokalistą i autorem tekstów amerykańskiej formacji Topographies. Niektórym, co bardziej uważnym czytelnikom, nazwisko Tolhurst może wydać się dziwnie znajome. Pragnę więc uprzejmie donieść, że to właśnie ten Tolhurst, z tych Tolhurstów; syn -  w tym momencie Gray pewnie uśmiechnie się łagodnie, myśląc w duchu: "Znowu?! Ile można!" - Laurence'a Tolhursta, klawiszowca i perkusisty The Cure. Gray ponoć twórczość ojca zna, i owszem. Trudno, żeby zaprzeczył. Jednak zgodnie z tym, co szczerze, jak na świeckiej spowiedzi wyznał -  w młodości nie karmił się piosenkami The Cure niczym pogrążona w ataku bulimii nastolatka. Raczej ostrożnie dawkował sobie "Just Like Heaven", "M", z umiarem i powściągliwością godną szanującego się sceptyka, wychowanego, ma się rozumieć, w duchu greckich ideałów. Dopiero w ostatnich trzech latach odkrył cztery pierwsze płyty The Cure, i nawet zaczął żałować dlaczego nie posłuchał ich wcześniej. Bacznie natomiast przysłuchiwał się innym grupom: Can, Kraftwerk, Terry Riley. Jednak dźwięków lub odniesień do twórczości wyżej wymienionych (szczególnie do tego ostatniego), próżno szukać na debiutanckim krążku Topographies - "Ideal Form". Słychać zaś tony kojarzące się z estetyką new-wave, post-punk, cold-wave, czy dyskretne odwołania do płyt Clan Of Xymox lub The Cure, z początku lat 80-tych.

Syn Laurence'a Tolhursta dorastał w słonecznym Los Angeles, a nie w pochmurnym Londynie, jednak w muzyce jego formacji nie ma zbyt wiele słońca. Jeśli już się pojawi, jest to z pewnością miodowa tarcza widoczna w zimowy poranek albo łagodnie roztapiająca się gdzieś na linii horyzontu. Później Gray przeniósł się do San Francisco, gdzie podobnie jak nasz noblista, chciał mieć "Widzenia nad Zatoką...", studiował kierunek artystyczny (poezja) i założył zespół. W czteroosobowym składzie Topographies wydali kilka singli oraz epek dla Sonic Cathedral czy Dream Recordings. Piosenki na krążek "Ideal Form" zaczęły powstawać w 2019 roku, tuż po zakończeniu trasy koncertowej. Wtedy to szeregi grupy opuścił perkusista, a Justin Oronos (bas), Jeremie Ruest (gitara, syntezator) oraz Gray Tolhurst, musieli podjąć decyzję, czy nadal grają razem.

Jak widać po wydawnictwie "Ideal Form", które ukazało się na początku grudnia, panowie funkcjonują jako całkiem nieźle zgrane trio. Spragnieni ekscytujących nowości, wyzwań i przekraczania gatunkowych granic, niczego takiego na debiutanckim krążku amerykańskiej grupy nie znajdą. Formacja z San Francisco porusza się po już zdefiniowanym terytorium, ale robi to na tyle sprawnie i przekonująco, że warto posłuchać ich muzyki. W tekstach kreślonych piórem Graya bywa poetycko i mrocznie, można odczuć fascynację wokalisty twórczością Paula Celana, do której chętnie się przyznaje. Dominują proste aranżacje, chłodne i ascetyczne przestrzenie stworzone w oparciu o brzmienie gitary i syntezatora.

Gdybym miał złośliwie - bo jakże inaczej - porównać debiutancki album formacji Graya Tolhursta do płyt The Cure, to musiałbym się cofnąć, o mniej więcej 40 lat, do etapu, kiedy jego ojciec 22 kwietnia 1980 roku wychodził z Morgan Studios, po zakończeniu nagrywania "Seventeen Seconds", żeby wrócić po roku i zarejestrować osiem nowych kompozycji, które wypełniły wydawnictwo "Faith".  Trio Topographies wciąż kształtuje swój styl, dopracowując poszczególne elementy. Są na dobrej drodze, żeby zaistnieć w świadomości odbiorców na dłużej, niż jednosezonowe spadające gwiazdki. Sukcesu The Cure z pewnością nie powtórzą, ale przecież basiście, gitarzyście i wokaliście, oglądającym malownicze zachody słońca w Oceanie Spokojnym, nie o to chodzi.

(nota 7.5/10)





W kąciku deserowym aż dwa nagania jednego artysty Johnny Labella. Płyta "XVIII" rozpoczyna się tak, że klękajcie narody, otwiera ją niezwykła kompozycja "The Dolphins", z ornamentami Chrisa Scotta na saksofonie. Potem pojawia się druga równie niezwykła odsłona, czyli "Doppelganger", cudna marzycielska pieśń. Te utwory ustawiły moje oczekiwania tak, że już zacząłem myśleć, że oto mam nową kandydatkę do płyty roku. Niestety, Johnny Labell nie udźwignął ciężaru odpowiedzialności i dalej jest już tylko gorzej, słabiej, rozczarowująco. Jednak do tych dwóch kompozycji wracam i wracam...







niedziela, 18 października 2020

LOGAN FARMER - "STILL NO MOTHER" (Western Vinyl) "Jaka piękna katastrofa"

 

     Wyobraźmy sobie świat po kataklizmie. Dziś przychodzi nam to zrobić z większą łatwością, niż, dajmy na to, jeszcze dwanaście miesięcy temu. To prawda. Piekące niemiłosiernie słońce, permanentny brak deszczu, wyschnięte koryta rzek, sucha i popękana ziemia, na której jeszcze przez długi czas nic nie wyrośnie, w sadach i ogrodach obumarłe kikuty drzew oraz krzewów. Taką wizję miał przed oczami Logan Farmer, kiedy latem ubiegłego roku przystępował do pracy nad swoim debiutanckim albumem, który po chwili wahania ostatecznie przybrał tytuł "Still No Mother". Amerykański muzyk wcześniej funkcjonował pod szyldem Monarch Mtn., który powołał do życia w 2013 roku, wydając pięć płyt. Album opublikowany przez oficynę Western Vinyl jest pierwszym firmowanym przez jego nazwisko. "Porzucenie pseudonimu i użycie własnego imienia wydało mi się dobrą okazją do tego, żeby wyjść za zasłony".


Logan Farmer płytę "Still No Mother" nagrywał w weekendy ( gdyż w tygodniu pracuje w księgarni), w zaciszu domowych pieleszy, dokładnie mówiąc, w sypialni dla gości, gdzie rozstawił mikrofony oraz sprzęt. Wykorzystał laptopa, pianino cyfrowe Yamaha P-45, gitarę Cordoba z nylonowymi strunami. Do współpracy zaprosił Annie Leeth, która zagrała na skrzypcach oraz Naarah Strokosch (wiolonczela, drugi głos).

Wielką inspiracją dla Logana Farmera stał się amerykański folkowy klasyk "Dust Bowl Ballads" - Woody Guthrie'a. Album został wydany w 1940 roku i jest uznawany za jedną z pierwszych płyt koncepcyjnych. Temat przewodni tego wydawnictwa skupia się wokół ponurego losu farmerów, którzy z powodu kryzysu, suszy oraz interwencji banków stracili swoje majątki. Guthrie podróżował od miasta do miasta, gdzie słuchał i uczył się tradycyjnych pieśni folkowych i bluesowych. Farmer określa ten krążek jako: "Prototyp albumu o katastrofie ekologicznej". Początkowo chciał nagrać coś w stylu zbliżonym do "Dust Bowl Ballads", zamierzał stworzyć zestaw folkowych pieśni dla amerykańskich farmerów, którzy próbują żyć po katastrofie ekologicznej. Jednak nieoczekiwanie dla twórcy kolejne piosenki przeobraziły się w krążek pełen osobistych refleksji.

Skoro mamy wizje katastrofy ekologicznej, nic dziwnego, że na płycie dominuje smutny czy nostalgiczny nastrój. Począwszy od udanego otwarcia - "River Black", który zainspirowany został książką Paula Kingsnortha - "Savage Gods" - aż po ostatnie takty "No One Owes Us Anything", gdzie wykorzystano dźwięki terenowe topiącej się laguny, zarejestrowane podczas pobytu autora na Islandii, znajdziemy leniwe kompozycje pełne tęsknych tonów. Przeważają skromne, ale gustowne aranżacje - klawisze, gitara akustyczna, smyczki, delikatna elektronika. A w centrum uwagi słuchacza zawsze znajduje się głos, który świetnie brzmi zarówno w głębokich niskich rejestrach, jak i w zwiewnej górze. Tytuł płyty "Still No Mother" odnosi się do frazy jednego z utworów: "Nie mamy po swojej stronie matki ("Matki Ziemi", "Matki natury"). Z kolei kompozycja "Seventh Seal" zaśpiewana na dwa głosy nawiązuje do "Siódmej pieczęci", filmu Bergamana. Podczas pracy nad płytą Loganowi Farmerowi przyświecało zdanie zaczerpnięte z nieodżałowanego Marka Hollisa: "Zanim zagrasz dwie nuty, naucz się grać jedną nutę. Nie graj jednej nuty, chyba że masz powód, żeby ją zagrać". Cóż więcej dodać, poza tym, że warto poświęcić kilka chwil temu spójnemu i udanemu wydawnictwu nie tylko w jesienny czas.

(nota 7/10)

  

  


Przydałby się w "kąciku deserowym" jakiś miły dodatek, który dobrze korespondowałby z wydawnictwem Logana Farmera - "Still No Mother". Jest taki jeden wokalista, wciąż na dorobku, któremu od pewnego czasu uważnie się przyglądam. Dwa  single, to chyba wszystko, co na razie może zaproponować Austin Vos. Inspiracją do postawania utworu "Broken Dog" były wspomnienia z dzieciństwa i lęki... psa, który bał się odgłosów przechodzącej burzy. Czekamy na więcej.




W ostatnich dniach często wracałem do utworu "In Crept Doubt" - Topographies, od którego jakoś nie mogłem się uwolnić. Wszystko zgadza się w nim co do poszczególnej nutki. Myślę, że Gray Tolhurst, Jeremi Ruest i Justin Oronos całkiem nieźle odnaleźliby się w wizji świata po katastrofie. Przygodę muzyczną zaczęli mniej  więcej dwa lata temu, eksplorując shoegezowe rejony. Obecnie chyba nieco bardziej ciągnie ich do estetyki cold wave. Na ich koncie znajdziemy kilka singli oraz epek. Dobre informacje są takie, że na grudzień - czyli niezbyt typowy miesiąc jak na premiery wydawnicze - zaplanowali wydanie ich debiutanckiego krążka, który będzie nosił tytuł "Ideal Form". Utwór "In Crept Doubt" pochodzi z epeczki pod jakże wymownym tytułem "Difference & Repetition". Czyżby tytuł celowo nawiązywał do sztandarowego dzieła francuskiego filozofa Gilles Deleuze - "Różnica i powtórzenie". Wychodzi na to, że amerykańska młodzież czyta...




W "kąciku improwizowanym" kolejny album kolektywu jazzowego z Johannesburga, czyli płyta "Uprize! (Music from The Original Motion Pictures)" - Spaza. W skład formacji wchodzą basista Ariel Zamonsky, perkusista Gontse Makhene, pianista Malcolm Jiyana, i wokalistka Nonku Phiri. Ten album to nic innego jak ścieżka dźwiękowa do filmu dokumentalnego o tym samym tytule. Film dotyczy powstania w Soweto (Południowa Afryka), w czerwcu 1976 roku, które było punktem zwrotnym w walce z apartheidem.