Przyznam, że w mijających dniach i godzinach niewiele miałem czasu na odsłuchanie nowych płyt, singli oraz epek. Obiecuję, że postaram się szybko nadrobić zaległości. Dlatego dzisiaj nieco mniej słów i mniej muzyki. Rozpocznę od płyty, której premiera miała miejsce w dniu wczorajszym. Dokonania brytyjskiej formacji Slowly Rolling Camera prezentowałem już kilka razy. Ich ostatni album długogrający zatytułowany "Flow" (2023), do końca mnie nie przekonał. Z pewnością nie w taki sposób, w jaki zrobił to jego znakomity poprzednik "When The Streets Leed" (2021). Zespół Slowly Rollling Camera w 2013 roku powołał do życia Dave Stapleton (założyciel wytwórni płytowej Edition Records), przy współudziale perkusisty Eliota Bennettta, producenta Deri Robertsa oraz wokalistki Dionne Bennett, która opuściła szeregi grupy tuż opublikowaniu trzeciego wydawnictwa w dorobku zespołu.
W pierwszych słowach mojej pobieżnej oceny jako zwykle życzliwy dla artystów sygnalista pragnę donieść, że płyta "Silver Shadow" jest lepsza od niezbyt wyraźnego i opisywanego na łamach bloga poprzedniego albumu "Flow" (ten ostatni miał stanowić coś na kształt ścieżki dźwiękowej do filmu o kajakarstwie "River Of Mirrors"). Przede wszystkim zawiera ciekawsze kompozycje, pełne barwnych drobin, sugestywnych i leniwie rozwijanych motywów. Oczywiście w wielu fragmentach nadchodzących z wolna recenzji pewnie pojawią się porównania do muzyki filmowej, skojarzenia z kinem (także tym spod znaku noir), wymuszone niejako nazwą zespołu. Gdybym koniecznie miał podążać tym tropem, przywołałbym obrazy Andrieja Tarkowskiego, z charakterystyczną dla nich bardzo wolną pracą kamery albo "pocztówkowe ujęcia" Jeana Pierre'a Jeunetta. Tych ewentualnych tropów filmowych może pojawić się całkiem sporo, każdy z Was będzie miał własne mniej lub bardziej trafne wskazania.
Po wysłuchaniu płyty "Silver Shadow" najbardziej doceniam nie tyle nastrój, który roztaczają wokół kolejne odsłony tego albumu, co krótkie partie swobodnych improwizacji. Ot, pozornie niby nic wielkiego, zwykłe barwne ornamenty, ale podane ze smakiem, klasą i zaprezentowane w odpowiednim miejscu oraz czasie. To właśnie tam widać wkład pracy zaproszonych do studia gości, znanych również z poprzednich wydawnictw sygnowanych nazwą Slowly Rolling Camera - czyli trębacza Verneri Pohjoli, saksofonisty Josha Arcoleo i gitarzysty Stuarta McCallluma (niegdyś The Cinematic Orchestra).
Niespiesznie rozwijający się "Rebirth" przywołuje jakiś mglisty miejski pejzaż z dawno zapomnianego filmu noir. Mój ulubiony "Desert Sun" stanowi połączenie miękkiej elektroniki, jazzu, z prostym motywem, ciekawie rozwiniętym przez instrumenty dęte. Tytułowy "Silver Shadow" może przywoływać skojarzenia z kompozycjami reprezentującymi rejony nu-jazzu. Trochę zabrakło jednej dłuższej i nieco bardziej rozbudowanej kompozycji, w której większy akcent zostałby położony na swobodną improwizację, albo fragmentu, gdzie pojawiłby się ludzki głos. Nieco ambientowo w moich uszach zabrzmiał "When The Sun Comes Out", czy "Mirror Image" - ten ostatni zawiera ślady dawnej poetyki Davida Sylviana. "Evergreen" i singlowy "Beam" - to kolejne świetne momenty nowego wydawnictwa. Gustowne dopełnienie całości znajdziemy w zamykającym album "Spotless Mind", tutaj więcej przestrzeni dla siebie znaleźli gitarzysta Stuart McCallum i saksofonista Josh Arcoleo. Wciąż bardzo lubię zespół Slowly Rolling Camera. Mało kto tak subtelnie, a jednocześnie zupełnie nienachalnie, tłumaczy obrazy, wrażenia, chwile zamknięte w kadrze, szczeliny bezczasu, na język muzyki.
(nota 7.5-8/10)
W strefie "Dodatków..." przeniesiemy się do miasta Somerville w stanie Massachusetts, gdzie rezydują członkowie grupy The Shallows, oto ich ostatni singiel.
Pozostaniemy na amerykańskiej ziemi. Przeniesiemy się do Los Angeles, gdzie kilka lat temu Cory Hanson wraz z kolegami założył grupę Wand. Wczoraj ukazała się płyta zatytułowana "Vertigo". Oto mój ulubiony fragment.
Dzięki nowemu wydanemu wczoraj albumowi artysty - "Resusticate!", możemy wybrać się na koncert Billa Callahana, który miał miejsce w Chicago Thalia Hall w 2022 roku.
Stali Czytelnicy chyba całkiem nieźle pamiętają szkocką grupę Nightshift. Jakiś czas temu zaprezentowałem ich wydawnictwo długogrające zatytułowane "Zoe". Wczoraj ukazał się nowy album, już nie tak ciekawy - "Homosapien". Wybrałem z niego utwór numer dwa.
Północną Kalifornię reprezentuje Nathan Bowles oraz jego trio. Panowie wczoraj opublikowali nowy album zatytułowany "Are Possible".
Skandynawie reprezentuje Oresund Space Collective, który to kolektyw wczoraj wydał album "Orgone Unicorn". Posłuchamy tytułowej kompozycji, panowie nie lubią ograniczać się czasowo, więc przed Wami 23 minuty muzyki.
"Wszystko, co mówią nam inni, może być i może nie być, to co najważniejsze, i to co błahe, to co nieistotne i to co fundamentalne, to, co wpływa na nasze życie, i to, co nawet go nie muska. Możemy żyć w ciągłym błędzie, wierzyć, że prowadzimy zrozumiałe, stabilne, łatwe do ogarnięcia życie, i nagle odkryć, że nie ma w nim nic pewnego, wszystko jest bagniste, nie do opanowania, bez żadnych mocnych fundamentów; albo wszystko jest przedstawieniem, jakbyśmy znaleźli się w teatrze i wierzyli, że to rzeczywistość, i nie zorientowali się, że zgaszono światła i podniosła się kurtyna, a do tego trafiliśmy na scenę, a nie na widownie, nie między publiczność, albo na ekran kinowy i nie możemy stamtąd wyjść, jesteśmy uwięzieni w filmie i musimy powtarzać wszystko przy każdej nowej projekcji (...)" . Javier Marias - "Berta Isla"
Zgodnie z tytułem widniejącym na barwnej okładce - "YTILAER" (czytane od tyłu, czy oglądane w lustrzanym odbiciu słowo to przekształca się w "Reality"), tematyką najnowszej płyty Billa Callahana jest rzeczywistość. Jej płynna, czasem senna, nieustnie zmieniająca się forma, pełna rozmaitych fluktuacji i odniesień, ciągle dekonstruowanych epizodów, o których również opowiada amerykański bard. Moją przygodę z jego twórczością rozpocząłem wiele lat temu, kiedy Callahan wraz z zacnymi muzykami ukrywał się pod szyldem Smog, i wydał album "Red Apple Falls". Ulubionym zestawem nagrań wciąż pozostaje jego krążek "Sometimes I Wish We Were An Eagle", choć wczoraj wydana płyta "Ytilaer" do słabych z pewnością nie należy.
Nowe wydawnictwo większych zmian stylistycznych nie przyniosło, bo i przynieść nie mogło. William Rahr Callahan (tak brzmi jego pełne imię oraz nazwisko), to nie rewolucjonista palący za sobą wszelkie mosty, tylko cierpliwy wędrowiec, od lat podążający nieco wytartym już szlakiem. Jego zwykle oszczędne, leniwie rozwijane, kompozycje niosą ukrytą głębię, łatwą do przeoczenia, kiedy nie poświęci się im wystarczająco dużo uwagi oraz czasu. Ich cichymi bohaterami - oprócz tego, co oczywiste, czyli akustycznej gitary i miłego dla ucha barytonu, snującego kolejne opowieści - są dodatkowe instrumenty. Mówiąc krótko - oddychające dyskretnie i miarowo barwne tło. W tym przypadku była to gitara, w rękach Matta Kinseya, bas - pobudzany do drgań przez Emmetta Kelly, perkusja, za którą zasiadł Jim White (grający również w Dirty Three), fortepian i organy Hammonda, na których zagrała Sarah Ann Philips (zaśpiewała również w chórkach), rogi zaaranżowane przez Carla Smitha, klarnet oraz trąbka. To właśnie z tych niepozornych drobin, mozaikowych detali, powstają pieśni amerykańskiego twórcy.
Ich kolejne niespieszne kroki odmierzane są prostymi akordami, które wprowadzają słuchacza w łagodny i całkiem przyjemny trans. To znak rozpoznawczy muzyka z Austin, przewijający się przez całą jego dotychczasową twórczość. Dlatego wszystko, co ten rytm zakłóca lub w pewnym sensie dopełnia, tworzy rozmaite jego odnogi - zgrzytnięcia strun basu, brzmienie gitary, podmuchy instrumentów dętych czy krople tonów fortepianu - staje się takie istotne, w tym cierpliwie rozwijanym nurcie kameralnego folku czy americany. Bill Callahan to również uważny obserwator zmieniającej się rzeczywistości. Zwykle zdystansowany, jakże często ironiczny czy sarkastyczny, schowany za grubym pancerzem, gorzki komentator codzienności, miłośnik przyrody i czuły nihilista, niekiedy mrugający do nas okiem z niektórych tekstów. "Czasem w piosence ważniejsze jest frazowanie niż tekst" - oświadczył w jednym z wywiadów.
Przy okazji płyty "YTILAER", Bill Callahan wydaje się być bliżej życia, afirmacji jego prozaicznych aspektów, zwykłych czynności i prostych uczuć. Taki był również cel tego wydawnictwa. Artysta wszedł do studia "Estuary" w Austin, z myślą, żeby obudzić ludzi do życia, po letargu związanym z okresem pandemii. W intymnej balladzie "Lily" autor wspomina zmarłą niedawno matkę. W napędzanym gitarą "First Bird", przywołuje obraz dzieci. Rozwijając specyficzne napięcie "Bowevill" amerykański bard zapuścił się w rejony, w których dobrze czuje się Nick Cave. "Drainface" przypomniał mi stary i dobry (bo stary) Lambchop, a mój faworyt "Partition" osadzony został na krautrockowej motoryce. Słuchając kolejnej mojej ulubionej kompozycji "Planets" - znajdziemy wizję kogoś, kto patrzy w niebo. Ruchy gwiazd odmalowała w tym fragmencie jazzowa improwizacja. Szkoda tylko, że dawny wokalista grupy Smog nie pozwolił poszczególnym instrumentom mówić dłużej, i mówić więcej, w ramach improwizowanych i swobodnych dialogów - ale zdaje się, że to jedynie moja prywatna idiosynkrazja. Niemal z każdego artysty chciałbym zrobić muzyka jazzowego.
To pragnienie, żeby być bliżej życia czy bliżej ludzi, które przewija się przez warstwę liryczną krążka "YTILAER", może odrobinę dziwić fanów twórczości muzyka ze stanu Teksas. Callahan do tej pory raczej z rozmysłem oddalał się od tłumu, uciekał od gawiedzi, krok po kroku odsuwał się od tego, co powszechne lub modne, trywialne lub pospolite. Zamykał się w introwertycznej jaskini, skąd celnie punktował kondycję współczesnego człowieka, wskazywał na jego błędy czy potknięcia, od czasu do czasu, w kolejnych pieśniach kreślił ponury obraz wolno zbliżającego się końca. Fakt wycofania się z mediów społecznościowych skomentował jako: "Jedną z najlepszych rzeczy, którą kiedykolwiek zrobiłem dla siebie i prawdopodobnie dla świata". Może w wieku 56 lat ten postulowany przy byle okazji resentyment wobec niektórych przejawów płynnej rzeczywistości zszedł na dalszy plan, a w jego miejsce pojawiła się tęsknota za bliskością ważnego dla nas człowieka oraz za prostymi wartościami, które niesie wraz z sobą kruche i nieprzewidywalne życie.
(nota 7.5-8/10)
Christian Kjellvander to szwedzki bard, dobrze znany Czytelnikom tego bloga, który chętnie powołuje się na twórczość Billa Callahana, jego ulubionego twórcy. Niedawno opublikował nowy singiel, którym koniecznie chciałby się z Wami podzielić.
Pozostaniemy w podobnym nastroju, choć znów przeniesiemy się za ocean. Do płyty "ILYSM" - grupy Wild Pink zwabiły mnie nazwiska producentów obecnych w studio podczas rejestracji poszczególnych nagrań. To dobrze nam znany Peter Silberman (wokalista i gitarzysta grupy The Antlers) oraz jego kompan Nicholas Principe czuwali nad suwakami konsolety.
Dobra jest każda pora, żeby posłuchać Broken Social Scene, szczególnie, że kilka dni temu pojawiła się płyta zawierająca ich dawny materiał koncertowy zatytułowana "Live, Phoenix Concert Theatre 2003"; ach, jak ten czas leci. Dla fanów zespołu dobra informacja jest taka, że jej gitarzysta Jason Collet, na początku listopada opublikuje kolejne w dorobku solowe wydawnictwo "Head Full Of Wonder".
Wczoraj ukazała się nowa płyta grupy Skullcrusher, która mnie rozczarowała, jednak znalazłem na tym wydawnictwie dla siebie całkiem miły fragment.
Podobne brzmienie do płyty "Quiet The Room" - Skullcrusher znajdziemy na albumie Samiry Winter, czyli na krążku "What Kind Of Blue Are You?" - Winter.
I tak niepostrzeżenie zrobił się nam tu ostatnio prawdziwy, choć raczej niezamierzony, "kącik weterana". Dziś znów pojawi się fragment płyty zespołu, który funkcjonuje na scenie muzycznej od bardzo dawna. Mam tu na myśli holenderską grupę Nits, kiedyś The Nits, powołaną do życia w 1974 roku; był taki rok. Ta formacja nigdy nie należała do moich ulubionych, ale dwa tygodnie temu wydała, co ciekawe, całkiem przyzwoitą płytę "Neon".
Raz jeszcze powrócimy do Billa Callahana, bo zawsze może znaleźć się ktoś, kto nie słyszał płyty "Sometimes I Wish We Were An Eagle" oraz tej wspaniałej kompozycji.
W kąciku improwizowanym fragment albumu "Void Patrol" - Colin Stetson, Elliott Sharp, Billy Martin Payton MacDonlad.
Parafrazując słowa Benedykta Chmielowskiego możemy powiedzieć - czasy, jakie są, każdy widzi. I pewnie w ocenie tego, co rozgrywa się za naszymi oknami, jesteśmy wyjątkowo zgodni. Pomimo wysiłków pandemia nie zamierza odpuścić, nasza izolacja w domach trwa. Nie możemy w pełni korzystać z czasu wolnego, rozwijać swoich talentów czy pasji. Wielu artystów zamiast utyskiwać na dni, w których przyszło nam żyć, pozwoliło sobie przelać na papier prywatne refleksje, i potraktować je jako inspiracje do wyrażania się na niwie artystycznej. Jednym z takich twórców jest Michael Tomlinson, który własnym sumptem, korzystając z platformy Bandamp, postanowił podzielić się z nami debiutanckim wydawnictwem.
Już po wysłuchaniu pierwszego utworu - "Strange Time" - możemy dojść do jedynie słusznego wniosku, że artysta pochodzący z Brisbane, a rezydujący obecnie w Londynie, niebyt długo będzie cieszył się statusem "wolnego strzelca". Chcę przez to powiedzieć, że zdziwiłbym się bardzo, gdyby wydaniem tego materiału nie zainteresowała się wkrótce jakaś niezależna wytwórnia. Poszczególne kompozycje są świetnie zaaranżowane i zrealizowane. Do rejestracji sześciu utworów Tomlinson wykorzystał zacisze domowych pieleszy oraz wnętrza trech studiów nagraniowych - Ariesound Studios, Rainy Studios, Vacant Tv Studios. Pomoc podczas nagrywania tych urokliwych pieśni udzieliło kilkunastu muzyków, którzy zagrali miedzy innymi: na trąbce, klarnecie, wiolonczeli, flecie, flugelhornie, wiolonczeli, gitarze, saksofonie, basie, perkusji. Nad całością albumu "Strange Time" unosi się momentami radosny, w innych fragmentach refleksyjny i nostalgiczny, folkowy i art-rockowy duch z przełomu lat 60/70 -tych. Te folkowe impresje zwykle stanowią punkt wyjścia albo główne motywy, wokół których Australijski twórca rozbudowuje kompozycje. Czuć w nich osobliwą lekkość, a nawet rozmach, momentami wręcz przepych i swobodę w łączeniu ze sobą kolejnych nut, a także wskazywania miejsca dla następnych instrumentów. Pomyślałby kto, że Michael Tomlinson to zaprawiony w boju rockman, stary, nie tylko gitarowy, wyjadacz, z dorobkiem liczącym co najmniej kilkanaście wydawnictw. Tymczasem "Strange Time" to, jak wspomniałem wcześniej, jego autorski debiut. Wcześniej nasz dzisiejszy bohater udzielał się wokalnie oraz grał na gitarze w mało znanej grupie Yves Klein Blue, po której nie pozostał żaden znaczący czy warty uwagi ślad, a po przeprowadzce do Londynu, założył formacje Many Things; jej aktualny status jest mi bliżej nieznany.
Debiutancki krążek "Strange Time" dźwiękami gitary udanie rozpoczyna tytułowa kompozycja i roztacza wokół słuchacza miękką nasyconą po brzegi przestrzeń kameralnego popu. Wokalista przywołuje frazy, w których, szczególnie w ostatnich miesiącach, pewnie odnajdzie się niemal każdy z nas: "Jestem zamknięty w swoim domu, po prostu przeglądam telefon...". To odwołanie się do osobliwych "covidowych" doświadczeń przewija się w tekstach kolejnych piosenek. Najlepsza, moim zdaniem, odsłona płyty, czyli wypełniony ptasim świergotem, znakomity "Spring", z powracającym motywem, zgrabnie rozpisanym na dźwięki trąbki - dyskretne nawiązanie do twórczości Roberta Wyatta, a jakże - zawiera refleksje dotyczące schyłku ludzkości. Autor zastanawia się, jak będzie wyglądał świat pozbawiony naszej obecności. "To byłoby najszczęśliwsze uczucie, jakiego od dawna doznałem, gdybym dowiedział się, że kiedy nas (ludzi) zabraknie, świat znów będzie należał do siebie". W tym kontekście nie dziwią zbytnio wersy autorskiej wizji, w stylu: "Lwy wzięły w posiadanie Traflagar Square, a delfiny wynurzyły się z Tamizy". Najwyższy czas! Jeśli nie teraz, to kiedy - chciałoby się dodać do marzeń Tomlinsona swoje trzy grosze. Najdłuższą kompozycją jest siedmiominutowa "Them Apples, jej współautorem jest Viljam Nybacka. Tutaj, jak i w poprzedzającej ją "A Long Day", znajdziemy odwołania do Billa Callahana, czy Ryleya Walkera. Zwracają na siebie uwagę ozdobniki fletu, trąbki, chórek w osobach Connie Chatwin i Ann Kody, rozpoczynający "Them Apples, a potem skok, zanurzenie i kąpiel w melodyce lat 70-tych, świetnie poprowadzona muzyczna narracja, zmiany rytmu, gitarowa solówka, skojarzenie z płytami grup Caravan czy chociażby Yes itp. "Baby's Been Gone" to leniwie snująca się ballada, okraszona tonami wiolonczeli. Jedyne zastrzeżenia mam do utworu "Thursday, 8 pm", który kończy debiutanckie dzieło Australijczyka, i który zwyczajnie nie przypadł mi do gustu. W gruncie rzeczy to banalny temat - wymuszona dawka optymizmu, tytuł nawiązuje do podziękowań pod adresem personelu medycznego - i niewiele można było z tymi pospolitymi nutami zrobić. "W zasadzie zajmuje się istotnymi, jak i błahymi rzeczami, które przewijają się przez nasze zwykłe i codzienne doświadczenia" - powiedział w jednym z wywiadów Michael Tomlinson. Podkreślił również zaangażowanie i wkład w rozwój płyty zaprzyjaźnionych muzyków, którzy pochodzą z różnych zakątków globu: Turcja, Japonia, Finlandia, Nowa Zelandia, Wyspy Brytyjskie. Bez nich z pewnością nie byłoby tego wydawnictwa. To właśnie ich autor krążka "Strange Time" ukrył pod szyldem "MF", mówiąc o nich: "Most Talented Motherfuckers".
(nota 7.5/10)
Muszę przyznać, że piosenka "Spring" MF Tomlinsona jest jedną z moich ulubionych i najczęściej odtwarzanych w ostatnich dniach. Drugą bez wątpienia jest wyjątkowej urody pieśń "Perfect Sun", w wykonaniu Under Violet. Ten wyborny utwór pochodzi z niedawno opublikowanej płyty "Threes".
W kąciku improwizowanym wystąpi Whatido Archive Group, w kompozycji "Ethiopian Airlines", którą można znaleźć na świeżutkiej płycie "The Black Stone Affair". Krótko mówiąc swobodny lot w przestrzeni afrobeatu.
Pamiętam, jak przed laty jeden z moich ulubionych redaktorów muzycznych - Jacek Hawryluk (pozdrawiam ekipę HCH) - prezentował fragmenty płyty Billa Callahana - "Sometimes I Wish We Were An Eagle", nagranej w The Track Studio i wydanej wiosną 2009 roku nakładem oficyny Drag City. Za oknem było rozgwieżdżone niebo, Orion i Altair mrugały zalotnie, na uszach słuchawki, leniwe tony sentymentalnego "Faith/Void", którego wtedy słuchałem na okrągło, nie tylko w księżycowe noce, ale również w coraz to cieplejsze i dłuższe dni. Muszę przyznać, że te wrażenia powróciły do mnie, i to całkiem sugestywnie, kiedy w ostatnich godzinach odkrywałem zakamarki najnowszego albumu Christiana Kjellvandera - "About Love And Loving Again".
O poprzedniej płycie, nieco moim zdaniem przegapionej przez prasę branżową, napisałem kilka ciepłych słów na łamach tego bloga. Dobre wiadomości są takie, że szwedzki bard powrócił i to w niezłej formie. Najnowsze wydawnictwo zawiera raptem siedem nagrań. Warto jednak dodać, że większość z nich czasem trwania oscyluje wokół siedmiu minut lub nieznacznie ten dystans przekracza. Kjellvander bardzo dobrze czuje się właśnie w takich dłuższych wypowiedziach. To wtedy jego głęboki głos, zbliżony odrobinę do tonu Billa Callahana, ma czas, żeby swobodnie wybrzmieć. Większość kompozycji to leniwe, spokojnie rozwijające się ballady, nawiązujące bezpośrednio do stylistyki spod znaku americana albo indie-folk.
Był maj 2020 roku, kiedy Christian Kjellvander wraz z dwójką przyjaciół zamknął się w piwnicy zaadaptowanej na potrzeby studia nagraniowego. Ta pozostała dwójka muzyków, którzy wraz z nim zeszli po betonowych stopniach schodów, to Pere Nordmark - zasiadł za zestawem perkusyjnym oraz Pelle Andersson - obsługiwał pianino Rhodesa i syntezator Korga. Obydwaj muzycy pojawili się w składzie na poprzedniej płycie "Wild Hxmans". Pelle Andersson funkcjonuje jako muzyk sesyjny, w różnych składach, najczęściej podpisywał listę obecności na albumach Rogera Karlssona. Po raz pierwszy wystąpił u boku Kjellvandera na krążku "A Village: Natural Light" (2006). Per Nordmark wcześniej grał w formacji The Bear Quartet, czy Breach. Pomagał Kjellvanderowi już przy okazji prac nad debiutanckim krążkiem "Songs From A Two-Room Chapell" (2002).
W porównaniu do tego, co zaproponował Bill Callahan na wspomnianej wcześniej płycie "Sometimes I Wish We Were An Eagle", Christian Kjellvander jest bardziej surowy, czy oszczędny na poziomie aranżacji. W poszczególnych nagraniach nie znajdziemy więc ani dźwięków skrzypiec czy drobnych orkiestracji, ani elektronicznych dodatków. Dominują dźwięki gitary, spokojny, wręcz monotonny rytm perkusji, syntezatorowe tło, ciekawsze niż na poprzedniej płycie, oraz głos, który mocno wypełnia całą przestrzeń. Ta gitara w rękach szwedzkiego wokalisty czasem pokazuje rockowy pazur, rozbrzmiewa groźnymi przesterowanymi szarpnięciami, złowrogimi pomrukami, jednak trzymana pewnie w cuglach nie wybucha w pełni gniewem, jak w " No Grace". Artysta z Malmo najwyraźniej wyciągnął lekcję z poprzedniego wydawnictwa i dojrzał. Myślę, że większość tych utworów wypełniających najnowszy krążek świetnie by się obroniło w wersjach tylko na gitarę oraz głos. Taka to klasa wokalisty, który z łatwością kreuje, jak i swobodnie porusza się w różnych harmoniach. Z drugiej jednak strony miło byłoby - tak dla odmiany - posłuchać szwedzkiego barda w jednej chociaż nieco bardziej rozbudowanej formie. Wszystkie kompozycje utrzymują równy dobry poziom, dzięki czemu całość brzmi gładko i spójnie. Gdybym musiał, wyróżniłbym świetny "Actually Country Gentle", gdzie autor śpiewa: "And The Happiness Is The First Thing We Forget", z bardzo dobrze utrzymanym napięciem, co jest znakiem rozpoznawczym szwedzkiego wokalisty. Napięciem, dodajmy, które funkcjonuje w oparciu o rozwijającą się, zwykle nostalgiczną, opowieść, a nie takim, które zmierza do konkretnego punktu kulminacyjnego. W utworze "Cultural Spain" - napisanym po powrocie z podróży po Europie, w chórkach możemy usłyszeć partnerkę pieśniarza - Fridę Hyvonen (wydawała płyty w oficynach Secretly Canadian czy Licking Fingers, uczestniczyła w trasie koncertowej z Jensem Lekmanem). Drugim utworem, który zrobił na mnie największe wrażenie jest tytułowy "About Love And Loving Again". Znakomicie rozpisana, ponad siedmiominutowa kompozycja pokazująca, jakie ogromne możliwości ma Kjellvander. Wyborna rzecz! Po prostu Wyborna!! To moje ulubione nagranie ostatnich dni.
(nota 7.5-8/10)
Jako drugie danie dziś zapowiedź nowej płyty grupy Lambchop, która nosi tytuł "Trip, i ukaże się 13 listopada. Tym razem zespół wykonał cudze utwory, zaproponowane przez członków formacji. W sumie sześć kompozycji takich zespołów jak: Supremes, Yo La Tengo, Georgy Jones, Stevie Wonder. Utwór "Reservations", z repertuaru grupy Wilco, zaproponował perkusista Matthew McCaughan.
Z kolei Matthew Lowe i Daniel Trenholme - to indie-folkwy duet Stables, powołany do życia w 2016 roku, nagranie "Sillhouette" pochodzi z ich najnowszego albumu o tym samym tytule.
Przeniesiemy się teraz do Norwegii, żeby posłuchać piosenki o duchach, kompozycja "Grateful Dead" pochodzi z płyty "Birds" - Simena Mitlida. Fani wczesnej twórczości Sufiana Stevensa powinni odszukać ten krążek i znaleźć na nim coś dla siebie.
W kąciku improwizowanym King Khan - "The Infinite Ones", czyli pierwsza jazzowa płyta artysty, który do tej pory funkcjonował w przestrzeni garażowego rocka. Album miał być hołdem złożonym takim wielkim postaciom jak Alice Coltrane czy Miles Davis. W składzie znajdziemy muzyków Sun Ra Arkestra, Marshalla Allena i Knoela Scotta, a także członków grupy Calexico, Johna Conventino, Martina Wenka. Kompozycja "Wait Till The Stars Burn" otwiera ten krążek.
Ten album miał pojawić się w ostatnim blogowym wpisie, ale gorąca nowość niegdyś mojego ulubionego australijskiego zespołu sprawiła, że musiałem dokonać drobnych korekt w harmonogramie zdarzeń. Odnoszę nieodparte wrażenie, że Christian Kjellvander jest artystą bardzo słabo znanym, nie tylko w naszym kraju. Najwyższy czas to zmienić. Pewnie zaskoczę wielu z was pisząc, że Kjellvander nagrywa i koncertuje regularnie od kilkunastu lat, a pod koniec października tego roku ukazała się jego dziewiąta w dorobku płyta. Debiut fonograficzny szwedzkiego artysty przypadł na rok 2002 i nosił tytuł "Song From a Two-Room Chapel", choć jako gitarzysta grał już wcześniej w zespole Loosegoats. Na koncie ma również płytę nagraną razem ze swoim starszym bratem, Gustafem, pod szyldem Song of the Soil. Niestety owa współpraca nie będzie kontynuowana, ponieważ brat zmarł tragicznie w 2011 roku. Christian Kjellvander urodził w Szwecji - cóż, że ze Szwecji - ale dorastał w Seattle, gdzie jego ojciec prowadził bar - bliscy zakończyli amerykańską przygodę z powodu recesji i wrócili w rodzinne strony.
Najnowszy album 42-letniego szwedzkiego artysty nosi tytuł "Wild Hxmans", gdzie w drugim wyrazie celowo zamieniono literę "U" na "X", co ma symbolizować wykluczenie. Jednym z tematów, które przewijają się w tekstach - oprócz pożegnań i życiowych refleksji - jest problem emigracji i tolerancji, poszanowania dla "odmienności" - jak w otwierającym całość "Strangers in Northeim". To obok blisko 10-minutowego "Curtain Maker" mój ulubiony utwór na płycie, który rozpoczyna się długim łagodnym wstępem. Kompozycja trwa ponad osiem minut, a ten powolny, refleksyjny początek pokazuje możliwości Christiana Kjellvandera. Trochę tu indie-folku, trochę americany, znajdziemy tu również mroczny, niepokojący nastrój, spokojną narrację instrumentów, bez żadnych technicznych fajerwerków czy solowych popisów oraz ciepły głęboki bas wokalisty.
"Przestrzeń między nutami jest równie ważna jak sama nuta" - powiedział w jednym z wywiadów szwedzki artysta. Słuchając wielokrotnie tej bardzo dobrej kompozycji, moje skojarzenia za każdym razem płynęły w stronę dokonań Billa Callahana czy grupy Tindersticks. Te kilka początkowych fragmentów brzmi podobnie - nostalgicznie, melancholijnie - i szkoda tylko, że potem, przy okazji takich utworów jak: "The Thing Is", "Halle Lay Lu Jah", tempo akcji nieco wzrosło. Dla mnie Christian Kjellvander najbardziej wiarygodny jest własnie w takich niespiesznych balladach - "Stiegga" czy "Curtain Maker" - to tutaj jego charakterystyczny głos brzmi najpełniej.
Jeden z recenzentów całkiem słusznie porównał twórczość Christiana Kjellvandera - szczególnie w jakimś stopniu przełomową, moim zdaniem, ostatnią płytę - do pisarstwa Cromacka McCarthey'ego (kto czytał, ten wie). Niespieszna fraza, pewien charakterystyczny spokój - "Nie śpieszę się z rzeczami" - brak gwałtownych napięć, czy spektakularnych momentów kulminacyjnych, popisów czy ozdobników. Leniwie płynie sobie melodia, a wraz z nią płyną kolejne zdania. Akcja toczy się od słowa do słowa, a z tych siedmiu kompozycji, które wypełniają płytę "Wild Hxmans" bije jakaś szlachetna prostota. Warto sięgnąć po ten album.
Niestety nie może, jak to zwykle bywa, pojawić się poniżej mój ulubiony utwór z tej płyty, bo w sieci dostępne jest tylko video do kompozycji, która zamyka ten album - "Faux Guernica".