Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Other Lives. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Other Lives. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 października 2025

OTHER LIVES - "VOLUME V" (Pias Recordings) "Monumentalny minimalizm"

 

   Pięć lat czekaliśmy - jeśli chodzi o nasz kraj, nie przesadzałbym z tym gorączkowym oczekiwaniem - na nowy, jakby nie patrzeć, piąty w dyskografii album amerykańskiej formacji OTHER LIVES. Poprzednie dzieło zatytułowane "For Their Love" (2020) załogi dowodzonej przez wokalistę Jesse Tabisha, pozostawiło wśród nielicznych fanów - szczególnie tych rozrzuconych po naszym kraju - odrobinę niedosytu. Przy okazji najnowszego wydawnictwa - "VOLUME V" - pojawiły się wypowiedzi w prasie, że ta płyta ma stanowić także swoisty punkt zwrotny w karierze zespołu. "Początek drugiego aktu" - tak dokładnie brzmiało to kluczowe zdanie. Gdzieś w tle wypłynęły sugestie czy swobodne deklaracje dotyczące potrzeby szybszego wydawania kolejnych albumów. Fani rozsiani po całym globie - oraz bardzo mizerna garstka sympatyków Other Lives z naszego regionu - z pewnością czekali na takie słowa.




Jesse Tabish zebrał swoją sympatyczną załogę w dawnym kościele przekształconym na muzeum - "Stillwater History Museum". Przede wszystkim chodziło o specyficzną akustykę tego miejsca, która później przeniosłaby się na brzmienie całej płyty. Już po pierwszym przesłuchaniu albumu - "VOLUME V" - można odnieść wrażenie, że ten niecny plan udało się zrealizować. Brzmienie poszczególnych kompozycji przykuwa uwagę przestrzenią, rozmachem, pełnią. W niektórych momentach nawet mocą oddziaływania. Rozbudowane orkiestrowe aranżacje - smyczki, instrumenty dęte, chórki i pogłosy - od dawna były znakiem rozpoznawczym twórczości OTHER LIVES. W przypadku albumu "VOLUME V" mamy tego zdecydowanie najwięcej. Można wiec bez przeszkód powiedzieć, że najnowsza propozycja jest zarazem tą najbardziej ikoniczną, jeśli chodzi o styl zespołu. Można także pokusić się o kolejne porównanie mówiąc, że wydana wczoraj płyta jest indie-folkową odpowiedzią na jazzowe propozycje Kamasi Washingotna. Ten drugi również lubi i chętnie wykorzystuje orkiestracje na dużą skalę.




Ktoś sceptycznie nastawiony do tego typu propozycji może wytknąć grupie OTHER LIVES pewną schematyczność metodologii działania. Funkcjonowanie w obszarze minimalistycznego trybu - "zwrotka/refren/orkiestracja". Z drugiej strony te kojarzące się z filmowymi muzyczne barwne ilustracje mają swój dyskretny urok, wzbogacają brzmienie, i od samego początku działalności grupy ze stanu Oklahoma były obecne w ich modus operandi. Trudno więc zarzucać Jesse Tabishowi, że sztucznie i niejako na siłę dokleił je na etapie produkcji. Po prostu taki jest jego styl, w ten sposób postrzega własny akt twórczy.

"Staramy się pisać trochę jakby muzykę klasyczną (...). Każdy dźwięk, każde uderzenie perkusji musi mieć jakiś sens" - oświadczył lider grupy, przy okazji gitarzysta oraz wokalista.

Po kolejnych przesłuchaniach najnowszej propozycji "VOLUME V" można dojść do wniosku, że w gruncie rzeczy niewiele na nim zmian, z pewnością tych gwałtownych. Od czasu do czasu znajdziemy dramatyczne tony, owszem, czy drobne momenty kulminacyjne, jednak te są do siebie nieco podobne. W ostatecznym rozrachunku zabrakło większego stopniowania napięcia, nieco szerszej skali różnorodności. W moim odczuciu zabrakło także i być może przede wszystkim klasy kontrastu, która sprawiłaby, że album "VOLUM V" stałby się jeszcze ciekawszą propozycją.

 Dobrych momentów nie brakuje, to prawda. Można nawet powiedzieć, że cała ta płyta w dużej mierze składa się z samych tylko dobrych momentów. Trudno zaprzeczyć, że nie jest to spójne wydawnictwo. Ciężko jakoś szczególnie wyróżnić któryś pojedynczy fragment. Po udanym otwarciu "Mystic", kolejne kompozycje "Versailles", "What's It Gonna Take" (znana ze singla), i reszta utrzymuje jego poziom. Bardzo ładnie, wręcz filmowo, zabrzmiał temat "Heading West" czy krótki "Outro". A całość zgrabnie zakończył oparty na taktach gitary akustycznej "The Wake". A jednak i pomimo tego, mam wciąż pewien niedosyt.

(nota 7.5-8/10)


 


Również wczoraj ukazała się nowa płyta duetu, od mniej więcej sześciu lat, - THE ANTLERS zatytułowana "BLIGHT". Tematycznie skupiona wokół wątków szeroko pojętej ekologii. I także, jak w przypadku propozycji Other Lives, odczuwam po jej przesłuchaniu pewien niedosyt. Chyba jeszcze większy niż przy albumie "Volume V'. The Antlers, to coraz bardziej jednoosobowy projekt Petera Silbermana. Trochę brakuję dźwięków trąbki lub gitary, wkładu nieobecnego już w tym personalnym zestawianiu dawnego członka formacji multiinstrumentalisty Darby'ego Cicci, który odszedł z grupy w 2019 roku. Aż chciałoby się powiedzieć: "Darby, wróć!".





Przed nami wycieczka do Berlina, gdzie działa artysta, który przyjął pseudonim MOSCOMAN, wczoraj ukazała się jego indie-popowa płyta - "CAVIAR". Tradycyjnie wybrałem mój ulubiony fragment.




Przeniesiemy się do Walii, grupa WHY HORSES kilka dni temu opublikowała nową epkę zatytułowaną "YEAH, HI?".




Brooklyn często gości na łamach tego bloga. Tym razem dzielnicę Nowego Yorku reprezentuje zespół HOLY SONS. 31 października ukaże się album zatytułowany "PURITAN THEMES".




Dobrze mieć pod ręką jakiś francuski akcent, tym razem z amerykańską mieszanką. Grupa DELEYAMAN i fragment płyty "The SUDBURY INN".




Raz jeszcze Berlin, a w nim zespół SNAKE ORANGE CAKE, który kilka dni temu podzielił się nowym singlem.




Tylko na tym blogu już dziś znajdziecie zapowiedź płyty z 2026 roku (luty). To wtedy ukaże się album twórcy z miasta Los Angeles - RUSTY SANTOSA, zatytułowany "PSYCHO HORSES".




MISS TYGODNIA - nie samymi nowościami żyje człowiek. W tym tygodniu przesłuchałem kilka starszych płyt. W tym także album HOLGERA CZUKAYA, JAKI LIEBEZEITA, JAHA WOBBELA zatytułowany "FULL CIRCLE". Premiera tego wydawnictwa miała miejsca w 1982 roku. Mój ulubiony fragment? Właśnie ten!




KĄCIK IMPROWIZOWANY - przy tej okazji dotarłem również do płyty wydanej 18 września 1966 roku, amerykańskiego perkusisty CHICO HAMILTONA zatytułowanej "THE DEALER". Wciąż brzmi świetnie.




Na zakończenie fragment płyty "CICERO NIGHTS", której premiera miała miejsce w połowie września tego roku. Amerykański trębacz z miasta Chicago i jego formacja BLUE FARTH SOUND.





sobota, 14 czerwca 2025

TRA PHAIDIN - "AN 424 (EXPANDED)" (Hivemind Records) "Podróże małe i duże"

 

    Świat przyrody, rozległe pejzaże - mówiąc krótko piękno krajobrazu - od zawsze inspirowało wszelkiej maści artystów. Jakiś czas temu przedstawiłem na łamach bloga znakomitą płytę Williama Doyle'a - "Your Wilderness Revisited", który pozostawał pod wrażeniem urokliwych fragmentów przedmieść. Sufjan Stevens rozpoczął muzyczną przygodę od mocnego postanowienia, żeby na swoich płytach oddać specyfikę kolejnych stanów USA. Jak czas pokazał, skończyło się głównie na szumnych  zapowiedziach i ambitnych planach. Nasi dzisiejsi główni bohaterowi - członkowie kolektywu TRA PHAIDIN - pozostają pod wrażeniem malowniczej trasy autobusowej linii numer 424 (stąd taka, a nie inna okładka tego albumu). W kolejnych odsłonach płyty zatytułowanej "An 424", przy pomocy sporej ilości instrumentów, postarali się odmalować kluczowe, ich zdaniem, fragmenty trasy wiodącej z irlandzkiego miasta Galway do Cois Farraige. Pierwszy żółto-niebieski autobus spółki Bus Eireani odchodzi o godzinie 6 rano, ostatni kurs rozpoczyna się o 23.30. Proszę wsiadać, drzwi zamykać!





Po drodze miniemy sporo atrakcyjnych miejsc - niebezpieczne i zapierające dech w piersiach klify, torfowiska, przejedziemy w pobliżu jeziora Eagle. Będziemy mogli podziwiać wzgórze Mordain i wzniesienia Maamturk. Przemkniemy przez nieskalane wpływem cywilizacji wiejskie tereny i część Parku Narodowego Connemara. Z Connemary do Galaway jest mniej więcej 62 km, czyli godzinę i kwadrans wycieczki autobusem, za cenę ok. 30 funtów. Oczywiście możemy pojechać znacznie dalej. Wspominam o tej pierwszej miejscowości również z tego powodu, gdyż to właśnie tam zawiązał się dziewięcioosobowy skład kolektywu Tra Phaidin. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że reprezentują oni nadmorski region zachodniej Irlandii, gdzie "gaeilge" wciąż pozostaje podstawowym językiem. Stąd takie, a nie inne teksty poszczególnych kompozycji, zaśpiewane w tym egzotycznym regionalizmie. Przekładając to na polskie warunki, to trochę tak, jakbyśmy słuchali piosenek w gwarze kaszubskiej.

Członkowie TRA PHAIDIN używają na co dzień tradycyjnego języka "Gaelic", również w trakcie bardzo nielicznie udzielanych wywiadów. Udało mi się rozszyfrować nazwę zespołu, co nie było takie proste. "TRA PHAIDIN" - to przede wszystkim tytuł irlandzkiej piosenki ludowej wykonywanej w tradycyjnym języku gaelic. "Tra" oznacza plażę lub brzeg, zaś "Phaidin" to forma imienia Patryk.

Kolejną inspiracją do powstania płyty "AN 424" była pionierska praca psychogeograficzna artysty oraz kartografa - Tima Robinsona, który upodobał sobie piesze wycieczki nad brzegami Connemary. Przy okazji skrupulatnie tworzył szczegółowe zapiski dotyczące tej podróży. "Psychogeografia bada wpływ geografii krajobrazu konkretnego obszaru na psychologię". W tym kontekście nie dziwią szczególnie takie słowa członków grupy: "Mając na uwadze krajobraz, podróż autobusem stanowi formę wspaniałej medytacji nad różnymi tematami, które przynosi życie".




Album "AN 424" otwiera świetny "Cain Chairr", który dobrze wprowadza w stylistykę tego wydawnictwa. Jego pełne rozwinięcie znajdziemy na końcu albumu, w odsłonie "Can Chairr Athrach". Mamy tutaj krautrockowy napędzający całość rytm, poddają się mu gitary i sekcja rytmiczna, do tego dochodzą wymowne akcenty instrumentów dętych, oraz polifoniczne wokalizy, które odrobinę przypomniały mi dialogi formacji Novi Singers. Wszystkie wymienione powyżej elementy to stałe punkty programu tej płyty. Dochodzą do tego fragmenty swobodnej improwizacji, gdzie saksofon, trąbka, harfa, klarnet, flet i skrzypce, znajdują dla siebie nieco więcej swobody.

Od samego początku czuć, że znajdujemy się w ruchu - bycie w drodze - przemieszczamy się szybciej lub nieco wolniej, znajdując na trasie podróży momenty postoju, wyciszenia. Symbolizują je krótkie utwory, zawierające część nagrań terenowych lub kolaży dźwiękowych.

Barwny krajobraz przesuwa się za oknem w rytm, w którym pojawiają się i wybrzmiewają kolejne kompozycje, gdzie folkowa irlandzka tradycja zgrabnie łączy się z nowoczesnością. Jeden z nielicznych krytyków, który zdołał dotrzeć do tego albumu, określił jego zawartość jako: "Dopieszczony/wygładzony chaos". Całkiem możliwe, że tych momentów zagęszczenia narracji mogłoby być nieco więcej - ale to tylko moje prywatne odczucia.

Trzeba również wspomnieć, że to kolejna próba prezentacji tej płyty. Album "AN 424" ukazał się już jakiś czas temu. Jakoś nie miał szczęścia do recenzji czy odbiorców. Ponad pół roku czekał na prezentację w serwisie Spotify. Pod koniec maja 2025 roku ukazała się wersja winylowa, przy okazji rozszerzona o trzy dodatkowe utwory, w stosunku do pierwotnego wydania, którą można znaleźć także na stronie Bandcamp. I to właśnie do tego wydawnictwa warto dotrzeć.

Przyznam, że wysłuchałem tego udanego materiału z dużą przyjemnością. Od pierwszych taktów, aż po ostatnie gasnące akcenty, czuć tutaj radość i swobodę wynikającą ze wspólnego grania. Podróż autobusem po zachodnim wybrzeżu Irlandii stanowi także transgatunkową wycieczkę. Egzotyczne brzemienia języka - w tekstach mamy zabawy słowem, żarty, surrealistyczne skojarzenia - dodaje tylko specyficznego kolorytu tej oryginalnej propozycji.

(nota 7.5-8/10)

 



Pozostaniemy na irlandzkiej ziemi, skąd pochodzi Glen Hansard, który znów na swojej drodze spotkał Marketę Inglovą. 11 lipca ukaże się nowe wydawnictwo zatytułowane The Swell Season - "Forward". Oto singiel promujący ten album.




Szybka podróż do Oslo przyniesie spotkanie z grupą, która przyjęła niezbyt wyszukaną nazwę IV. Oto ich najnowszy singiel.




Grupa THE WANT pochodzi z Nowego Yorku, w dniu wczorajszym ukazała się ich nowa płyta zatytułowana "Bastard". Oto jedno z wyróżniających się nagrań.




Portland w stanie Oregon, dwie panie w towarzystwie trzech panów tworzą formację DUSTBUNNY. Przed tygodniem ukazał się ich singiel zatytułowany "Sheltering".




Po ulicach miasta Toronto porusza się kolejnym artysta - Ryan Wayne, który niedawno opublikował album zatytułowany "Functioning Dysfunctionals".




Brooklyn jest siedzibą mało znanej formacji SEX WEEK, która 1 sierpnia może zmienić nieco ten stan rzeczy, bowiem tego dnia ukaże się epka "Upper Mezzanine".




SUDDEN VOICES to znany czytelnikom bloga kolektyw z Londynu, dowodzony przez Bena Morrisa, który w w kompozycjach łączy krautrockowe podejście z elementami spacejazzu. Ich najnowszy album - "Scruples" - ukaże się 18 lipca.




Powracam do albumu "Anthems...". Kolejna propozycja to pełen uroku typowego dla grupy The Weather Station cover utworu Broken Social Scene.




MISS TYGODNIA - Nie ukrywam, że lubię formację OTHER LIVES, pochodzącą ze miasta Stillwater (Oklahoma). Dlatego poczekam cierpliwie do 10 października, kiedy to ukaże się nowy album zatytułowany "Volume V'. Oto jeszcze ciepły singiel z tego wydawnictwa.




KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim wyborny fragment pochodzący z wydanej wczoraj płyty ulubionej harfistki (recenzowałem niegdyś jej wcześniejszą propozycję) - Brandee Younger - "Gadabout Season".





czwartek, 31 grudnia 2020

"GUST ZABIJA SZTUKĘ" - CZYLI PODSUMOWANIE PŁYTOWE 2020 ROKU

 

    Zdaje się, że to Edward Degas wypowiedział pamiętne zdanie: "Gust zabija sztukę". Trudno się z tym nie zgodzić, zerkając na kolejne benefisy przedstawicieli nurtu disco-polo, prezentowane na jakże gościnnych, w tym względzie, antenach telewizji publicznej, w ramach realizowania tak zwanej "misji". Jaka owa "misja" by nie była, nie zwalnia nas z odpowiedzialności za przyszłe pokolenia (gra toczy się o naprawdę wysoką stawkę). A także za to, żeby ten gust nieustannie kształtować; przekraczać granice, stawiać sobie nowe wyzwania, nieco inne niż ustawiczne gapienie się w: "oczy zielone", bo nim się spostrzeżemy, te oczy rzeczywiście zabiorą nam resztki zdrowego rozsądku, przysłonią racjonalne myślenie, a my ugrzęźniemy w bagnie miernoty, przebrzmiałych dźwięków, rutyny i durnego samozadowolenia. 

Z drugiej strony - piękne Panie, drodzy Panowie - nie zapominajmy o relatywizmie. Stworzyć "super przebój", który znałaby na pamięć połowa ludności kraju nie jest łatwo ( druga połowa tylko przewrotnie udaje, że nie zna). Póki co nikt tajemnej wiedzy w tym zakresie nie posiadł, a pytanie: "Jak, do cholery, to zrobić?!" - wciąż pozostaje otwarte. Może jest to kwestia, nad którą powinni pochylić się psycholodzy, socjolodzy, kto wie, może nawet psychiatrzy. Przed laty bliski rozwiązania tej frapującej zagadki był Ryszard Tymon Tymański. Mam nieodparte wrażenie, że kiedy tworzył kultowy, w wąskich kręgach, ale jednak, szlagier "Jesienna deprecha", był o krok zaledwie, o włos z łona pomywaczki (że przywołam frazę innego klasyka), żeby wkroczyć w glorii i chwale do Panteonu Wielkich Polaków, i zająć wyróżnione miejsce obok Zenona M. czy Marcina M. Naturalnie niemalże rodzi się w tym miejscu pytanie: "Czego wtedy zabrakło?". Trochę szczęścia, odrobinę przychylności, większej promocji, agresywnych reklam. A przede wszystkim kilku benefisów, zaprezentowanych na jakże gościnnych, w tym względzie, antenach telewizji publicznej, w ramach realizowania tak zwanej "misji".
Jak brzmi "super przebój" 2020 roku, który często i bezwiednie nuciłem, chociażby podczas golenia, spoglądając prosto w moje, o zgrozo, zielone oczy (sic!)? Było ich kilka, ale przewrotnie wybrałem coś takiego.









Gdyby zaufać i ograniczyć się do podpowiedzi wszelkiej maści krytyków muzycznych - 22-letnich stażystów ( przeniesionych ze względu na braki kadrowe i pandemię z działu "kulinaria") oraz tych, z nieco większym stażem, którzy niekiedy ulegają pokusie, i zamiast poszukiwać intrygujących wydawnictw, często oglądają się na swoich kolegów z branży, i na tej czynności schodzą im dni i godziny, a także nieprzespane noce - w tym roku bylibyśmy skazani na odtwarzanie płyt trzech sympatycznych pań: Fionny Apple (całkiem udany album), Phoebe Bridgers oraz Taylor Swift. Tyle podpowiada nam ujęcie statystyczne, a liczby ponoć nie kłamią. Ta ostatnia artystka, owszem, wydała kilka miesięcy temu krążek "Folklore", świetnie wyprodukowany. Za konsoletą zasiadł bowiem Aaron Dessner - nasz dobry znajomy, z wielu wpisów zamieszczonych na łamach tego bloga. Taylor Swift ma od pewnego czasu dobrą prasę, i nic na to nie poradzą nasze rodzime jasno święcące gwiazdy, w stylu Zenona M. czy Sióstr G. Artystka całkiem kusząco zaprezentowała się w kocim wdzianku ( Bombalurina), śpiewając w pewnym musicalu, który w błyskawicznym tempie - i tak zbyt długo - przewinął się niedawno przed moim oczami. Taylor ma ponoć trzy koty, o ile w tak zwanym międzyczasie najstarszy z nich - Meredith Grey - nie dokończył był jednego ze swoich siedmiu puszystych żywotów.

Jak sięgam pamięcią, aż tak dobrej prasy nigdy nie mieli członkowie Zelienople. Bynajmniej nie dlatego, że krytycy wylewali na ich twórcze dokonania wiadra pomyj. Głównie z tego prostego powodu, że większość skupionych na sobie i kolegach z branży dziennikarzy nie zauważała kolejnych wydawnictw Matta, Mike'a i Briana. A przez niemal dwadzieścia lat funkcjonowania na scenie muzycznej nazbierało się tego trochę. Ten ostatni album - "Hold You Up" - ukazał się wiosną i jakoś osobliwie połączył się z początkiem naszej izolacji w domach. "Hold You Up" to płyta, która w warstwie lirycznej, są takie warstwy, nie wspomina co prawda "oczu zielonych", a mimo tego, to właśnie do niej wracałem najczęściej w ostatnich miesiącach, i stąd obecność tego krążka w tym podsumowaniu. W sześciu kolejnych jego odsłonach znalazłem specyficzną melancholie i trudną do uchwycenia głębię, dojrzałe zamyślenie. Kompozycje wypełniają spokojne tony, flirtujące z postrockowymi rozwiązaniami, nawiązujące również do leniwie rozwijanych  przestrzeni americany. W ten album można i warto po prostu się zasłuchać.


    Kolejne dwa albumy, które chciałbym wyróżnić jakoś ze sobą się łączą. Mowa tutaj o  Fair Mothers - "Monochrome" i Christian Kjellvander - "About Love And Loving Again". Obydwa wydawnictwa stworzone zostały przez dojrzałych mężczyzn, przy użyciu dość oszczędnych środków stylistycznych. Obydwa akcentują rolę głosu, który ma czas i miejsce, żeby swobodnie wybrzmieć. I wreszcie obydwa są raczej ponure, żeby nie powiedzieć gorzkie w wymowie, ale przez to bardziej poruszające. Oparte na prywatnych, wręcz intymnych, doświadczeniach artystów, odsłaniają meandry ludzkiej egzystencji. Zarówno Kevin Allan (Fair Mothers), jak i Christian Kjellvander potrafią w przejmujący i szczery sposób opowiedzieć o życiu, miłości, rodzinie, o porażkach i stratach. Co ciekawe, również na tych dwóch albumach znajdują się moje ulubione pieśni tego roku, i są to tytułowe kompozycje: "Monochrome", i "About Love And Loving Again".



Żeby nie było tak ponuro, kolejne płyty zabiorą nas do krainy indie-popu/indie-folku. Album This Is The Kit - "Off Off On", w wyrafinowany sposób pokazał, jak ważną rolę odgrywa zmiana nawyków myślenia na poziomie aranżacji. Niekiedy wystarczy dodać jeden subtelny element do kompozycji, w przypadku wydawnictwa "Off Off On" było to użycie wszelkiej maści instrumentów dętych, żeby piosenka zyskała dodatkowe barwy i nowy wymiar. Krążek Other Lives - "For Their Love", zabrzmiał w moich uszach jak: "znajomy szept dawnego przyjaciela". Dużo dobrych chwil spędziłem w towarzystwie debiutanckich dźwięków, które wypełniły wydawnictwo "Psychic Markers" formacji Psychic Markers. Warto wyróżnić znakomitą pierwszą odsłonę Lost Horizons - "In Quiet Moments" i czekać na drugą część, która ukaże się w lutym. Z kolei płytę "A Quickening" - Orlando Weeksa można potraktować jako metaforę narodzin nowego artysty. Niegdyś lider The Macccabees, w końcu zapragnął wybić się na niepodległość, i wiosną tego roku opublikował debiutancki album (wcześniej miał na koncie wydawnictwo "The Gritterman", było to coś na kształt ścieżki dźwiękowej ilustrującej książkę dla dzieci). Płyta Weeksa zawiera refleksje, spostrzeżenia i odczucia na temat bycia ojcem. W warstwie muzycznej poruszyły mnie urokliwe melodie i harmonie, odnalazłem tam również sporo intrygujących rozwiązań czy tekstur, wystawiających świadectwo o dojrzałości artysty.



   Odnoszę wrażenie, że jeśli chodzi o tak zwaną "brytyjską scenę jazzową", mamy do czynienia z czymś na kształt "samospełniającego się proroctwa". O tym zjawisku zaczęto mówić dużo wcześniej, niż w pełni dało o sobie znać. Dość powiedzieć, że jeden z jej czołowych przedstawicieli - Matthew Halsall - zapytany przed laty przez jednego z dziennikarzy, co myśli o "fenomenie" brytyjskiej sceny jazzowej, szeroko otworzył oczy. Dopiero kiedy padły konkretne nazwy, angielski trębacz skinął głową i powiedział, że: "Znam, słyszałem". Tak naprawdę to ostatnie trzy lata potwierdziły, iż rzeczywiście mamy do czynienia z wysypem ciekawych zespołów i artystów, którzy rezydują na co dzień w okolicach Londynu. Ezra Collective, Shabaka Hutchings, Sons Of Kemet, Cykada, Ashley Henry Quartet, Makaya McCraven, Nubya Garcia itd. Za nimi wszystkimi, gdzieś w tle przewijała się skromna postać znakomitego dziennikarza i promotora muzycznego Gillesa Petersona. Przy tej okazji zwracała na siebie uwagę, z jednej strony eklektyczność, z drugiej zaś wielokulturowość londyńskiej sceny jazzowej, gdyż sporo jej przedstawicieli to emigranci, którzy nad Tamizą znaleźli doskonałe miejsce do rozwoju artystycznego. (Nieco przybliża zjawisko brytyjskiej sceny jazzowej składanka Soul Jazz Records - "Kaleidoscope: New Spirit Known & Unknown", którą prezentowałem na łamach tego bloga).

Wspominam o tym dlatego, że jedną z moich ulubionych płyt jazzowych 2020 roku, nagrała przedstawicielka wyżej wspomnianej sceny; mam tu na myśli Nubya Garcię i album "Source". W dalszej kolejności wyróżniłbym wydawnictwa, które przywoływały jazzową klasykę oraz te, które całkiem nieźle zderzały tradycję z nowoczesnością. Charles Lloyd - "8: Kindred Spirits",  Matthew Halsall - "Salute to The Sun", Matthew Tavares & Leland Whitty - "Visions", Tani Tabbal Trio - "Now Then", Bent Arcana - "Bent Arcana", Oded Tzur - "Here Be Dragons", Brian Krock's Liddle - "Viscera", Moor Mother - "Circuit City", Jamael Dean - "Oblivion", Per Oddvar Johansen - "The Quiet Cormoran", Rob Mazurek/ Exploding Star Orchestra - "Dimensional Stardust", Terje Rypdal - "Conspiracy".

A dla tych, którzy wciąż odrobinę się wahają, i z pewną taka nieśmiałością podchodzą do krainy mniej lub bardziej improwizowanych dźwięków, proponuję album, który może posłużyć jako sugestywne zaproszenie, żeby w jazzie poszukać czegoś tylko dla siebie. I znów scena brytyjska, bo pod nazwą Angin - "Sentenced To Love", ukrywa się David McLean, muzycy jazzowi i aktorzy teatralni z Wysp Brytyjskich. A poniżej, na deser fragment z albumu "Bent Arcana" formacji Bent Arcana.

Mam nadzieję, że moimi wyborami nie zabiłem SZTUKI, a jedynie delikatnie, z troską i czułością ją poddusiłem. Czego Wam, drodzy Czytelnicy, w nadchodzących miesiącach życzę. Ps. Zdaje się, że to również Edward Degas wypowiedział mniej pamiętne zdanie: "Proszę uważać - gust może być synonimem występku".






piątek, 24 kwietnia 2020

FEBUEDER - "TOMALIN HAS ETCHED IN" / OTHER LIVES - "FOR THEIR LOVE" (ATO Records) "Fantazyjne kapelusze, znajomy szept i urokliwe piosenki"

    I oto przed nami obiecana wizyta w Ascot, ale nie będziemy obstawiać wyścigów konnych, ani nie będziemy również świadkami rewii zapierających dech w piersiach kapeluszy. Tak się złożyło, że z Ascot pochodzi grupa Febueder, założona w 2011 roku przez trzech szkolnych kolegów. "Było nas trzech, a teraz pojawił się czwarty. Nie spodziewaliśmy się, że ta ściśle określona liczba powiększy się kiedykolwiek: etap nowych przymierzy i przyjaciół dawno minął, my zaś wyobrażaliśmy już sobie ucieczkę ze szkoły w prawdziwe życie" - napisał w tym samym 2011 roku Julian Barnes, w mistrzowskim "Poczuciu kresu". Członkowie formacji Febueder mogliby sparafrazować te słowa w stylu: "Było nas trzech, a teraz pozostało dwóch" - bowiem na początku działalności szeregi grupy opuścił Lato Henry Gill.

Aż dziw bierze, że przez te dziewięć lat duet Kieran Godfrey (multiinstrumentalista, śpiew ) i Samuel Keysel (perkusja), nie doczekał się pełnowymiarowego wydawnictwa. Nielicznym fanom przypominali o sobie, wydając kolejne single oraz epki: "Soap Caru", "Smithereen Display", "Al a Hoax", "Lilac Lame", "From An Album" (2017). Szczególnie to ostatnie wydawnictwo, chociażby tytułem, mogło sugerować, że wkrótce dostaniemy do rąk coś więcej niż zestaw czterech lub pięciu utworów. Z drugiej jednak strony, jak wielokrotnie podkreślałem na łamach tego bloga, bardzo szanuje właśnie taką uczciwą, również dla samych artystów, postawę.
Przyznam, że czekałem na ten debiutancki album - systematycznie wklejałem na moim profilu facebookowym kolejne single (teledyski) zapowiadające jego premierę - ale nie spodziewałem się, że na płycie znajdzie się aż 16 utworów. To Kieran Godfrey uparł się, że na krążku musi - "musi, bo się udusi" - znaleźć się minimum 12 piosenek. Wyobrażam więc sobie, że podczas układania playlisty tego upragnionego debiutu, w pewnym kluczowym momencie padło hasło: "Ok, drogi kolego, wrzucamy wszystko, co mamy" - a takie posunięcia nie zawsze przynoszą dobre efekty.
Ok, drogi kolego, troszkę się czepiam..., ale gdyby najnowsze wydawnictwo Febueder miało cztery, pięć utworów mniej, płyta jako całość w ogóle by na tym nie ucierpiała, wręcz przeciwnie. Można potraktować te dodatkowe utwory jako tak zwane "bonus tracki", albo powiedzieć sobie, że:" dobrego, drogi kolego, nigdy za wiele".
To, co od razu zwróciło moją uwagę, to charakterystyczne linie melodyczne, przywołujące nieco "skandynawskiego ducha", może nie Kings Of Convenience - którzy jak mogą, tak odwlekają premierę nowej płyty (The Whitest Boy Alive wydał niedawno nowy singiel "Serious", Erlend Oye współpracuje ostatnio z La Comitvą) - ale zdecydowanie bardziej Efterklang, Liima, Sin Fang, Peter Broderick, Beirut, itp. Owe charakterystyczne, zapadające w pamięć melodie są w dodatkowo intrygująco opakowane - niczym  głowy dam, które z dumą prezentują fantazyjne kapelusze podczas wyścigów konnych w Ascot - co sugeruje, że niemal na każdą kompozycję członkowie duetu mieli oddzielny pomysł (bogactwo użytych instrumentów, ciekawe perkusjonalia itd). Dominują krótkie ok. 3 minutowe utwory, gdzie w tekstach często powtarza się kilka fraz (melodyjny zaśpiew). Również barwa głosu wokalisty - Kierana Godfreya z pewnością należy do plusów. Wszystko to razem sprawia, że do niektórych piosenek po prostu chce się wracać.  Przebija z tych 16 kompozycji - wyrażająca się także poniekąd w ich liczbie - zarówno radość, jak i pragnienie tworzenia, chęć, czy nawet wewnętrzna konieczność, pokazania światu: "Oto jesteśmy!", "Tak, to my!" , mamy nowe pomysły i sposoby na zaznaczenie własnej obecności.
"Tymczasem byliśmy spragnieni książek, seksu, merytokracji, anarchii. Wszelkiego rodzaju polityczne i społeczne systemy wydawały się nam skorumpowane, a jednak nie zamierzaliśmy rozważać jakiejkolwiek alternatywy z wyjątkiem hedonistycznego chaosu" - Julian Barnes - "Poczucie kresu".

(nota 7.5/10)




    Druga propozycja to czwarty w dorobku, a nagrany po pięciu latach przerwy, album "For Their Love" amerykańskiej grupy Other Lives. Muzycy z Oklahomy w odróżnieniu od brytyjskich debiutantów mają już nieco bardziej  ugruntowaną pozycję w alternatywnym półświatku - pomogły im wspólne koncerty z Radiohead, występy u boku Bon Iver. Bardzo lubię ich wydawnictwo z 2011 roku (znów ta data, przypadek?), zatytułowane "Tamer Animals", które długo gościło w moim odtwarzaczu, ciesząc spragnione wrażeń uszy.
   Część członków formacji zaczynała pod nazwą Kunek, dając o sobie znać indie-rockowym albumem "Flight Of The Flynns". Jednak dopiero krążkiem "Tamer Animals" zjednali moją przychylność. W  tamtym okresie przyciągali uwagę słuchaczy smakowitymi aranżacjami, które wypełniały gustowne ornamenty (fagot, klarnet, wiolonczela, trąbka, waltornia itd.), zdradzające inklinacje kompozytorskie ich twórcy - Jesse'a Tabisha. Wokalista i gitarzysta grupy słuchał wtedy dużo współczesnej klasyki, wśród inspiracji wymieniał między innymi dokonania Philipa Glassa... oraz ścieżki dźwiękowe Ennio Moricone. W tamtym czasie wiele utworów w wersji pierwotnej powstało na komputerze, w oparciu o program do orkiestracji. Tekst zaś najczęściej przelewały się na papier w trakcie długich podróży furgonetką, pomiędzy jednym koncertem, a kolejnym występem przed publicznością.

O ile poprzednie wydawnictwo grupy "Rituals" (2015), było drobnym ukłonem w stronę nowoczesnego brzmienia (większe wykorzystanie elektroniki i studyjnych zabawek), o tyle najnowsza propozycja "For Their Love" stanowi swoisty powrót do indie-folkowych korzeni. Możemy się o tym przekonać słuchając dobrego otwarcia, ballady "Sound Of Violence", która aranżacją i wykonaniem przywołuje ducha krążka "Tamer Animals". Znów poszczególne dźwięki płyną łagodnie od taktu do taktu, łącząc się w urokliwą melodię, którą podkreśla wokaliza Jesse'a Tabisha (w chórkach usłyszymy Kim Tabish oraz Josha Onstotta). "Lost Day" i "Cops" nawiązują lub przywołują skojarzenia ze starym dobrym The National. Moją ulubioną kompozycją od pierwszego przesłuchania stała się "All Eyes/For Their Love" - specyficzny filmowy charakter udało się uzyskać dzięki orkiestracji, pokazując tym samym, wspomniany już wyżej, talent kompozytorski autora. "Dead Language" zaśpiewany został w nastroju Leonarda Cohena, a "Nites Out" ma potencjał przeboju.
I tym razem w tekstach Tabish nie stroni od społeczno-politycznych refleksji, nie ukrywa również swoich sympatii, nosząc na kurtce nalepkę z podobizną Bernie Sandersa. Nowy album wiąże się również z przeprowadzką - wokalista wraz z żoną opuścili rodzinne miasteczko Stillwater (Oklahoma), i przenieśli się do Cooper Mountain Nature Park, gdzie wnętrze góralskiej chaty (widocznej na okładce płyty i w teledysku), zaadaptowano na potrzeby studia nagraniowego "A-Frame". Tabish ceni sobie etykę pracy, powolne i żmudne dokładanie oraz rozbudowywanie kolejnych akordów, u podstaw którego zawsze leży linia melodyczna. Podkreśla również, jak ważny w jego twórczych dokonaniach jest element tajemnicy, niepewności. "Bez tego, co nieznane, bez możliwości popełnienia błędu, nie byłoby to takie ekscytujące. Gdybyś dokładnie wiedział, co robisz, zabrałoby to całą frajdę".
Pamiętam jak przed laty jeden z recenzentów napisał o płycie "Tamer Animals", że brzmi niczym: "Znajomy szept dawnego przyjaciela". Po wysłuchaniu krążka "For Their Love" mam nieodparte wrażenie, że znów słyszę ów znajomy szept.

(nota 8/10)







A na koniec moje ulubione cudeńko "All Eyes/For Their Love" i tradycyjne życzenia smacznego!




niedziela, 4 grudnia 2016

MAGNIFICENT BIRD - "Every little thing she does is tragic"


Dziś, dla odmiany, po emocjach związanych z ostatnim dziełem Kate Bush, coś na wyciszenie i chwila dla debiutantów. Pierwsze kroki na wyboistej muzycznej niwie bywają trudne i nieporadne. Czasem w konsekwencji zamiast dopingować do dalszej aktywności i rozwoju, przynoszą wraz z sobą zniechęcenie. Rynek muzyczny jest niejako z natury kapryśny, często hołduje chwilowym modom, kłania się w pas pospolitym gustom, wynosi na piedestał wszelkiej maści jaskrawości czy ekstremizmy. Debiutanci, jeśli nie mają za sobą pomocy wytwórni, na krytyków czy recenzentów również nie zawsze mogą liczyć. Krytycy najczęściej i najchętniej - jak zwykle są chlubne wyjątki - zajmują się sobą albo toczą jałowe spory ze swoimi kolegami po fachu. Kto więc może podać pomocną dłoń debiutantom, w tych zawrotnie szybkich i niepewnych czasach? Nowicjusze mogą zdać się na tak zwany marketing szeptany, specjalistyczne portale internetowe oraz blogi tematyczne. Jeśli chodzi mnie, to czasem wolę poświęcić chwilę uwagi i kilka słów debiutantom, niż pastwić się nad aktualnie słabszą formą bardziej znanych artystów.
Jak internet długi i szeroki nie udało mi się odnaleźć żadnej przyzwoitej recenzji dotyczącej albumów zespołu Magnificent Bird. Wynikałoby z tego, że muzyka tej grupy nie zdołała przekonać do tej pory żadnego krytyka, co przyznam szczerze, nieco mnie dziwi. Zbyt dużo dobrego dzieje się, czy to na poziomie kompozycji, czy aranżacji, szczególnie na ostatniej płycie, żeby nie wspomnieć o tym wydawnictwie. Nie bez powodu użyłem wcześniej liczby mnogiej - albumów - bowiem zespół z Oklahomy ma już na swoim koncie dwa wydawnictwa. Pierwsza płyta, wydana własnym sumptem w 2011 roku, nosiła tytuł: "Superdark can happen to anyone". Trzeba przyznać, że ów zgrabny tytuł całkiem nieźle odzwierciedlał zawartość albumu. Jeśli chodzi o gatunek muzyczny, kompozycje grupy sytuowały się - i nie uległo to zmianie - gdzieś na pograniczu indie-rocka, indie-folku, americany. Piosenki Nathana Loftiesa - lidera, wokalisty, kompozytora i autora tekstów - utrzymane w jednostajnym i wolnym tempie (na perkusji wspomagał go Steve Boaz), podejmowały tematy egzystencjalne: zagubienie, depresja, lęki, strata bliskich, bolesne rozstania itd. W muzyce zespołu można było odnaleźć nawiązania do takich grup jak: Low, Grizzly Bear, Red House Painters, Codeine(czy innych przedstawicieli slowcore). Nathan Lofties, w jednym z nielicznych wywiadów, podkreślał, jak bardzo ceni dokonania formacji SMOG. Zapytany, o gatunek, do którego zaliczyłby muzykę, którą tworzy, odparł: "Gramy kowbojskiego, przestrzennego indie-rocka". Owa przestrzeń, tak podkreślana przez wokalistę Magnificent Bird, rzeczywiście jest znakiem rozpoznawczym zespołu.
Drugi w dorobku album - "Every little thing she does is tragic", którego tytuł jest trawestacją tytułu piosenki The Police: "Every little thing she does is magic" - został wydany w listopadzie 2016 roku. W warstwie muzycznej nie przyniósł on większych zmian. Wciąż na płycie dominuje klimat smutku. Z pewnością kompozycje Nathana Loftiesa są teraz bardziej dojrzałe i wyrafinowane. Uwagę słuchacza przykuwa przestrzeń, dobre aranżacje i gustowne linie melodyczne. W warstwie wokalnej wiele z tych najnowszych piosenek przypomina mi niektóre dokonania grupy Other Lives. Pomimo nostalgicznego nastroju ostatni album pełen jest dyskretnego uroku. Chcę przez to także powiedzieć, że gdzieś pod tą warstwą smutku, bolesnych doświadczeń i melancholii, nadal tli się promień światła. Zdjęcie, które później wykorzystano na okładce najnowszej płyty, Nathan Lofities znalazł w opuszczonym domu, którego musiał doglądać podczas nieobecności właściciela. To umiłowanie do starych fotografii czy przedmiotów widać również w teledyskach zespołu. Do ich produkcji członkowie grupy (formalnie to duet, Nathan Lofties i Steve Boaz, którym pomaga również Sarah Reid) wykorzystują fragmenty starych filmów lub kronik rodzinnych. Charakterystycznym i powtarzającym się motywem w twórczości Loftiesa, są dość spokojne początki utworów, które mają pełnić funkcję łagodnego wprowadzenia. Dopiero po takim leniwym wstępie, budzą się do życia kolejne instrumenty, kompozycja rozkwita i dojrzewa do pełni. Mam nadzieję, że komuś jeszcze przypadnie do gustu ostatni płyta Magnificent Bird, że ktoś jeszcze oprócz autora tego bloga zauważy w tej wciąż rozwijającej się grupie spory potencjał. (nota 7/10)






x