Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Cure. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Cure. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 listopada 2024

THE CURE - "SONGS OF A LOST WORLD" (Fiction /Polydor) "Przyjaciel z przeszłości"

 

     Jak słusznie zauważył Jan Sowa w swojej sztandarowej pracy "Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą", "nostalgia" to zgrabne połączenie dwóch greckich słów, nostos - powrót do domu i "algia" (ból), tęsknota, na przykład za krajem ojczystym, za czymś, co minęło, za konkretnym miejscem lub momentem w historii albo za osobą. "W nostalgii dochodzi do szczególnego rodzaju synestezji: czas przejmuje właściwości przestrzeni i tęskniący podmiot uzyskuje zdolność poruszania się w nim w dowolnym kierunku, podobną do możliwości swobodnego przemieszczenia się w trzech wymiarach przestrzeni". 

To zjawisko całkiem nieźle tłumaczy fakt popularności wielu grup muzycznych, które na scenie funkcjonują z powodzeniem od wielu dekad, mając za sobą szacunek i oddanie rzeszy wiernych fanów. Podobnie jest z grupą The Cure, czego wymownym potwierdzeniem niech będą mniej lub bardziej emocjonalne wpisy zamieszczone w popularnym serwisie muzycznym, jako komentarze pod ich najnowszymi piosenkami. Wpisy, dodajmy na marginesie, pochodzące niemal z każdego zakątka ziemskiego globu.



"Mam 56 lat i płakałam jak dziecko. Czuje się, jakbym wracała DO DOMU"... "Mam 51 lat, czekałem na ten dzień szesnaście lat. Teraz czuję, jakbym znów miał szesnaście lat"... "Siedzę tutaj w wieku 53 lat. Płaczę, jak wspaniale brzmi Robert Smith i jego zespół. Zastanawiam się, gdzie uciekł mi ten czas"... "Mam 46 lat. To nagranie przeniosło mnie z powrotem do tych dni pełnych nadziei, kiedy miałem osiemnaście, dziewiętnaście lat. Mój kraj był wtedy piękniejszy. Nasze życie było lepsze. Teraz jestem w miejscu, gdzie moje marzenia nie są już tak prawdziwe. Ta piosenka jest jak PRZYJACIEL Z PRZESZŁOŚCI"... "Siedzę przed domem w samochodzie i słucham tej piosenki nocą. To absurdalne, jak wiele w tym tekście jest o mnie. Moja żona zostawiła mnie dwa miesiące temu i nie mogłem nic na to poradzić. Ta piosenka pojawiła się w sama porę."... "To niesamowite. To tak, jakby zespół nigdy nie zrobił sobie przerwy. Tak wiele innych grup, które wciąż istnieją, zmieniło się na przestrzeni lat, a tutaj wciąż mam ten sam klasyczny dźwięk The Cure z naszej młodości"... "Kurczę, nawet nie wiem co powiedzieć... The Cure wyciągnęło mnie z kilku głębokich depresyjnych momentów w moim życiu. Właśnie wtedy, gdy myślałem, że nie mogę dalej... The Cure staje się moim "cure". Modlę się o ich kolejną wizytę w Perth"...



Te szczere i pełne emocji wpisy wiele tłumaczą, prawda? W piosenkach zespołu The Cure również znajdziemy mnóstwo emocji, wyrażanych lepiej lub nieco gorzej przez jego lidera. Kiedy słyszymy, że ich autor tęskni, czuje się samotny lub porzucony, przeżywa gorsze dni, znalazł się na kolejnym życiowym zakręcie - możemy odnieść wrażenie, że jest człowiekiem z krwi i kości, że poniekąd jest jednym z nas. Tym samym, że ma na tyle determinacji, talentu oraz odwagi, żeby wyrazić także nasze lęki, obawy, przemyślenia, odczucia, stany emocjonalne itd. 

Kiedy ponad czterdzieści lat temu, w jednym z pamiętnych wersów, Robert Smith wspominał: "To bez znaczenia, skoro i tak wszyscy umrzemy", chyba nie przypuszczał, że nadchodzące lata tak boleśnie go doświadczą. Wszystkie te zwiewne metafory, zgrabne frazy, pochodzące z okresu dwóch znakomitych albumów "Faith" (1981) oraz "Pornography" (1982), intonowane później przez fanów lub wykrzykiwane w zbiorowej ekstazie podczas koncertów, były w tamtym okresie dla brytyjskiego wokalisty czymś na kształt mglistych przypuszczeń lub niejasnych wyobrażeń. "Wcześniej pisałem o rzeczach, które sądziłem, że rozumiem. Teraz wiem, że je rozumiem" - oświadczył niedawno w jednym z wywiadów.

Tym razem za tekstami zamieszczonymi na opublikowanym wczoraj albumie "Songs Of A Lost World" stoją realne i osobiste, bolesne doświadczenia. W ostatnim czasie Robert Smith pożegnał ojca, matkę oraz brata. Wydaje się, że egzystencjalne lęki młodego człowieka wyrażane czterdzieści lat temu znalazły przykre urzeczywistnienie lub potwierdzenie. W tym kontekście nie mogą specjalnie dziwić takie oto wersy zamieszczone w piosence "End Song" - "Wszystko odeszło. Nie pozostało nic z tego, co kochałem".



Najnowsza propozycja grupy The Cure - "Songs Of A Lost World" początkowo miała liczyć trzynaście kompozycji. Jednak zamiast dwupłytowego wydawnictwa dostajemy krążek zawierający osiem utworów. I to bez mojego ulubionego, jednego z najlepszych w ciągu ostatnich kilku dekad  - "It Can Never Be The Same". Jak to możliwe? Przecież ta piosenka tak wspaniale wpisałaby się w dość ponury nastrój najnowszej propozycji brytyjskiej formacji. Jeden z dziennikarzy zaciekawiony tym faktem, zapytał wprost Robert Smitha, o powód takiego stanu rzeczy. Ten ostatni odpowiedział w typowy dla siebie sposób. "Ach, no tak... Graliśmy ten numer od dłuższego czasu. Wydawał się być już znany i stary".

Tak czy inaczej, muzyka zawarta na albumie "Songs Of A Lost World", za którym stoi ponoć mnóstwo porzuconych sesji nagraniowych, wydaje się dość surowa, oszczędna, żeby nie powiedzieć ascetyczna, na podobieństwo brzmienia, które charakteryzowało dwie wspomniane już dziś płyty: "Faith" oraz "Pornography". Podstawowa różnica jest taka, że czterdzieści lat temu młody brytyjski muzyk poruszał się niepewnie po nieznanym terytorium, podczas gdy obecnie z premedytacją wykorzystuje stare sprawdzone chwyty, żeby uzyskać pożądany efekt. Nie powtórzyłbym za jednym z recenzentów, który stwierdził, że : "Gitary dzwonią jak w dniach chwały wytwórni 4AD". Te ostanie raczej odzywają się miarowo i bez niepotrzebnych w tym układzie fajerwerków, zaprzęgnięte do żmudnej pracy, w celu podtrzymania specyficznego nastroju. 

Nie mogło być inaczej, skoro warstwa tekstowa tym razem dotyczy straty, żalu, rozmaitych zakończeń. Raz po raz brzmienie odrobinę się zagęści, jak w "Drone:NoDrone" lub w znakomitym, moim cichym faworycie - "Warsong". Najważniejsza wiadomość jest taka, że tym razem brytyjskiej załodze udało się uniknąć poważnych  mielizn. Również głos Roberta Smitha, w najlepszych momentach, o dziwo, brzmi tak dobrze jak przed laty. Myślę, że nie ma większego sensu porównywanie wczoraj wydanej płyty do znakomitego, ikonicznego albumu "Disintegration" - to była inna epoka muzyczna, a różnice w podejściu do materii dźwiękowej widoczne są gołym okiem. Wydaje się, że najnowsze wydawnictwo formacji The Cure jest udaną propozycją na obecne czasy i na miarę aktualnych możliwości jednak mocno już wiekowej grupy. 

Na okładce płyty widnieje rzeźba autorstwa Janeza Pirnata, który zmarł był dokładnie w tym dniu, kiedy Robert Smith odnalazł do niego kontakt. Całość wyprodukował i zmiksował Paul Corkett, ten sam, który współpracował z grupą przy okazji wydawnictwa "Bloodflowers". 

Nie wiem, czy będę często wracał do tej płyty. Muzycznie chyba dziś jestem w zupełnie innym miejscu. Odbieram ostatni album The Cure, zgodnie z dzisiejszym wstępem, przede wszystkim przez filtr nostalgii. Raczej pozostawię rozmowę z przyjacielem z dawnych lat na specjalne okazje. Na koniec zdanie, które świetnie podsumuje wczoraj opublikowane wydawnictwo. Jego autorem jest dziennikarz "Rolling Stone", który trafnie napisał: "I tak oto wyimaginowany chłopiec stał się zmaltretowanym rzeczywistością mężczyzną".

(nota 7.5/10)

 


Na początek strefy "Dodatki..." coś w stylu dawnego The Cure, czyli grupa z Chicago - Humdrum i fragment z ich wydanej przed dwoma tygodniami płyty "Every Heaven".



Do brzmienia The Cure nawiązuje również artysta z Berlina - Curses, płyta zatytułowana "Another Heaven" ukazała się przed tygodniem.



Kolejna artystka reprezentuje Kanadę, miasto Toronto - Tess Parks. Również przed tygodniem ukazała się jej płyta zatytułowana "Pomegranate". Oto mój ulubiony fragment.



Przeniesiemy się do Francji, gdzie trójka przyjaciół tworzy grupę Sinaive. W ubiegłym tygodniu opublikowali album "Pop Moderne". Ps. Martin Heidegger byłyby dumny, widząc taki tytuł piosenki "Dasein...".




HOO, czyli grupa złożona z byłych muzyków takich grup jak: Chapterhouse, Mojave 3 i Slowdive, przed tygodniem wydała nowy album zatytułowany po prostu "III". Wybrałem taką oto piosenkę.



Z Vermont pochodzi artysta Lutalo Jones, który pod koniec września opublikował wydawnictwo zatytułowane "The Academy". Tak wspaniale się rozpoczyna!!



Przed Wami szybka podróż do kluczowego stanu w najbliższych wyborach, czyli do Pensylwanii, miasto Pittsburgh reprezentuje grupa Colatura. Oto "Piosenka Tygodnia".


Klawiszowiec i kompozytor Surya Botofasina reprezentuje miasto Nowy York, wraz z kolegami i koleżanką przed dwoma tygodniami opublikował album zatytułowany "Ashram Sun".



"Kompozycja Tygodnia" w krainie muzyki improwizowanej należy do brytyjskiej grupy Work Money Death. 22 listopada opublikują nowy album zatytułowany "People Of The Fast Flowing River". Przyznam, że niecierpliwie czekam na to wydawnictwo.




sobota, 12 października 2024

NICE BISCUIT - "SOS" (Bad Vibrations/Fuzz Club) "Smaczny biszkopt"

 

      Przy niejednej okazji wspominałem, że psychodeliczne granie posiada niejedno imię. Fakty są takie, że znacznie częściej w tym nurcie można spotkać artystów, którzy preferują nieco głębsze zanurzenie w odmętach niepokornych dźwięków. Gdzieś w tyle zwykle przewijają się nawiązania do kultury "Dzieci Kwiatów", obecne w tekstach, strojach, sposobie bycia, do tego wspomnienia lat 60-tych lub przełomu 60/70 oraz last but not least środki psychoaktywne kojarzone z tą estetyką.  Odrobinę rzadziej spotyka się przedstawicieli tego w gruncie rzeczy pojemnego nurtu, którzy skupili się na tej jaśniejszej stronie psychodelicznej mocy, łącząc drobne gitarowe jamy z barwną fakturą muzyki popularnej. W takich wypadkach większą rolę odgrywa oniryczna melodyka niż gwałtowne podmuchy wypływające szerokim strumieniem z grzejących się gitarowych wzmacniaczy. Zdaje się, że w tej słonecznej odmianie wspomnianego wcześniej nurtu prym wciąż wiedzie Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych Ameryki Płn., choć i dręczona upałami Australia stara się nie pozostawać zbyt daleko w tyle.



Zespół Nice Biscuit to kwintet, który pochodzi z Brisbane. Debiutowali w 2018 roku albumem "Digital Mountain", a później, bo na szczęście na tym nie poprzestali, wydali dwie epki. Pierwszy tydzień października przyniósł nowe, drugie i ważne w dorobku grupy wydawnictwo zatytułowane "SOS". Krążek zawiera spójny przemyślany materiał, który krytycy pewnie wsuną do szuflady z etykietą "psycho-pop". Jednak nie o etykiety tutaj chodzi, tylko o muzykę. A ta długimi fragmentami brzmi bardzo dobrze, o co mocno postarał się miksujący całość Jim Rindfleish (zespół Midlife), czuwający za suwakami konsolety Swan Pond Studios w Queensland.

 W tym przypadku proces rejestracji nagrań wyglądał tak, że trójka instrumentalistów: Kurt Mevlin, Nick Cavendish, Jess Ferronato, stworzyła zgrabne podwaliny, coś w rodzaju instrumentalnej ścieżki , którą później wypełniły głosem oraz tekstem dwie wokalistki: Billie Star i Grace Cuell. To ciekawy zabieg, żeby tu i ówdzie podwoić wokalizy, wpuścić przy okazji nieco mglistego światła, poprzez wykorzystanie harmonijnie zestrojonych głosów. Faktura poszczególnych odsłon również bywa urzekająca - syntezatory, gitary, sekcja rytmiczna, elektroniczne drobiazgi - wszystko to solidnie zapracowało na udany końcowy efekt.



"Czasem czujemy się pełni nadziei i wdzięczni, czasem smutni i przygnębieni, czasem pełni żalu i źli na system, czasem czujemy, że miłość może rozwiązać wszystko" - oświadczyły w rozmowie z dziennikarzem wokalistki grupy Nice Biscuit. 

Powiadają, że dobre otwarcie płyty jest jak zaproszenie, żeby posłuchać jej dalszego ciągu. Wydaje się, że członkowie australijskiego kwintetu mieli to w pamięci, umieszczając na samym początku utwór "The Star", który może przypominać jasne momenty z dawnej twórczości Stereolab. W kolejnych odsłonach albumu "SOS" słychać wyraźnie, że w muzyce Nice Biscuit jest sporo zwykłej radości grania, mnóstwo barw i migoczących refleksów. Warto podkreślić, że na etapie produkcji z niczym nie przesadzono. Znakomicie brzmi tytułowy "SOS", przywołujący ducha epoki "Flower Power". "Rain" zbudowano w oparciu o krautrockowy rytm i nieco mocniejsze gitarowe akcenty. Całkiem wyraźnie widać i czuć, że zespół lepiej odnajduje się w przestrzeni kreowanej przez żywe rytmy niż w toczących się leniwie sentymentalnych szlagierach.

(nota7.5-8/10)

  

 


Pozostaniemy w Australii, zespół Smoke Bellow, którego poprzednią płytę recenzowałem na łamach bloga, wczoraj opublikował nowe wydawnictwo zatytułowane "Structurally Sound". Oto mój ulubiony fragemnt.



Cóż, że ze Szwecji, czyli przedstawiciele skandynawskiej psychodelii, grupa Goat, oraz fragment wczoraj wydanej płyty zatytułowanej "Goat".



Znane już jest mniej więcej 70 procent zawartości najnowszej płyty The Cure (premiera w listopadzie), wygląda na to, że będzie to stonowane wydawnictwo. Robert Smith ma już swoje lata, nie będzie szalał z tempem. Właśnie pokazał się kolejny jeszcze ciepły singiel promujący najnowszy album.



Mocno nawiązuje do dawnych dokonań grupy The Cure wydana wczoraj płyta holenderskiej grupy Docile Bodies - "Light Will Come Our Way". Prezentowałem już dwa single z tego wydawnictwa, pora na kolejny.



Bardzo przyzwoicie brzmi wczoraj wydana płyta "Transparent Eyeball" brytyjskiej wokalistki, prezentowanej już niegdyś, Leili Moss. Mój ulubiony fragment? Chyba ten.



Przepiękną kompozycję można odnaleźć na wydanym niedawno albumie nowojorskiej grupy Adeline Hotel - "Whodunnit". Oto to CUDO. Lubię to powietrze pomiędzy dźwiękami, tak rzadko spotykane w twórczości naszych krajowych artystów.



Warto mieć coś francuskiego pod ręką, w tym tygodniu wybór padł na Christophera Blancheta, który ukrywa się pod pseudonimem Fosse. Niedawno pojawił się jego najnowszy singiel.



Przed Wami "KOMPOZYCJA TYGODNIA". Tym razem szczęście dopisało Benowi Howardowi, który kilkanaście dni temu opublikował nowy singiel "How Are You Feeling?".



W kąciku improwizowanym amerykański saksofonista Immanuel Wilkins oraz jego znajomi, czyli fragment wydanej wczoraj płyty "Blues Blood".



Na koniec zajrzymy do wydawnictwa "Panorama" - Various Artists, które obejmuje jedenaście kompozycji wykorzystanych jako fragmenty ścieżek dźwiękowych, we francuskich filmach z okresu 1969-1980. Był taki okres.






sobota, 4 maja 2024

BABEHOVEN - "WATER'S HERE IN YOU" (Double Double Whammy Rec.) "Rysuję puste miejsca"

 

    Całkiem miło jest towarzyszyć artystom od samego początku ich kariery. Ten ostatni zwykle zawiera w sobie pewien potencjał, mniejszy lub większy, który przybiera bliżej nieokreślony kształt. Jakże często twórcy sami nie wiedzą, którą z wielu możliwych dróg powinni wybrać - wszak błądzić jest rzeczą ludzką i bywa to bardzo pouczające. Znacznie mniej kształcące bywa stanie w miejscu, albo przystanięcie na rozdrożu. Pół biedy, jeśli to wspomniane powyżej rozdroże jest na tyle atrakcyjne, że przy okazji twórca może wyrażać jakąś część własnych myśli, pragnień czy wyobrażeń, zjednując grono odbiorców. 
Wydaje mi się, że tak właśnie było na początku działalności amerykańskiej grupy Babehoven, która w embrionalnej fazie rozwoju funkcjonowała jak trio. Sympatyczny damsko-męski tercecik wydawał singla za singlem, na dokładkę dołożył epkę, ale niestety nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród tak wielu podobnych do siebie indie-rockowych formacji. Ten stan rzeczy trwał mniej więcej cztery długie lata, od 2018 do 2022 roku. Dwa lata temu wokalistka i autorka tekstów Maya Bon spotkała na skrzyżowaniu dróg gitarzystę i producenta Ryana Alberta. Po kilku owocnych dialogach opuściła wyżej wspomniane grono znajomych oraz niezbyt atrakcyjne, jak się okazało, rozdroże, i dziarskim krokiem ruszyła ku nowej przygodzie, już u boku nowego towarzysza. Tak powstały duet szybko opublikował debiutancki krążek "Light Moving Time", a dwa lata później, dokładnie mówiąc w ubiegłym tygodniu, w sklepach pojawiła się druga płyta zatytułowana "Water's Here In You".



Tytułowa woda zwykle symbolizuje oczyszczenia, wejście w nowy etap życia. Chyba, że mamy do czynienia z jej mrocznym odpowiednikiem, nieprzyjemnymi odmętami. W przypadku tekstów May Bon, w których motyw wody sukcesywnie się przewija, chodziło raczej o uspokojenie emocji, które przynoszą wraz z sobą łagodne oddechy fal. Ów tytuł został zaczerpnięty z fragmentu utworu "My Best Friend Needs"; piosenka powstała tuż po wypadku samochodowym przyjaciela grupy i to właśnie jemu została zadedykowana.

Niby z pozoru nic się nie zmieniło w graniu formacji Babehoven, choć zmieniło się tak wiele. Zamiast trzech osób w składzie mamy tylko dwie, a muzyka duetu brzmi pełniej i głębiej niż kiedykolwiek. Wszystko za sprawą subtelnej produkcji Ryana Alberta, który w umiejętny sposób odmierzył odpowiednie proporcje tonów gitary, syntezatorów i miękkiej elektroniki. W centrum zdarzeń znajduje się urokliwy dziewczęcy głos May Bon. Amerykańska wokalistka jest coraz bardziej świadoma tego, czym dysponuje, i w jaki sposób powinna tym się posługiwać, żeby uzyskać zamierzony efekt. Potrafi więc umiejętnie stopniować napięcie, podkreślać wybrane frazy, przyspieszać oraz zwalniać, zagęszczać narrację. 

W niektórych fragmentach płyty "Water's Here In You" mogą przypomnieć się dawne pieśni Krisitn Hersh ( w tych dniach obchodzimy trzydziestolecie wydania jej albumu "Hips And Makers", stąd w sklepach reedycja tego wydawnictwa), kompozycje Hand Habbits czy piosenki Daughter, w innych odsłonach pojawia się skojarzenie z początkiem działalności innego amerykańskiego duetu Memoryhouse, z okresu, kiedy jeszcze ich nagrania były pełne młodzieńczej swobody. Później wpadli w łapska producenta, podsuniętego im przez szefów wytwórni płytowej, i cała witalności grupy w mgnieniu oka wyparowała.



Nie będę ukrywał, że do płyty duetu Babehoven zwabiły mnie recenzje - gdyż wciąż mam w zwyczaju je czytać - pochodzące z trzech różnych źródeł, na które natknąłem się w ostatnich dniach. Dziennikarze zgodnie pochwalili zwartości krążka, potwierdzając to wysokimi notami. Recenzent "Rolling Stone" zauważył, że niewielu artystów potrafi napisać tak melancholijny przebój jak May Bon i Ryan Albert. Kolejny autor notki prasowej słusznie podkreślił, że piosenki Babehoven niepostrzeżenie owijają się wokół słuchacza, ale przy okazji wytknął nieprzejrzystość tekstów. Ich autorka sama przyznaje, że w metodologii tworzenia warstwy lirycznej często posługuje się swobodnymi skojarzeniami. Stąd w niektórych momentach trudno doszukać się określonego znaczenia czy dodatkowej głębi. "Rysuję puste miejsca, które potem staram się wypełnić treścią". 

Piosenka "Lightness Is Loud" została zainspirowana książką "The Three-Body Problem" - Cixin Liu, "Rocket" zawdzięcza swoje brzmienie sposobie aranżacji wykorzystanemu w piosence Taylor Swift "Teardrops On My Guitar". Najdłuższy na płycie "Ella's From Somwhere" stanowi wyraz hołdu dla przyjaciółki Elli O'Connor Williams, znanej pod pseudonimem "Squirrel Flower". Świeża wiosenna płyta.

(nota 7.5/10)

  


W sekcji "Dodatki" na dobry początek inny duet, Ben.J. Heal (niegdyś grupa Coaxis) oraz tajwańska wokalistka Fulya, czyli The Lost Letters, oraz fragment ich debiutanckiej płyty "The Lost Letter", która ukazała się kilka dni temu.



Kolejna amerykańska grupa ma nieco szerszy, bo czteroosobowy skład, nazywa się Cathedral Bells, pochodzi z Okland i 21 czerwca opublikuje nową epkę. Póki co możemy cieszyć się takim oto singlem.



Zespół Somesurprises pochodzi ze Seattle, pod koniec kwietnia ukazał się ich album zatytułowany "Perseids". Oto mój ulubiony fragment.



Kartka z kalendarza, bo w majowy czas mamy dwie szczególne rocznice. Trzydzieści pięć lat temu ukazała się jedna z najważniejszych płyt lat 80-tych, The Cure - "Disintegration", o czym wspomina także artykuł w ostatnim numerze "Polityki". W ten niezwykły sposób rozpoczyna się ten wspaniały album.



10 maja 1994 roku ukazała się inna, mniej znana, w porównaniu do dzieła grupy The Cure, choć ważna dla pewnego pokolenia i, jak podkreślają krytycy, rozwoju gatunku płyta, mam na myśli krążek "Diary" - Sunny Day Real Estate. Z tej okazji w sklepach pojawił się album zatytułowany "Diary  - Live At The London Bridge Studio". A jak rozpoczynał się krążek "Diary"? Właśnie tak.



Przed nami nowe nagrania wokalistek. Z Birmingham pochodzi Rosie Tee, która w ubiegłym tygodniu opublikowała album zatytułowany "Night Creature".



Znakomite recenzje w prasie branżowej zbiera wydana wczoraj płyta amerykańskiej wokalistki Jessici Pratt - "Here In The Pitch". Wybrałem taką śliczną kompozycję.



W kąciku improwizowanym fragment płyty, która miała pojawić się już jakiś czas temu, więc nadrabiamy zaległości. Nasz dobry znajomy Yuri Honing Acoustic Quartet oraz kompozycja z jego ostatniego albumu - "Heaven On My Mind".



Pokaz Trio to, jak sama nazwa wskazuje, trójka muzyków, którzy pochodzą z Ukrainy. Kilka tygodni temu opublikowali album zatytułowany "Voices". Oto mój ulubiony fragment.



Wczoraj ukazała się najnowsza płyta amerykańskiego kolektywu Sun Atlas - "Return To The Spirit", prezentowałem już jeden singiel z tego wydawnictwa, pora na kolejny.





sobota, 26 listopada 2022

MODERN STARS - "SPACE TRIPS FOR THE MASSES" (Little Cloud Rec.) "W Rzymie na Campo di Fiori, kosze oliwek..."

 

    Starsi fani alternatywnego grania pewnie wciąż całkiem dobrze pamiętają grupę Spaceman 3, która pod koniec lat 80-tych miała swój najlepszy czas. W 1982 roku powołali ją do życia Peter Kember i Jason Pierce, mieli wtedy 16 lat, i poznali się na korytarzu szkoły Rugby Art College. Ta szkoła już nie istnieje, podobnie jak zespół, który zawiesił działalność w 1991 roku, dając swój ostatni oficjalny koncert podczas Reading Festival 25 sierpnia 1991 roku. Zanim do tego doszło zespół zdążył wydać kilka interesujących płyt: "The Perfect Perscription" (1987), "Plaing With Fire" (1989), "Recurring" (1991). Ich brzmienie charakteryzowały wolne transowe kompozycje, niekiedy dopełnione podmuchem przesterowanych  gitar - panowie używali instrumentów i wzmacniaczy z lat 70-tych - nieznaczne zmiany akordów, tonacji i tempa; jednym słowem psychodelia. Formacja szybko dołączyła do grona innych popularnych w tamtym okresie zespołów, takich jak: My Bloody Valentine, The Jesus And Mary Chain, Chapterhouse, Ride itd., uzyskując wśród sporej i systematycznie powiększającej się grupy zwolenników status "kultowej". Jednym z powodów rozstania panów Kembera i Pierce'a była kłótnia o... kobietę (ach, te kobiety), Kate Radley, z którą to zdaniem tego pierwszego, zbyt wiele czasu spędzał ten drugi z wyżej wymienionych dżentelmenów. Po zakończeniu działalności Spaceman 3, Kember założył grupy Spector oraz EAR, wyprodukował płyty chociażby MGMT czy Panda Bear. Jason Pierce odniósł znacznie większy sukces powołując do życia zespół Spiritualized, w którym do 1997 roku na klawiszach grała wspomniana wcześniej Kate Radley. Ta ostatnia po rozstaniu z wokalistą Spiritualized, została żoną Richarda Ashcrofta.



We wstępie wspomniałem o grupie Spaceman 3 dlatego, że sporo zespołów, które funkcjonują współcześnie odwołuje się i nawiązuje do brzmienia tej nieco zapomnianej dziś formacji. Jednym z nich jest włoska grupa Modern Stars, której trzecia w dyskografii płyta ukazała się całkiem niedawno. Skład zawiązał się w Rzymie, w wyniku starań Andrei Merolle (gitara, sitar, syntezatory) i Andrei Sperduti (perkusja), do których dołączyła sopranistka Barbara Margani. Ich debiut "Silver Needles" (2020), nie został specjalnie zauważony, ale o kolejnym albumie, wydanym rok później, "Psychindustrial" (2021), inspirowanym powieścią George'a Orwella "1984", można było znaleźć wzmianki na blogach tematycznych. Inspiracją do powstania trzeciego wydawnictwa "Space Trips For The Masses" była tematyka związana z turystyką kosmiczną, stąd też taka, a nie inna okładka. Artyści z Wiecznego Miasta, chętnie przywołują nazwy ulubionych grup, których muzyka wywarła na nich wpływ. Pośród nich znajdziemy oczywiście formacje Spaceman 3, ale też Suicide, Brian Jonestown Massacre, Swans, czy Boris - ten ostatni to dla Andrei Merolle jeden z najlepszych zespołów wszech czasów.

Materiał na nowy album zaczął powstawać już na przełomie 2017/2018 roku, w międzyczasie Andrea Merolle i Barbara Margani doczekali się narodzin córki. Jej wcześniej zarejestrowany płacz, razem z biciem serca, przetworzony i połączony z samplami fragmentu "Symfonii nr. 9" Ludwiga Van Beethovena, znalazł się u podstaw kompozycji "My Messiah Left Me". Wersja tego utworu zamieszczona na płycie "Space Trips Fot The Masses", ma w sobie coś z melodyki Spiritualized, ze świetną środkową częścią, kiedy to milknie na momenty gitarowy podmuch. Oparty na kilku prostych powtarzanych riffach "Monkey Blues", powstał po kolejnej projekcji filmu "12 małp". W otwierającym najnowszy album "Starlight" wykorzystano samplowane próbki "Orchestral Suite no. 3" - Jana Sebastiana Bacha. Ta zmodyfikowana elektroniczna warstwa stanowi zwykle podstawę wielu kompozycji włoskiego tria, do którego na czas koncertów dołącza także basista. Na kolejnych etapach produkcji artyści obudowują ją brzmieniem przesterowanych gitar, dźwiękami syntezatorów, perkusji, śpiewem, i często tonami egzotycznych instrumentów, jak sitar. Niekiedy tych elektronicznych dodatków jest nieco więcej, jak chociażby w utworze "No Fuss", w którym usłyszymy również kobiecy chórek. Z kolei w kołysance, luźno zainspirowanej popularną melodią "Twinkle Twinkle Little Star", samotna kobieca wokaliza dodała mrocznemu psychodelicznemu nastrojowi całego albumu odrobinę przyjemnego światła.

 I tak: "Naręcza ciemnych winogron padają na puch brzoskwini...".

(nota 7.5/10)



W dzisiejszej sekcji "Zapowiedzi/Single/Dodatki", nieco więcej gitarowego brzmienia. Zaczniemy od fragmentu płyty "Gigi's Recovery", irlandzkiej grupy The Murder Capital, która ukaże się 20 stycznia 2023 roku.



Gitarzysta grupy Cocteau Twins, a także szef wytwórni Bella Union - Simon Raymonde - 9 grudnia opublikuje swoje rzadkie nagrania z końcówki lat 90-tych, tytuł tego wydawnictwa brzmi - "Solo Works 96-98".



Szwedzka grupa Holy Now, z wokalistką Juli Oleander, jakiś czas temu opublikowała album "Dream Of Me". Oto fragment z tej płyty.



Niemiecka grupa, o jakże wdzięcznej nazwie Kraków Loves Adana, na 14 lutego 2023 roku zapowiada wydanie płyty "Call Yourself Now".



Zajrzymy również do katalogu oficyny Bongo Joe Records, oto projekt Augenwasser, pod którą to nazwą ukrywa się muzyk Elias Raschle, na 16 grudnia zapowiada premierę najnowszej płyty zatytułowanej "The Big Swim". Przyznam, że to jeden z moich ulubionych utworów ostatnich dni.


;

Zamiast nowej płyty The Cure, właśnie  ukazała się reedycja albumu "Wish: 30th Anniversary Edition - Remastered". Wydawnictwo zawiera trzy fizyczne krążki, poza podstawowym oczyszczonym materiałem znajdziemy na nim dema, miksy, w sumie 45 nagrań. Przyznam, że niegdyś lubiłem album "Wish", miałem na nim kilku swoich faworytów. Szczególnie w późniejszych wersjach koncertowych. Oto jeden z nich. Bez tego utworu... wiadomo...



W kąciku improwizowanym płyta, której słucham uważnie i z przyjemnością od wczoraj. Bo to właśnie 25 listopada miała miejsce premiera czwartego, jeśli dobrze liczę, w dyskografii albumu bristolskiej grupy Run Logan Run. Krążek "Nature Will Take Care Of You" brzmi długimi fragmentami naprawdę dobrze, i pewnie przekonali się o tym nieliczni, którzy niecały miesiąc temu wybrali się na koncert zespołu podczas Jazz Jantar. Grupę tworzą Matt Brown - perkusja, Andrew Neil Hayes - saksofon, Dan Messore gitara, oraz występująca gościnie wokalista Annie Gardiner (plus kilku zaproszonych specjalnie na sesje nagraniowe artystów, w tym członkowie Parallax Orchestra). Posłuchajcie sami, nowy wymiar "Bristol Sound". CUDEŃKO !!!



Kolejna po Brandee Younger i Maddie Herbert harfistka na moim blogu - czyli Szwajcarka Julie Campiche i jej kwartet. Fragment kompozycji z jej najnowszej niedawno wydanej płyty zatytułowanej "You Matter".




sobota, 22 października 2022

EDITH JUDITH - "BONES AND STRUCTURE" (Ruination Record Co.) "Kubistyczny pop"

 

     Do płyty "Bones And Structure" zwabiło mnie nazwisko Dustina Laurenzi, amerykańskiego saksofonisty i kompozytora. Jego postać pojawiła się całkiem niedawno, kiedy recenzowałem na łamach bloga bardzo udany album "A Better Ghost". Reprezentujący scenę chicagowską muzyk przewinął się przez kilka składów, grał nie tylko u boku Jeremy Cunninghama i Paula Bryana, z którymi nagrał wyżej wymienioną płytę, ale również z Jeffem Parkerem,  Makayą McCravanem, Marqiusem Hillem, uczestniczył w trasie koncertowej Justina Vernona (Bon Iver). Autor znakomitego krążka "For Emma Forever Ago" był tak miły, że pozwolił mu skorzystać ze swojego studia April Base Studios, gdzie Dustin Laurenzi zarejestrował nagrania wydane pod szyldem tria Twin Talk. W jego skład oprócz saksofonisty wchodzą: perkusista Andrew Green oraz basistka i wokalistka Katie Ernst. Ta ostatnia prywatnie jest partnerką życiową Dustina, nic więc dziwnego, że to właśnie z nią stworzył duet Edith Judith (nawa pochodzi od ich psa).

Album "Bones And Structure" to kolejne dziecko, które rodziło się czasie pandemicznej izolacji. Kompozycje powstawały w zaciszu domowego ogniska, początkowo rejestrowane były na komputerze i przesyłane w postaci plików. Laurenzi warstwa po warstwie tworzył ramy poszczególnych fragmentów, a Katie Ernst wypełniała je tekstami oraz liniami melodycznymi. Ernst swoją przygodę muzyczną zaczynała od szkolnego chóru. Później ukończyła studia jazzowe w Eastman School Of Music w Rochester. Grając na basie dopełniała listy obecności wielu grup, jak chociażby zespołu Jasona Morana, gdzie także udzielała się wokalnie. Z klarnecistą Jamesem Falzone stworzyła duet, czego efektem była płyta "Wayfaring". Całkiem niedawno wydała także solowy album "Little Words", zainspirowana poezją Dorothy Parker. Obecnie jest dyrektorem zespołu jazzowego Wheaton College i wykłada na Byron Creek Music Academy. Celowo podkreślam to jazzowe zaplecze Katie Ernst, gdyż płyta duetu Edith Judtih - "Bones And Structure", raczej nie wpisuje się w szeroki obszar muzyki improwizowanej. Zdecydowanie bardziej stanowi próbę wyjścia z dobrze znanej jazzowej strefy komfortu i podążania w kierunku indie-popowych rejonów. Gatunek na tym wydawnictwie nie jest czymś z góry narzuconym, redefiniuje się na bieżąco przy okazji kolejnych odsłon. To, co od razu zwraca na siebie uwagę w piosenkach duetu Laurenzi/Ernst , to specyficzne miękkie brzmienie oraz coś, co dla potrzeb tego wpisu określiłbym jako "nieliniową melodyką".

 Ernst w swoich melodiach lubi zastosować drobne zwroty, wykorzystać momenty odbicia czy kontrapunkty. Próbuje zaskoczyć słuchacza nieoczywistością skojarzeń, nietypowymi rozwiązaniami czy połączeniami, co w indie-popowym środowisku nie zdarza się często. W takich utworach jak "Carry" czy "Hot Lava" przypomina dawne dokonania grupy Snowpoet. Znacznie mniej tutaj finezji, głębi przestrzeni, tej specyficznej dla poczynań Irlandczyków gładkości, którą mogliśmy odnaleźć na tak chwalonej przeze mnie płycie "Wait For Me". W muzyce Edith Judith napotkamy więcej myślenia o płaszczyźnie, geometrii utworu, tytułowej strukturze, co może budzić skojarzenia z estetyką kubizmu. Barwa głosu Katie Ernst przypomina nieco ton Lauren Kinselli, jednak Amerykanka bywa delikatniejsza, subtelniejsza i nie stosuje aż tylu środków ekspresji. Zważywszy na fakt, że ulubionym i podstawowym instrumentem Dustina Laurenzi jest saksofon, nieco może dziwić stopień jego wykorzystania na krążku duetu Edith Judith. Prędzej znajdziemy oszczędny, ale jednak, solowy popis gitary elektrycznej, jak chociażby w "Bridge", niż jakikolwiek dłuższy pokaz możliwości Laurenziego. Wygląda na to, że wyrozumiały mężczyzna starał się zbytnio nie przeszkadzać swojej partnerce w tym muzycznym dialogu. Dobrze, że zastosowano dodatkowe linie wokalne, pojawiły się chórki, a także drugi męski głos, w świetnie zaaranżowanym "Flesh & Bone". Warto też podkreślić pracę sekcji rytmicznej, szczególnie instrumentów perkusyjnych, o które zadbał zaproszony do współpracy Ben Lumsdaine. Płyta do odkrywania.

(nota 7/10)

 


Miniony tydzień zdominowały u mnie dwa utwory, do których wracałem najczęściej. Jeden z nich to oczywiście, w kontekście ostatnich wydarzeń, nowy utwór The Cure, o którym nieco później. Drugi natomiast to urocza, cudna, niezwykła piosenka Meg Baird, która promuje album "Furling". Ten ukaże się 27 stycznia 2023 roku nakładem znanej nam dobrze oficyny Drag City.



Wpadający w ucho fragment albumu "Love Factory" grupy Metronomy, tutaj z gościnnym udziałem Katy J Pearson.



Kolejna nasza dobra znajoma, recenzowana na łamach tego bloga, Siv Jakobsen przypomina o sobie singlem, promując w ten sposób najnowszy album "Gardening", który ukaże się 20 stycznia.



W "kąciku weterana" najwyższy czas na The Cure... Spokojnie... bez pośpiechu... bez nerwowych  ruchów, poczekamy... cierpliwie... zobaczymy, co przyniesie czas... może najbliższe dni, albo tygodnie, których do końca roku nie pozostało już tak wiele. W pierwszych planach płyta "Songs Of A Lost World" miała ukazać się we wrześniu, ale ten mamy już za sobą. Zespół jest w trasie koncertowej i pokazuje zaskakująco dobrą formę. Z pewnością Robert Smith i jego świta niczego i nikomu nie musi udowadniać. A fakt, że przy okazji występów właśnie w Polsce odsłania kolejne nowe piosenki, z pewnością należy odnotować, od kilku dni krzyczą o tym zachodnie portale. 

The Cure to przede wszystkim sfera pogłębionych emocji (również tych prywatnych, intymnych)... to podeszwa buta przyciśnięta do krtani, to krew, gorąca krew, wypełniająca żyły, to plamy na dywanie i tęsknota za "zdradzieckim pocałunkiem", dłoń kogoś bliskiego mocno zaciśnięta, "pocztówka udanej niedzieli", i ciarki na plecach, ... I jeśli te emocje są żywo obecne w warstwie muzycznej, w warstwie tekstowej, The Cure nie ma sobie równych w tej estetyce. Od kilku dni nie mogę się uwolnić od tej niezwykłej kompozycji, a kiedy w 6 minucie i 23 sekundzie Robert Smith zaczyna śpiewać, czuję to, co poczułem po raz pierwszy... tyle lat temu... Zresztą posłuchajcie sami. Emocje ponoć potrafią się udzielić...



Pozostaniemy w kręgu zimnej fali, 4 listopada szwedzka grupa The Secret French Postcards opublikuje płytę "Life Got Claws". Oto dobre narzędzie promujące to wydawnictwo.



Znany ze składów The Smile czy Sons Of Kemet, Tom Skinner również 4 listopada wyda swoją najnowszą płytę "Voices Of Bishara".



Bardzo rzadko możemy posłuchać artystów z Gwatemali, a właśnie stamtąd pochodzi wiolonczelistka Mabe Fratti, która swój  niedawno wydany album "Se Ve Desde Aqui" nagrywała w studiach Meksyku oraz Rotterdamu.



Dawno nie słyszałem J. Petera Schwalma, a wy?  Jest do tego okazji, bowiem całkiem niedawno wystąpił on u boku szwajcarskiego gitarzysty Stehpana Thelena. Panowie wspólnie opublikowali album "Transneptunian Planets". Oprócz nich w studiu pojawili się: nasz dobry znajomy, gitarzysta Eivind Aarset, Tim Harries zagrał na basie, oraz Manuel Pasquinelli, który zasiadł za zestawem perkusyjnym.






sobota, 28 maja 2022

JUST MUSTARD - "HEART UNDER" (Partisan Records) "Stopnie zanurzenia"

 

      O ich udanym debiucie zatytułowanym "Wednesday" napisałem kilka słów dokładnie cztery lata temu - 7 maja 2018 roku. Wystawiłem tej płycie bardzo pochlebną notę (8), odnajdując w muzyce irlandzkiego kwintetu ślady stylu grania, który na początku lat 90-tych przeżywał swój dobry czas. Przy tej okazji przywołałem nazwy takich grup jak: Swallow, My Bloody Valentine i Cranes. Mówiąc krótko, chwaliłem. I dziś również zamierzam chwalić, gdyż jest za co. Przede wszystkim za konsekwencję i postawienie na rozwój, a nie tylko smętne odcinanie kuponów od udanej, choć wciąż skromnej, przeszłości. Także za umiejętne czerpanie z bogatej alt-rockowej tradycji oraz przetwarzanie jej dla własnych potrzeb. Za inteligencję muzyczną i wrażliwość, która wciąż jest kształtowana. To właśnie dzięki temu najnowsza propozycja "Heart Under" nie tylko utrzymuje poziom bardzo dobrego debiutu, ale jest również poważnym krokiem naprzód.

Debiutancki krążek "Wednesday" emanował brzmieniową surowością. Młodzi artyści podczas pierwszych prób raczej nie przykładają zbyt wielkiej wagi do technicznych szczegółów. Tym razem grupa spędziła znacznie więcej czasu w studiu Attica Studios w Donegal, a za produkcję odpowiedzialny był David Wrench, znany ze współpracy z Jamie XX, FKA TWIGS czy FRANK OCEAN, co zresztą słychać. W przypadku wielu zespołów proces komponowania zaczyna się od kilku połączonych ze sobą nut. Dla artystów skupionych pod szyldem Just Mustard, punktem wyjścia jest zwykle pojedynczy ton, barwa dźwięku i długość jego trwania, stąd ta deklarowana przy różnych okazjach chęć do eksperymentowania z różnymi efektami. A potem... Potem pojawia się Katie Ball (wokalistka) i prezentuje swoje teksty. W tej perspektywie proces tworzenia kolejnych ścieżek przypomina w dużej mierze to, jak zazwyczaj funkcjonują muzycy elektroniczni. Kiedy David Noonan (gitara) i Mete Kalyoncuoglu (gitara) mówią o tworzeniu piosenek, posługują się metaforą kolorów - "Duży, ciepły, fioletowy dźwięk". Ich metodologia działania opiera się o pętle, powtórzenia czy wykorzystanie prostych struktur. "To trochę jak zabawa samplami" - mówi David Noonan. Dlatego nie może zbytnio dziwić sposób, w jaki przy okazji najnowszego wydawnictwa zostały użyte partie gitar. Te ostatnie na płycie "Heart Under" odzywają się tylko w określonych momentach, i w charakterystycznej manierze, uzupełniając elektroniczne tło. Raz jest to pocieranie smyczkiem o struny, jak w bardzo udanym otwarciu "23", w innym fragmencie mamy do czynienia ze ścianą przesterowanych akordów, przywołujących skojarzenia z gatunkiem shoegaze, w kolejnych miejscach pojawia się upiorne wycie, drapieżne jazgoty czy psychodeliczna zawiesina. Warto w tym miejscu dodać, że to właśnie te tak różne gitarowe akcenty, budujące nastrój, dozujące napięcie, zawiadujące tempem, zrobiły na krążku "Heart Under" mnóstwo dobrej roboty. Muzycy z miejscowości Dundalk hołdują zasadzie minimalizmu. Jednak, jak na dość oszczędne zmiany tonacji, sposoby wykorzystania poszczególnych instrumentów, całkiem sporo się dzieje. W przypadku irlandzkiego kwintetu kłania się także triphopowe myślenie o dźwięku, które, w tym wypadku, dość swobodnie czerpie z post-punka i shoegaze'u. Nadal, jak to było przy okazji udanego debiutu, styl śpiewania Katie Ball może kojarzyć się z tym, co przed laty robiła Alison Show, wokalistka Cranes. Echo melodyki tego ostatniego chyba najbardziej wyczuwalne jest w utworze "I Am You", który pełnił rolę singla promocyjnego. W "Seed" odnajdziemy drobne zmiany w podziale rytmicznym, napotkamy tam moment zatrzymania, który przeobraża się w krzyk gitar i ekspresję podwyższonej wokalizy. Dla odmiany "Blue Chalk" emanuje spokojem i głębią zanurzenia, pracująca w tle i odzywająca się sukcesywnie jakaś złowroga maszyneria, przewija się właściwie niemal przez wszystkie odsłony tej płyty. "Early" ma w sobie coś z dawnych, bardzo dawnych, nagrań  The Cure, pewnie również za sprawą nieco wysuniętego do przodu basu pomyślałem o albumie "The Top", czy "The Head On The Door". Wspólny występ Just Mustard u boku The Cure w Dublinie (2019), oraz dużo ciepłych słów Roberta Smitha pod adresem Irlandczyków, do czegoś zobowiązują. Całość wieńczy łagodny i wyciszony "River", poprzetykany mrocznymi oddechami strun i mocno wycofaną partią wokalną. "Na albumie wciąż był smutek i smutek, czułam się, jakbym pływała pod wodą" - wspomniała Katie Ball. Warto zanurzyć się w tych dźwiękach, gdyż to jeden z najlepszych "gitarowych" albumów tego roku.

(nota 8/10)

 


Przed nami urokliwy singiel promujący płytę Haunted Summer - "Camera", która ukaże się 21 czerwca. Haunted Summer to duet, żony i męża, czyli Bridgette Moody i John Seasons.



Muzyk ze Szwecji ukrywający się pod nazwą Astrel K oraz fragment jego najnowszej płyty zatytułowanej "Flickering I".



15 lipca ukaże się płyta "Thyrsis Of Etna" australijskiego artysty ukrywającego się pod szyldem Miszczyk, to wydawnictwo zapowiada singiel, w którym gościnnie pojawiła się Laetitia Sadier.



Niegdyś recenzowana przeze mnie grupa BDRMM przypomina o sobie piosenką "Three".



Wspominałem niedawno, że wytwórnia Blue Note znów przeżywa dobry czas. Nie wiem dokładnie, czym to jest spowodowane. Może zmienił się dyrektor muzyczny albo zatrudniono kogoś, kto całkiem nieźle wyczuwa puls współczesnej muzyki improwizowanej. Najnowsza propozycja z tej oficyny, to płyta południowoafrykańskiego pianisty Nduduzo Makhathaniego zatytułowana "In The Spirit Of NTU".



W ostatnich dniach często wracałem do albumu Cecila McBee - "Music From The Source" (1979). Oprócz znakomitego basisty usłyszymy na nim Chico Freemana (saksofon), Denisa Moormana (fortepian), Joe Garchera (trąbka), Steve'a McCalla (perkusja).





Na koniec fragment najnowszej dopiero co wydanej płyty -"Origin", której autorem jest pianista młodego pokolenia Joey Alexander. U jego boku wystąpili Larry Grenadier na basie oraz Kendrick Scott na perkusji.





środa, 29 września 2021

FABELS - "MINDS" (QUSP Rec.) "Fajną płytę wczoraj słyszałem"

 

- Fajną płytę wczoraj słyszałem.

- Momenty były?

- Masz! Najbardziej przy pierwszym podejściu rzuca się w uszy gitara?

- Gitara?

- Dokładnie. Właściwie jej brzmienie, takie indie-rockowe, momentami post-rockowe. Chociaż były też fragmenty, gdzie nieco mocniej odkręcili pokrętło wzmacniacza i zrobiła się z tego przyjemna shoegazeowa ściana.

- Kto niby odkręcił to pokrętło?

- Pewnie ten, kto akurat stał przy wzmacniaczu. W tym przypadku Ben Aylward.

- Amerykanin?

- Gdzie tam. Australijczyk. W dodatku rodem z Sydney.

- Popatrz!

- Oprócz tego w zespole jest jeszcze basistka i wokalistka, Hiske Weijers.

- Holenderka?

- Być może. Prawdopodobnie w którymś pokoleniu. Śpiewa w kilku językach.

- To ci poliglotka.

- A żebyś wiedział! Raz śpiewa w angielskim, to znowu bawi się zbitkami słów, potem intonuje po francusku.

- Oui, Oui!

- To znów śpiewa po niemiecku, i właśnie w holenderskim.

- Od razu wyczułem w jej nazwisku zapach tulipanów.

- Ty to masz nos! Nawet miałem do ciebie zadzwonić. Sam wiesz, jak u mnie jest z niemieckim.

- Hande Hoch! Tiefe, Tiefe! Schnell... znasz na pamięć.

- Podstawy na randkę mam opanowane.

- Od czegoś trzeba zacząć.

- Tyle, że ta australijska wokalistka...

- Ta Holenderka?

- Tak. Ona tych moich ulubionych niemieckich zwrotów w ogóle nie używała.

- Co ty powiesz! Trudno się dziwić. W końcu to nie film.

- Ale od filmu do muzyki wiedzie niekiedy prosta droga. Wystarczy posłuchać utworu "Hinsaw".

- Co z nim?

- To najdłuższa kompozycja na płycie "Minds", trwa dziesięć minut.

- Ależ się rozpędzili.

- Dobrze się grało, to nie chcieli skończyć. Ten "Hinsaw" ma w sobie jakieś narastające napięcie. Ben Aylward i Hiske Weijers potrafią wyczarować taką sugestywną atmosferę.

- Jaką?

- Wiesz... Taki nastrój niepokoju, smutku. Czasem, jakby zbliżającego się zagrożenia.

- Jak w horrorach. A morderca i tak czai się z tytułu. I zaatakuje w najmniej spodziewanym momencie.

- Wiadomo! Takich momentów na płycie "Minds" masz sporo. Innym razem atmosfera mocno się zagęszcza. I robi się z tego całkiem niezła psychodelia. Szczególnie, że utwory trwają 7, 9 czy właśnie 10 minut.

- Czyli można się w tym zanurzyć.

- Po same uszy. Do tego automat perkusyjny, basik, elektroniczne dodatki, ale wykorzystane w umiejętny sposób, robią dobrą robotę. W niektórych nagraniach można wyczuć coś jakby obecność gotyckiego ducha.

- Zamki, lochy, strzygi i upiory?

- Może nie aż tak. I nie bezpośrednio. Jakby echa fascynacji takim graniem w stylu dawnego The Cure czy Bauhaus, przetworzone przez wrażliwość współczesnych artystów.

- The Cure nieźle grali.

- Pan Robert miał swoje pięć minut. Dam sobie rękę uciąć, że ten australijski gitarzysta, Ben Aylward, słuchał takich kapel za młodu.

- Rękę, powiadasz.

- Głowy dać nie mogę.

- Racja. Coś trzeba mieć na karku, oprócz żony i hipoteki. Gdzieś ostatnio czytałem...

- Czyli jednak czytasz.

- Zdarza mi się oko zatopić w lekturze... Gdzieś czytałem, że ponoć: "Obcinanie głowy nie pomaga w żadnej sprawie".

- Zgoda. Ale zawsze trzeba pamiętać o niszowych odbiorcach.

- A ci twoi Australijczycy pamiętali?

- Na to wygląda. W tytułowym "Minds" wokaliza Hiske Wejers...

- Tej Holenderki?

- Tak. Jej wokaliza przypomniała mi dokonania Kazu Makino z Blonde Redhead.

- No, popatrz. Najlepszy jest ten ich singiel z Davidem Sylvianem.

- Palce lizać. W innych miejscach ten duet australijski, czyli Fabels, zagrał tak, jak niegdyś brzdąkał Piano Magic. 

- Oj słuchało się Piano Magic. Mam jeszcze kilka ich płyt.

- Myślałem, że sprzedałeś.

- Nie pozbywam się tego, co dobre.

- Jest w tym pewna logika. Ale miejsca na półkach coraz mniej.

- Co zrobić.

- Słuchać warto.

- Ba! Trzeba!

(nota7.5/10)

 


W kąciku deserowym pozwolę sobie zamieścić drobny łańcuszek artystów. Wspomniany wyżej gitarzysta, Ben Aylward, jakiś czas temu grał także w grupie Swirl, oraz współpracował z Andym Jossi, który ukrywał się pod szyldem The Churchhill Garden. Fani zespołu The Cure powinni być mile zaskoczeni.



Oglądam ostatnio serial "Zasada przyjemności", i w jednym z odcinków bardzo dobrze zabrzmiał utwór "Upadamy tu", który nieźle powinien się wpisać w dzisiejszy temat.



Śliczna kompozycja zespołu Margot - "Watercolour" , pochodząca z płyty o tym samym tytule, towarzyszy mi od kilku dni. Album wydała zacna wytwórnia Full Time Hobby. Niby proste gitarowe granie, a jednak w utworze "Watercolour" udało się przemycić coś więcej.



Na koniec dzisiejszej odsłony, zdecydowanie najlepszy utwór ostatnich dni. Grupa Hoo to połączone siły mojego wciąż ulubionego Neila Halsteada (gitarzysta i wokalista SLOWDIVE), Lee Levendera, Jackie Oates'a oraz prezentowanego całkiem niedawno na łamach tego bloga Farmer Dave Schera. Debiutancka płyta zatytułowana "We Shall Never Speak" ukaże się 19 listopada nakładem oficyny Big Potato Records.



W kąciku improwizowanym zajrzymy na płytę "Being Waves" londyńskiej grupy Kinkajous, która ukazała się 17 września. Bardzo udane połączenie elektroniki i jazzu. Jakiś czas temu omawiałem ich poprzedni album "Hidden Lines".






sobota, 5 czerwca 2021

EXEK - "GOOD THING THEY RIPPED UP THE CARPET" (Lulus Sonic Disc Club) "Z ziemi wolskiej..."

 

   Dokonania głównych bohaterów dzisiejszej odsłony "Muzycznego świata"  można połączyć, w prostej lub też odrobinę meandrującej linii, z twórczością grupy The Fall. Ten post-punkowy zespół powstał w Manchesterze w 1976 roku, jak wieść gminna niesie, tuż po tym, kiedy jego lider - Mark E. Smith - wrócił był z koncertu Sex Pistols. Były takie koncerty... Przez skład tej formacji przewinęło się kilkadziesiąt osób. Mark E. Smith był charyzmatycznym, ale też bardzo kapryśnym i kontrowersyjnym artystą, więc rotacja w szeregach dowodzonej przez niego załogi była bardzo duża. Stąd też nikt, począwszy od gitarzysty, a na klawiszowcu skończywszy, nie mógł być do końca pewny, czy wciąż jest członkiem tego zespołu. Skład australijskiej grupy Exek jest stały, choć przy okazji najnowszego wydawnictwa - "Good Thing They Ripped Up The Carpet" - można odnotować zmianę za zestawem perkusyjnym, bowiem Sama Dixona zastąpił Chris Stephenson. Przyznam szczerze, że kiedy obejrzałem teledysk Exek do utworu "Several Souvenirs", który promuje ostatni album, z otchłani pamięci powróciły do mnie obrazy pochodzące z video do kompozycji "Big New Prinz" - The Fall. Podobna melodyka i estetyka, w przypadku grupy Exek przetworzona przez współczesne możliwości techniczne oraz wrażliwość i indywidualną recepcję. I tam, w "Big New Prinz", tańczono, używając do tego nie tylko nóg, ale chociażby kul ortopedycznych, i tutaj, w "Several Souvenirs", tańczy Carol, specjalnie zaproszona przy tej okazji balerina. Za kamerą stanęła żona lidera grupy Exek - Alberta Wolskiego, Robyn, wraz z przyjaciółką, sam zaś teledysk nakręcono w pubie Stringrays Upstairs Bodridggy Brewery.



Zgodnie z tym, co sugeruje nazwisko, Albert Wolski posiada polskie korzenie, ponoć jego rodzice mieszkali kiedyś w Warszawie. Podczas trasy koncertowej dwa lata temu muzycy z Exek odwiedzili nasz kraj, dając pokaz swoich możliwości w klubie "Pogłos". Co do tej ostatniej nazwy, to Australijczyk w swoich kompozycjach lubi używać efektów pogłosowych, czy to na poziomie wokalizy, czy perkusji, co jest poniekąd jego znakiem rozpoznawczym. Pomysł  na założenie zespołu wpadł mu do głowy mniej więcej dekadę temu, kiedy jeszcze mieszkał w Sydney. Warto dodać, że Wolski pochodzi z muzycznej rodziny, jego ojciec grał na altówce w Sydney Symphony Orchestra. W 2014 roku nasz rodak opublikował własnym sumptem debiutancki singiel "Glitch", a dwa lata później, już w pełnym składzie i pod nazwą Exek wydał pierwszy pełnowymiarowy materiał "Biosed Advice". W zamierzeniach chciał stworzyć zespół rockowy, który brzmiałby nieco inaczej niż pozostałe - gdzie typowe ślady dźwiękowe zostałby odwrócone, i dajmy na to, bębny miałaby więcej efektów niż gitary, a syntezator funkcjonowałby jak bas itp.

Albert Wolski nie lubi ciasnych dziennikarskich szufladek. Nie chciałby, żeby dokonania jego zespołu kojarzono z etykietą "alternatywa" czy "indie". "Zwykle wychodzimy od post-punka" - oświadczył w wywiadzie. Inspiracji szuka w brzemieniu grup, których okres świetności przypadł na przełomie lat 70/80 -tych. Stąd powinny w tym miejscu pojawić się takie nazwy jak: The Fall, PIL, ale też Bauhaus czy Can. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że muzyka Exek bazuje na krautrockowej motoryce, obudowanej w surową post-punkową konstrukcję, którą dodatkowo zabarwiają transowe lub psychodeliczne tony gitar oraz pozostałych instrumentów. Uważny słuchacz z pewnością odnotuje, że w piosenkach formacji Exek jest podobny brud czy pęknięcie, które przewijało się przez najlepsze nagrania The Fall. Choć w moim odczuciu, Australijczycy są nieco bardziej wytrawni, jakby szlachetniejsi, w ich kompozycjach znajdziemy znacznie więcej intelektualnego wyrafinowania. Albert Wolski podczas studiów na uniwersytecie pracę dyplomową napisał na temat muzyki filmowej. Na warsztat wrzucił takie obrazy jak: "Under The Skin" - Mica Levi, czy "Videodrome" - Howarda Shore'a. Zwrócił uwagę, że w przypadku obydwu tych  filmów momentami trudno odróżnić, jaka jest podstawowa partytura, a które dźwięki są częścią filmu (planu filmowego). "Uwielbiałem tę dwuznaczność przekraczania granicy tego, co zwykle definiuje się jako "muzyka". Podobną koncepcję stara się stosować w kompozycjach zespołu Exek, używając od czasu do czasu nagrań terenowych albo różnych nie zawsze oczywistych instrumentów. Przestrzeń wielu utworów jest więc starannie zagospodarowana. Wolski skupia się na tym, co jest dominujące na pierwszym planie oraz na tym, co konstytuuje tak zwane "tło". Dla autora tych  pieśni ważna jest także interakcja pomiędzy tym dwoma wspomnianymi przez mnie wcześniej poziomami. "Lubię tworzyć małe wszechświaty". W tym kontekście warto przywołać takie określenia jak: kontrapunkt, dysonans, arytmia. Inspiracji do warstwy lirycznej szuka w najnowszych wiadomościach oraz w publikacjach naukowych, chociażby tych zamieszczonych w kolejnych numerach "New Scientist". "Teksty są dla mnie sposobem na wyrażanie moich skarg. Wciąż jestem w wieku, kiedy mogę zadzwonić do audycji prowadzonej w radio lub zamieścić recenzję na forum internetowym. Jak w niemal każdej komedii narzekam na coś, ale staram się okrasić to specyficznym poczuciem humoru".

Jego głos, jako wokalisty, często usytuowany jest na pograniczu śpiewu i melorecytacji. Zdaje się być pozbawiony emocjonalnej głębi. Zwykle to surowy, zdystansowany, spokojny i bierny narrator przebiegu zdarzeń. Możemy go usłyszeć w niedbałej intonacji na samym wstępie otwierającego najnowsze wydawnictwo - "Palazzo di Propaganda Fide". Tytuł utworu odnosi się do budynku, w którym mieści się "Kongregacja Ewangelizacji Narodów i Krzewienia Wiary". Zabrzmiało złowrogo, prawda? To budowla zaprojektowana przez Lorenzo Berminiego, znajdująca się na południowym krańcu rzymskiego Piazza di Spagna. Tuż po nim Australijczycy serwują nam dwa "przeboje" tego zestawu nagrań, czyli singlowy "Several Souvenirs", i ozdobiony brzmieniem soczystych gitar "The Plot", w którym usłyszymy również echa fascynacji dokonaniami zespołu Can. "Brittle Relatives" oraz "Orthodox", to dwa instrumentalne przerywniki; szkoda tylko, że ten drugi jest taki krótki. Warto byłoby rozbudować tę kompozycję i rozwinąć na przestrzeni siedmiu czy dziewięciu minut. Cały album "Good Thing They Ripped Up The Carpet" został pomyślany jako zlepek nowych ("strona A" wydania winylowego), i starych utworów. Te dawne piosenki wcześniej ukazały się na trudno dostępnych kompilacjach lub singlach. W utworze "Too Steep A Hill To Climb" Albert wolski zmienił całą linię wokalną. Z kolei "The Theme From Judge Judy" pochodzi z singla "Spray Paint" (2015). "Lottery Of Inheritance" znajdziemy na wydawnictwie "Novel". Zacząłem ten wpis krótkim wspomnieniem dotyczącym grupy The Fall, i tak również pozwolę sobie zakończyć. "Za każdym razem są inni, za każdym razem są tacy sami" - miał o nich powiedzieć legendarny John Peel. Zdanie to również bez przeszkód można odnieść do twórczości zespołu Exek.

(nota 7.5/10) 

 


W kąciku deserowym coś dla fanów audycji Tomasza Beksińskiego albo tropicieli alternatywnych dźwięków, którzy podczas swoich poszukiwań zetknęli się z twórczością grupy The Danse Society. Zespół bywa zazwyczaj kojarzony z przestrzenią rocka gotyckiego, choć trzeba przyznać, że w ich brzmieniu można odnaleźć też inne estetyki. Powstali w Bransley w 1980 roku, po kilku latach zawiesili działalność, żeby powrócić w 2011 roku. Początek lat osiemdziesiątych przyniósł album "Seduction", a  grudzień 1983 roku przełomowy krążek "Heaven Is Waiting", który w naszym kraju promował niegdyś Tomek Beksiński. Najnowszy zestaw nagrań "40 Years Of Danse Extende" zawiera 27 odsłon, mixy, remiksy, specjalne single, które powinny zadowolić fanów grupy. Jednak w tym bogatym zestawie zabrakło mojego ulubionego utworu "Where Are You Now".




Pozostaniemy w tym zimnofalowym nastroju. Moje oczy w minionych, jak i najbliższych dniach, z wiadomych względów będą zwrócone na Paryż. Z Francji, a dokładniej mówiąc z miejscowości Lievin pochodzi grupa Factice Factory, która w połowie maja opublikowała album "Figments". W utworze "Dye Fading" odnalazłem nawiązania do twórczości The Cure, ba, mam wrażenie, że partia gitary mocno czerpie z głównego motywu "Just Like Heaven", z repertuaru formacji dowodzonej przez Roberta Smitha. 




Pozostały dwa tygodnie do premiery najnowszej i długo oczekiwanej płyty Kings Of Convenience. Ten wydłużający się niemiłosiernie czas można umilić sobie słuchając kolejnej propozycji z tego wydawnictwa. Ujawniono również okładkę tego krążka, na której to panowie znów grają w szachy, podobnie jak to miało miejsce na płycie "Riot On An Empty Street".



W kąciku improwizowanym pozostaniemy w 1980 roku, i zajrzymy na niedawno opublikowaną reedycję płyty "Esperanto" - grupy Esperanto. 






 

piątek, 11 grudnia 2020

TOPOGRAPHIES - "IDEAL FORM" (FUNERAL PARTY RECORDS) "Jaki ojciec, taki... "

     Gdzieś pod koniec lat sześćdziesiątych - były takie lata - Jim Morrison, w klasycznym dziś przeboju grupy The Doors - "The End", zawarł był  takie oto subtelne i pamiętne frazy: "Father?/ Yes, Son/ I Want To Kill You/ Mother?/ I Want to ...". Całkiem zgrabna piosenka została napisana tuż po rozstaniu artysty z Mary Werbelow (ach, te kobiety), początkowo miała być czymś na kształt pożegnania. Dziennikarska brać, krytycy nie tylko muzyczni, psychologowie i eseiści, prześcigali się później w próbach interpretacji słów lidera The Doors. Wychowani na pracach Zygmunta Freuda puszczali wodzę fantazji (jakie wodze, taka fantazja), wskazywali na ewidentnie zarysowany "kompleks Edypa" podmiotu lirycznego. Inni podkreślali dążenie do zerwania z "EGO" - otrzymanym w genetycznym spadku oraz narzuconym na etapach socjalizacji - i łączące się z tym pragnienie autokreacji; wymyślenie siebie na nowo, już na własnych warunkach. Tymczasem, w jednym z pierwszych wywiadów tuż po napisaniu tej piosenki (1967 r.), Jim Morrison z rozbrajającą szczerością stwierdził, że nie wie dokładnie, co miał na myśli pisząc pamiętne wersy tekstu "The End".

Kiedy czytamy zapiski rozmów z dorosłymi już dziećmi sławnych artystów, jakże często natrafiamy na moment, w którym na poziomie symbolicznym ( w mniej lub bardziej ukryty sposób), rozbrzmiewają echa wyżej wspomnianej frazy Jima Morrisona: "Father?...". Czasami czytelnika wręcz uderza owa chęć odcięcia się od rodzinnych koneksji niemal za wszelką cenę. Zwraca na siebie uwagę mechanizm wyparcia, dążenie do samostanowienia, pragnienie powiedzenia światu: "Wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam tylko i wyłącznie sobie". Zupełnie tak, jakby nawet drobna pomoc - cenna rada, mądra wskazówka - zaprawionego w artystycznym boju ojca lub utalentowanej i spełnionej matki (są takie matki), była ujmą na honorze. Kto wie, może również z tego powodu córka słynnego reżysera została w końcu aktorką... tyle, że porno.




   Podobne wrażenia odniosłem - choć być może bez tak mocno zaakcentowanego imperatywu -  czytając wywiad z Gray'em Tolhurstem - liderem, wokalistą i autorem tekstów amerykańskiej formacji Topographies. Niektórym, co bardziej uważnym czytelnikom, nazwisko Tolhurst może wydać się dziwnie znajome. Pragnę więc uprzejmie donieść, że to właśnie ten Tolhurst, z tych Tolhurstów; syn -  w tym momencie Gray pewnie uśmiechnie się łagodnie, myśląc w duchu: "Znowu?! Ile można!" - Laurence'a Tolhursta, klawiszowca i perkusisty The Cure. Gray ponoć twórczość ojca zna, i owszem. Trudno, żeby zaprzeczył. Jednak zgodnie z tym, co szczerze, jak na świeckiej spowiedzi wyznał -  w młodości nie karmił się piosenkami The Cure niczym pogrążona w ataku bulimii nastolatka. Raczej ostrożnie dawkował sobie "Just Like Heaven", "M", z umiarem i powściągliwością godną szanującego się sceptyka, wychowanego, ma się rozumieć, w duchu greckich ideałów. Dopiero w ostatnich trzech latach odkrył cztery pierwsze płyty The Cure, i nawet zaczął żałować dlaczego nie posłuchał ich wcześniej. Bacznie natomiast przysłuchiwał się innym grupom: Can, Kraftwerk, Terry Riley. Jednak dźwięków lub odniesień do twórczości wyżej wymienionych (szczególnie do tego ostatniego), próżno szukać na debiutanckim krążku Topographies - "Ideal Form". Słychać zaś tony kojarzące się z estetyką new-wave, post-punk, cold-wave, czy dyskretne odwołania do płyt Clan Of Xymox lub The Cure, z początku lat 80-tych.

Syn Laurence'a Tolhursta dorastał w słonecznym Los Angeles, a nie w pochmurnym Londynie, jednak w muzyce jego formacji nie ma zbyt wiele słońca. Jeśli już się pojawi, jest to z pewnością miodowa tarcza widoczna w zimowy poranek albo łagodnie roztapiająca się gdzieś na linii horyzontu. Później Gray przeniósł się do San Francisco, gdzie podobnie jak nasz noblista, chciał mieć "Widzenia nad Zatoką...", studiował kierunek artystyczny (poezja) i założył zespół. W czteroosobowym składzie Topographies wydali kilka singli oraz epek dla Sonic Cathedral czy Dream Recordings. Piosenki na krążek "Ideal Form" zaczęły powstawać w 2019 roku, tuż po zakończeniu trasy koncertowej. Wtedy to szeregi grupy opuścił perkusista, a Justin Oronos (bas), Jeremie Ruest (gitara, syntezator) oraz Gray Tolhurst, musieli podjąć decyzję, czy nadal grają razem.

Jak widać po wydawnictwie "Ideal Form", które ukazało się na początku grudnia, panowie funkcjonują jako całkiem nieźle zgrane trio. Spragnieni ekscytujących nowości, wyzwań i przekraczania gatunkowych granic, niczego takiego na debiutanckim krążku amerykańskiej grupy nie znajdą. Formacja z San Francisco porusza się po już zdefiniowanym terytorium, ale robi to na tyle sprawnie i przekonująco, że warto posłuchać ich muzyki. W tekstach kreślonych piórem Graya bywa poetycko i mrocznie, można odczuć fascynację wokalisty twórczością Paula Celana, do której chętnie się przyznaje. Dominują proste aranżacje, chłodne i ascetyczne przestrzenie stworzone w oparciu o brzmienie gitary i syntezatora.

Gdybym miał złośliwie - bo jakże inaczej - porównać debiutancki album formacji Graya Tolhursta do płyt The Cure, to musiałbym się cofnąć, o mniej więcej 40 lat, do etapu, kiedy jego ojciec 22 kwietnia 1980 roku wychodził z Morgan Studios, po zakończeniu nagrywania "Seventeen Seconds", żeby wrócić po roku i zarejestrować osiem nowych kompozycji, które wypełniły wydawnictwo "Faith".  Trio Topographies wciąż kształtuje swój styl, dopracowując poszczególne elementy. Są na dobrej drodze, żeby zaistnieć w świadomości odbiorców na dłużej, niż jednosezonowe spadające gwiazdki. Sukcesu The Cure z pewnością nie powtórzą, ale przecież basiście, gitarzyście i wokaliście, oglądającym malownicze zachody słońca w Oceanie Spokojnym, nie o to chodzi.

(nota 7.5/10)





W kąciku deserowym aż dwa nagania jednego artysty Johnny Labella. Płyta "XVIII" rozpoczyna się tak, że klękajcie narody, otwiera ją niezwykła kompozycja "The Dolphins", z ornamentami Chrisa Scotta na saksofonie. Potem pojawia się druga równie niezwykła odsłona, czyli "Doppelganger", cudna marzycielska pieśń. Te utwory ustawiły moje oczekiwania tak, że już zacząłem myśleć, że oto mam nową kandydatkę do płyty roku. Niestety, Johnny Labell nie udźwignął ciężaru odpowiedzialności i dalej jest już tylko gorzej, słabiej, rozczarowująco. Jednak do tych dwóch kompozycji wracam i wracam...







piątek, 15 listopada 2019

HAVE A NICE LIFE - "SEA OF WORRY" (The Flenser) / THE CURE - "40 LIVE (CURAETION 25 + ANNIVERSARY)"

    Pod ironicznie brzmiącym szyldem Have A Nice Life ukrywają się: Dan Barrett i Tim Macuga, którzy przy okazji ostatniego wydawnictwa oraz trasy koncertowej poszerzyli swój skład o trzech dodatkowych muzyków. Jako duet rozpoczęli działalność artystyczną ponad dekadę temu w Connecticut, łącząc w warstwie muzycznej elementy wielu estetyk - post punk, new wave, cold wave, noise, metal, ambient itd. Wydany własnym sumptem debiut - "Deathconsciousness" - przyniósł wraz z sobą dwa fizyczne krążki oraz ponad 80 minut różnych dźwięków, czyli całkiem sporo jak na pierwszy materiał. W warstwie muzycznej charakteryzował się nie do końca subtelnymi skokami po drogach i bezdrożach wielu stylistyk. Wspólnym mianownikiem tych premierowych nagrań była ich fatalna jakość (klasyczne lo-fi to przy tym szczyt techniki). Całość zarejestrowano w zaciszu domowych pieleszy przy pomocy komputera i słabej jakości mikrofonu, co paradoksalnie obróciło się na korzyść zespołu. Kiedy niewiele słychać, zawsze można ukryć nie tak drobne niedoskonałości, a potem zasugerować, że jest mroczniej, ciemniej i zimniej, niż ma to faktycznie miejsce. Kolejnym elementem scalającym owe nagrania była ich tematyka - lęki, depresja, odrzucenie, myśli samobójcze, egzystencjalne troski i wątpliwości; w dużym uproszczeniu rozmowy Satre'a i Camusa na potężnym kacu po tygodniowej balandze. Jednym słowem, treści wciąż bliskie dla kolejnych pokoleń wchodzących dopiero w dorosłe życie. Początkowo materiał liczył sobie jedynie 100 kopii płyt CD-R, które Dan i Tim oglądali z egzystencjalną troską i namysłem, jakich nie powstydziłby się Matrin Heidegger, spoglądający na sterty dopiero co wydrukowanych tomów  "Bycia i czasu". A kiedy tak oglądali owe fizyczne nośniki, zastanawiali się, jakby tu tego wszystkiego jak najszybciej się pozbyć. Z pomocą przyszła młodzież, ach te młode pokolenia, marketing szeptany, kolejne entuzjastyczne recenzje nastolatków - przy okazji których powstał nowy podgatunek: "doomgaze" ("zagłada, śmierć, mrok, dron") - którzy polecali sobie debiutanckie dzieło na forach internetowych. Płyta "Deathconsciousness" (2008) szybko osiągnęła status kultowej, i, o dziwo, doczekała się już dwóch reedycji.

Od tamtej pory Dan Barrrett i Tim Macuga nieco podrośli, nieco dojrzali, założyli mniej lub bardziej  szczęśliwe rodziny. Ponoć nic tak nie leczy z depresji jak własne dzieci albo... cudze, dające o sobie znać w najmniej spodziewanych momentach. Potomstwo trzeba wykarmić, wychować, zatroszczyć się o nie, najlepiej przed tym, zanim uprzedzą nas w tych zmaganiach z wyjątkowo oporną materią inne niepowołane do tego osoby - a wszystko to zwykle sprawia, że nie ma już czasu na jałowe dysputy czy roztrząsanie egzystencjalnych wątpliwości. Stąd też na trzecim albumie - "Sea Of Worry", który ukazał się kilka dni temu, sympatyczny duet porusza nieco mniej ponure kwestie, w stosunku do tego, co panowie zaproponowali na dwóch poprzednich wydawnictwach. Przede wszystkim jednak Amerykanie udowadniają grupie sceptyków, których jak wiadomo nigdy nie brakuje, że co jak co, ale grać na gitarach to oni potrafią. W tym soczystym tu i ówdzie gitarowym wyziewie nawiązują do post-punka, cold wave'a, shoegaze'u, a w mocnym i treściwym "Dracula Bells" ślizgają się po obrzeżach rocka gotyckiego. Mam nieodparte wrażenie, że płyta skład się z dwóch części - pierwsza, zdecydowanie lepsza, obejmuje cztery początkowe utwory, zawiera mniej  lub bardziej klasyczne gitarowe granie (Diiv, Sunny Day Real Estate, Joy Division, Wild Nothing), okraszone emocjonalnymi wokalizami (w tym aspekcie, głosowym, fragmentami podobieństwo do bardzo udanego krążka "Balance of Decay" Javva). Drugą część rozpoczyna ambientowa kompozycja "Everything We Forget", obejmuje ona trzy utwory, a kończy się 13-minutowym "Destinos" ("piekło jest w nas..."). Te trzy ostatnie utwory brzmią jak doklejone, jakby zostały nagrane w zupełnie innym czasie, znacznie wcześniej lub o wiele później, pod wpływem zupełnie innych emocji.

(nota 7/10)
 









A na koniec kilka słów o jeszcze jednym wydawnictwie, które wpadło w moje spragnione nowości łapska w ostatnich dniach, a które, bagatela, zawiera dwa krążki Blu-ray, lub dwa krążki DVD, i aż cztery krążki CD. O czym mowa? Mam tu na myśli box - The Cure - "40Live (Curaetion 25 + Anniversary)". Jako dawny fan widziałem całkiem sporo materiałów audiowizualnych tego zespołu. Zdecydowanie bardziej cenię sobie te starsze wydawnictwa, niekoniecznie z perfekcyjnie zrealizowanym dźwiękiem (choć nie aż tak złym, jak wspominany powyżej debiut Have A Nice Life). Oczywiście czasem trudno porównywać ze sobą poszczególne koncerty, zwłaszcza kiedy nie było się pośród widzów, ale ten ostatni zestaw, z którym obcowałem przez kilka dni, dobrze pokazał, że brytyjska grupa jest w bardzo dobrej formie. Pierwszy materiał video zawiera: "Curaetion - 25 From There To Here/ From Here To There" - czyli zapis koncertu w Royal Festival Hall, z 24 czerwca 2018 roku, na zakończenie festiwalu Meltdawn, w reżyserii Nicka Wickhama. Drugi film - "Anniversary: 1978 - 2018 Live In Hyde Park London", to obraz w reżyserii Tima Pope'a, rejestracja koncertu z 7 czerwca 2018 roku. Na wydawnictwach znajdziemy również dwie nowe kompozycje, niejako ogrywane od pewnego czasu na koncertach - "Step Into The Light" oraz "It Can Never Be The Same". Szczególnie ten drugi utwór - "It Can Never Be The Same" - zrobił na mnie spore wrażenie, i wracam do niego regularnie od kilku dni. W moim odczuciu, to jedna z najlepszych kompozycji Roberta Smitha od kilkunastu lat. Jestem wstrząśnięty, zmieszany, oczarowany i... spragniony więcej. Kto by pomyślał, że po takim czasie jeszcze i ponownie dam się złapać na haczyk pana Roberta. Ponoć prace nad nowym materiałem wciąż trwają - docelowo mają to być aż trzy płyty - w Rockfield Studio w Walii. Jakby nie patrzeć najnowszy BOX THE CURE to pozycja obowiązkowa dla fanów grupy i ciekawa propozycja prezentu nie tylko pod choinkę. Jeśli ktoś ma wątpliwości... wystarczy posłuchać tej wspaniałej kompozycji...