Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Neil Halstead. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Neil Halstead. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 sierpnia 2025

EVERYTHING ELSE - "ANOTHER ONE MAKING CLOUDS" (Big Potatos Records) "Na ramionach wiatru"

 

  Od czasu do czasu warto sprawdzić, co robią artyści związani z naszymi ulubionymi zespołami. Po osiągnięciu dojrzałego wieku i ugruntowaniu swojej pozycji, często udzielają się tam i tu, uczestniczą w tak zwanych projektach pobocznych, nawiązują sympatyczne relacje z innymi twórcami lub próbują rozwijać ścieżkę solowej kariery. I tak Rachel Goswell z grupy Slowdive wraz z partnerem Stevem Clarkiem powołała do życia duet The Soft Cavlary. Wsparła także wokalnie i merytorycznie nową grupę z miasta Portland, która przyjęła nazwę Pete International Airport (bardzo udany singiel pojawi się w dalszej części dzisiejszej  odsłony). Perkusista zespołu Slowdive - Simon Scott, wydaje się być najbardziej zapracowany, z grona swoich szacownych kolegów. W ostatnich miesiącach rozwijał solowy projekt The Quarter Skies (gościł na łamach bloga). Pomaga również młodszym artystom, jak chociażby formacji Newmoon (był odpowiedzialny za mastering ich nagrań), czy znanych z wpisów na tym blogu grup - Deary, Whiteland lub Drab Majesty. Dlaczego wspominam dziś zespół Slowdive? Tak się złożyło, że jego wokalista i gitarzysta Neil Halstead zmiksował w ostatnim czasie singiel nowego duetu - EVERYTHING ELSE. Przed tygodniem ukazała się ich debiutancka płyta zatytułowana "Another One Making Clouds". I to właśnie nad nią dziś się pochylimy.





Duet EVERYTHING ELSE tworzą panowie z miasta Liverpool - Herbie Whitty i Charlie Holton. Młodzieńcy przyjaźnią się od szóstego roku życia, czyli od czasów przedszkolnych. Kto wie, może już wtedy, przed i po leżakowaniu ciągnęło ich drobne palce, żeby dotknąć strun gitary, czy musnąć białe lub czarne klawisze syntezatora. Ta słabość do instrumentów po latach przerodziła się w nieco poważniejsze granie. Wciąż dość proste, ale nie pozbawione uroku. Nie wiem, w jaki sposób Neil Halstead natknął się na ten duet. Całkiem możliwe, że  Herbie i Charlie przesłali na jego adres mailowy próbki demo. Te ostatnie musiały przypaść do gustu wokaliście grupy Slowdive, bowiem postanowił wesprzeć chłopaków stawiających pierwsze niepewne artystyczne kroki.

Jak podkreśla notka brytyjskiej oficyny Big Potatos Records, duetowi EVERYTHING ELSE zależało na tym, żeby materiał zabrzmiał dość surowo, pozbawiony niekiedy zbędnej ingerencji producenta. Trzeba przyznać, że tu i ówdzie udało się to zrobić. Choć, w moim odczuciu, tej surowości, wyrażanej przede wszystkim na poziomie specyficznego brzemienia, mogłoby być znacznie więcej. Całość materiału liczącego niespełna czterdzieści minut, brzmi specyficznie miękko. I nawet pojawiające się raz po raz nieco mocniejsze podmuchy gitar tego stanu rzeczy nie zmieniają. Miękka praca perkusji oraz basu, barwne refleksy syntezatorów, którym towarzyszy odrobinę wycofana i bardzo łagodna wokaliza, w manierze tej znanej z dokonań formacji Cigarette After Sex.




Młodzieńcy z duetu EVERYTHING ELSE całkiem zgrabnie, mniej lub bardziej świadomie, przywołują shoegazeowego ducha z początku lat dziewięćdziesiątych. Raczej dokładają swoją skromną cegiełkę do istniejącego już całkiem pokaźnego gmachu tej stylistyki, niż w pocie czoła wykuwają nowe komnaty. Całkiem możliwe, że na albumie "Another One Making Clouds" nie znajdziecie żadnego nowego dźwięku, którego nie słyszelibyście już wcześniej. Co nie oznacza, że jest to wada tej muzycznej publikacji. W tym gatunku zrobiono już naprawdę wiele, dlatego obytego z tą estetyką słuchacza trudno czymś oryginalnym zaskoczyć. 

Przede wszystkim, i nie tylko za sprawą znaczącej obecności Neila Halsteada, przy opisie tej propozycji muszą pojawić się skojarzenia z twórczością formacji Slowdive. Mam tu myśli głównie dwa szczególne okresy. Ten nieco bardziej ambientowy, podkreślony płytą "Pygmalion", oraz współczesny, wyrażony przez dwa ostatnie wydawnictwa.  Herbie Whitty i Charlie Holton (oraz jego brat pomagający w produkcji Nicholas), z krążka "Pygmalion" zaczerpnęli podobną melodykę. Choć warto wspomnieć, że ich pierwsze utwory zawierały znacznie mniej brzmienia gitar i o wiele bardziej wpisywały się w ambientowy kontekst. 

Na singla promującego debiutancką płytę duetu EVERYTHING ELSE wybrano piosenkę "Two Monkeys", którą współprodukował wspomniany wcześniej Neil Halstead. Gdyby to ode mnie zależało, zdecydowanie bardziej postawiłbym na mój ulubiony "Hollow Surrounds". W odsłonie "Every Word Said" duet zabrzmiał jak Slowdive z ostatniej płyty "Everything Is Alive". W kompozycjach "Uncertian" czy "Watch" przypomniał mi charakterystyczny nastrój niektórych nagrań grupy Zelienople.

Trzeba przyznać, że "Another One Making Clouds" to bardzo udany debiut dwójki przyjaciół, którzy fragmentami brzmią jak pełnowymiarowy skład. W moim odczuciu zabrakło nieco więcej drapieżności, brudu, szram i blizn, gustownych przesterów i drobnych garażowych potknięć - czyli zadeklarowanej przed opublikowaniem tego wydawnictwa surowości brzmienia. Kto wie, może następnym razem.

(nota 7.5/10)


 


Niedawno wspominałem grupę Blueshift Signal, powstali w 1993 roku, w mieście Providence. Wczoraj ukazała się ich płyta "Eventide", która zawiera osiem dawnych utworów. Również w dniu wczorajszym ukazał się koncertowy materiał innego zespołu z przeszłości. Mam tu na myśli grupę Galaxie 500. Rejestracji koncertu dokonano 13 grudnia 1988 roku, w nowojorskim klubie "CBGB". Nagrania zremasterował z analogowej taśmy nasz dobry znajomy producent KRAMER.




W dzisiejszym tekście wspominałem o wkładzie Rachel Goswell w rozwój nowej grupy z Portland, czyli formacji Pete International Airport. Dlatego czekając na ich płytę, pozwolę sobie zaprezentować ich ostatni jakże wyborny singiel.




Wcześniej wspomniałem także o brytyjskiej grupie DEARY, której pomaga Simon Scott. Niedawno ukazał się ich taki urokliwy cover znanego przeboju.




Pozostaniemy na Wyspach Brytyjskich, miasto Manchester, a w nim formacja Nightbus, która 10 października opublikuje album zatytułowany "Passanger".




Skoczymy za ocean, do miasta Los Angeles, żeby spotkać członków grupy Mirror Ball, którzy kilka dni temu podzielili się nową piosenką.




W tym samym mieście przy odrobinie szczęścia napotkamy znaną, także z wpisów na tym blogu, formację Automatic, którzy we wrześniu opublikują album zatytułowany "Stones Thrown".




Kolejna zapowiedź zabierze nas z powrotem na Wyspy Brytyjskie. 9 września ukaże się nowa płyta Joanne Robertson i Olivera Coatesa zatytułowana "BLURRR". Przyznam, że czekam na to wydawnictwo. I z radością odsłuchuję nowy singiel.





MISS TYGODNIA - nie mogło być inaczej, skoro grupa The Antlers to wciąż jeden z moich ulubionych zespołów (szczególnie ciepło wspominam znakomity album "Familiars", oraz jego koncertowe wydanie z Londynu). Dobre wieści są takie, że 10 października ukaże się nowa płyta "Blight". Póki co, można cieszyć się wybornym singlem, który zapowiada to wydawnictwo. 




KĄCIK IMPROWIZOWANY - przed wami sympatyczne trio - Oren Ambarchi, Johan Berthling i Andreas Werliin. Fragment z płyty "GHOSTED III", która ukaże się 29 sierpnia.




Dla tych, którzy podobnie do mnie ciepło wspominają płyty grupy The Blue Nile - szczególnie album "HIGH" - kwartet kierowany przez Colina Steele'a, przygotował miłą niespodziankę. Niedawno ukazała się płyta "The Blue Nile - Jazz Interpretations Of The Blue Nile Songbook".




sobota, 2 września 2023

SLOWDIVE - "EVERYTHING IS ALIVE" (Dead Ocean Records) "Na przekór entropii"

 

     "Ukryte albo nigdy niewyrażone urazy, istniejące w każdej rodzinie, nieporozumienia, słowa, których się nie mówi albo które się wypowiada w złym momencie, fałszywe wyobrażenie o tym, co dzieje się w duszy albo w głowie drugiej osoby, ta skomplikowana sieć przemilczeń..." - Juan Gabriel Vasquez - "A gdy obejrzysz się za siebie"

Jakakolwiek grupa wspólnie funkcjonujących osób, nie tylko zespół muzyczny, to skomplikowana i delikatna siatka wzajemnych zależności. W takim dynamicznym układzie, w grę wchodzi wiele zmiennych, przede wszystkim sfera uczuć, sympatie i animozje, pretensje i urazy, ambicje i pragnienia, itd. Całkiem nieźle ową wspomnianą przez mnie sieć zależności pokazuje film dokumentalny o zespole A-ha - "A-ha: the Movie", który kilka tygodniu temu obejrzałem. Panowie Morten Harket, Pal Waaktaar i Magne Furuholmen, jako pierwszy norweski zespół w historii osiągnęli ogromny międzynarodowy sukces. Przy okazji, z sympatycznej grupki przyjaciół niepostrzeżenie przeobrazili się w słabo tolerujących się zgorzkniałych i podstarzałych artystów. Nie tylko w ich mikroświecie, z upływem lat coraz bardziej do głosu dochodziła entropia - " z upływem czasu miara nieuporządkowania w zjawisku rośnie" - która dotyka także więzi międzyludzkie. Zespół A-ha po raz pierwszy rozpadł się w 1994 roku, żeby po czterech latach ogłosić nowe otwarcie i nowy początek. Ten ostatni przyniósł serię koncertów, uzupełnił topniejące niczym norweskie góry lodowe zasoby oszczędności na kontach muzyków, i w konsekwencji doprowadził do kolejnego zawieszenia działalności w 2010 roku. Formacja A-ha odradzała się niby feniks z popiołów, nie minęło długich pięć lat, kiedy panowie znów się spotkali i ruszyli w kolejną trasę koncertową. Najbardziej skonfliktowany w tym towarzystwie Magne Furuholmen oświadczył, że nie potrafi całkowicie zrezygnować z szyldu oraz marki, którą współtworzył.

W przypadku grupy Slowdive zjawisko entropii nie miało aż tak dużego znaczenia - członkowie brytyjskiego zespołu byli zbyt młodzi, żeby poważnie się pokłócić, żywić do siebie pretensje i urazy, czy cierpieć katusze z powodu niezaspokojonych ambicji. Do rozpadu grupy, w 1995 roku, przyczynił się niezbyt korzystny okres, do głosu dochodziły wtedy Brit-pop i grunge, oraz dziennikarze kilku opiniotwórczych magazynów. Dziś trudno w to uwierzyć, że recenzent Melody Maker czy NME mógł aż w tak dużym stopniu decydować o karierze jakiegoś artysty. To od jego pochlebnych słów, i jakże często kaprysów lub nastrojów chwili, zależały przyszłe losy wielu zespołów, szansa na podpisanie atrakcyjnego kontraktu i w pewnym stopniu odpowiednia frekwencja podczas koncertów.



"Kiedy byłem dzieciakiem - wspominał Neil Halstead, gitarzysta i wokalista Slowdive - kupowało się NME, Melody Maker i Sounds. Czytałeś recenzje, bo to było twoje główne źródło wiedzy. Nie sądzę, żeby obecnie ktokolwiek z nas tak naprawdę interesował się prasą głównego nurtu w taki sposób jak wtedy". "W tamtych czasach dziennikarze byli ważniejsi niż same zespoły, a przynajmniej za takich się uważali". Do złudzenia przypominało to sytuacje na Broadwayu, gdzie o powodzeniu sztuki decydował znany i powszechnie ceniony krytyk teatralny. Reżyser, autor tekstu i aktorzy, mogli odtrąbić sukces dopiero wtedy, gdy New York Times zamieścił pochlebną recenzję o spektaklu.

Oto, co popularny w latach 90-tych dziennikarz Dave Simpson napisał na łamach Melody Maker o kultowej dziś płycie "Souvlaki" grupy Slowdive. "Ta płyta jest bezduszną pustką, pozbawioną bólu, złości, uczuć i trosk (...) Wolałbym utonąć, dławiąc się w wannie pełnej owsianki, niż kiedykolwiek tego słuchać". Kilkanaście tygodni wcześniej ten sam poczytny wtedy Melody Maker każdą nową piosenkę Slowdive ogłaszał "singlem tygodnia". Pewnie nie tylko skromny, jak zwykle, autor tego wpisu nieraz odniósł wrażenie, że dla wielu dziennikarzy ważniejsza jest zgrabna metafora, chwytliwy slogan, piruet semantyczny, czy skrzydlate słowa, które poniosły gdzieś kolejny tekst, niż rzeczowa, może nawet bardzo subiektywna, ocena suchych faktów ("nie ma faktów, są tylko interpretacje").

Wokalistka Slowdive - Rachel Goswell - chętnie przypomina, jak kilku niegdyś opiniotwórczych dziennikarzy, tuż po udanym powrocie grupy w 2017 roku, przeprosiło ją w prywatnych rozmowach za dawne niezbyt pochlebne recenzje. Ten powrót brytyjskiej formacji znacznie różnił się od kolejnych prób powstania z popiołów grupy A-ha. Tej ostatniej przyświecał głównie aspekt komercyjny, kryło się za nim dojmujące pragnienie zachowania dotychczasowego komfortowego trybu życia. Kiedy członkowie Slowdive po wielu latach braku kontaktu (Rachel Goswell i Neil Halstead tworzyli wspólnie Mojave 3), znów pojawili się na scenie, nie mieli żadnego nowego utworu. Po prostu chcieli spróbować znów wspólnie zagrać i sprawdzić, co z tego wyniknie.





"Najpierw była Primavera (prestiżowy festiwal w Barcelonie), i wszystko potoczyło się w sposób, który bardzo nas zaskoczył (...). Dopóki nie weszliśmy na scenę, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak bardzo pokochaliśmy ten zespół". Po tak długiej przerwie od grania w szeregach Slowdive, wokalista Neil Halstead musiał skorzystać z dobrodziejstw strony internetowej Guitar- Geek, żeby przypomnieć sobie, jakich efektów gitarowych używał dwie dekady temu.

Slowdive rozpadli się w niesprzyjających okolicznościach - Neil Chaplin wstąpił w związek małżeński i założył rodzinę, gitarzysta Christian Savill nie był już zainteresowany nagrywaniem płyty "Pygmalion", powołał do życia zespół Monster Movie, perkusista Simon Scott stwierdził, że jego wkład w twórczość grupy jest zbędny, skoro w takim stopniu używają automatu perkusyjnego, jeden z ich menadżerów został posądzony o malwersacje przez innych artystów i ostatecznie trafił do więzienia, na domiar złego szef wytwórni Creation zerwał z nimi kontrakt, ponieważ chciał mieć w szeregach swojej oficyny przedstawicieli Brit-popu. "Byliśmy zbyt naiwni wierząc, że ludziom, którzy z nami pracowali, leży na sercu nasze dobro". "Pożarł nas grunge i pochłonął Britp-pop" - podsumował gorzko Neil Halstead. Dwadzieścia lat po rozpadzie grupy Slowdive i przy okazji ponownego spotkania żaden z jej współtwórców nie miał pojęcia, jak będzie wyglądała najbliższa przyszłość.

"Myślę, że jeśli poczujemy, że mamy pewne pomysły i uznamy, że warto podjąć twórcze przedsięwzięcie, ruszymy dalej i spróbujemy coś nagrać" - mówił tuż po reaktywacji zespołu Halstead. "To był powolny przemyślany proces. Tym razem nie było żadnej presji ze strony wytwórni" - dodała Rachel Goswell. I tak, w  2017 roku, poniekąd również jako podsumowanie nowego etapu w historii grupy, pojawił się album zatytułowany po prostu "Slowdive", przyjęty wyjątkowo zgodnie i ciepło przez krytyków oraz fanów.



Shoegaze jako gatunek miał swoje pięć minut w historii muzyki. Pojawił się w jej dziejach niczym jasno świecąca gwiazda, której rozbłyski podsycane były również przez wspomnianych już dzisiaj brytyjskich dziennikarzy. Niektórzy twierdzą, że ów dobry czas dla tego nurtu wciąż trwa, co bardziej życzliwi, i optymistycznie spoglądający w przyszłość, utrzymują, że ten nigdy się skończy. Nie ulega wątpliwości, że młode zespoły nadal chętnie nawiązują do tej estetyki. I dopóki to robią, dopóty sporo w tym nurcie będzie się działo. To redefinicja ram gatunkowych sprawia, że określone stylistyki odżywają.

Podobnie funkcjonują świadome zespoły, które poszukując nowych środków czy wyzwań, przekształcają swój styl, a tym samym się rozwijają. Myślę, że szufladka z napisem "shoegaze" od samego początku była dla grupy Slowdive zbyt ciasna. Debiutancki album "Just For A Day" stworzony został przez grupkę nastolatków - stąd jego naiwność, szlachetna prostota i dyskretny urok, często podważany przez recenzentów. Jak zwykle w przypadku twórczości Neila Halsteada, autora większości piosenek, twardym rdzeniem kompozycji była zgrabna melodia - "Zawsze staram się mieć gdzieś w tle dobry popowy utwór" - opakowana lepiej lub gorzej oraz na tyle, na ile pozwalały na to jego ówczesne możliwości. Rachel Goswell w niedawnym wywiadzie dla "The Quietus" wspominała, że za młodu chętnie sięgała po płyty zespołów gotyckich. Dlatego nie dziwi, że na liście jej ulubionych krążków znajdziemy album grupy The Mission.

Ten gotycki zimnofalowy powiew przewija się również przez nagrania ich debiutu. Gdyby członkowie Slowdive na początku lat 90-tych nie podpisali umowy z wytwórnią Creation Rec., z pewnością odnaleźliby się w estetyce oficyny 4AD. Zresztą taki był podstawowy zarzut kierowany pod adresem brzmienia płyty "Just For A Day" przez niektórych recenzentów, którzy wytykali, że Slowdive zbyt mocno naśladuje grupę Cocteau Twins. Kolejna płyta "Souvlaki" najbardziej zbliżyła Neila Halsteada i jego kompanów do nurtu shoegaze. Brzmienie tej płyty wzbogaciły mocne podmuchy gitar, odzywających się w kluczowych momentach, choć wciąż nie była to charakterystyczna ściana, jaka zdominowała wydawnictwa The Jesus And Mary Chain, czy My Bloody Valentine.

 


Najnowszy, wydany wczoraj album, zatytułowany "Everything Is Alive", stanowi bardzo udane podsumowanie twórczych poszukiwań, które miały miejsce w przeciągu ostatnich trzydziestu lat ( z drobną rekreacyjną prawie dwudziestoletnią przerwą). Autorem większości kompozycji jest Neil Halstead, który gdzieś pod koniec 2019 roku zaczął tworzyć dema na potrzeby solowej płyty. Z próbkami utworów pod pachą, w 2020 roku przekroczył próg ulubionego studia Courtyard Studio w Abingdon, gdzie przed laty nagrywał wspomniany krążek "Just For A Day" (1991), i gdzie wciąż stoi stara mocno już wysłużona kanapa z tamtego okresu.  Szkice czterdziestu utworów zamieniły się pod okiem inżyniera dźwięku Iana Davenporta w trzynaście kompozycji, nad którymi pracowano później w studiu Leicestershire. Tuż przed Bożym Narodzeniem 2022 roku Halstead wybrał się w podróż do Los Angeles, żeby zmiksować materiał, który wypracował z pozostałymi członkami Slowdive, korzystając z pomocy producenta Shawna Everetta (współpracował z Beckiem, War On Drugs).

Przyznam, że bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie otwarcie najnowszej płyty "Everything Is Alive", czyli kompozycja "Shanty". Moim zdaniem to najlepszy początek albumu w historii zespołu, a zarazem jeden z najwspanialszych utworów w całej niezbyt bogatej dyskografii. Wspomniany "Shanty" rozpoczyna się tonami syntezatora - Neil Halstead bawił się w ostatnim czasie syntezatorami modułowymi, dlatego postanowił wykorzystać je aż w tak dużym stopniu. Jego brzmienie mocno przypomina dawne płyty Tangerine Dream. Tyle, że w dalszej części kompozycji panowie Halstead i Savill odkręcają pokrętło efektów gitarowych, a przed słuchaczem otwiera się cudowna przestrzeń. Tej świetnie wykreowanej przestrzeni w poszczególnych odsłonach płyty jest całkiem sporo. Drugim wyróżniającym się przystankiem jest kompozycja "Chained To A Cloud", z ciekawą wokalizą Rachel Goswell, i nastrojem przywołującym skojarzenie z najlepszymi piosenkami Blonde Redhead. Wokalizy Goswell i Halsteada zostały celowo rozmyte na etapie produkcji. Wyjątkiem od tej reguły jest urokliwa pieśń "Andalusia Plays" - opowiadająca o szczególnym momencie w dawnym związku Neila Halsteada, gdzie głos wokalisty znalazł się bardzo blisko słuchacza.

 Swoistym mrugnięciem oka w stronę starych fanów, pamiętających dwa pierwsze albumy grupy, są końcówki niektórych utworów, celowo wyciszone przez realizatora dźwięku. Podobnie kończyły się piosenki na płycie "Souvlaki", jakby rozmazywały się gdzieś w przestrzeni, swobodnie i niespiesznie odpływały w nieznane. Nie jestem zwolennikiem takiego wyciszania dźwięku pod koniec utworów, ale cóż... W tym przypadku taka była konwencja i zamysł producenta, co dokumentuje przebojowy "Alfie", nawiązujący także melodyką do ciągle żywej klasyki gatunku z okresu "Souvlaki. Podobna młodzieńcza energia emanuje z "The Slab", świetnie wyprodukowanego fragmentu, z ciekawie zagęszczoną fakturą. Producent umieścił większość pasma w przyjemnej nieco zamglonej średnicy, stąd bardzo niewiele na tym czterdziestominutowym materiale szklistych wysokich rejestrów, jeszcze mniej niskich pomruków basu lub głębokich uderzeń perkusji.



Te najlepsze piosenki Slowdive, do których powraca się potem, jak do ukochanych miejsc, zabierają odbiorcę do onirycznych krain, i zawieszają jego umysł gdzieś na pograniczu tego, co realne oraz tego, co wymarzone lub wyobrażone. Najnowszy bardzo udany album "Everything Is Alive", zawiera mnóstwo takich fragmentów, stworzonych, co warto podkreślić, bardzo prostymi środkami. 

W cieniu rejestracji ostatniej propozycji wydawniczej Slowdive kryją się również smutne prywatne doświadczenia - odeszła matka Rachel Goswell, Simon Scott pożegnał ojca. Istniało więc ryzyko, że piosenki zebrane na tym albumie mogą przybrać elegijny charakter. Po długich rozmowach postanowiono utrzymać nostalgiczny marzycielski nastrój, tak typowy dla poczynań zespołu, a płytę zadedykować zmarłym rodzicom. Warto wspomnieć, że wiele z tych kompozycji na etapie produkcji nabrało tempa. Jak sam chętnie przyznaje, Neil Halstead uwielbia spokojne bardzo wolne snujące się pieśni. Tylko, że pozostali koledzy z grupy wolą, żeby utwory miały żywszy rytm i niosły wraz z sobą większe pokłady energii. Dlatego potrzebne są inteligentne kompromisy, które wypracowuje się w studiu nagraniowym. "Myślę, że wszyscy naprawdę lubimy swoje towarzystwo i dobrze się dogadujemy" - podsumowała Rachel Goswell, a znakomity album "Everything Is Alive" doskonale to potwierdza. W porównaniu z ostatnim wydawnictwem "Slowdive", którego premiera miała miejsce w 2017 roku, członkowie brytyjskiej grupy w dyskretny sposób zrobili krok naprzód, jednak przy tym ostrożnym ruchu nie zapomnieli, skąd się wywodzą.

"Idąc, wydeptujesz drogę, a gdy obejrzysz się za siebie, ujrzysz ścieżkę, która już nigdy donikąd cię nie powiedzie" - Juan Gabriel Vasquez - "A gdy obejrzysz się za siebie".

(nota 8.5/10)

 



sobota, 20 listopada 2021

HOO - "WE SHALL NEVER SPEAK (Big Potato Records) "Wdzięk oczu skromnie opuszczonych"

 

   W mijającym z wolna tygodniu, pośród strug deszczu i śmiejącego się nam w twarz wiatru, ukazało się całkiem sporo wydawnictw płytowych, które podpisane zostały przez uznane w branży nazwiska. Ich wnikliwą analizę znajdziecie na portalach czy blogach wszelkiej maści muzycznych wyjadaczy lub ekspertów. My tymczasem, z troską i uwagą, pochylimy się nad albumem, który pewnie przepadnie, przytłoczony stertą błota i  liści najnowszych propozycji. Zajrzymy bowiem do ciasnej szuflady, zrywając lepką pajęczynę, przeganiając śpiące nietoperze i zaskoczonego nasza obecnością pająka. Znajdziemy tam naszego dzisiejszego bohatera - Nicholasa Holtona, o którym, mogę się o to założyć, do tej pory nikt z Was, szanownych Czytelników, raczej nie słyszał. Ten brak wieści o jego dotychczasowych dokonaniach mógł być spowodowany faktem, że Nick Holton jakoś specjalnie nie pchał się na rozświetlony barwnymi neonami afisz. Nie pukał do redakcji poczytnych gazet (są jeszcze takie?) lub portali, niczym uparty dzięcioł ze "Stumilowego lasu". Nie zostawił bombonierki i koperty w gabinecie dyrektora popularnej rozgłośni, nucąc pod nosem: "Merci, że jesteś tu". Nie uczestniczył w rozbieranej sesji zdjęciowej, wcześniej wypychając sobie biust czym popadnie albo modelując pośladki ("Tylko teraz - wkładki silikonowe 650 ml w cenie 470 ml, plus najnowsza płyta ABBY gratis"). Po prostu, robił swoje, jak tylu innych skromnych artystów - tworzył (niezbyt wiele), funkcjonował jako muzyk sesyjny (sporadycznie), lub producent (bardzo rzadko). Kiedy zobaczymy listę zespołów, przez których skład przewinął się Holton, pokiwamy smętnie głowami i uznamy, że sam jest sobie winny. Mógł uczestniczyć w sesjach nagraniowych Adele (tylko dwie oktawy, ale za to 40 kilogramów mniej), a nie naciskać to białe, to czarne klawisze syntezatora, w Black Hearted Brother, Holton's Opulent Oog, Moon Attendant czy Coley Park. Przyznam, że zaintrygowany tymi nazwami odszukałem kilka nagrań wyżej wymienionych grup, korzystając z dobrodziejstw platformy YT. Jednak nie pokuszę się w tym miejscu o ich ocenę. Przy tej okazji naszła mnie osobliwa refleksja. Pomyślałem sobie: "Ciekawe, jak wygląda lista 20-stu lub 50-ciu najrzadziej odtwarzanych piosenek ostatniej dekady w serwisie YT". Przyznacie sami, że wyniki mogłyby być intrygujące, a z pewnością nieoczywiste.



Na opadającej fali popularności grupy Coley Park, Nick Holton w 2019 roku powołał do życia inną formację - HOO. Przy wsparciu dobrych znajomych zarejestrował sześć nagrań, które zawarł na debiutanckim krążku "Centipede Wisdom". Niepostrzeżenie minął jeden pandemiczny rok, i niemal cały drugi zdołał pokryć się kurzem zapomnienia, kiedy nasz dzisiejszy bohater postanowił przypomnieć o sobie kolejnym wydawnictwem: "We Shall Never Speak". Do tego albumu zwabiło mnie kilka dobrze znanych nazwisk, bo i zawsze bliski Neil Halstead (wokalista i gitarzysta Slowdive), i Farmer Dave Scher (opisywany niedawno na łamach tego bloga) oraz Ian McCutcheon (Mojave3 ), podpisali listę obecności w studio nagraniowym podczas prac nad tym krążkiem. Obecność większości muzyków nie jest przypadkowa. Holton przyjaźni się z Neilem Halsteadem od wielu lat (grał u jego boku i był współtwórcą kompozycji, kiedy ten ostatni funkcjonował pod szyldem Mojave 3).

W uproszczeniu można powiedzieć, że muzyka zawarta na albumie HOO - "We Shall Never Speak", wydanym wczoraj przez oficynę Big Potato Records, jest wypadkową dźwięków, które można znaleźć na albumach Slowdive czy Mojave 3. Dominują syntezatorowe lub gitarowe, oniryczne przestrzenie uzupełnione wokalizą Nicka Holtona albo, jak w kilku utworach, dodatkowym kobiecym głosem - Jackie Oates. Po elektronicznym otwarciu - "Ghost In You", odrobinę nawiązującym do kompozycji Slowdive z okresu płyty "Pygmalion", w dalszej części albumu nieco bardziej dają o sobie znać partie shogaze'owych gitar. "Cranium" ma we wstępie coś dyskretnie podniosłego, a zarazem mrocznego. W "The Mighty" usłyszymy gitarę wspomnianego wcześniej Neila Halsteada, a także Robina Bennetta grającego na flecie oraz głos Jackie Oates, która dodała dodatkowych barw tej urokliwej odsłonie, zakończonej przez drobne psychodeliczne akcenty. "No One Can Ever See This" - to kompletnie zmarnowany czas, twórcy, jak i słuchacza (1 minuta 36 sekund przepadły z kretesem). Tytułowy "We Shall Never Speak" rozwija się powoli, ale kiedy w końcu wpada na właściwe tory i nabiera odpowiedniego rytmu, słucha się tych pięciu minut z dużą przyjemnością. Szczególnie, że czuć, w tych połączonych ze sobą nutach, melodykę Neila Halsteada, będącego współtwórcą tej kompozycji. Prosty, ale zgrabny "Powder Man", znów zaśpiewany na dwa głosy, stanowi jakby wstęp do "You Chagned The Way You Smile", który rozwija motyw swojego poprzednika. Jak na ciasną, zapomnianą i zakurzoną szufladę, wyszło całkiem dobrze. O czym, mam nadzieję, przekonacie się sami. Kto wie, może to nawet najlepszy zbiór nagrań dzisiejszego bohatera w całym jego dotychczasowym dorobku.

(nota 7.5/10)

 


W dodatku do dania głównego, na dobry początek, wystąpi pani, o jakże dźwięcznym imieniu - Carla Dal Forno, australijska wokalistka, zamieszkująca obecnie w Londynie. Jej najnowsza, druga w dorobku, płyta ukazała się niedawno, i nosi tytuł  "Look Up Sharp".


Mess Esque - "Mess Esque", to bardzo udany album, nieco przegapiony przez recenzentów, z którego zaprezentowałem już jeden fragment. Dziś pora na kolejną kompozycję, "Wake Up To Yestarday" otwiera ten krążek.



Ożywczy powiew z Londynu, czyli kolektyw Ill Considered z niedawno wydanego albumu "Liminal Space".



Fellwalker - to duet Cynthia Hopkins i James Lovino, we fragmencie z płyty "Love Is The Means".



Formacja Electric Eye, z najnowszej wydanej kilkanaście dni temu, płyty "Horizons".



Na koniec zajrzymy na jeszcze ciepłą płytę perkusisty i producenta Makaya McCravena - "Deciphering The Message".




środa, 29 września 2021

FABELS - "MINDS" (QUSP Rec.) "Fajną płytę wczoraj słyszałem"

 

- Fajną płytę wczoraj słyszałem.

- Momenty były?

- Masz! Najbardziej przy pierwszym podejściu rzuca się w uszy gitara?

- Gitara?

- Dokładnie. Właściwie jej brzmienie, takie indie-rockowe, momentami post-rockowe. Chociaż były też fragmenty, gdzie nieco mocniej odkręcili pokrętło wzmacniacza i zrobiła się z tego przyjemna shoegazeowa ściana.

- Kto niby odkręcił to pokrętło?

- Pewnie ten, kto akurat stał przy wzmacniaczu. W tym przypadku Ben Aylward.

- Amerykanin?

- Gdzie tam. Australijczyk. W dodatku rodem z Sydney.

- Popatrz!

- Oprócz tego w zespole jest jeszcze basistka i wokalistka, Hiske Weijers.

- Holenderka?

- Być może. Prawdopodobnie w którymś pokoleniu. Śpiewa w kilku językach.

- To ci poliglotka.

- A żebyś wiedział! Raz śpiewa w angielskim, to znowu bawi się zbitkami słów, potem intonuje po francusku.

- Oui, Oui!

- To znów śpiewa po niemiecku, i właśnie w holenderskim.

- Od razu wyczułem w jej nazwisku zapach tulipanów.

- Ty to masz nos! Nawet miałem do ciebie zadzwonić. Sam wiesz, jak u mnie jest z niemieckim.

- Hande Hoch! Tiefe, Tiefe! Schnell... znasz na pamięć.

- Podstawy na randkę mam opanowane.

- Od czegoś trzeba zacząć.

- Tyle, że ta australijska wokalistka...

- Ta Holenderka?

- Tak. Ona tych moich ulubionych niemieckich zwrotów w ogóle nie używała.

- Co ty powiesz! Trudno się dziwić. W końcu to nie film.

- Ale od filmu do muzyki wiedzie niekiedy prosta droga. Wystarczy posłuchać utworu "Hinsaw".

- Co z nim?

- To najdłuższa kompozycja na płycie "Minds", trwa dziesięć minut.

- Ależ się rozpędzili.

- Dobrze się grało, to nie chcieli skończyć. Ten "Hinsaw" ma w sobie jakieś narastające napięcie. Ben Aylward i Hiske Weijers potrafią wyczarować taką sugestywną atmosferę.

- Jaką?

- Wiesz... Taki nastrój niepokoju, smutku. Czasem, jakby zbliżającego się zagrożenia.

- Jak w horrorach. A morderca i tak czai się z tytułu. I zaatakuje w najmniej spodziewanym momencie.

- Wiadomo! Takich momentów na płycie "Minds" masz sporo. Innym razem atmosfera mocno się zagęszcza. I robi się z tego całkiem niezła psychodelia. Szczególnie, że utwory trwają 7, 9 czy właśnie 10 minut.

- Czyli można się w tym zanurzyć.

- Po same uszy. Do tego automat perkusyjny, basik, elektroniczne dodatki, ale wykorzystane w umiejętny sposób, robią dobrą robotę. W niektórych nagraniach można wyczuć coś jakby obecność gotyckiego ducha.

- Zamki, lochy, strzygi i upiory?

- Może nie aż tak. I nie bezpośrednio. Jakby echa fascynacji takim graniem w stylu dawnego The Cure czy Bauhaus, przetworzone przez wrażliwość współczesnych artystów.

- The Cure nieźle grali.

- Pan Robert miał swoje pięć minut. Dam sobie rękę uciąć, że ten australijski gitarzysta, Ben Aylward, słuchał takich kapel za młodu.

- Rękę, powiadasz.

- Głowy dać nie mogę.

- Racja. Coś trzeba mieć na karku, oprócz żony i hipoteki. Gdzieś ostatnio czytałem...

- Czyli jednak czytasz.

- Zdarza mi się oko zatopić w lekturze... Gdzieś czytałem, że ponoć: "Obcinanie głowy nie pomaga w żadnej sprawie".

- Zgoda. Ale zawsze trzeba pamiętać o niszowych odbiorcach.

- A ci twoi Australijczycy pamiętali?

- Na to wygląda. W tytułowym "Minds" wokaliza Hiske Wejers...

- Tej Holenderki?

- Tak. Jej wokaliza przypomniała mi dokonania Kazu Makino z Blonde Redhead.

- No, popatrz. Najlepszy jest ten ich singiel z Davidem Sylvianem.

- Palce lizać. W innych miejscach ten duet australijski, czyli Fabels, zagrał tak, jak niegdyś brzdąkał Piano Magic. 

- Oj słuchało się Piano Magic. Mam jeszcze kilka ich płyt.

- Myślałem, że sprzedałeś.

- Nie pozbywam się tego, co dobre.

- Jest w tym pewna logika. Ale miejsca na półkach coraz mniej.

- Co zrobić.

- Słuchać warto.

- Ba! Trzeba!

(nota7.5/10)

 


W kąciku deserowym pozwolę sobie zamieścić drobny łańcuszek artystów. Wspomniany wyżej gitarzysta, Ben Aylward, jakiś czas temu grał także w grupie Swirl, oraz współpracował z Andym Jossi, który ukrywał się pod szyldem The Churchhill Garden. Fani zespołu The Cure powinni być mile zaskoczeni.



Oglądam ostatnio serial "Zasada przyjemności", i w jednym z odcinków bardzo dobrze zabrzmiał utwór "Upadamy tu", który nieźle powinien się wpisać w dzisiejszy temat.



Śliczna kompozycja zespołu Margot - "Watercolour" , pochodząca z płyty o tym samym tytule, towarzyszy mi od kilku dni. Album wydała zacna wytwórnia Full Time Hobby. Niby proste gitarowe granie, a jednak w utworze "Watercolour" udało się przemycić coś więcej.



Na koniec dzisiejszej odsłony, zdecydowanie najlepszy utwór ostatnich dni. Grupa Hoo to połączone siły mojego wciąż ulubionego Neila Halsteada (gitarzysta i wokalista SLOWDIVE), Lee Levendera, Jackie Oates'a oraz prezentowanego całkiem niedawno na łamach tego bloga Farmer Dave Schera. Debiutancka płyta zatytułowana "We Shall Never Speak" ukaże się 19 listopada nakładem oficyny Big Potato Records.



W kąciku improwizowanym zajrzymy na płytę "Being Waves" londyńskiej grupy Kinkajous, która ukazała się 17 września. Bardzo udane połączenie elektroniki i jazzu. Jakiś czas temu omawiałem ich poprzedni album "Hidden Lines".