Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Can. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Can. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 czerwca 2021

EXEK - "GOOD THING THEY RIPPED UP THE CARPET" (Lulus Sonic Disc Club) "Z ziemi wolskiej..."

 

   Dokonania głównych bohaterów dzisiejszej odsłony "Muzycznego świata"  można połączyć, w prostej lub też odrobinę meandrującej linii, z twórczością grupy The Fall. Ten post-punkowy zespół powstał w Manchesterze w 1976 roku, jak wieść gminna niesie, tuż po tym, kiedy jego lider - Mark E. Smith - wrócił był z koncertu Sex Pistols. Były takie koncerty... Przez skład tej formacji przewinęło się kilkadziesiąt osób. Mark E. Smith był charyzmatycznym, ale też bardzo kapryśnym i kontrowersyjnym artystą, więc rotacja w szeregach dowodzonej przez niego załogi była bardzo duża. Stąd też nikt, począwszy od gitarzysty, a na klawiszowcu skończywszy, nie mógł być do końca pewny, czy wciąż jest członkiem tego zespołu. Skład australijskiej grupy Exek jest stały, choć przy okazji najnowszego wydawnictwa - "Good Thing They Ripped Up The Carpet" - można odnotować zmianę za zestawem perkusyjnym, bowiem Sama Dixona zastąpił Chris Stephenson. Przyznam szczerze, że kiedy obejrzałem teledysk Exek do utworu "Several Souvenirs", który promuje ostatni album, z otchłani pamięci powróciły do mnie obrazy pochodzące z video do kompozycji "Big New Prinz" - The Fall. Podobna melodyka i estetyka, w przypadku grupy Exek przetworzona przez współczesne możliwości techniczne oraz wrażliwość i indywidualną recepcję. I tam, w "Big New Prinz", tańczono, używając do tego nie tylko nóg, ale chociażby kul ortopedycznych, i tutaj, w "Several Souvenirs", tańczy Carol, specjalnie zaproszona przy tej okazji balerina. Za kamerą stanęła żona lidera grupy Exek - Alberta Wolskiego, Robyn, wraz z przyjaciółką, sam zaś teledysk nakręcono w pubie Stringrays Upstairs Bodridggy Brewery.



Zgodnie z tym, co sugeruje nazwisko, Albert Wolski posiada polskie korzenie, ponoć jego rodzice mieszkali kiedyś w Warszawie. Podczas trasy koncertowej dwa lata temu muzycy z Exek odwiedzili nasz kraj, dając pokaz swoich możliwości w klubie "Pogłos". Co do tej ostatniej nazwy, to Australijczyk w swoich kompozycjach lubi używać efektów pogłosowych, czy to na poziomie wokalizy, czy perkusji, co jest poniekąd jego znakiem rozpoznawczym. Pomysł  na założenie zespołu wpadł mu do głowy mniej więcej dekadę temu, kiedy jeszcze mieszkał w Sydney. Warto dodać, że Wolski pochodzi z muzycznej rodziny, jego ojciec grał na altówce w Sydney Symphony Orchestra. W 2014 roku nasz rodak opublikował własnym sumptem debiutancki singiel "Glitch", a dwa lata później, już w pełnym składzie i pod nazwą Exek wydał pierwszy pełnowymiarowy materiał "Biosed Advice". W zamierzeniach chciał stworzyć zespół rockowy, który brzmiałby nieco inaczej niż pozostałe - gdzie typowe ślady dźwiękowe zostałby odwrócone, i dajmy na to, bębny miałaby więcej efektów niż gitary, a syntezator funkcjonowałby jak bas itp.

Albert Wolski nie lubi ciasnych dziennikarskich szufladek. Nie chciałby, żeby dokonania jego zespołu kojarzono z etykietą "alternatywa" czy "indie". "Zwykle wychodzimy od post-punka" - oświadczył w wywiadzie. Inspiracji szuka w brzemieniu grup, których okres świetności przypadł na przełomie lat 70/80 -tych. Stąd powinny w tym miejscu pojawić się takie nazwy jak: The Fall, PIL, ale też Bauhaus czy Can. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że muzyka Exek bazuje na krautrockowej motoryce, obudowanej w surową post-punkową konstrukcję, którą dodatkowo zabarwiają transowe lub psychodeliczne tony gitar oraz pozostałych instrumentów. Uważny słuchacz z pewnością odnotuje, że w piosenkach formacji Exek jest podobny brud czy pęknięcie, które przewijało się przez najlepsze nagrania The Fall. Choć w moim odczuciu, Australijczycy są nieco bardziej wytrawni, jakby szlachetniejsi, w ich kompozycjach znajdziemy znacznie więcej intelektualnego wyrafinowania. Albert Wolski podczas studiów na uniwersytecie pracę dyplomową napisał na temat muzyki filmowej. Na warsztat wrzucił takie obrazy jak: "Under The Skin" - Mica Levi, czy "Videodrome" - Howarda Shore'a. Zwrócił uwagę, że w przypadku obydwu tych  filmów momentami trudno odróżnić, jaka jest podstawowa partytura, a które dźwięki są częścią filmu (planu filmowego). "Uwielbiałem tę dwuznaczność przekraczania granicy tego, co zwykle definiuje się jako "muzyka". Podobną koncepcję stara się stosować w kompozycjach zespołu Exek, używając od czasu do czasu nagrań terenowych albo różnych nie zawsze oczywistych instrumentów. Przestrzeń wielu utworów jest więc starannie zagospodarowana. Wolski skupia się na tym, co jest dominujące na pierwszym planie oraz na tym, co konstytuuje tak zwane "tło". Dla autora tych  pieśni ważna jest także interakcja pomiędzy tym dwoma wspomnianymi przez mnie wcześniej poziomami. "Lubię tworzyć małe wszechświaty". W tym kontekście warto przywołać takie określenia jak: kontrapunkt, dysonans, arytmia. Inspiracji do warstwy lirycznej szuka w najnowszych wiadomościach oraz w publikacjach naukowych, chociażby tych zamieszczonych w kolejnych numerach "New Scientist". "Teksty są dla mnie sposobem na wyrażanie moich skarg. Wciąż jestem w wieku, kiedy mogę zadzwonić do audycji prowadzonej w radio lub zamieścić recenzję na forum internetowym. Jak w niemal każdej komedii narzekam na coś, ale staram się okrasić to specyficznym poczuciem humoru".

Jego głos, jako wokalisty, często usytuowany jest na pograniczu śpiewu i melorecytacji. Zdaje się być pozbawiony emocjonalnej głębi. Zwykle to surowy, zdystansowany, spokojny i bierny narrator przebiegu zdarzeń. Możemy go usłyszeć w niedbałej intonacji na samym wstępie otwierającego najnowsze wydawnictwo - "Palazzo di Propaganda Fide". Tytuł utworu odnosi się do budynku, w którym mieści się "Kongregacja Ewangelizacji Narodów i Krzewienia Wiary". Zabrzmiało złowrogo, prawda? To budowla zaprojektowana przez Lorenzo Berminiego, znajdująca się na południowym krańcu rzymskiego Piazza di Spagna. Tuż po nim Australijczycy serwują nam dwa "przeboje" tego zestawu nagrań, czyli singlowy "Several Souvenirs", i ozdobiony brzmieniem soczystych gitar "The Plot", w którym usłyszymy również echa fascynacji dokonaniami zespołu Can. "Brittle Relatives" oraz "Orthodox", to dwa instrumentalne przerywniki; szkoda tylko, że ten drugi jest taki krótki. Warto byłoby rozbudować tę kompozycję i rozwinąć na przestrzeni siedmiu czy dziewięciu minut. Cały album "Good Thing They Ripped Up The Carpet" został pomyślany jako zlepek nowych ("strona A" wydania winylowego), i starych utworów. Te dawne piosenki wcześniej ukazały się na trudno dostępnych kompilacjach lub singlach. W utworze "Too Steep A Hill To Climb" Albert wolski zmienił całą linię wokalną. Z kolei "The Theme From Judge Judy" pochodzi z singla "Spray Paint" (2015). "Lottery Of Inheritance" znajdziemy na wydawnictwie "Novel". Zacząłem ten wpis krótkim wspomnieniem dotyczącym grupy The Fall, i tak również pozwolę sobie zakończyć. "Za każdym razem są inni, za każdym razem są tacy sami" - miał o nich powiedzieć legendarny John Peel. Zdanie to również bez przeszkód można odnieść do twórczości zespołu Exek.

(nota 7.5/10) 

 


W kąciku deserowym coś dla fanów audycji Tomasza Beksińskiego albo tropicieli alternatywnych dźwięków, którzy podczas swoich poszukiwań zetknęli się z twórczością grupy The Danse Society. Zespół bywa zazwyczaj kojarzony z przestrzenią rocka gotyckiego, choć trzeba przyznać, że w ich brzmieniu można odnaleźć też inne estetyki. Powstali w Bransley w 1980 roku, po kilku latach zawiesili działalność, żeby powrócić w 2011 roku. Początek lat osiemdziesiątych przyniósł album "Seduction", a  grudzień 1983 roku przełomowy krążek "Heaven Is Waiting", który w naszym kraju promował niegdyś Tomek Beksiński. Najnowszy zestaw nagrań "40 Years Of Danse Extende" zawiera 27 odsłon, mixy, remiksy, specjalne single, które powinny zadowolić fanów grupy. Jednak w tym bogatym zestawie zabrakło mojego ulubionego utworu "Where Are You Now".




Pozostaniemy w tym zimnofalowym nastroju. Moje oczy w minionych, jak i najbliższych dniach, z wiadomych względów będą zwrócone na Paryż. Z Francji, a dokładniej mówiąc z miejscowości Lievin pochodzi grupa Factice Factory, która w połowie maja opublikowała album "Figments". W utworze "Dye Fading" odnalazłem nawiązania do twórczości The Cure, ba, mam wrażenie, że partia gitary mocno czerpie z głównego motywu "Just Like Heaven", z repertuaru formacji dowodzonej przez Roberta Smitha. 




Pozostały dwa tygodnie do premiery najnowszej i długo oczekiwanej płyty Kings Of Convenience. Ten wydłużający się niemiłosiernie czas można umilić sobie słuchając kolejnej propozycji z tego wydawnictwa. Ujawniono również okładkę tego krążka, na której to panowie znów grają w szachy, podobnie jak to miało miejsce na płycie "Riot On An Empty Street".



W kąciku improwizowanym pozostaniemy w 1980 roku, i zajrzymy na niedawno opublikowaną reedycję płyty "Esperanto" - grupy Esperanto. 






 

wtorek, 10 marca 2020

SPHAER'OS "POSSESSION" (Pan European Recording) "Psychodeliczne delirium"

   "O ile kokainę i alkohol zaliczyć można do jadów realistycznych - potęgują świat nie dając nastroju niesamowitości - o tyle peyotl nazwałbym narkotykiem metafizycznym, dającym poczucie dziwności istnienia, którego w stanie normalnym doznajemy niezmiernie rzadko" - Stanisław Ignacy Witkiewicz - "Nikotyna Alkohol Kokaina Peyotl Morfina Eter + Appendix".

Żeby spróbować peyotlu, wybrał się w daleką podróż przez ocean, aż do odległego Meksyku. Z kolei wyprawa do Indii otworzyła naszego dzisiejszego bohatera na świat nowych wrażeń, wartości, innej kultury, religii itd. Jednak w ostatnich latach fizyczne wojaże straciły dla niego walor atrakcyjności, gdyż, pewnie nie tylko jego zdaniem, te prawdziwe i być może najcenniejsze podróże to takie, które odbywamy nie ruszając się z miejsca. W artystyczne dokonania i poczynania Davida Sphaerosa, bo to o nim mowa, wpisuje się zasada transgresji. Sukcesywne przekraczanie własnych ograniczeń, pokonywanie barier, samopoznanie, zderzenie się z indywidualnymi, ale też ze społecznymi uprzedzeniami, stereotypami, rutynowym myśleniem. "Istnieję w stopniu, w jakim ciągle się przekraczam" - pod tymi słowami francuski multiinstrumentalista nie tylko podpisałby się obiema rękami, więcej, rozciągnąłby ową sentencję także na twórcze dokonania, bowiem psychodelia w jego ujęciu to nic innego jak: "ciągłe przekraczanie siebie (...), to otwarty umysł bez uprzedzeń i barier".

Francuski artysta jak ognia unika sztucznych podziałów, gotowych ciasnych szufladek, systematycznych  koncepcji, w jego sposobie postrzegania rzeczywistości (zdecydowanie bardziej mamy tu do czynienia ze "świato-wglądem", niż "świato-poglądem", rozumianym jako gotowy zestaw pytań i odpowiedzi) znajdziemy echa "elan vital" Bergsona,  swoistą pochwałę nietzscheańskiego kultu jednostki oraz elementy kantyzmu. "Cały wszechświat jest w nas" - powiedział w jednym z nielicznych wywiadów, żeby za moment dodać: "szukajmy w sobie". Jeśli więc podróż, to tylko ta w głąb siebie, otwieranie drzwi do kolejnych poziomów percepcji, chociażby w przytulnym wnętrzu XV-sto wiecznej paryskiej piwnicy, gdzie od lat mieszka, i gdzie mieści się jego pracownia - "Sphaerus Art Cave". To właśnie tutaj powstają jego kompozycje, video-obrazy, teledyski, instalacje itp. Pośród artystycznych inspiracji jednym tchem wymienia nazwiska takich  twórców jak: Dali, Bosch, Anger, Baudelaire.
Z kolei w twórczości Davida Sphaerosa psychodelia miesza się z mistycyzmem, mroki gotyckiego grania przenikają osobliwe nuty transowo-ludycznych rytuałów. Sphaer'os wierzy w istnienie światów równoległych, wędrówkę dusz, przenikanie się kosmosów - tak oto prezentują się podstawowe elementy jego prywatnej religii. W tej skupionej wokół różnych  kościołów widzi przede wszystkim obrazy obłudy i zakłamania, głęboko skrywanych pragnień i wynikających z nich frustracji.

David Sphaeros wcześniej współtworzył formację Aqua Nebula Oscillator, która funkcjnowała w psychodeliczno-rockowej niszy, i z którą to opublikował cztery albumy. Debiutowali w 2008 roku, na drugiej płycie "Under The Moon...", w partiach wokalnych  pojawił się głos jego żony - Shazzuli, z którą rozstał się jakiś czas temu. W tym roku francuski artysta obchodzić będzie 50-tą rocznicę urodzin i pewnie również przy tej okazji sprawił sobie miły podarunek, w postaci solowego fonograficznego debiutu. "Possession" ukazał się 6 marca nakładem oficyny Pan European Recording i zawiera siedem kompozycji. Cyfra siedem dla paryskiego mistyka ma szczególne znaczenie - siedem czakr, siedem cudów świata, siedem dni tygodnia itd.

"Possession" to wciągająca od pierwszych taktów "Lucifero" psychodeliczna podróż, w trakcie trwania której nasz duchowy przewodnik wykorzystuje elementy różnych gatunków i stylów, mieszając je ze sobą w przepastnym kotle własnej wyobraźni. Poznając kolejne odsłony tego albumu, trudno oprzeć się wrażeniu, że oto  zupełnie niespostrzeżenie zostaliśmy świadkami jakiegoś dawno zapomnianego obrzędu, pogańskiej mszy, plemiennego rytuału, którego koniec zwieńczą spazmatyczne krzyki oraz krople krwi ofiary złożonej na stosie ("wierzę w chaos, ogień i nieskończoność"). W poszczególnych nagraniach słychać więc motorykę Can, transowe loty-odloty spod nieco zakurzonego szyldu Gong, ale też gotyckie zimno i mroczne otchłanie przywołujące skojarzenia z  Bauhaus (polski trop to wczesne dokonania Beltaine) - co nie może dziwić, skoro ich autor to zagorzały fan wszelkiej maści horrorów. W ścieżki dźwiękowe w intrygujący sposób wpleciono szumy, skrawki rozmów, odgłosy zwierząt i... kobiecej ekstazy. Dla Davida Sphaerosa niemal wszystko może stanowić źródło inspiracji. Skrzypienie drzwi, odgłos kroków czy galopujących koni albo płacz dziecka, które... wypadło z wózka. Syntezatory, organy, gitara (wyposażona w dziesięć efektów), sitar i ciekawe perkusjonalia obsługiwane przez starego znajomego z formacji Aqua Nebula Oscillator - Adriana Banga. Lenny Kray odpowiadał za miksy, a Sylvia Kochinski i Stephanie Swan Quills udzieliły się wokalnie, recytując fragmenty mrocznej mistycznej poezji Sphaerosa i Aleistera Crowleya. W najlepszych kompozycjach - "Possession", "Vibration", "Oeil" - czuć i dobry smak, swobodę tworzenia, i charakterystyczną dla twórcy radosną bezpretensjonalność, tak daleką od sztucznych producenckich zabiegów, funkcjonujących w oparciu o gotowe i wielokrotnie sprawdzone schematy. Dawno nie obcowałem z tak ciekawie podanym psychodelicznym daniem. Gorąco polecam.

(nota 8/10)














sobota, 24 sierpnia 2019

MODERN NATURE - "HOW TO LIVE" (Bella Union) "Jak grać, panie premierze..."

      Po udanej epce, która niepostrzeżenie wyłoniła się z oparów płytowej mgły i po intrygującym singlu promującym drugie pełniejsze i debiutanckie wydawnictwo, miałem przeczucie (owszem, czasem miewam), że może to być dobry materiał. Od życzeniowego myślenia do jego urzeczywistnienia czy spełnienia wiedzie niekiedy wyboista i długa droga. Jednak muzycy skupieni wokół formacji Modern Nature tym razem stanęli na wysokości zadania, wypełniając album "How To Live" dziesięcioma równymi kompozycjami.

Pomysł na zespół i jego brzmienie początkowo zrodził się w głowie dwóch artystów: Jacka Coopera oraz Willa Younga. W zamierzeniach panowie chcieli znaleźć połączenie brzemienia, z jednej strony nawiązującego do twórczości Briana Eno z okresu współpracy z Harmonia 76, zaś z drugiej do Fairport Convention. Co z tych  planów wynikło, posłuchacie i ocenicie sami.
   Nazwę Modren Nature zaczerpnęli z dziennika, czy pamiętnika ogrodowego Dereka Jarmana. Ten znany reżyser ("Caravaggio", "Wittgenstien", czy twórca teledysków, chociażby "It's a Sin" - Pet Shop Boys) pod koniec życia zamieszkał w nadmorskiej miejscowości Dungeness (Kent). Jego dom i ogród ,"Prospect Cottage", usytuowany został pomiędzy morzem... a... elektrownią atomową. I to osobliwe pogranicze natury (łąka, ogród, pola) oraz kultury (cywilizacja, także z jej industrialnymi akcentami), zainspirowało Jacka Coopera.
Angielski muzyk wcześniej dokładał sił i starań, żeby utrzymać przy życiu grupę Mazes (założona w 2009 w Manchesterze, grali indie-rocka, porównywani byli do Pavement czy Sebodah, czyli zacnie) oraz formację Ultimate Painting (powstali w 2014 roku i nagrali trzy albumy). Jego wyżej wspomniany kolega - Will Young - wchodził w skład zespołu Beak (u boku Billy Fulllera i Geoffa Barrowa z  Portishead), a pod pseudonimem Moon Gangs w roku ubiegłym wydał płytę "Earth Loop", eksplorując ambientowe terytorium. Do składu Modern Nature szybko dołączyli: Rupert Gillett (wiolonczela), Aaron Neveu (perkusja) oraz Jeff Tobias (saksofon, udzielający się również w jazzowym składzie Sunwatchers).

Na debiutanckim krążku "How To Live", który ukazał się wczoraj, indie-folkowa melodyka miesza się z krautrockową czy transową rytmiką. Przy tej okazji w prasie branżowej pojawiło się określenie - "Krautfolk". Już sam początek - czyli dwie pierwsze kompozycje - zwiastują, a także dobrze oddają charakter całego wydawnictwa. Rzewne i spokojne tony wiolonczeli - "Bloom" - przechodzą łagodnie w transowy "Footsteps" (odrobinę w stylu Can, podobnie jak utwór "Nature"), który w finale dopełniają swobodne podmuchy saksofonu. Znając wcześniejsze dokonania obydwu panów, można w dużym uproszczeniu powiedzieć, że melodyka pochodzi od Jacka Coopera, a motoryka, transowy wymiar kompozycji, to sprawka Willa Younga.
"Większość sekwencji akordów powtarza się w tych utworach(...). Zacząłem myśleć o graniu lub układaniu akordów, tak jak McCoy Tyner robi to na fortepianie" - powiedział w jednym z wywiadów Jack Cooper. W tej perspektywie po raz kolejny pojawia się trop filmowy, gdyż jak przyznają sami artyści, na początkowym etapie podeszli do komponowania całości albumu, jak do tworzenia filmu lub spektaklu. Stąd między innymi owe powtarzanie pewnych motywów, dźwięków, sekwencji akordów oraz wrażenie prostoty, oszczędności czy wyrafinowanego minimalizmu. Większość nagrań została zarejestrowana na żywo, na taśmie, w gościnnym wnętrzu Gizzard Studios. Założył je Ed Deegan w 2002 roku, skupiając myślenie wokół analogowych technik rejestracji. Sprzęt, którym dysponuje pochodzi z końcówki lat 50-tych i początku 70-tych. Stół mikserski to... Mikser Alice Stancoil z lat 70-tych. Można odwiedzić stronę studia i sprawdzić, co skrywa się za jego drzwiami, przy okazji słuchając krążka "How To Live".


(nota 7.5-8/10)







wtorek, 11 lipca 2017

THIS IS THE KIT - "MOONSHINE FREEZE" (Rough Trade Records) "Przełomowa płyta..."




   Tak to czasem bywa, że zespół, który od kilkunastu lat istnieje na scenie muzycznej, regularnie wydaje płyty, nagle nagrywa album, który znacząco różni się od pozostałych. Album, który można określić terminem "przełomowy". Oczywiście nie oznacza to, że następne dokonania grupy będą już tylko bardzo dobre lub wybitne. Historia muzyki zna zbyt wiele przypadków, kiedy zespół czy artysta po wydaniu wspaniałej płyty później już nie potrafił utrzymać podobnego poziomu. Przyszłość jest w tym punkcie nieubłagana i wyjątkowo konsekwentna, na szczęście wciąż pozostaje nieprzewidywalna.
Taki przełomowy w dorobku artysty album oznacza przede wszystkim, że zaszła zmiana w myśleniu o dźwięku. Przy okazji takiego wydawnictwa możemy snuć przypuszczenia, że twórcy dojrzeli lub zmienili swoje podejście. Nierzadko ważnej w dyskografii płycie towarzyszy zmiana wytwórni - tak, jak to było w przypadku THIS IS THE KIT - oraz pojawianie się nowego producenta, który potrafi coś podpowiedzieć, zasugerować, wskazać lub odkryć całkiem inne brzmienie zespołu. Owo, tak często podkreślane na łamach tego bloga, charakterystyczne brzmienie, to coś, do czego niekiedy dochodzi się z upływem lat, w trakcie rozwoju artystycznego. Niektórzy godni zapamiętania twórcy otrzymują ten szczególny dar od matki natury lub w spadku po niemniej utalentowanych przodkach, i od pierwszych utworów przykuwają uwagę czymś wyjątkowym. Przystawiają do swoich dzieł własny stempel jakości.

Nie wiem, czy formacja THIS IS THE KIT nagrała album przełomowy, to będziemy mogli ocenić dopiero z perspektywy czasu. Wiem za to, że "MOONSHINE FREEZE" jest bardzo dobrą płytą, w mojej ocenie dużo lepszą niż pozostałe. Z przyjemnością wysłuchałem najnowszych nagrań wokalistki Kate Stables oraz jej załogi. Do wydania tego krążka zespół w moim odczuciu nie wyróżniał się niczym szczególnym, spośród wielu grup, radzących sobie lepiej lub gorzej na scenie indie-folk. Dobry smak - to kolejne określenie, który pojawiło się przy okazji obcowania z tym albumem. Poszczególne kompozycje są zaiste smaczne lub smakowite, a dania, które serwuje w kolejnych odsłonach ostatniego krążka angielski zespół, mniej lub bardziej wykwintne. Nie trzeba być wielkim znawcą tego gatunku, żeby docenić starania i wkład pracy, którą włożono w stworzenie charakterystycznej aury. A wszystko po to, żeby zaintrygować słuchacza i przyciągnąć jego uwagę na dłużej, niż tradycyjne w wielu przypadkach pięć, dziesięć, czy piętnaście minut.
W poszczególnych kompozycjach na drugim czy na trzecim planie dzieje się coś, co zdecydowanie je ubogaca. W odpowiednich chwilach rozbrzmiewają, dodając tym samym kolejnych barw, skrzypce, altówka, flet, saksofon, trąbka oraz banjo. Jednak nie ma na płycie "MOONSHINE FREEZE" przerostu formy nad treścią, czy tak często spotykanego "przeprodukowania". Wszelkie środki stylistyczne zostały użyte z rozmysłem i w odpowiednim proporcjach. Zdaje się, że wyjątkowo dobry duch czuwał nad muzykami w trakcie sesji w studio nagraniowym. (Może to obecność Johna Parisha albo Aarona Dessnera z The National, który uczestniczył w pracach nad sześcioma z jedenastu  utworów).
Krążek otwiera kompozycja "Bullet Proof", która urzeka śliczną linią melodyczną, aranżacją oraz wykonaniem. To właśnie do takich piosenek potem wraca się i wraca. To właśnie takie pełne magicznego uroku melodie potrafią chodzić za nami dzień po dniu. Gitara i solo saksofon, echa dokonań Vashti Bunyan i Howarda Gelba - oto skojarzenia z utworem "Hotter Colder". Moja ulubiona piosenka ukrywa się pod indeksem 3. To tytułowy "Moonshine Freeze" - sugestywne połączenie melodyki spod znaku Stereolab, z rytmiką, którą można odnaleźć na płytach Sama Prekopa lub Can. Kate Stables śpiewa prosto, nie stosuje ozdobników, a w tej piosence, w wersji płytowej jej głos jest bardzo blisko słuchacza, jakby znacznie bliżej mikrofonu, niż na teledysku. W "Solid Grease" pianista pod koniec pozwolił sobie na swobodną improwizację. I myślę sobie, że jest to bardzo dobry kierunek dla dalszego rozwoju tej sympatycznej grupy.
(nota 7-8/10)


Poniżej zamieszczam mój ulubiony i tytułowy utwór z płyty "MOONSHINE FREEZE" oraz udany cover piosenki Francoise and the Atlas Mountains - "Les Plus Beaux" - który znalazł się na epce "Rusty and Got Dusty" wydanej w ubiegłym roku.