Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hoo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hoo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 listopada 2024

THE CURE - "SONGS OF A LOST WORLD" (Fiction /Polydor) "Przyjaciel z przeszłości"

 

     Jak słusznie zauważył Jan Sowa w swojej sztandarowej pracy "Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą", "nostalgia" to zgrabne połączenie dwóch greckich słów, nostos - powrót do domu i "algia" (ból), tęsknota, na przykład za krajem ojczystym, za czymś, co minęło, za konkretnym miejscem lub momentem w historii albo za osobą. "W nostalgii dochodzi do szczególnego rodzaju synestezji: czas przejmuje właściwości przestrzeni i tęskniący podmiot uzyskuje zdolność poruszania się w nim w dowolnym kierunku, podobną do możliwości swobodnego przemieszczenia się w trzech wymiarach przestrzeni". 

To zjawisko całkiem nieźle tłumaczy fakt popularności wielu grup muzycznych, które na scenie funkcjonują z powodzeniem od wielu dekad, mając za sobą szacunek i oddanie rzeszy wiernych fanów. Podobnie jest z grupą The Cure, czego wymownym potwierdzeniem niech będą mniej lub bardziej emocjonalne wpisy zamieszczone w popularnym serwisie muzycznym, jako komentarze pod ich najnowszymi piosenkami. Wpisy, dodajmy na marginesie, pochodzące niemal z każdego zakątka ziemskiego globu.



"Mam 56 lat i płakałam jak dziecko. Czuje się, jakbym wracała DO DOMU"... "Mam 51 lat, czekałem na ten dzień szesnaście lat. Teraz czuję, jakbym znów miał szesnaście lat"... "Siedzę tutaj w wieku 53 lat. Płaczę, jak wspaniale brzmi Robert Smith i jego zespół. Zastanawiam się, gdzie uciekł mi ten czas"... "Mam 46 lat. To nagranie przeniosło mnie z powrotem do tych dni pełnych nadziei, kiedy miałem osiemnaście, dziewiętnaście lat. Mój kraj był wtedy piękniejszy. Nasze życie było lepsze. Teraz jestem w miejscu, gdzie moje marzenia nie są już tak prawdziwe. Ta piosenka jest jak PRZYJACIEL Z PRZESZŁOŚCI"... "Siedzę przed domem w samochodzie i słucham tej piosenki nocą. To absurdalne, jak wiele w tym tekście jest o mnie. Moja żona zostawiła mnie dwa miesiące temu i nie mogłem nic na to poradzić. Ta piosenka pojawiła się w sama porę."... "To niesamowite. To tak, jakby zespół nigdy nie zrobił sobie przerwy. Tak wiele innych grup, które wciąż istnieją, zmieniło się na przestrzeni lat, a tutaj wciąż mam ten sam klasyczny dźwięk The Cure z naszej młodości"... "Kurczę, nawet nie wiem co powiedzieć... The Cure wyciągnęło mnie z kilku głębokich depresyjnych momentów w moim życiu. Właśnie wtedy, gdy myślałem, że nie mogę dalej... The Cure staje się moim "cure". Modlę się o ich kolejną wizytę w Perth"...



Te szczere i pełne emocji wpisy wiele tłumaczą, prawda? W piosenkach zespołu The Cure również znajdziemy mnóstwo emocji, wyrażanych lepiej lub nieco gorzej przez jego lidera. Kiedy słyszymy, że ich autor tęskni, czuje się samotny lub porzucony, przeżywa gorsze dni, znalazł się na kolejnym życiowym zakręcie - możemy odnieść wrażenie, że jest człowiekiem z krwi i kości, że poniekąd jest jednym z nas. Tym samym, że ma na tyle determinacji, talentu oraz odwagi, żeby wyrazić także nasze lęki, obawy, przemyślenia, odczucia, stany emocjonalne itd. 

Kiedy ponad czterdzieści lat temu, w jednym z pamiętnych wersów, Robert Smith wspominał: "To bez znaczenia, skoro i tak wszyscy umrzemy", chyba nie przypuszczał, że nadchodzące lata tak boleśnie go doświadczą. Wszystkie te zwiewne metafory, zgrabne frazy, pochodzące z okresu dwóch znakomitych albumów "Faith" (1981) oraz "Pornography" (1982), intonowane później przez fanów lub wykrzykiwane w zbiorowej ekstazie podczas koncertów, były w tamtym okresie dla brytyjskiego wokalisty czymś na kształt mglistych przypuszczeń lub niejasnych wyobrażeń. "Wcześniej pisałem o rzeczach, które sądziłem, że rozumiem. Teraz wiem, że je rozumiem" - oświadczył niedawno w jednym z wywiadów.

Tym razem za tekstami zamieszczonymi na opublikowanym wczoraj albumie "Songs Of A Lost World" stoją realne i osobiste, bolesne doświadczenia. W ostatnim czasie Robert Smith pożegnał ojca, matkę oraz brata. Wydaje się, że egzystencjalne lęki młodego człowieka wyrażane czterdzieści lat temu znalazły przykre urzeczywistnienie lub potwierdzenie. W tym kontekście nie mogą specjalnie dziwić takie oto wersy zamieszczone w piosence "End Song" - "Wszystko odeszło. Nie pozostało nic z tego, co kochałem".



Najnowsza propozycja grupy The Cure - "Songs Of A Lost World" początkowo miała liczyć trzynaście kompozycji. Jednak zamiast dwupłytowego wydawnictwa dostajemy krążek zawierający osiem utworów. I to bez mojego ulubionego, jednego z najlepszych w ciągu ostatnich kilku dekad  - "It Can Never Be The Same". Jak to możliwe? Przecież ta piosenka tak wspaniale wpisałaby się w dość ponury nastrój najnowszej propozycji brytyjskiej formacji. Jeden z dziennikarzy zaciekawiony tym faktem, zapytał wprost Robert Smitha, o powód takiego stanu rzeczy. Ten ostatni odpowiedział w typowy dla siebie sposób. "Ach, no tak... Graliśmy ten numer od dłuższego czasu. Wydawał się być już znany i stary".

Tak czy inaczej, muzyka zawarta na albumie "Songs Of A Lost World", za którym stoi ponoć mnóstwo porzuconych sesji nagraniowych, wydaje się dość surowa, oszczędna, żeby nie powiedzieć ascetyczna, na podobieństwo brzmienia, które charakteryzowało dwie wspomniane już dziś płyty: "Faith" oraz "Pornography". Podstawowa różnica jest taka, że czterdzieści lat temu młody brytyjski muzyk poruszał się niepewnie po nieznanym terytorium, podczas gdy obecnie z premedytacją wykorzystuje stare sprawdzone chwyty, żeby uzyskać pożądany efekt. Nie powtórzyłbym za jednym z recenzentów, który stwierdził, że : "Gitary dzwonią jak w dniach chwały wytwórni 4AD". Te ostanie raczej odzywają się miarowo i bez niepotrzebnych w tym układzie fajerwerków, zaprzęgnięte do żmudnej pracy, w celu podtrzymania specyficznego nastroju. 

Nie mogło być inaczej, skoro warstwa tekstowa tym razem dotyczy straty, żalu, rozmaitych zakończeń. Raz po raz brzmienie odrobinę się zagęści, jak w "Drone:NoDrone" lub w znakomitym, moim cichym faworycie - "Warsong". Najważniejsza wiadomość jest taka, że tym razem brytyjskiej załodze udało się uniknąć poważnych  mielizn. Również głos Roberta Smitha, w najlepszych momentach, o dziwo, brzmi tak dobrze jak przed laty. Myślę, że nie ma większego sensu porównywanie wczoraj wydanej płyty do znakomitego, ikonicznego albumu "Disintegration" - to była inna epoka muzyczna, a różnice w podejściu do materii dźwiękowej widoczne są gołym okiem. Wydaje się, że najnowsze wydawnictwo formacji The Cure jest udaną propozycją na obecne czasy i na miarę aktualnych możliwości jednak mocno już wiekowej grupy. 

Na okładce płyty widnieje rzeźba autorstwa Janeza Pirnata, który zmarł był dokładnie w tym dniu, kiedy Robert Smith odnalazł do niego kontakt. Całość wyprodukował i zmiksował Paul Corkett, ten sam, który współpracował z grupą przy okazji wydawnictwa "Bloodflowers". 

Nie wiem, czy będę często wracał do tej płyty. Muzycznie chyba dziś jestem w zupełnie innym miejscu. Odbieram ostatni album The Cure, zgodnie z dzisiejszym wstępem, przede wszystkim przez filtr nostalgii. Raczej pozostawię rozmowę z przyjacielem z dawnych lat na specjalne okazje. Na koniec zdanie, które świetnie podsumuje wczoraj opublikowane wydawnictwo. Jego autorem jest dziennikarz "Rolling Stone", który trafnie napisał: "I tak oto wyimaginowany chłopiec stał się zmaltretowanym rzeczywistością mężczyzną".

(nota 7.5/10)

 


Na początek strefy "Dodatki..." coś w stylu dawnego The Cure, czyli grupa z Chicago - Humdrum i fragment z ich wydanej przed dwoma tygodniami płyty "Every Heaven".



Do brzmienia The Cure nawiązuje również artysta z Berlina - Curses, płyta zatytułowana "Another Heaven" ukazała się przed tygodniem.



Kolejna artystka reprezentuje Kanadę, miasto Toronto - Tess Parks. Również przed tygodniem ukazała się jej płyta zatytułowana "Pomegranate". Oto mój ulubiony fragment.



Przeniesiemy się do Francji, gdzie trójka przyjaciół tworzy grupę Sinaive. W ubiegłym tygodniu opublikowali album "Pop Moderne". Ps. Martin Heidegger byłyby dumny, widząc taki tytuł piosenki "Dasein...".




HOO, czyli grupa złożona z byłych muzyków takich grup jak: Chapterhouse, Mojave 3 i Slowdive, przed tygodniem wydała nowy album zatytułowany po prostu "III". Wybrałem taką oto piosenkę.



Z Vermont pochodzi artysta Lutalo Jones, który pod koniec września opublikował wydawnictwo zatytułowane "The Academy". Tak wspaniale się rozpoczyna!!



Przed Wami szybka podróż do kluczowego stanu w najbliższych wyborach, czyli do Pensylwanii, miasto Pittsburgh reprezentuje grupa Colatura. Oto "Piosenka Tygodnia".


Klawiszowiec i kompozytor Surya Botofasina reprezentuje miasto Nowy York, wraz z kolegami i koleżanką przed dwoma tygodniami opublikował album zatytułowany "Ashram Sun".



"Kompozycja Tygodnia" w krainie muzyki improwizowanej należy do brytyjskiej grupy Work Money Death. 22 listopada opublikują nowy album zatytułowany "People Of The Fast Flowing River". Przyznam, że niecierpliwie czekam na to wydawnictwo.




sobota, 20 listopada 2021

HOO - "WE SHALL NEVER SPEAK (Big Potato Records) "Wdzięk oczu skromnie opuszczonych"

 

   W mijającym z wolna tygodniu, pośród strug deszczu i śmiejącego się nam w twarz wiatru, ukazało się całkiem sporo wydawnictw płytowych, które podpisane zostały przez uznane w branży nazwiska. Ich wnikliwą analizę znajdziecie na portalach czy blogach wszelkiej maści muzycznych wyjadaczy lub ekspertów. My tymczasem, z troską i uwagą, pochylimy się nad albumem, który pewnie przepadnie, przytłoczony stertą błota i  liści najnowszych propozycji. Zajrzymy bowiem do ciasnej szuflady, zrywając lepką pajęczynę, przeganiając śpiące nietoperze i zaskoczonego nasza obecnością pająka. Znajdziemy tam naszego dzisiejszego bohatera - Nicholasa Holtona, o którym, mogę się o to założyć, do tej pory nikt z Was, szanownych Czytelników, raczej nie słyszał. Ten brak wieści o jego dotychczasowych dokonaniach mógł być spowodowany faktem, że Nick Holton jakoś specjalnie nie pchał się na rozświetlony barwnymi neonami afisz. Nie pukał do redakcji poczytnych gazet (są jeszcze takie?) lub portali, niczym uparty dzięcioł ze "Stumilowego lasu". Nie zostawił bombonierki i koperty w gabinecie dyrektora popularnej rozgłośni, nucąc pod nosem: "Merci, że jesteś tu". Nie uczestniczył w rozbieranej sesji zdjęciowej, wcześniej wypychając sobie biust czym popadnie albo modelując pośladki ("Tylko teraz - wkładki silikonowe 650 ml w cenie 470 ml, plus najnowsza płyta ABBY gratis"). Po prostu, robił swoje, jak tylu innych skromnych artystów - tworzył (niezbyt wiele), funkcjonował jako muzyk sesyjny (sporadycznie), lub producent (bardzo rzadko). Kiedy zobaczymy listę zespołów, przez których skład przewinął się Holton, pokiwamy smętnie głowami i uznamy, że sam jest sobie winny. Mógł uczestniczyć w sesjach nagraniowych Adele (tylko dwie oktawy, ale za to 40 kilogramów mniej), a nie naciskać to białe, to czarne klawisze syntezatora, w Black Hearted Brother, Holton's Opulent Oog, Moon Attendant czy Coley Park. Przyznam, że zaintrygowany tymi nazwami odszukałem kilka nagrań wyżej wymienionych grup, korzystając z dobrodziejstw platformy YT. Jednak nie pokuszę się w tym miejscu o ich ocenę. Przy tej okazji naszła mnie osobliwa refleksja. Pomyślałem sobie: "Ciekawe, jak wygląda lista 20-stu lub 50-ciu najrzadziej odtwarzanych piosenek ostatniej dekady w serwisie YT". Przyznacie sami, że wyniki mogłyby być intrygujące, a z pewnością nieoczywiste.



Na opadającej fali popularności grupy Coley Park, Nick Holton w 2019 roku powołał do życia inną formację - HOO. Przy wsparciu dobrych znajomych zarejestrował sześć nagrań, które zawarł na debiutanckim krążku "Centipede Wisdom". Niepostrzeżenie minął jeden pandemiczny rok, i niemal cały drugi zdołał pokryć się kurzem zapomnienia, kiedy nasz dzisiejszy bohater postanowił przypomnieć o sobie kolejnym wydawnictwem: "We Shall Never Speak". Do tego albumu zwabiło mnie kilka dobrze znanych nazwisk, bo i zawsze bliski Neil Halstead (wokalista i gitarzysta Slowdive), i Farmer Dave Scher (opisywany niedawno na łamach tego bloga) oraz Ian McCutcheon (Mojave3 ), podpisali listę obecności w studio nagraniowym podczas prac nad tym krążkiem. Obecność większości muzyków nie jest przypadkowa. Holton przyjaźni się z Neilem Halsteadem od wielu lat (grał u jego boku i był współtwórcą kompozycji, kiedy ten ostatni funkcjonował pod szyldem Mojave 3).

W uproszczeniu można powiedzieć, że muzyka zawarta na albumie HOO - "We Shall Never Speak", wydanym wczoraj przez oficynę Big Potato Records, jest wypadkową dźwięków, które można znaleźć na albumach Slowdive czy Mojave 3. Dominują syntezatorowe lub gitarowe, oniryczne przestrzenie uzupełnione wokalizą Nicka Holtona albo, jak w kilku utworach, dodatkowym kobiecym głosem - Jackie Oates. Po elektronicznym otwarciu - "Ghost In You", odrobinę nawiązującym do kompozycji Slowdive z okresu płyty "Pygmalion", w dalszej części albumu nieco bardziej dają o sobie znać partie shogaze'owych gitar. "Cranium" ma we wstępie coś dyskretnie podniosłego, a zarazem mrocznego. W "The Mighty" usłyszymy gitarę wspomnianego wcześniej Neila Halsteada, a także Robina Bennetta grającego na flecie oraz głos Jackie Oates, która dodała dodatkowych barw tej urokliwej odsłonie, zakończonej przez drobne psychodeliczne akcenty. "No One Can Ever See This" - to kompletnie zmarnowany czas, twórcy, jak i słuchacza (1 minuta 36 sekund przepadły z kretesem). Tytułowy "We Shall Never Speak" rozwija się powoli, ale kiedy w końcu wpada na właściwe tory i nabiera odpowiedniego rytmu, słucha się tych pięciu minut z dużą przyjemnością. Szczególnie, że czuć, w tych połączonych ze sobą nutach, melodykę Neila Halsteada, będącego współtwórcą tej kompozycji. Prosty, ale zgrabny "Powder Man", znów zaśpiewany na dwa głosy, stanowi jakby wstęp do "You Chagned The Way You Smile", który rozwija motyw swojego poprzednika. Jak na ciasną, zapomnianą i zakurzoną szufladę, wyszło całkiem dobrze. O czym, mam nadzieję, przekonacie się sami. Kto wie, może to nawet najlepszy zbiór nagrań dzisiejszego bohatera w całym jego dotychczasowym dorobku.

(nota 7.5/10)

 


W dodatku do dania głównego, na dobry początek, wystąpi pani, o jakże dźwięcznym imieniu - Carla Dal Forno, australijska wokalistka, zamieszkująca obecnie w Londynie. Jej najnowsza, druga w dorobku, płyta ukazała się niedawno, i nosi tytuł  "Look Up Sharp".


Mess Esque - "Mess Esque", to bardzo udany album, nieco przegapiony przez recenzentów, z którego zaprezentowałem już jeden fragment. Dziś pora na kolejną kompozycję, "Wake Up To Yestarday" otwiera ten krążek.



Ożywczy powiew z Londynu, czyli kolektyw Ill Considered z niedawno wydanego albumu "Liminal Space".



Fellwalker - to duet Cynthia Hopkins i James Lovino, we fragmencie z płyty "Love Is The Means".



Formacja Electric Eye, z najnowszej wydanej kilkanaście dni temu, płyty "Horizons".



Na koniec zajrzymy na jeszcze ciepłą płytę perkusisty i producenta Makaya McCravena - "Deciphering The Message".




środa, 29 września 2021

FABELS - "MINDS" (QUSP Rec.) "Fajną płytę wczoraj słyszałem"

 

- Fajną płytę wczoraj słyszałem.

- Momenty były?

- Masz! Najbardziej przy pierwszym podejściu rzuca się w uszy gitara?

- Gitara?

- Dokładnie. Właściwie jej brzmienie, takie indie-rockowe, momentami post-rockowe. Chociaż były też fragmenty, gdzie nieco mocniej odkręcili pokrętło wzmacniacza i zrobiła się z tego przyjemna shoegazeowa ściana.

- Kto niby odkręcił to pokrętło?

- Pewnie ten, kto akurat stał przy wzmacniaczu. W tym przypadku Ben Aylward.

- Amerykanin?

- Gdzie tam. Australijczyk. W dodatku rodem z Sydney.

- Popatrz!

- Oprócz tego w zespole jest jeszcze basistka i wokalistka, Hiske Weijers.

- Holenderka?

- Być może. Prawdopodobnie w którymś pokoleniu. Śpiewa w kilku językach.

- To ci poliglotka.

- A żebyś wiedział! Raz śpiewa w angielskim, to znowu bawi się zbitkami słów, potem intonuje po francusku.

- Oui, Oui!

- To znów śpiewa po niemiecku, i właśnie w holenderskim.

- Od razu wyczułem w jej nazwisku zapach tulipanów.

- Ty to masz nos! Nawet miałem do ciebie zadzwonić. Sam wiesz, jak u mnie jest z niemieckim.

- Hande Hoch! Tiefe, Tiefe! Schnell... znasz na pamięć.

- Podstawy na randkę mam opanowane.

- Od czegoś trzeba zacząć.

- Tyle, że ta australijska wokalistka...

- Ta Holenderka?

- Tak. Ona tych moich ulubionych niemieckich zwrotów w ogóle nie używała.

- Co ty powiesz! Trudno się dziwić. W końcu to nie film.

- Ale od filmu do muzyki wiedzie niekiedy prosta droga. Wystarczy posłuchać utworu "Hinsaw".

- Co z nim?

- To najdłuższa kompozycja na płycie "Minds", trwa dziesięć minut.

- Ależ się rozpędzili.

- Dobrze się grało, to nie chcieli skończyć. Ten "Hinsaw" ma w sobie jakieś narastające napięcie. Ben Aylward i Hiske Weijers potrafią wyczarować taką sugestywną atmosferę.

- Jaką?

- Wiesz... Taki nastrój niepokoju, smutku. Czasem, jakby zbliżającego się zagrożenia.

- Jak w horrorach. A morderca i tak czai się z tytułu. I zaatakuje w najmniej spodziewanym momencie.

- Wiadomo! Takich momentów na płycie "Minds" masz sporo. Innym razem atmosfera mocno się zagęszcza. I robi się z tego całkiem niezła psychodelia. Szczególnie, że utwory trwają 7, 9 czy właśnie 10 minut.

- Czyli można się w tym zanurzyć.

- Po same uszy. Do tego automat perkusyjny, basik, elektroniczne dodatki, ale wykorzystane w umiejętny sposób, robią dobrą robotę. W niektórych nagraniach można wyczuć coś jakby obecność gotyckiego ducha.

- Zamki, lochy, strzygi i upiory?

- Może nie aż tak. I nie bezpośrednio. Jakby echa fascynacji takim graniem w stylu dawnego The Cure czy Bauhaus, przetworzone przez wrażliwość współczesnych artystów.

- The Cure nieźle grali.

- Pan Robert miał swoje pięć minut. Dam sobie rękę uciąć, że ten australijski gitarzysta, Ben Aylward, słuchał takich kapel za młodu.

- Rękę, powiadasz.

- Głowy dać nie mogę.

- Racja. Coś trzeba mieć na karku, oprócz żony i hipoteki. Gdzieś ostatnio czytałem...

- Czyli jednak czytasz.

- Zdarza mi się oko zatopić w lekturze... Gdzieś czytałem, że ponoć: "Obcinanie głowy nie pomaga w żadnej sprawie".

- Zgoda. Ale zawsze trzeba pamiętać o niszowych odbiorcach.

- A ci twoi Australijczycy pamiętali?

- Na to wygląda. W tytułowym "Minds" wokaliza Hiske Wejers...

- Tej Holenderki?

- Tak. Jej wokaliza przypomniała mi dokonania Kazu Makino z Blonde Redhead.

- No, popatrz. Najlepszy jest ten ich singiel z Davidem Sylvianem.

- Palce lizać. W innych miejscach ten duet australijski, czyli Fabels, zagrał tak, jak niegdyś brzdąkał Piano Magic. 

- Oj słuchało się Piano Magic. Mam jeszcze kilka ich płyt.

- Myślałem, że sprzedałeś.

- Nie pozbywam się tego, co dobre.

- Jest w tym pewna logika. Ale miejsca na półkach coraz mniej.

- Co zrobić.

- Słuchać warto.

- Ba! Trzeba!

(nota7.5/10)

 


W kąciku deserowym pozwolę sobie zamieścić drobny łańcuszek artystów. Wspomniany wyżej gitarzysta, Ben Aylward, jakiś czas temu grał także w grupie Swirl, oraz współpracował z Andym Jossi, który ukrywał się pod szyldem The Churchhill Garden. Fani zespołu The Cure powinni być mile zaskoczeni.



Oglądam ostatnio serial "Zasada przyjemności", i w jednym z odcinków bardzo dobrze zabrzmiał utwór "Upadamy tu", który nieźle powinien się wpisać w dzisiejszy temat.



Śliczna kompozycja zespołu Margot - "Watercolour" , pochodząca z płyty o tym samym tytule, towarzyszy mi od kilku dni. Album wydała zacna wytwórnia Full Time Hobby. Niby proste gitarowe granie, a jednak w utworze "Watercolour" udało się przemycić coś więcej.



Na koniec dzisiejszej odsłony, zdecydowanie najlepszy utwór ostatnich dni. Grupa Hoo to połączone siły mojego wciąż ulubionego Neila Halsteada (gitarzysta i wokalista SLOWDIVE), Lee Levendera, Jackie Oates'a oraz prezentowanego całkiem niedawno na łamach tego bloga Farmer Dave Schera. Debiutancka płyta zatytułowana "We Shall Never Speak" ukaże się 19 listopada nakładem oficyny Big Potato Records.



W kąciku improwizowanym zajrzymy na płytę "Being Waves" londyńskiej grupy Kinkajous, która ukazała się 17 września. Bardzo udane połączenie elektroniki i jazzu. Jakiś czas temu omawiałem ich poprzedni album "Hidden Lines".