sobota, 25 października 2025
BRAINWASHER - "39 LIGHTYEARS FROM HEAVEN" (Mothland Rec.) "Mentalny reset"
sobota, 28 czerwca 2025
PFR RECORDS -"PARADIGMS II" (PFR Rec.) "Muzyczny narybek"
Niegdyś wydawnictwa prezentujące zestawienia nagrań mało znanych artystów były całkiem popularne, szczególnie kiedy obejmowały wykonawców, którzy mieli podpisany kontrakt z określoną wytwórnią. W ten sposób promował się słabo znany label, a przy okazji nieliczni fani muzyki alternatywnej mogli zabłysnąć w towarzystwie, gdyż dowiadywali się o istnieniu młodych kompletnie nieznanych zespół, które stawiały dopiero pierwsze kroki na scenie. Podobny szczytny cel przyświecał amerykańskiej wytwórni PFR Records (pełna nazwa to: "Postseason Franchise Records"), z siedzibą na Brooklynie. Oficynę założyli Ttilawoki (amerykański producent i fotograf) oraz The Space Wanderer (Eric Wirjanatr z Indonezji). Panowie zamierzali stworzyć platformę wydawniczą dla twórców eksperymentalnych, poruszających się w kręgu muzyki elektronicznej, techno, minimal house, psychodelicznej, shoegazeowej.
sobota, 28 maja 2022
JUST MUSTARD - "HEART UNDER" (Partisan Records) "Stopnie zanurzenia"
O ich udanym debiucie zatytułowanym "Wednesday" napisałem kilka słów dokładnie cztery lata temu - 7 maja 2018 roku. Wystawiłem tej płycie bardzo pochlebną notę (8), odnajdując w muzyce irlandzkiego kwintetu ślady stylu grania, który na początku lat 90-tych przeżywał swój dobry czas. Przy tej okazji przywołałem nazwy takich grup jak: Swallow, My Bloody Valentine i Cranes. Mówiąc krótko, chwaliłem. I dziś również zamierzam chwalić, gdyż jest za co. Przede wszystkim za konsekwencję i postawienie na rozwój, a nie tylko smętne odcinanie kuponów od udanej, choć wciąż skromnej, przeszłości. Także za umiejętne czerpanie z bogatej alt-rockowej tradycji oraz przetwarzanie jej dla własnych potrzeb. Za inteligencję muzyczną i wrażliwość, która wciąż jest kształtowana. To właśnie dzięki temu najnowsza propozycja "Heart Under" nie tylko utrzymuje poziom bardzo dobrego debiutu, ale jest również poważnym krokiem naprzód.
Debiutancki krążek "Wednesday" emanował brzmieniową surowością. Młodzi artyści podczas pierwszych prób raczej nie przykładają zbyt wielkiej wagi do technicznych szczegółów. Tym razem grupa spędziła znacznie więcej czasu w studiu Attica Studios w Donegal, a za produkcję odpowiedzialny był David Wrench, znany ze współpracy z Jamie XX, FKA TWIGS czy FRANK OCEAN, co zresztą słychać. W przypadku wielu zespołów proces komponowania zaczyna się od kilku połączonych ze sobą nut. Dla artystów skupionych pod szyldem Just Mustard, punktem wyjścia jest zwykle pojedynczy ton, barwa dźwięku i długość jego trwania, stąd ta deklarowana przy różnych okazjach chęć do eksperymentowania z różnymi efektami. A potem... Potem pojawia się Katie Ball (wokalistka) i prezentuje swoje teksty. W tej perspektywie proces tworzenia kolejnych ścieżek przypomina w dużej mierze to, jak zazwyczaj funkcjonują muzycy elektroniczni. Kiedy David Noonan (gitara) i Mete Kalyoncuoglu (gitara) mówią o tworzeniu piosenek, posługują się metaforą kolorów - "Duży, ciepły, fioletowy dźwięk". Ich metodologia działania opiera się o pętle, powtórzenia czy wykorzystanie prostych struktur. "To trochę jak zabawa samplami" - mówi David Noonan. Dlatego nie może zbytnio dziwić sposób, w jaki przy okazji najnowszego wydawnictwa zostały użyte partie gitar. Te ostatnie na płycie "Heart Under" odzywają się tylko w określonych momentach, i w charakterystycznej manierze, uzupełniając elektroniczne tło. Raz jest to pocieranie smyczkiem o struny, jak w bardzo udanym otwarciu "23", w innym fragmencie mamy do czynienia ze ścianą przesterowanych akordów, przywołujących skojarzenia z gatunkiem shoegaze, w kolejnych miejscach pojawia się upiorne wycie, drapieżne jazgoty czy psychodeliczna zawiesina. Warto w tym miejscu dodać, że to właśnie te tak różne gitarowe akcenty, budujące nastrój, dozujące napięcie, zawiadujące tempem, zrobiły na krążku "Heart Under" mnóstwo dobrej roboty. Muzycy z miejscowości Dundalk hołdują zasadzie minimalizmu. Jednak, jak na dość oszczędne zmiany tonacji, sposoby wykorzystania poszczególnych instrumentów, całkiem sporo się dzieje. W przypadku irlandzkiego kwintetu kłania się także triphopowe myślenie o dźwięku, które, w tym wypadku, dość swobodnie czerpie z post-punka i shoegaze'u. Nadal, jak to było przy okazji udanego debiutu, styl śpiewania Katie Ball może kojarzyć się z tym, co przed laty robiła Alison Show, wokalistka Cranes. Echo melodyki tego ostatniego chyba najbardziej wyczuwalne jest w utworze "I Am You", który pełnił rolę singla promocyjnego. W "Seed" odnajdziemy drobne zmiany w podziale rytmicznym, napotkamy tam moment zatrzymania, który przeobraża się w krzyk gitar i ekspresję podwyższonej wokalizy. Dla odmiany "Blue Chalk" emanuje spokojem i głębią zanurzenia, pracująca w tle i odzywająca się sukcesywnie jakaś złowroga maszyneria, przewija się właściwie niemal przez wszystkie odsłony tej płyty. "Early" ma w sobie coś z dawnych, bardzo dawnych, nagrań The Cure, pewnie również za sprawą nieco wysuniętego do przodu basu pomyślałem o albumie "The Top", czy "The Head On The Door". Wspólny występ Just Mustard u boku The Cure w Dublinie (2019), oraz dużo ciepłych słów Roberta Smitha pod adresem Irlandczyków, do czegoś zobowiązują. Całość wieńczy łagodny i wyciszony "River", poprzetykany mrocznymi oddechami strun i mocno wycofaną partią wokalną. "Na albumie wciąż był smutek i smutek, czułam się, jakbym pływała pod wodą" - wspomniała Katie Ball. Warto zanurzyć się w tych dźwiękach, gdyż to jeden z najlepszych "gitarowych" albumów tego roku.
(nota 8/10)
Przed nami urokliwy singiel promujący płytę Haunted Summer - "Camera", która ukaże się 21 czerwca. Haunted Summer to duet, żony i męża, czyli Bridgette Moody i John Seasons.
Muzyk ze Szwecji ukrywający się pod nazwą Astrel K oraz fragment jego najnowszej płyty zatytułowanej "Flickering I".
15 lipca ukaże się płyta "Thyrsis Of Etna" australijskiego artysty ukrywającego się pod szyldem Miszczyk, to wydawnictwo zapowiada singiel, w którym gościnnie pojawiła się Laetitia Sadier.
Niegdyś recenzowana przeze mnie grupa BDRMM przypomina o sobie piosenką "Three".
Wspominałem niedawno, że wytwórnia Blue Note znów przeżywa dobry czas. Nie wiem dokładnie, czym to jest spowodowane. Może zmienił się dyrektor muzyczny albo zatrudniono kogoś, kto całkiem nieźle wyczuwa puls współczesnej muzyki improwizowanej. Najnowsza propozycja z tej oficyny, to płyta południowoafrykańskiego pianisty Nduduzo Makhathaniego zatytułowana "In The Spirit Of NTU".
W ostatnich dniach często wracałem do albumu Cecila McBee - "Music From The Source" (1979). Oprócz znakomitego basisty usłyszymy na nim Chico Freemana (saksofon), Denisa Moormana (fortepian), Joe Garchera (trąbka), Steve'a McCalla (perkusja).
sobota, 27 listopada 2021
DESERT LIMINAL - "GLASS FATE" (Whited Sepulchre Records) "Chicago osnute mgłą"
Pierwotnie płyta "Glass Fate" miała ukazać się latem tego roku, ale przesunięto datę premiery o kilka miesięcy. Ponury listopadowy czas może stanowić całkiem dobre odniesienie do jej zawartości. Nie chcę przez to powiedzieć, że dźwięki zestawione na tym albumie roztaczają wokół ponurą aurę. Raczej budzą skojarzenie z jesienną mgłą, która na moment rozrzedza się tylko po to, żeby za chwilę jeszcze bardziej zgęstnieć i pokryć wszystko lepką mleczną zawiesiną. Mglista wydaje się być również barwa głosu Sarah Jane Quillin - kompozytorki i autorki wszystkich tekstów. Artystka próbuje w nich rozliczyć się z wciąż bolesną przeszłością. Jednym z głównych tematów, który przewija się przez kilka utworów, jest strata. Liderka Desert Liminal doświadczyła ostatnio śmierci rodzica, końca związku, a także rozpadu jej drugiego zespołu Heavy Dreams. "Nie potrzebuję żadnego znaku na drodze, żeby powiedzieć, że piekło istnieje naprawdę" - śpiewa Sarah w chyba najbardziej cytowanym singlu. Desert Liminal powołała do życia kilka lat temu wraz z Robem Loganem grającym na perkusji. Początkowo funkcjonowali jako duet, a w 2018 wydali debiutancki krążek zatytułowany "Comb For Gold", który wypełniły indie-popowe, dream-popowe kompozycje. Dwanaście miesięcy później do składu dołączyła Mallory Linehan, grająca na skrzypcach, i współpracująca do tej pory z takimi grupami jak: Whitney czy Ohmm.
Wspólnym mianownikiem dziewięciu najnowszych piosenek, które znajdziemy na płycie "Glass Fate", jest ich oniryczna atmosfera. Poszczególne dźwięki sączą się leniwie wypełniając kolejne niespieszne takty. Ramy tych utworów są naszkicowane przez instrumenty klawiszowe, perkusję, wokalizę oraz rozmaite elektroniczne dodatki. Ich znakiem rozpoznawczym jest oszczędność, wyrażająca się nie tylko w liczbie wykorzystanych elementów, ale również w sposobie ich zastosowania. Innymi słowy, Sarah Jane Quillin buduje linię melodyczną opierając się na kilku zaledwie dźwiękach. Jeden z nich zwykle stanowi moment oparcia lub zwrotu, po którym kompozycja odbija na inne tory. Artystka celowo rozmywa klasyczny podział na "zwrotkę/refren". W przypadku utworów zebranych na albumie "Glass Fate" raczej można powiedzieć o wstępie oraz jego subtelnym rozwinięciu. Wspomniałem wcześniej o "mglistej" barwie głosu naszej dzisiejszej bohaterki, który porusza się w dość wąskim paśmie. Podobny charakter mają również kompozycje, pozbawione gwałtownych zwrotów akcji, melodramatycznych momentów czy "climaxów". W niektórych utworach można odnaleźć coś na kształt wspomnień czy, przetworzonego przez współczesną wrażliwość, echa lat 90-tych, i tonów, które właśnie wtedy dominowały w alternatywnym graniu. I tak, kompozycja "Heaven Bent", nieco przybrudzona, z pogłosem na linii wokalnej, przypomina dawne dokonania Lush. Z kolei melodyka oraz nałożenie się głosów w "Fire Escape", skojarzyło mi się z ostatnimi płytami Cocteau Twins. W "Poppy Seed" i "Rainbow Sherbet Sky" pojedyncze i zestawione obok siebie dźwięki instrumentów klawiszowych mogą przypominać nastrój nagrań duetu Beach House. Podstawowa różnica jest taka, że Victoria Legrand i Alex Scally lubią od czasu do czasu podnieść napięcie, zagęścić atmosferę, uderzyć w dramatyczne czy pompatyczne tony, których - rozkochana w "przytulnej średnicy" - Sarah Jane Quillin stara się unikać. "Disco Spring" pokazuje talent amerykańskiej artystki do tworzenia i zagospodarowania muzycznej przestrzeni.
Po wysłuchaniu płyty "Glass Fate" można dojść do wniosku, że trio z Chicago w żadnym jej momencie nie próbuje nas zachwycić. Przede wszystkim liczy się nasza uwaga i obecność, rodzaj muzycznej empatii, a więc współodczuwania.
(nota 7/10)
W kąciku deserowym Just Mustard koniecznie chce podzielić się z nami nowym singlem "I Am You".
Tak się złożyło, że wczoraj Jackson VanHorn opublikował najnowszą płytę "A Silent Understanding". Nagranie "Exile" najbardziej przykleiło się do moich uszu.
Kultowa niegdyś formacja Variete i skoczny singiel promujący ich najnowsze wydawnictwo "Dziki książę".
Kolejna jesienna premiera, Harrison Whitford, w piosence pochodzącej z albumu "Afraid Of Nothing".
Trees Speak i zaproszeni goście opublikowali niedawno album, o jakże wdzięcznym tytule: "Vertigo Flaws: Emancipation Of The Dissonance And Temperaments In Irrational Wareforms". Płyta ukazała się nakładem prestiżowej oficyny Soul Jazz Records.
Na koniec zerkniemy na francuską scenę jazzową. Francois Lana - fortepian, Marton Kiss - perkusja, Blaise Hommage - kontrabas, Zacharie Ksyk - trąbka oraz lider Louis Billette - saksofon. Louis Billette Quintet i kompozycja z niedawno opublikowanej płyty "Le Temps d'Une Vie".





