Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Just Mustard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Just Mustard. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 października 2025

BRAINWASHER - "39 LIGHTYEARS FROM HEAVEN" (Mothland Rec.) "Mentalny reset"

 

   Zwykle ciepło i z otwartymi ramionami witamy, nie tylko na tym blogu, debiutantów. Czasem warto z uwagą przyglądać się, jak artysta lub zespół stawia swoje pierwsze jeszcze niepewne kroki. Jak się waha i błądzi w gęstwinie możliwości, żeby w końcu odnaleźć - albo nie - wymarzoną dla siebie formę. Nie jest to proste zadanie. To prawda. Niekiedy z upływem lat i z przykrością odkrywamy, że poza udanym debiutem formacja czy twórca nie miał już niczego interesującego do zaproponowania na późniejszym etapie tak zwanej kariery, że jego czas minął szybciej, niż się tego spodziewaliśmy. Miejmy nadzieję, że nie będzie to przypadek amerykańskiego duetu z Oklahomy, który przyjął niezbyt fortunną, moim zdaniem, z pewnością mało oryginalną, nazwę - BRAINWASHER.





Skoro w składzie amerykańskiego duetu mamy znanego perkusistę - Mathhew Duckwortha Kirkseya (gra również w zespole The Flaming Lips), to można spodziewać się, że w ich kompozycjach napotkamy charakterystyczne podziały rytmiczne. BRAINWASHER nie szukają zaskakujących rytmów, ale lubią niektóre utwory oprzeć na tonach basu. Stąd też wyczuwalny tu i ówdzie dobry groove, który czasem stanowi siłę napędową ich kompozycji. Te nieraz posiadają drobne i rozpoznawalne MOTYWY. Jeśli taki uda się stworzyć i odpowiednio wyeksponować, kompozycja z pewnością się obroni, a nieraz nawet wyróżni na tle podobnych do siebie przebiegów. 

W notkach prasowych znajdziemy wzmiankę, że prace nad debiutanckim krążkiem trwały aż dziesięć lat. Całkiem sporo, szmat czasu. Kiedy to zleciało. Nie oznacza to jednak, że ktoś siedział niemal dekadę w studiu nagraniowym, żeby tydzień po tygodniu spróbować zlepić ze sobą różne dźwięki. I to tak, żeby te w finalnym efekcie dały jedną najlepiej spójną całość. Wiadomo, że taki ktoś musiał robić sobie przerwy. To oczywiste. Jeśli nie na czytanie dobrej książki, czy na smaczny posiłek, to chociaż na przesłuchanie nowych płyt, itd. Świat potrafi rozproszyć niejedną, nawet najbardziej skupioną uwagę -  szczególnie ten informacyjny bełkot, który atakuje nas każdego dnia.

Kiedy tak długo czekasz na opublikowanie materiału, istnieje ryzyko, że ten w ostatecznym rozrachunku przyjmie jakąś nazbyt fantazyjną patchworkową formę, i będzie kojarzyć się z pierwszą lepszą na siłę skleconą zbieraniną przypadkowych pomysłów. W wypadku albumu "39 Lightyears From Heaven" udało się uniknąć tej pułapki. Płyta brzmi intrygująco, co najważniejsze dość różnorodnie jak na przyjętą formułę.




To prawda, duet z Oklahomy przygotował przyjemny i całkiem pożywny muzyczny koktajl. Poszczególne odsłony są ciekawe, przyciągają uwagę wymownym nastrojem, raczej  mrocznym, zanurzonym w psychodelicznej mgle. Twórczość  BRAINWASHER nosi ślady różnych stylistyk, które czujne ucho od razu wyłapie. Trzeba przyznać, że w ostatnich latach przyzwyczaili nas do tego młodzi artyści, niekoniecznie wiekiem, również duchem. Przy wielu okazjach wspominałem, że dla nich jest to sytuacja oczywista, niejako zastana, a nie wynik przemyślanych koncepcji estetycznych. Innymi słowy, młodzi, czy też ci nieco tylko od nich starsi, muzycy tworzą tak, jak dziś zwykło się tworzyć. I również dlatego nikt specjalnie się nie zdziwi, że w twórczości amerykańskiego duetu słychać wątki zaczerpnięte z tylu różnych gatunków: new-wave, psychodelii, elementy trip-hopu i trochę eksperymentalnych elektronicznych tonów. 

Dość wyraźnie czuć, że twórcy z Oklahomy we wczesnej młodości nasłuchali się klasycznych dziś płyt czołowych przedstawicieli sceny bristolskiej. A teraz te młodzieńcze fascynacje i doświadczenia próbują przełożyć na własny język muzyczny. W kolejnych aranżacjach zwracają na siebie uwagę także różne, zwykle elektroniczne dodatki, brzmieniowe drobiazgi, które pokazują, w jaki sposób Matthew oraz Tommy myślą o dźwięku.

Jeśli chodzi o tę niezbyt szczęśliwą, przynajmniej dla przeglądarek, nazwę zespołu McKenzie tłumaczy ją w taki sposób: "Chodzi o wypłukiwanie z siebie szumu - z mediów, z cudzych opinii - i pozostawienie tylko tego, co prawdziwe(...). Wszyscy mamy głowy pełne śmieci - chcieliśmy znaleźć muzykę, która działa jak mentalny reset". "Dla mnie brzmienie BRAINWASHER to te szumy i pętle w tle, które tworzą fundament dla większości rzeczy.  A potem budujemy na tym wszystko, co nas pociąga".

(nota 7.5/10)

 
 



Nasi znajomi z Londynu, grupa BABEHEAVEN oraz fragment, który znalazłem na ich niedawno wydanej epce zatytułowanej "Slower Than Sound".





Bardzo ładnie brzmi nowy singiel artystki z Minneapolis, która przyjęła nazwę RUNO PLUM. Ta urocza piosenka zapowiada  album "Patching", premiera 14 listopada.




Przeniesiemy się do amerykańskiego miasteczka New Hope w stanie Pensylwania, żeby posłuchać fragmentu niedawno wydanej płyty - "Best Of" - lokalnego twórcy GENERIFUSA.




Psychodeliczne tony gitar odnajdziemy na ostatniej płycie - "X - AEON", mało znanej formacji z Mediolanu - GIOBIA.




Raz jeszcze Włochy, tym razem miasto Bolonia, a w nim zespół BEBALONCAR, który zapowiada publikację nowej płyty zatytułowanej "Love To Death".





Brzmienie gitar dominuje także na wydanej wczoraj płycie "We Were Just Here", naszych dobrych znajomych (recenzja ich poprzedniego albumu na blogu), z irlandzkiego miasta Dundalk, czyli formacji JUST MUSTARD.




Kolejny nasz dobry znajomy STEVE GUNN z Brooklynu 7 listopada opublikuje nowy album zatytułowany "Daylight, Daylight". Przyznam, że czekam na to wydawnictwo. Póki co można posłuchać takiego oto singla.




MISS TYGODNIA - w tym przypadku to również poważna zachęta, żeby zajrzeć do wydanej w połowie września całkiem udanej płyty - "THE WINDOW" (gdzie znalazłem ten wyborny singiel) - londyńskiego duetu PET DEATHS. A kiedy już zapoznacie się z tym materiałem, warto go zestawić z poprzednim wydawnictwem zespołu "Unhappy Ending" (2022). A potem możecie rozstrzygnąć, która z nich jest ciekawsza.




KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim garść egzotycznych dźwięków. Przy tego typu produkcjach, jak ta amerykańskiej formacji, naszych dobrych znajomych z Brooklynu - ANTIBALAS - wydanej wczoraj pod tytułem "Hourglass", aż chce się powiedzieć - "Kanał lewy... Kanał prawy...". W ten klasyczny sposób realizuje swoje propozycje oficyna Daptone Records.




KOMPOZYCJA TYGODNIA - należy do duetu Raed Yassin oraz Paed Conca, z Libanu, który gościł już niegdyś na łamach bloga - PRAED ORCHESTRA! - i fragment z wczoraj wydanej płyty "The Dictionary Of Lost Meanings".




sobota, 28 czerwca 2025

PFR RECORDS -"PARADIGMS II" (PFR Rec.) "Muzyczny narybek"

 

   Niegdyś wydawnictwa prezentujące zestawienia nagrań mało znanych artystów były całkiem popularne, szczególnie kiedy obejmowały wykonawców, którzy mieli podpisany kontrakt z określoną wytwórnią. W ten sposób promował się słabo znany label, a przy okazji nieliczni fani muzyki alternatywnej mogli zabłysnąć w towarzystwie, gdyż dowiadywali się o istnieniu młodych kompletnie nieznanych zespół, które stawiały dopiero pierwsze kroki na scenie. Podobny szczytny cel przyświecał amerykańskiej wytwórni PFR Records (pełna nazwa to: "Postseason Franchise Records"), z siedzibą na Brooklynie. Oficynę założyli Ttilawoki (amerykański producent i fotograf) oraz The Space Wanderer (Eric Wirjanatr z Indonezji). Panowie zamierzali stworzyć platformę wydawniczą dla twórców eksperymentalnych, poruszających się w kręgu muzyki elektronicznej, techno, minimal house, psychodelicznej, shoegazeowej.





Początkowo PFR był kolektywem muzycznym, zbierającym pod tym szyldem grupę przyjaciół. "Każda scena muzyczna zaczyna się od społeczności. Wiele z tych utworów nigdy nie ujrzałaby światła dziennego, gdybyśmy nie wspierali się wzajemnie i nie zachęcali do jej tworzenia oraz wydania. Po prostu nie było dla tej twórczości platformy, więc stworzyliśmy własną" - oznajmił współzałożyciel oficyny TJ Perrine.

Pierwsza kompilacja zatytułowana "Paradigms 1" została wydana w 2020 roku i przedstawiała mało znanych artystów reprezentujących scenę techno. Druga, czyli prezentowana w dzisiejszej odsłonie bloga - "PARADIGM II", ukazała się przed tygodniem. Swoją tematyką obejmuje szeroko pojęte pogranicze gitarowej sceny niezależnej. Poszczególne odsłony tego udanego, co warto podkreślić, zestawienia pokazują młode zespoły, które w swoim dorobku doczekały się wydania zaledwie singla lub epki. Całość zamyka najbardziej doświadczona w tym układzie szwedzka załoga KUNGENS MAN, mająca całkiem bogatą dyskografię (wytwórnia PFR ma również swoją filię w Sztokholmie, stąd ten wymowny skandynawski akcent).





Oprócz wspomnianego powyżej: "Cóż, że ze Szwecji", na płycie "Paradigms II" znajdziemy także reprezentantów Bostonu i Portland. Z dalekiej  Japonii pochodzi żeński zespół ReRun Lance (widoczny na zdjęciu powyżej), założony w 2019 roku w Tokio, z jedynym mini albumem zatytułowanym "Miss Her" na koncie. Shoegaze'owa formacja GC Candy powstała w malowniczych okolicznościach przyrody na Hawajach (Honolulu). Grupa Skye Matlock reprezentuje Nowy York i niedawno opublikowała album o tym tytule. Pośród pomruków mniej lub bardziej przesterowanych gitar trzeba wspomnieć o formacji Duel Ferms, w której ochoczo udziela się autor tej kompilacji.

Wydawnictwo PFR Records - "PARADIGMS II" to całkiem ciekawa inicjatywa. Przy okazji stanowi coś na kształt portfolio małej niezależnej oficyny. Poszczególne jego odsłony dobrze się uzupełniają i współgrają w trybie muzycznej korespondencji. Czas pokaże, który z tych mało znanych zespołów w niedalekiej przyszłości nieco bardziej rozwinie skrzydła. Ci z Was, którzy 12 lipca będą przebywali w okolicach Nowego Yorku, mogą wybrać się na specjalny koncert promujący to wydawnictwo.

(nota 7/10)

 



Strefę "Dodatki..." rozpoczniemy cudownym akcentem! Providence (Rhode Island) dało początek formacji BLUESHIFT SIGNAL - której skład zawiązał się w 1993 roku. Najnowsze wydawnictwo zbierające klasyczne nagrania tej chyba mało znanej grupy nosi tytuł "Eventide" i ukaże się 8 sierpnia.




Całkiem możliwe, że oglądamy zmierzch niegdyś świetnej formacji Blonde Redhead. Zwykle świadczą o tym wydawnictwa w stylu "The Best Of" lub symfoniczne wersje znanych przebojów. Amerykańskie trio postawiło na przygodę z chórem i wczoraj opublikowało album "The Shadow Of The Guest". Jak mawiał klasyk: "Nie będzie kabaretu, będzie chór!".




Na chór postawił również artysta z miasta Los Angeles - MOCKY. Wczoraj wydał całkiem udaną płytę zatytułowaną "Music Will Explain". Szkoda tylko, że tak wybornych pomysłów, jak w tym niezwykłym nagraniu, które zabrzmi poniżej, nie starczyło na całe to wydawnictwo. Jedna z moich ulubionych piosenek ostatnich dni (Vice Miss Tygodnia).

 


Pozostaniemy w mieście Los Angeles, skąd pochodzi żeńskie trio, które przyjęło nazwę Automatic, kilka dni temu ukazał się ich bardzo ożywczy i uzależniający singiel.




Bardzo urokliwe miasto Lozanna jest siedzibą formacji TORPEDO, która 4 lipca, a więc już w przyszłym tygodniu opublikuje najnowsze wydawnictwo zatytułowane "What The Fucked Do We All Do Now?".




Dundalk w Irlandii jest siedzibą dobrze nam znanej grupy, recenzowanej na łamach tego bloga - Just Mustard. Kilka dni temu ukazał się ich nowy singiel.




Jeden z albumów, na który czekam, nosi tytuł "Dance Of The Yellow Leaf" (właściwie jest to dwupłytowe wydawnictwo, tytuł drugiego krążka nosi tytuł "Suite For The Summer Rain"), i ukaże się 11 lipca. Jego autorem jest muzyk z Nowego Yorku - Peter Salett. Już sama okładka tej płyty to małe dzieło sztuki. 





MISS TYGODNIA - należy słuchać głośno oraz intensywnie. Trzeba przyznać, że Madeline Kenney (z Oakland) trafiła w punkt tym jakże wybornym singlem, z którym się nie rozstaję. Ta urocza piosenka zapowiada premierę całej płyty - "Kiss From The Balcony", która ukaże się 18 lipca.




KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim australijski trębacz Peter Knight, który już za tydzień opublikuje najnowszą płytę zatytułowaną "Too Long; Didin't Read" (album będzie zawierał cztery bardzo długie kompozycje, trochę w manierze The Necks)). Z pewnością powrócę do tego wydawnictwa, może nawet jako "danie główne". Na zachętę drobny fragment.





Nasz dobry znajomy - Rob Mazurek i jego Exploding Star Orchestra. Nowy opublikowany w dniu wczorajszym album nosi tytuł "Holy Mountains". Oto moja ulubiona kompozycja..







sobota, 28 maja 2022

JUST MUSTARD - "HEART UNDER" (Partisan Records) "Stopnie zanurzenia"

 

      O ich udanym debiucie zatytułowanym "Wednesday" napisałem kilka słów dokładnie cztery lata temu - 7 maja 2018 roku. Wystawiłem tej płycie bardzo pochlebną notę (8), odnajdując w muzyce irlandzkiego kwintetu ślady stylu grania, który na początku lat 90-tych przeżywał swój dobry czas. Przy tej okazji przywołałem nazwy takich grup jak: Swallow, My Bloody Valentine i Cranes. Mówiąc krótko, chwaliłem. I dziś również zamierzam chwalić, gdyż jest za co. Przede wszystkim za konsekwencję i postawienie na rozwój, a nie tylko smętne odcinanie kuponów od udanej, choć wciąż skromnej, przeszłości. Także za umiejętne czerpanie z bogatej alt-rockowej tradycji oraz przetwarzanie jej dla własnych potrzeb. Za inteligencję muzyczną i wrażliwość, która wciąż jest kształtowana. To właśnie dzięki temu najnowsza propozycja "Heart Under" nie tylko utrzymuje poziom bardzo dobrego debiutu, ale jest również poważnym krokiem naprzód.

Debiutancki krążek "Wednesday" emanował brzmieniową surowością. Młodzi artyści podczas pierwszych prób raczej nie przykładają zbyt wielkiej wagi do technicznych szczegółów. Tym razem grupa spędziła znacznie więcej czasu w studiu Attica Studios w Donegal, a za produkcję odpowiedzialny był David Wrench, znany ze współpracy z Jamie XX, FKA TWIGS czy FRANK OCEAN, co zresztą słychać. W przypadku wielu zespołów proces komponowania zaczyna się od kilku połączonych ze sobą nut. Dla artystów skupionych pod szyldem Just Mustard, punktem wyjścia jest zwykle pojedynczy ton, barwa dźwięku i długość jego trwania, stąd ta deklarowana przy różnych okazjach chęć do eksperymentowania z różnymi efektami. A potem... Potem pojawia się Katie Ball (wokalistka) i prezentuje swoje teksty. W tej perspektywie proces tworzenia kolejnych ścieżek przypomina w dużej mierze to, jak zazwyczaj funkcjonują muzycy elektroniczni. Kiedy David Noonan (gitara) i Mete Kalyoncuoglu (gitara) mówią o tworzeniu piosenek, posługują się metaforą kolorów - "Duży, ciepły, fioletowy dźwięk". Ich metodologia działania opiera się o pętle, powtórzenia czy wykorzystanie prostych struktur. "To trochę jak zabawa samplami" - mówi David Noonan. Dlatego nie może zbytnio dziwić sposób, w jaki przy okazji najnowszego wydawnictwa zostały użyte partie gitar. Te ostatnie na płycie "Heart Under" odzywają się tylko w określonych momentach, i w charakterystycznej manierze, uzupełniając elektroniczne tło. Raz jest to pocieranie smyczkiem o struny, jak w bardzo udanym otwarciu "23", w innym fragmencie mamy do czynienia ze ścianą przesterowanych akordów, przywołujących skojarzenia z gatunkiem shoegaze, w kolejnych miejscach pojawia się upiorne wycie, drapieżne jazgoty czy psychodeliczna zawiesina. Warto w tym miejscu dodać, że to właśnie te tak różne gitarowe akcenty, budujące nastrój, dozujące napięcie, zawiadujące tempem, zrobiły na krążku "Heart Under" mnóstwo dobrej roboty. Muzycy z miejscowości Dundalk hołdują zasadzie minimalizmu. Jednak, jak na dość oszczędne zmiany tonacji, sposoby wykorzystania poszczególnych instrumentów, całkiem sporo się dzieje. W przypadku irlandzkiego kwintetu kłania się także triphopowe myślenie o dźwięku, które, w tym wypadku, dość swobodnie czerpie z post-punka i shoegaze'u. Nadal, jak to było przy okazji udanego debiutu, styl śpiewania Katie Ball może kojarzyć się z tym, co przed laty robiła Alison Show, wokalistka Cranes. Echo melodyki tego ostatniego chyba najbardziej wyczuwalne jest w utworze "I Am You", który pełnił rolę singla promocyjnego. W "Seed" odnajdziemy drobne zmiany w podziale rytmicznym, napotkamy tam moment zatrzymania, który przeobraża się w krzyk gitar i ekspresję podwyższonej wokalizy. Dla odmiany "Blue Chalk" emanuje spokojem i głębią zanurzenia, pracująca w tle i odzywająca się sukcesywnie jakaś złowroga maszyneria, przewija się właściwie niemal przez wszystkie odsłony tej płyty. "Early" ma w sobie coś z dawnych, bardzo dawnych, nagrań  The Cure, pewnie również za sprawą nieco wysuniętego do przodu basu pomyślałem o albumie "The Top", czy "The Head On The Door". Wspólny występ Just Mustard u boku The Cure w Dublinie (2019), oraz dużo ciepłych słów Roberta Smitha pod adresem Irlandczyków, do czegoś zobowiązują. Całość wieńczy łagodny i wyciszony "River", poprzetykany mrocznymi oddechami strun i mocno wycofaną partią wokalną. "Na albumie wciąż był smutek i smutek, czułam się, jakbym pływała pod wodą" - wspomniała Katie Ball. Warto zanurzyć się w tych dźwiękach, gdyż to jeden z najlepszych "gitarowych" albumów tego roku.

(nota 8/10)

 


Przed nami urokliwy singiel promujący płytę Haunted Summer - "Camera", która ukaże się 21 czerwca. Haunted Summer to duet, żony i męża, czyli Bridgette Moody i John Seasons.



Muzyk ze Szwecji ukrywający się pod nazwą Astrel K oraz fragment jego najnowszej płyty zatytułowanej "Flickering I".



15 lipca ukaże się płyta "Thyrsis Of Etna" australijskiego artysty ukrywającego się pod szyldem Miszczyk, to wydawnictwo zapowiada singiel, w którym gościnnie pojawiła się Laetitia Sadier.



Niegdyś recenzowana przeze mnie grupa BDRMM przypomina o sobie piosenką "Three".



Wspominałem niedawno, że wytwórnia Blue Note znów przeżywa dobry czas. Nie wiem dokładnie, czym to jest spowodowane. Może zmienił się dyrektor muzyczny albo zatrudniono kogoś, kto całkiem nieźle wyczuwa puls współczesnej muzyki improwizowanej. Najnowsza propozycja z tej oficyny, to płyta południowoafrykańskiego pianisty Nduduzo Makhathaniego zatytułowana "In The Spirit Of NTU".



W ostatnich dniach często wracałem do albumu Cecila McBee - "Music From The Source" (1979). Oprócz znakomitego basisty usłyszymy na nim Chico Freemana (saksofon), Denisa Moormana (fortepian), Joe Garchera (trąbka), Steve'a McCalla (perkusja).





Na koniec fragment najnowszej dopiero co wydanej płyty -"Origin", której autorem jest pianista młodego pokolenia Joey Alexander. U jego boku wystąpili Larry Grenadier na basie oraz Kendrick Scott na perkusji.





sobota, 27 listopada 2021

DESERT LIMINAL - "GLASS FATE" (Whited Sepulchre Records) "Chicago osnute mgłą"

 

     Pierwotnie płyta "Glass Fate" miała ukazać się latem tego roku, ale przesunięto datę premiery o kilka miesięcy. Ponury listopadowy czas może stanowić całkiem dobre odniesienie do jej zawartości. Nie chcę przez to powiedzieć, że dźwięki zestawione na tym albumie roztaczają wokół ponurą aurę. Raczej budzą skojarzenie z jesienną mgłą, która na moment rozrzedza się tylko po to, żeby za chwilę jeszcze bardziej zgęstnieć i pokryć wszystko lepką mleczną zawiesiną. Mglista wydaje się być również barwa głosu Sarah Jane Quillin - kompozytorki i autorki wszystkich tekstów. Artystka próbuje w nich rozliczyć się z wciąż bolesną przeszłością. Jednym z głównych tematów, który przewija się przez kilka utworów, jest strata. Liderka Desert Liminal doświadczyła ostatnio śmierci rodzica, końca związku, a także rozpadu jej  drugiego zespołu Heavy Dreams. "Nie potrzebuję żadnego znaku na drodze, żeby powiedzieć, że piekło istnieje naprawdę" - śpiewa Sarah w chyba najbardziej cytowanym singlu. Desert Liminal powołała do życia kilka lat temu wraz z Robem Loganem grającym na perkusji. Początkowo funkcjonowali jako duet, a w 2018 wydali debiutancki krążek zatytułowany "Comb For Gold", który wypełniły indie-popowe, dream-popowe kompozycje. Dwanaście miesięcy później do składu dołączyła Mallory Linehan, grająca na skrzypcach, i współpracująca do tej pory z takimi grupami jak: Whitney czy Ohmm.

Wspólnym mianownikiem dziewięciu najnowszych piosenek, które znajdziemy na płycie "Glass Fate", jest ich oniryczna atmosfera. Poszczególne dźwięki sączą się leniwie wypełniając kolejne niespieszne takty. Ramy tych utworów są naszkicowane przez instrumenty klawiszowe, perkusję, wokalizę oraz rozmaite elektroniczne dodatki. Ich znakiem rozpoznawczym jest oszczędność, wyrażająca się nie tylko w liczbie wykorzystanych elementów, ale również w sposobie ich zastosowania. Innymi słowy, Sarah Jane Quillin buduje linię melodyczną opierając się na kilku zaledwie dźwiękach. Jeden z nich zwykle stanowi moment oparcia lub zwrotu, po którym kompozycja odbija na inne tory. Artystka celowo rozmywa klasyczny podział na "zwrotkę/refren". W przypadku utworów zebranych na albumie "Glass Fate" raczej można powiedzieć o wstępie oraz jego subtelnym rozwinięciu. Wspomniałem wcześniej o "mglistej" barwie głosu naszej dzisiejszej bohaterki, który porusza się w dość wąskim paśmie. Podobny charakter mają również kompozycje, pozbawione gwałtownych zwrotów akcji, melodramatycznych momentów czy "climaxów". W niektórych utworach można odnaleźć coś na kształt wspomnień czy, przetworzonego przez współczesną wrażliwość, echa lat 90-tych, i tonów, które właśnie wtedy dominowały w alternatywnym graniu. I tak, kompozycja "Heaven Bent", nieco przybrudzona, z pogłosem na linii wokalnej, przypomina dawne dokonania Lush. Z kolei melodyka oraz nałożenie się głosów w "Fire Escape", skojarzyło mi się z ostatnimi płytami Cocteau Twins.  W "Poppy Seed" i "Rainbow Sherbet Sky" pojedyncze i zestawione obok siebie dźwięki instrumentów klawiszowych mogą przypominać nastrój nagrań duetu Beach House. Podstawowa różnica jest taka, że Victoria Legrand i Alex Scally lubią od czasu do czasu podnieść napięcie, zagęścić atmosferę, uderzyć w dramatyczne czy pompatyczne tony, których - rozkochana w "przytulnej średnicy" - Sarah Jane Quillin stara się unikać. "Disco Spring" pokazuje talent amerykańskiej artystki do tworzenia i zagospodarowania muzycznej przestrzeni.

Po wysłuchaniu płyty "Glass Fate" można dojść do wniosku, że trio  z Chicago w żadnym jej momencie nie próbuje nas zachwycić. Przede wszystkim liczy się nasza uwaga i obecność, rodzaj muzycznej empatii, a więc współodczuwania.

(nota 7/10)

 


W kąciku deserowym Just Mustard koniecznie chce podzielić się z nami nowym singlem "I Am You".



Tak się złożyło, że wczoraj Jackson VanHorn opublikował najnowszą płytę "A Silent Understanding". Nagranie "Exile" najbardziej przykleiło się do moich uszu. 



Kultowa niegdyś formacja Variete i skoczny singiel promujący ich najnowsze wydawnictwo "Dziki książę".



Kolejna jesienna premiera, Harrison Whitford, w piosence pochodzącej z albumu "Afraid Of Nothing". 



Trees Speak i zaproszeni goście opublikowali niedawno album, o jakże wdzięcznym tytule: "Vertigo Flaws: Emancipation Of The Dissonance And Temperaments In Irrational Wareforms". Płyta ukazała się nakładem prestiżowej oficyny Soul Jazz Records.



Na koniec zerkniemy na francuską scenę jazzową. Francois Lana - fortepian, Marton Kiss - perkusja, Blaise Hommage - kontrabas, Zacharie Ksyk - trąbka oraz lider Louis Billette - saksofon. Louis Billette Quintet i kompozycja z niedawno opublikowanej płyty "Le Temps d'Une Vie".