Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laetitia Sadier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laetitia Sadier. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2024

RUBBER TEA - "FROM A FADING WORLD" (Tonzone Records) "Niemiecki art-rock"

 

     Wydaje się, że jeszcze poczekamy kilka, może kilkanaście dni, na pierwszy duży wysyp nowych atrakcyjnych płyt. Premiera albumu, który będzie naszym dzisiejszym bohaterem, miała miejsce w grudniu ubiegłego roku, więc nie jest to wiekowe wydawnictwo. Przyznam szczerze, że wychowałem się w pewnym sensie także na płytach art-rockowych z przełomu lat 60/70 - tych, i nadal mam  do nich spory sentyment. Współczesne młode zespoły jako kierunek artystycznych działań bardzo rzadko wybierają ten nurt. Powodów można znaleźć kilka. Pierwszy z nich dotyczy biegłości opanowania instrumentu. Żeby sprawnie poruszać się w tej estetyce, trzeba po prostu umieć grać na gitarze, basie, saksofonie, organach, w stopniu bardzo zaawansowanym. Kompozycje art-rockowe - pewnie każdy z nas choć jedną taką w życiu słyszał - mają to do siebie, że są mniej lub bardziej rozbudowane. W wielu wypadkach łączą w sobie kilka spójnych części, które czasem trwania znacznie wykraczają poza tradycyjny radiowy singiel. Takie "piosenki" ciężko się promuje, wkład pracy jest całkiem spory - godziny prób, konsultacji, zmian i dogrywek - a potencjalna nagroda mglista i symboliczna. Może nią być zadowolenie, podziw i podziękowania garstki dziennikarzy oraz zorientowanych w temacie fanów, którzy kupią takie wydawnictwo, a potem będą na tyle uprzejmi i wdzięczni, że pojawią się również na koncercie.



Pomimo tych utrudnień czy niedogodności, gdzieś w okolicach 2017 roku, w niemieckim mieście Brema, powstał zespół o dźwięcznej nazwie Rubber Tea. Młodzi muzycy byli zafascynowani art-rockowym graniem sprzed pięćdziesięciu lat, takimi zespołami jak: King Crimson, Procol Harum, Genesis, Yes, Caravan, Camel itd. Nic więc dziwnego, że w ich pierwszych  kompozycjach można było odnaleźć mnóstwo nawiązań do klasycznych pozycji wyżej wymienianych grup. Debiutanckie dzieło niemieckiej formacji zatytułowane "Infusion" ukazało się w 2020 roku. Zdobiła je bardzo atrakcyjna okładka, autorstwa Davida Erzmanna, który oprócz zdolności plastycznych jest również całkiem sprawnym basistą.

 Utwory zawarte na tym albumie były dość zachowawcze jak na obecne możliwości grupy. Może wynikało to z potrzeby zgrania, odbycia jeszcze większej ilości prób, zdania sobie sprawy z potencjału i wytyczenia nowego kierunku rozwoju. Na uwagę zasługiwała wokalistka grupy Vanessa Gross (ciekawe, czy zna majora Grossa, bohatera polskiego filmu sensacyjnego), która oprócz śpiewu gra również całkiem nieźle na saksofonie oraz flecie. Sami przyznacie, że to wciąż rzadko spotykana sytuacja dawniej czy obecnie, żeby art-rockowy zespół prowadzony był przez kobiecy głos. Przy okazji płyty "From A Fading World" urokliwa wokalistka bohaterką swoich opowieści uczyniła Emily, która próbuje ostrzec znajomych przed zagrożeniem, jakie stanowi zbliżająca się burza piaskowa. Na okładce postać Emily symbolizuje niewielki czerwony samolot umieszczony w rogu.



Muzyka zawarta na drugim w dorobku albumie Rubber Tea niczym specjalnym nie zaskakuje słuchaczy pamiętających chociażby wczesne dokonania King Crimson czy Yes, chyba jedynie faktem, że młody niemiecki zespół nie ogląda się na współczesne mody i trendy, gra tak sprawnie i porusza się tak swobodnie w różnych płaszczyznach rockowego rzemiosła. Kompozycje zawarte na płycie "From A Fading World" mienią się bogactwem barw, o które postarały się poszczególne instrumenty wykorzystane w aranżacjach:  saksofon, flet, organy vintage, gitary akustyczne i elektryczne oraz całe mnóstwo instrumentów perkusyjnych, za które odpowiadali zaproszeni do studia dodatkowi goście.

Twórcami aranżacji był wspomniany wcześniej grafik i basista David Erzmann oraz Lennart Hinz, klawiszowiec i wokalista grupy. Trzeba przyznać, że panowie całkiem dobrze odmierzyli proporcje pomiędzy twardym rdzeniem kompozycji, a elementami swobodnej improwizacji (jazz-rock), wykorzystując w kolejnych odsłonach zmiany tempa oraz płynne przejścia, wyznaczające odcinki nakreślonej przez Vanessę Gross historii. Warto zwrócić uwagę także na lekkość tych kompozycji, niewiele w nich tak charakterystycznego prog-rockowego ciosania kołków na coraz bardziej umęczonych głowach słuchaczy. Warto odkrywać to wydawnictwo.

(nota 7.5/10)

 


Mój ulubiony utwór tego tygodnia należy do gitarzysty i wokalisty Micah Dailey'a, który wraz ze znajomymi ukrywa się pod szyldem Flower Festival. Album "Age", z którego pochodzi ta wspaniała piosenka, ukaże się 26 stycznia. Podczas rejestracji nagrań w studiu znalazł się również nasz dobry znajomy z wcześniejszych wpisów na tym blogu - Nicholas Krgovich. Cudeńko!!



Druga piosenka, która w ostatnich dniach mocno wpadła w moje uszy również należy do dawnych znajomych, mam tu na myśli grupę Arms And Sleepers, którzy 1 marca opublikują album zatytułowany "What Tomorrow Brings".



Immaterial Possession to zespół z Gruzji, który jakiś czas temu opublikował drugie w dorobku wydawnictwo zatytułowane "Mercy Of The Crane Folk".



Laetitia Sadier (Stereolab) właśnie ujawniła swój drugi singiel z płyty "Rooting For Love", której premiera będzie miała miejsce 23 lutego.



Swiss Portrait to grupa z Edynburga, założona przez Michaela Kay Terence'a, kilka dni temu opublikowała nowy całkiem udany singiel.



Kolejna wokalistka w dzisiejszym zestawieniu - to Jenn Champion z miasta Seattle, fragment pochodzi z jej ostatniego albumu "The Last Night Of Sadness".



Wczoraj ukazała się najnowsza płyta Billy Ryder Jonesa zatytułowana "Iechyd Da", oto fragment pochodzący z tego wydawnictwa.



Założyciel Snarky Puppy, zdobywca nagrody Grammy - Michael League, oraz pianista Bill Laurance, ze wspólnej wydanej jakiś czas temu płyty "Where You Wish You Were".



Na koniec dzisiejszej odsłony zajrzymy na niedawno wydaną płytę kanadyjskiego pianisty Bernie Senensky - "Moment To Moment".




sobota, 18 listopada 2023

TIN FINGERS - "ROCK BOTTOM BALLADS" (Unday Records) "Ballady z jaskini"

 

      Kiedy widzę nazwę "Rock Bottom", od razu nasuwa mi się jedno podstawowe skojarzenie - Robert Wyatt i jego płyta o tym samym tytule. Ten kultowy, a jakże, w pewnym sensie klasyczny, przynajmniej w mojej ocenie, a przede wszystkim znakomity, bez dwóch zdań, album nagrywano na przełomie lutego i marca, a wydano kilka miesięcy później, 26 lipca 1974 roku. Przy tej okazji w studiu udało się zebrać wspaniałych artystów - Richard Sinclair (bas), Hugh Hopper (bas), Mangezi Feza (trąbka), Fred Firth (altówka), Mike Oldfield (gitara). Wspominamy o tym nie dlatego, że płyta Rock Bottom Ballads" jakoś szczególnie nawiązuje do tego wydawnictwa o podobnym tytule sprzed niemal pół wieku. Możliwe, że członkowie belgijskiej grupy Tin Fingers nigdy nie słyszeli kompozycji zebranych na drugiej w dyskografii płycie Roberta Wyatta (duży błąd!). Możliwe również, że jest wśród stałych Czytelników lub napływowych gości ktoś, kto także nie sięgnął po album z 1974 roku. W takim razie jest ku temu niezła okazja. Na dobry początek weekendu proponuję wydany wczoraj krążek Tin Fingers - "Rock Bottom Ballads", a w dalszej kolejności można i trzeba zapoznać się z dziełem Roberta Wyatta. Warto, na przykład, zapętlić sobie ten utwór o "Czerwonym Kapturku".



Oczywiście nie ma żadnego sensu porównywać ze sobą dwóch wyżej wspomnianych płyt, pochodzących z dwóch różnych epok i nieprzystających do siebie krain muzycznych. Drobne podobieństwa zawsze można znaleźć, a należy ich szukać na płaszczyźnie tego, co tu i tam działo się w studiu nagraniowym. Kilka kompozycji powstało jako wynik zapisu improwizowanych sesji, jak chociażby subtelnie domykający całość "Rock Bottom Ballads". Głos wokalisty i założyciela grupy Felixa Machtelinckxa (opowiada o samotnym i porzuconym przez wszystkich człowieku,  który leży nagi na dnie jaskini), oniryczny klimat oraz melodyka, mogą przypominać w tym fragmencie dokonania Radiohead. Jeden z nielicznych recenzentów, który dotarł do najnowszego wydawnictwa napisał, że obcowanie z płytą Tin Fingers przypomina słuchanie Black Heart Procession w tonacji Radiohead. W poszczególnych kompozycjach widać wyraźnie zmianę podejścia członków grupy do materii dźwiękowej. W porównaniu do debiutanckiej pyty "Groovebox Memories" artyści z Belgii położyli większy nacisk na budowanie przestrzeni. Stad instrumenty wykorzystane w oszczędnych aranżacjach mają dla siebie znacznie więcej miejsca, które potrafią w odpowiedni sposób wykorzystać. Czasem mniej znaczy więcej. Szczególnie, kiedy zamierzasz stworzyć odpowiedni, w tym wypadku nostalgiczny, momentami także mroczny, nastrój, który jest znakiem rozpoznawczym tego krążka.

Belgia zazwyczaj kojarzy się z Parlamentem Europejskim, kolarstwem na wysokim poziomie czy piłką nożną, z Davidem Goffinem, który jakiś czas temu w tenisie miał swój bardzo dobry czas, ze smaczną czekoladą i pysznymi frytkami, które Robert  Makłowicz zachwalał w niedawno emitowanym kulinarnym programie. Jeśli chodzi o muzykę, przychodzi mi do głowy zespół dEUS, Balthazar, czy znany z koncertów w naszej ojczyźnie i recenzji na tym blogu Taxiwars. Chcę przez to powiedzieć, że nie ma, i nie było, w tym kraju specjalnych tradycji alternatywnego grania, chociażby takiego, które zaprezentowali na opublikowanej wczoraj płycie członkowie zespołu Tin Fingers. Tym bardziej warto docenić całkiem udaną próbę wejścia na obce terytorium. Pewnie również z tego powodu Felix Machtenlinckx i jego koledzy z grupy pomocy producenckiej postanowili poszukać aż za Oceanem Atlantyckim. Wybrali doświadczonego w boju inżyniera dźwięku D.Jamesa Goodwina, który wcześniej współpracował z Heather Woods Broderick, Davidem Tornem, Kevinem Morby, Anais Mitchell, This Is The Kit, Tim Berne's Snakeoil. Czarodziej konsolety lubi analogowe brzmienie i jest członkiem mało znanej kraut-jazzowej formacji Ultraam.

Trzeba przyznać, że współpraca z amerykańskim producentem przyniosła dobry efekt, gdyż zespół zyskał nowe bardziej intymne brzmienie. Jedyny ślad starego podejścia, ach te nawyki, znajdziemy w utworze "LSD", gdzie zupełnie niepotrzebnie bardzo mocno dały o sobie znać gitary elektryczne. Inspiracją do tytułu tej piosenki był napis na koszulce podstarzałego hipisa, który głosił "Dzieciaki nie biorą narkotyków, zażywają LSD". Podczas dwutygodniowych sesji nagraniowych muzycy skupieni pod szyldem Tin Fingers słuchali tylko jednego utworu - Bonnie Prince Billy "I See Darkness". Nastrój tej właśnie kompozycji udało się potem przenieść na grunt całej płyty. W singlowym "Misstep" poczynania Belgów przypomniały mi z jednej strony niespieszne piosenki Elbow, z drugiej  zapomnianą dziś płytę duńskiej formacji DOI - "Sing The Boy Electric". Z kolei w "Lullabye For Losers" wokaliza Felixa Machtelinckxa skojarzyła mi się z wczesnymi płytami RY X - czyli Ry Cuminga. Ciekawa propozycja na jesienno-zimowe wieczory.

(nota 7.5/10)

 


Całkiem nieźle z albumem Tin Fingers będzie korespondował najnowszy zestaw kilkudziesięciu nagrań The Twilight Singers - "Black Out The Windows/Ladies And Gentlemen, The Twilight Singers", dobry prezent pod choinkę dla fanów zespołu.



Podobny nastrój odnajdziemy także w najnowszym singlu zgrabnego duetu Vashti Bunyan i Devendry Banharta.



Pojawiła się również nowa piosenka Laetiti Sadier, która zapowiada lutową premierę płyty - "Rooting For Love" dawnej wokalistki Stereolab.



Po dziesięciu latach przerwy przypomniała o sobie niemiecka formacja Hellsongs, która ma dla nas taki oto nowy singiel.



Grupa z Pensylwanii czyli The True Faith, w piosence, która tytułem - "Gestalt" - nawiązuje do psychologii postaci.



Z Kanady pochodzi grupa Pony Girl, która kilka dni temu, dzięki uprzejmości oficyny Paper Bag Records, wydała album "Laff It Off", w kilku nagraniach na saksofonie usłyszymy naszego dobrego znajomego Josepha Shabassona.



 Przed Wami holenderski duet Donna Blue, czyli Bart Van Dalen i Danique Van Keteren, w niedawno opublikowanym singlu.



Po szesnastu latach przerwy, w ostatnie dni września ukazał się album "Something To Look Forward To" autorstwa amerykańskiego barda J.P. Strohma.



Listopadowy czas sprzyja pogłębionej jazzowej refleksji, w której pomocny może się okazać niedawno wydany, oczyszczony materiał, który pierwotnie opublikowany został w 1958 roku - "Portrait Of Art Farmer".



Jedną z najciekawszych jazzowych płyt ostatnich godzin jest z pewnością, zapowiadany już przeze mnie, album Ancient Infinity Orchestra - "River Of Light".




sobota, 28 maja 2022

JUST MUSTARD - "HEART UNDER" (Partisan Records) "Stopnie zanurzenia"

 

      O ich udanym debiucie zatytułowanym "Wednesday" napisałem kilka słów dokładnie cztery lata temu - 7 maja 2018 roku. Wystawiłem tej płycie bardzo pochlebną notę (8), odnajdując w muzyce irlandzkiego kwintetu ślady stylu grania, który na początku lat 90-tych przeżywał swój dobry czas. Przy tej okazji przywołałem nazwy takich grup jak: Swallow, My Bloody Valentine i Cranes. Mówiąc krótko, chwaliłem. I dziś również zamierzam chwalić, gdyż jest za co. Przede wszystkim za konsekwencję i postawienie na rozwój, a nie tylko smętne odcinanie kuponów od udanej, choć wciąż skromnej, przeszłości. Także za umiejętne czerpanie z bogatej alt-rockowej tradycji oraz przetwarzanie jej dla własnych potrzeb. Za inteligencję muzyczną i wrażliwość, która wciąż jest kształtowana. To właśnie dzięki temu najnowsza propozycja "Heart Under" nie tylko utrzymuje poziom bardzo dobrego debiutu, ale jest również poważnym krokiem naprzód.

Debiutancki krążek "Wednesday" emanował brzmieniową surowością. Młodzi artyści podczas pierwszych prób raczej nie przykładają zbyt wielkiej wagi do technicznych szczegółów. Tym razem grupa spędziła znacznie więcej czasu w studiu Attica Studios w Donegal, a za produkcję odpowiedzialny był David Wrench, znany ze współpracy z Jamie XX, FKA TWIGS czy FRANK OCEAN, co zresztą słychać. W przypadku wielu zespołów proces komponowania zaczyna się od kilku połączonych ze sobą nut. Dla artystów skupionych pod szyldem Just Mustard, punktem wyjścia jest zwykle pojedynczy ton, barwa dźwięku i długość jego trwania, stąd ta deklarowana przy różnych okazjach chęć do eksperymentowania z różnymi efektami. A potem... Potem pojawia się Katie Ball (wokalistka) i prezentuje swoje teksty. W tej perspektywie proces tworzenia kolejnych ścieżek przypomina w dużej mierze to, jak zazwyczaj funkcjonują muzycy elektroniczni. Kiedy David Noonan (gitara) i Mete Kalyoncuoglu (gitara) mówią o tworzeniu piosenek, posługują się metaforą kolorów - "Duży, ciepły, fioletowy dźwięk". Ich metodologia działania opiera się o pętle, powtórzenia czy wykorzystanie prostych struktur. "To trochę jak zabawa samplami" - mówi David Noonan. Dlatego nie może zbytnio dziwić sposób, w jaki przy okazji najnowszego wydawnictwa zostały użyte partie gitar. Te ostatnie na płycie "Heart Under" odzywają się tylko w określonych momentach, i w charakterystycznej manierze, uzupełniając elektroniczne tło. Raz jest to pocieranie smyczkiem o struny, jak w bardzo udanym otwarciu "23", w innym fragmencie mamy do czynienia ze ścianą przesterowanych akordów, przywołujących skojarzenia z gatunkiem shoegaze, w kolejnych miejscach pojawia się upiorne wycie, drapieżne jazgoty czy psychodeliczna zawiesina. Warto w tym miejscu dodać, że to właśnie te tak różne gitarowe akcenty, budujące nastrój, dozujące napięcie, zawiadujące tempem, zrobiły na krążku "Heart Under" mnóstwo dobrej roboty. Muzycy z miejscowości Dundalk hołdują zasadzie minimalizmu. Jednak, jak na dość oszczędne zmiany tonacji, sposoby wykorzystania poszczególnych instrumentów, całkiem sporo się dzieje. W przypadku irlandzkiego kwintetu kłania się także triphopowe myślenie o dźwięku, które, w tym wypadku, dość swobodnie czerpie z post-punka i shoegaze'u. Nadal, jak to było przy okazji udanego debiutu, styl śpiewania Katie Ball może kojarzyć się z tym, co przed laty robiła Alison Show, wokalistka Cranes. Echo melodyki tego ostatniego chyba najbardziej wyczuwalne jest w utworze "I Am You", który pełnił rolę singla promocyjnego. W "Seed" odnajdziemy drobne zmiany w podziale rytmicznym, napotkamy tam moment zatrzymania, który przeobraża się w krzyk gitar i ekspresję podwyższonej wokalizy. Dla odmiany "Blue Chalk" emanuje spokojem i głębią zanurzenia, pracująca w tle i odzywająca się sukcesywnie jakaś złowroga maszyneria, przewija się właściwie niemal przez wszystkie odsłony tej płyty. "Early" ma w sobie coś z dawnych, bardzo dawnych, nagrań  The Cure, pewnie również za sprawą nieco wysuniętego do przodu basu pomyślałem o albumie "The Top", czy "The Head On The Door". Wspólny występ Just Mustard u boku The Cure w Dublinie (2019), oraz dużo ciepłych słów Roberta Smitha pod adresem Irlandczyków, do czegoś zobowiązują. Całość wieńczy łagodny i wyciszony "River", poprzetykany mrocznymi oddechami strun i mocno wycofaną partią wokalną. "Na albumie wciąż był smutek i smutek, czułam się, jakbym pływała pod wodą" - wspomniała Katie Ball. Warto zanurzyć się w tych dźwiękach, gdyż to jeden z najlepszych "gitarowych" albumów tego roku.

(nota 8/10)

 


Przed nami urokliwy singiel promujący płytę Haunted Summer - "Camera", która ukaże się 21 czerwca. Haunted Summer to duet, żony i męża, czyli Bridgette Moody i John Seasons.



Muzyk ze Szwecji ukrywający się pod nazwą Astrel K oraz fragment jego najnowszej płyty zatytułowanej "Flickering I".



15 lipca ukaże się płyta "Thyrsis Of Etna" australijskiego artysty ukrywającego się pod szyldem Miszczyk, to wydawnictwo zapowiada singiel, w którym gościnnie pojawiła się Laetitia Sadier.



Niegdyś recenzowana przeze mnie grupa BDRMM przypomina o sobie piosenką "Three".



Wspominałem niedawno, że wytwórnia Blue Note znów przeżywa dobry czas. Nie wiem dokładnie, czym to jest spowodowane. Może zmienił się dyrektor muzyczny albo zatrudniono kogoś, kto całkiem nieźle wyczuwa puls współczesnej muzyki improwizowanej. Najnowsza propozycja z tej oficyny, to płyta południowoafrykańskiego pianisty Nduduzo Makhathaniego zatytułowana "In The Spirit Of NTU".



W ostatnich dniach często wracałem do albumu Cecila McBee - "Music From The Source" (1979). Oprócz znakomitego basisty usłyszymy na nim Chico Freemana (saksofon), Denisa Moormana (fortepian), Joe Garchera (trąbka), Steve'a McCalla (perkusja).





Na koniec fragment najnowszej dopiero co wydanej płyty -"Origin", której autorem jest pianista młodego pokolenia Joey Alexander. U jego boku wystąpili Larry Grenadier na basie oraz Kendrick Scott na perkusji.





sobota, 23 października 2021

VANISHING TWIN - "OOKII GEKKOU" (Fire Records) "Nieświadomość jako eskpozycja"

 

     I znów dziennikarze brytyjscy mają powód do dumy. Wszak to na ich ziemi, dokładniej mówiąc, w samej stolicy stolic, rezyduje grupa, która nagrała bardzo udany album. I znów podobnie, jak to miało miejsce w przypadku "brytyjskiej sceny jazzowej", mogą pojawić się określenia, że: "nasi tak grają", "pochodzą z naszych stron", "w naszej wytworni wydali płytę".  Żartuję troszkę, na dobry początek, choć widzimy, jakie problemy przeżywa gospodarka brytyjska po brexicie, pozbawiona "obcych" rąk do pracy. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Albowiem tak, jak brytyjską scenę jazzową tworzą kolektywy złożone w dużej mierze z emigrantów, tak grupa Vanisihing Twin w funkcjonuje w oparciu o międzynarodowy skład. Jej liderką - choć pewnie sama zainteresowana wolałaby unikać tego określenia - wokalistką i klawiszowcem jest Cathy Lucas, która pochodzi z Hiszpanii. Włoskie korzenie reprezentuje jej przyjaciółka i perkusistka Valentina Magaletti, mająca na koncie współpracę z Thurstonem Moore, Bat For Lashes czy Gruff Rhys. Susumu Mukari to, jakżeby inaczej, japoński muzyk szarpiący struny basu. Man From Uranus, czyli Phil MFU to jedyny w tym zestawieniu brytyjski dżentelmen, obsługujący syntezator Moog. Elliot Arndt dotarł do Londynu znad Sekwany, upodobał sobie grę na flecie, odpowiedzialny jest również za stronę wizualną.



Kiedy Cathy Lucas skończyła dwanaście lat, dowiedziała się, że miała siostrę bliźniaczkę. Zgodnie z tym, co opowiedziała jej matka, ciąża we wstępnej fazie rozwoju posiadała dwa zarodki. W pewnym momencie jeden z nich został wchłonięty przez ten drugi. Istnieje specjalistyczny termin medyczny określający ten proces. "Vanishing Twin Syndrome", w skrócie VTS - czyli zespół znikającego płodu. Ta osobliwa nowina mocno poruszyła nastoletnią Cathy. Gdy nieco podrosła, postanowiła wykorzystać ów termin medyczny, i w ten sposób powstała nazwa zespołu. Wcześniej hiszpańska emigrantka wyżywała się artystycznie w takich grupach jak: Orlando, Fanfarco czy Innerspace Orchestra. Będąc w składzie pierwszej z tych formacji, Cathy Lucas występowała na deskach jednej sceny ze Stereolab. Jeden z muzyków wspominał potem, że dopisało im szczęście, gdyż nie mogli zdobyć biletów na koncert grupy dowodzonej przez Laetitię Sadier. Ta ostatnia zagrała zresztą na gitarze w kompozycji "Wider Than Itself", zamieszczonej na najnowszym krążku Vanishing Twin - "Ookii Gekkou". Ten trop związany ze Stereolab jest dość oczywisty, i narzuca się od razu po przesłuchaniu płyty Cathy Lucas oraz jej wesołej załogi. Kolejne nazwy zespołów, które powinny pojawić się w tym miejscu to: Pram, Broadcast czy Gong. 

Grupa Vanishing Twin zdaje się swobodnie dryfować gdzieś poza czasem i ponad gatunkami, zbierając z nich okruchy form, fragmenty treści, którymi potem członkowie formacji dowolnie żonglują, tworząc zapadającą w pamięć całość. Można odnaleźć się w tak konstruowanej estetyce albo pozostać wobec niej całkowicie obojętnym, ale trudno nie przyznać, że brytyjski zespół zdołał wypracować charakterystyczne brzmienie. W ich kompozycjach retro-pop łączy się z krautrockiem, elementami jazzu, psychodelii, muzyki filmowej (trop włoskich kompozytorów). To wszechświat mieniący się tysiącem braw, stworzony z wielu mikroświatów, których cząsteczki przenikają się wzajemnie. W kontekście specyficznego brzmienia Cathy Lucas podkreśla rolę producenta czy inżyniera dźwięku. Vanishing Twin mają na koncie współpracę chociażby z Malcolmem Catto, o którym wspominałem na łamach tego bloga. W swojej dźwiękowej podróży członkowie grupy raczej starają się unikać typowych rozwiązań lub utartych kolein. "W studio nagraniowym może pojawić się presja, wynikająca z faktu pracy z cudzymi zasadami czy konwencjami. Szczególnie ma to miejsce obecnie, kiedy wielu inżynierów dźwięku edukuje się w tych samych szkołach i w związku z tym pracuje w podobny sposób (...) Szukamy czegoś innego" - stwierdziła Cathy Lucas. W etos pracy członków Vanishing Twin wpisane zostały: dialog, eksperyment oraz improwizacja. Przy okazji jednego z wywiadów wokalistka i autorka tekstów wspomniała nawet o "telepatii", specyficznym rodzaju oddziaływania, który przy okazji tego wpisu mógłbym nazwać "czuciem gry". (Przypomniało mi się doświadczenie Alaina Aspecta, gdzie dwa fotony pozostające ze sobą w związaniu spinowym, pozostają w nim nadal, nawet rozdzielone i oddalone na odległość makroskopową, i wciąż wzajemnie "uzgadniają" swoje spiny). 

Najlepsze utwory, takie jak świetne otwarcie "Big Moonlight" (utrzymane w rzadko spotykanym metrum 5/4, w którym pulsuje chociażby jeden z moich ulubionych utworów Stereolab - "Rainbow Conversation", przypadek?), lub "In Cucina", czyli wyprawa w egzotyczne  rejony stworzona w oparciu o flet, klarnet, saksofon i perkusjonalia, od pierwszych  taktów przenoszą słuchacza w inny wymiar. W utworze "Phase On Million" odnajdujemy drobny ukłon w stronę afrobeatu, "Zuum" kipi od środka psychodeliczną magmą. Każda z kompozycji jest jak zaproszenie do nowego obrzędu, innego rytuału, co podkreśla "magiczny" charakter tych  nagrań, a więc nie do końca wyjaśniony, przebiegający według scenariusza, który tworzony jest na bieżąco, i za każdym razem od nowa niczym postnowoczesna mitologia. Warto dodać, że te kompozycje funkcjonują w oparciu o proste struktury, zestawy powtarzalnych dźwięków, pozbawione wirtuozerskich popisów. Znacznie pojawia się tu jako wynik wzajemnych interakcji poszczególnych instrumentów na różnych poziomach. Świetnie w tych nagraniach odnajduje się wokaliza Cathy Lucas, czasem będąca czymś na kształt kolejnego instrumentu, innym razem odmalowująca barwne historie przy współudziale chórku.

(nota 8/10)

 


Podejrzewam, że nagrania grupy Aquaserge przypadłyby do gustu, a może nawet zainspirowałyby Cathy Lucas, chociażby te pochodzące z najnowszej wydanej niedawno płyty "The Possibility Of A New Work For Aquaserge", nagranej w rozszerzonym, bo dziewięcioosobowym składzie.  Na tym albumie francuscy artyści swoimi kompozycjami złożyli hołd czterem kompozytorom: Gyorgi Ligetiemu, Giacinto Scelsiemu, Edgardowi Varese oraz Mortonowi Feldmanowi.




Niedawno prezentowana na łamach tego bloga formacja Gnod przypomina o sobie najnowszym wydawnictwem "La Mord Du Sens".




Okładka wydanego kilka dni temu albumu "The Cherries Are Speaking" - dwie kobiety w strojach ludowych, motyw jak z malowanego jajka - grupy Adeline Hotel, sugerowała jakąś osobliwą odmianę łowickiego folku. Nic bardziej  mylnego.




Daniel Herskedal i przyjaciele w przepięknej kompozycji "The Mariner's Cross", którą znajdziecie na albumie "Harbour".



Na koniec dzisiejszej odsłony raz jeszcze Vanishing Twin prosto z sesji opublikowanej kilka dni temu. Wyborne!



 

sobota, 25 marca 2017

LAETITIA SADIER SOURCE ENSEMBLE - "Find Me Finding You" (Drag City) "Laetitia Sadier, pająk Klee, cyrk Miro..."



"(...) należało zacząć od zamknięcia oczu, a wtedy najpierw coś niby żółte gwiazdy (poruszające się w aksamitnej galarecie), potem czerwone skoki humorów i godzin, powolne wkraczanie w Mago-świat, który był niezdarnością i pogmatwaniem wszystkiego, ale równocześnie paprociami z podpisem tego pająka Klee, cyrkiem Miro, lustrem z popiołu Vieira da Silva, światem, w którym poruszałaś się jak konik szachowy, który by się poruszał jak wieża, która by się poruszała jak laufer...".
Od kilkunastu lat ten właśnie cytat, zaczerpnięty z powieści Julio Cortazara "Gra w klasy", niezmiennie kojarzy mi się z twórczością zespołu Stereolab oraz Laetitii Sadier. Szkoda tylko, że jeśli chodzi o brytyjsko-francuską formację należy używać trybu czasu przeszłego. Zespół założony przez Tima Gane'a i Sadier zaprzestał działalności kilka lat temu. Punktem przełomowym dla istnienia tej grupy był tragiczny wypadek Mary Hansen (klawisze, gitara). Hansen zginęła podczas jazdy rowerem, potrącona przez samochód. Miała zaledwie 36 lat. Od tamtej pory nic już nie było takie samo w zespole Stereolab.
Bez cienia przesady można powiedzieć, że to właśnie między innymi do tej grupy należała druga połowa lat dziewięćdziesiątych ubiegłego już wieku, jeśli chodzi o szeroko pojętą scenę alternatywną. Klasyczni przedstawiciele "muzyki dla tańczących inaczej" wielokrotnie zachwycali zarówno krytyków jak i słuchaczy. Artyści związani z tą formacją, w swojej twórczości nie stronili od eksperymentów formalnych, potrafili zaskoczyć świeżością i oryginalnością pomysłów estetycznych. W doskonały sposób pokazywali, czym w muzyce jest nieskrępowana wyobraźnia. Z godną pozazdroszczenia swobodą łączyli i przeplatali ze sobą elementy różnych gatunków - disco z R&B, pop przyprawiali postrockowymi domieszkami, a repetytywne struktury, jakby żywcem wyjęte z dokonań Steve'a Reicha, subtelnie wtłaczali w szerokie ramy retro-popu, easy-listeningu, a nawet drum'n'basu.
A oto, również od lat, mój ulubiony utwór formacji Stereolab, a zarazem jedna z najpiękniejszych kompozycji mojego życia. Zachwyca mnie w tym nagraniu wszystko, począwszy od podziału rytmicznego, przez puls, FLOW, aurę egzotyki i niesamowitości, aż po wspaniałą interakcję na linii vocal-chór. To prawda, o tym utworze mógłbym długo opowiadać, dlatego nic już nie napiszę. Muzyka obroni się sama. ("Rainbo Conversation" pochodzi z płyty "Dots and Loops", wydanej w 1997 roku).



Na swojej czwartej solowej płycie Laetitia Sadier odwołuje się wprost do muzyki dawnej macierzystej formacji. W wywiadach artystka szczerze przyznała, że: "Gram tak, jak graliśmy w Stereolab". Mamy więc na albumie "Find Me Finding you" nawiązania do krautrocka, repetytywne struktury, polirytmie oraz swobodne lawirowanie pomiędzy gatunkami. Na poziomie formalnym ostatni krążek Sadier jest bardzo intrygujący i bardzo udany. Szereg brzmieniowych rozwiązań mogłoby posłużyć jako źródło inspiracji dla wielu nie tylko młodych zespołów. "Blind Marxist" - jak nazwał Sadier jeden z dziennikarzy, zwracając uwagę na zaangażowanie i lewicowe poglądy wokalistki - zaprosiła do pracy nad swoim najnowszym dziełem kilku gości. Na basie zagrał Xavi Munoz, na klawiszach David Thayer, na gitarze Mason Le Long, syntezatory obsługiwał Phil M Fu, przy perkusji zasiadł Emmanuel Mario, a w utworze "Love Captive" wokalnie udzielił się Alexis Taylor (Hot Chip).
Niby na pozór jest całkiem dobrze, a jednak czegoś brakuje. Słuchałem poszczególnych nagrań z ciekawością, ale nie z zapartym tchem. Mniej więcej po wysłuchaniu połowy krążka - czyli gdzieś po "Committed" - złapałem się na tym, że nie czekam w wielkim napięciu i z uwagą, co przyniosą kolejne kompozycje. W moim odczuciu, albumowi "Find Me Finding You" przede wszystkim brakuje świeżości, jakiegoś błysku, niespodzianek, które artyści związani z formacją Stereolab dawniej wyciągali jak z rękawa, i którymi zaskakiwali słuchaczy, chociażby na takich znakomitych albumach, jak "Emperor Tomato Ketchup", czy moim ulubionym "Dots and Loops". Mój problem polega na tym, że gdzieś to już wszystko słyszałem, w nieco lepszym wydaniu. Dość narzekania, cieszmy się tym, co jest. Cieszmy się, że nadal na rynku muzycznym są artyści, którzy przykładają szczególną wagę do brzmienia i aranżacji, którym wciąż chce się nagrywać kolejne płyty.  Zdecydowanie najlepsza kompozycja na albumie "Find Me Finding You", to otwierająca całość: "Undying Love For Humanity", która - co pokazuje reszta albumu - jest jednak i mimo wszystko jak niespełniona obietnica, że dalej będzie równie intrygująco i równie wspaniale.            (nota 6-7 /10)