Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katie Ernst. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katie Ernst. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 października 2022

EDITH JUDITH - "BONES AND STRUCTURE" (Ruination Record Co.) "Kubistyczny pop"

 

     Do płyty "Bones And Structure" zwabiło mnie nazwisko Dustina Laurenzi, amerykańskiego saksofonisty i kompozytora. Jego postać pojawiła się całkiem niedawno, kiedy recenzowałem na łamach bloga bardzo udany album "A Better Ghost". Reprezentujący scenę chicagowską muzyk przewinął się przez kilka składów, grał nie tylko u boku Jeremy Cunninghama i Paula Bryana, z którymi nagrał wyżej wymienioną płytę, ale również z Jeffem Parkerem,  Makayą McCravanem, Marqiusem Hillem, uczestniczył w trasie koncertowej Justina Vernona (Bon Iver). Autor znakomitego krążka "For Emma Forever Ago" był tak miły, że pozwolił mu skorzystać ze swojego studia April Base Studios, gdzie Dustin Laurenzi zarejestrował nagrania wydane pod szyldem tria Twin Talk. W jego skład oprócz saksofonisty wchodzą: perkusista Andrew Green oraz basistka i wokalistka Katie Ernst. Ta ostatnia prywatnie jest partnerką życiową Dustina, nic więc dziwnego, że to właśnie z nią stworzył duet Edith Judith (nawa pochodzi od ich psa).

Album "Bones And Structure" to kolejne dziecko, które rodziło się czasie pandemicznej izolacji. Kompozycje powstawały w zaciszu domowego ogniska, początkowo rejestrowane były na komputerze i przesyłane w postaci plików. Laurenzi warstwa po warstwie tworzył ramy poszczególnych fragmentów, a Katie Ernst wypełniała je tekstami oraz liniami melodycznymi. Ernst swoją przygodę muzyczną zaczynała od szkolnego chóru. Później ukończyła studia jazzowe w Eastman School Of Music w Rochester. Grając na basie dopełniała listy obecności wielu grup, jak chociażby zespołu Jasona Morana, gdzie także udzielała się wokalnie. Z klarnecistą Jamesem Falzone stworzyła duet, czego efektem była płyta "Wayfaring". Całkiem niedawno wydała także solowy album "Little Words", zainspirowana poezją Dorothy Parker. Obecnie jest dyrektorem zespołu jazzowego Wheaton College i wykłada na Byron Creek Music Academy. Celowo podkreślam to jazzowe zaplecze Katie Ernst, gdyż płyta duetu Edith Judtih - "Bones And Structure", raczej nie wpisuje się w szeroki obszar muzyki improwizowanej. Zdecydowanie bardziej stanowi próbę wyjścia z dobrze znanej jazzowej strefy komfortu i podążania w kierunku indie-popowych rejonów. Gatunek na tym wydawnictwie nie jest czymś z góry narzuconym, redefiniuje się na bieżąco przy okazji kolejnych odsłon. To, co od razu zwraca na siebie uwagę w piosenkach duetu Laurenzi/Ernst , to specyficzne miękkie brzmienie oraz coś, co dla potrzeb tego wpisu określiłbym jako "nieliniową melodyką".

 Ernst w swoich melodiach lubi zastosować drobne zwroty, wykorzystać momenty odbicia czy kontrapunkty. Próbuje zaskoczyć słuchacza nieoczywistością skojarzeń, nietypowymi rozwiązaniami czy połączeniami, co w indie-popowym środowisku nie zdarza się często. W takich utworach jak "Carry" czy "Hot Lava" przypomina dawne dokonania grupy Snowpoet. Znacznie mniej tutaj finezji, głębi przestrzeni, tej specyficznej dla poczynań Irlandczyków gładkości, którą mogliśmy odnaleźć na tak chwalonej przeze mnie płycie "Wait For Me". W muzyce Edith Judith napotkamy więcej myślenia o płaszczyźnie, geometrii utworu, tytułowej strukturze, co może budzić skojarzenia z estetyką kubizmu. Barwa głosu Katie Ernst przypomina nieco ton Lauren Kinselli, jednak Amerykanka bywa delikatniejsza, subtelniejsza i nie stosuje aż tylu środków ekspresji. Zważywszy na fakt, że ulubionym i podstawowym instrumentem Dustina Laurenzi jest saksofon, nieco może dziwić stopień jego wykorzystania na krążku duetu Edith Judith. Prędzej znajdziemy oszczędny, ale jednak, solowy popis gitary elektrycznej, jak chociażby w "Bridge", niż jakikolwiek dłuższy pokaz możliwości Laurenziego. Wygląda na to, że wyrozumiały mężczyzna starał się zbytnio nie przeszkadzać swojej partnerce w tym muzycznym dialogu. Dobrze, że zastosowano dodatkowe linie wokalne, pojawiły się chórki, a także drugi męski głos, w świetnie zaaranżowanym "Flesh & Bone". Warto też podkreślić pracę sekcji rytmicznej, szczególnie instrumentów perkusyjnych, o które zadbał zaproszony do współpracy Ben Lumsdaine. Płyta do odkrywania.

(nota 7/10)

 


Miniony tydzień zdominowały u mnie dwa utwory, do których wracałem najczęściej. Jeden z nich to oczywiście, w kontekście ostatnich wydarzeń, nowy utwór The Cure, o którym nieco później. Drugi natomiast to urocza, cudna, niezwykła piosenka Meg Baird, która promuje album "Furling". Ten ukaże się 27 stycznia 2023 roku nakładem znanej nam dobrze oficyny Drag City.



Wpadający w ucho fragment albumu "Love Factory" grupy Metronomy, tutaj z gościnnym udziałem Katy J Pearson.



Kolejna nasza dobra znajoma, recenzowana na łamach tego bloga, Siv Jakobsen przypomina o sobie singlem, promując w ten sposób najnowszy album "Gardening", który ukaże się 20 stycznia.



W "kąciku weterana" najwyższy czas na The Cure... Spokojnie... bez pośpiechu... bez nerwowych  ruchów, poczekamy... cierpliwie... zobaczymy, co przyniesie czas... może najbliższe dni, albo tygodnie, których do końca roku nie pozostało już tak wiele. W pierwszych planach płyta "Songs Of A Lost World" miała ukazać się we wrześniu, ale ten mamy już za sobą. Zespół jest w trasie koncertowej i pokazuje zaskakująco dobrą formę. Z pewnością Robert Smith i jego świta niczego i nikomu nie musi udowadniać. A fakt, że przy okazji występów właśnie w Polsce odsłania kolejne nowe piosenki, z pewnością należy odnotować, od kilku dni krzyczą o tym zachodnie portale. 

The Cure to przede wszystkim sfera pogłębionych emocji (również tych prywatnych, intymnych)... to podeszwa buta przyciśnięta do krtani, to krew, gorąca krew, wypełniająca żyły, to plamy na dywanie i tęsknota za "zdradzieckim pocałunkiem", dłoń kogoś bliskiego mocno zaciśnięta, "pocztówka udanej niedzieli", i ciarki na plecach, ... I jeśli te emocje są żywo obecne w warstwie muzycznej, w warstwie tekstowej, The Cure nie ma sobie równych w tej estetyce. Od kilku dni nie mogę się uwolnić od tej niezwykłej kompozycji, a kiedy w 6 minucie i 23 sekundzie Robert Smith zaczyna śpiewać, czuję to, co poczułem po raz pierwszy... tyle lat temu... Zresztą posłuchajcie sami. Emocje ponoć potrafią się udzielić...



Pozostaniemy w kręgu zimnej fali, 4 listopada szwedzka grupa The Secret French Postcards opublikuje płytę "Life Got Claws". Oto dobre narzędzie promujące to wydawnictwo.



Znany ze składów The Smile czy Sons Of Kemet, Tom Skinner również 4 listopada wyda swoją najnowszą płytę "Voices Of Bishara".



Bardzo rzadko możemy posłuchać artystów z Gwatemali, a właśnie stamtąd pochodzi wiolonczelistka Mabe Fratti, która swój  niedawno wydany album "Se Ve Desde Aqui" nagrywała w studiach Meksyku oraz Rotterdamu.



Dawno nie słyszałem J. Petera Schwalma, a wy?  Jest do tego okazji, bowiem całkiem niedawno wystąpił on u boku szwajcarskiego gitarzysty Stehpana Thelena. Panowie wspólnie opublikowali album "Transneptunian Planets". Oprócz nich w studiu pojawili się: nasz dobry znajomy, gitarzysta Eivind Aarset, Tim Harries zagrał na basie, oraz Manuel Pasquinelli, który zasiadł za zestawem perkusyjnym.






niedziela, 31 lipca 2022

CUNNINGHAM/LAURENZI/BRYAN - "A BETTER GHOST" (Northern Spy Records) "Pod gołym niebem, czyli... pozdrowienia z wakacji"

 

    "Kalifornia jest jak kojący dźwięk fal rozbijających się o brzeg. Nowy Jork to klaksony samochodów, emocje, hałas. "Nowy Jork dzieje się w czterech ścianach. Kalifornia zaś pod gołym niebem, i muzyka, która stamtąd pochodzi oddaje tę otwartą przestrzeń autostrady" - tłumaczy Davis w autobiografii" - napisał w znakomitej książce "Święta tradycja, własny głos" - Piotr Jagielski.

Wakacje wakacjami, a słuchać trzeba i nawet warto. Dlatego pozwoliłem sobie przerwać na moment wypoczynek i nieśmiało przypomnieć o sobie, żebyście Wy, drodzy Stali Czytelnicy oraz napływowi goście, o mnie zbytnio nie zapomnieli. Choć, sądząc po ilości odwiedzin, zaglądacie tu regularnie, za co Wam bardzo dziękuję, i do czego niezmiennie zachęcam. To bardzo miłe uczucie wiedzieć, że ktoś jest po drugiej stronie, że słucha, zaintrygowany... czasem oczarowany, niekiedy znudzony, a być może nawet i czyta, od początku do końca. Pozdrawiam wszystkich.

Niejako w ramach podziękowań zaproponuję Wam świetny album "A Better Ghost", autorstwa tria Jeremy Cunningham, Dustin Laurenzi, Paul Bryan. Pierwszy z wymienionych to perkusista i kompozytor z miasta Cincinatti (wkrótce odbędzie się tam turniej tenisowy, nie przegapcie!), który w 2009 roku przeniósł się do Chicago, gdzie działa aktywnie na scenie jazzowej, przewijając się przez składy kilku grup. Pojawił się chociażby na płytach Marquisa Hilla - "New Gospel", "Sound Of The City", czy Meridian Trio - "Triangulum", dwa lata temu opublikował solowe dobrze przyjęte wydawnictwo "The Weather Up There", dedykowane tragicznie zmarłemu bratu. Jego kompan Dustin Laurenzi, z którym od dłuższego czasu regularnie współpracuje, to znany saksofonista reprezentujący scenę chicagowską. Ukończył studia jazzowe na Uniwersytecie w Indianie, grał u boku Japanese Breakfast, Mata Ulery'a, Bon Ivera czy naszych dobrych znajomych This Is The Kit. Ci dwaj artyści z Chicago zaprosili do współpracy Paula Bryana ze... słonecznej Kalifornii (Los Angeles), znanego producenta, basistę, który za album Aimee Man - "Mental Illnesss" otrzymał nagrodę Grammy w 2017 roku.



Album "A Better Ghost" to gatunkowa hybryda, gustowna mieszanka szeroko pojętego jazzu i muzyki elektronicznej. W wielu z tych kompozycji, które w liczbie dziewięciu wypełniły spis treści tego wydawnictwa, jest jakaś charakterystyczna, dobrze wyczuwalna głębia, kojarząca się z terytorium zarezerwowanym dla kameralnej muzyki improwizowanej. Sporo tutaj przestrzeni oraz czasu na spokojne wybrzmiewanie poszczególnych dźwięków. Niespiesznie rzucone tony basu, niekiedy leniwe, innym razem zagrane jakby niedbale, idą tutaj w parze z równie swobodną grą perkusji. Jeremy Cunningham dobitnie pokazuje, czym jest zestaw perkusyjny w rękach wrażliwego i sprawnego muzyka (szczególnie w "New Dust"). W ten sposób rozpoczyna się ten album - od pierwszych taktów "Everything", dialogu basu i perkusji, których w dalszej części tego wydawnictwa znajdziemy wiele. Saksofon w rękach Dustina Laurenziego czasem wybija się na niepodległość, rzuca się w wir swobodnej improwizacji, ale nigdy nie błyszczy samotnie, nie zapomina o współtowarzyszach podróży. Drobne elektroniczne pętle stanowią wymarzone tło dla takiego grania, i przywołują skojarzenia z niektórymi nagraniami Go Go Penguin, Josepha Shabasona, czy Daga Rosenqvista, co można usłyszeć chociażby w singlowym "A Better Ghost" (teledysk został zainspirowany filmem Marcela Duchampa "Anemic Cinema"). Popowa melodyka głównego motywu tej kompozycji ma w sobie jakiś dyskretny powiew piosenek z lat 60-tych. Najwięcej swobody, barw i polotu niesie wraz z sobą solowa gra Dustina Laurenzi w "Comfort Station". Z kolei mój ulubiony "With What We Have" urzeka nostalgicznym wymiarem i głębią zanurzenia. Pewnie nie tylko ja, słuchając tego wybornego fragmentu, czekałem, aż odezwie się głos Davida Sylviana, gdyż to ambientowe rozmyte tło zabrzmiało tak, jakby było przez niego skrojone. Dźwięki trąbki Willa Millera dodały tylko wymarzoną, jak dla mnie, kropkę nad "i". Szkoda tylko, że trąbka nie odzywa się znacznie częściej oraz w innych  fragmentach. Wśród gości zaproszonych na sesje nagraniowe znajdziemy Josha Jonsona (saksofon altowy), Jay'a Bellerose'a (perkusja) oraz Katie Ernst - to jej ciepły głos, przybliżający kolejne wersy tekstu, napisanego przez Cunninghama po śmierci ojca, usłyszymy w kończącym całość "The Way We Remember". 

I tak oto, w wyniku połączenia sił, wrażliwości oraz pomysłów artystów pochodzących z Zachodniego oraz Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych powstała spójna, intrygująca i różnorodna brzmieniowo płyta, bo to właśnie wokół tego ostatniego elementu skupiło się myślenie muzyków. Udany album "A Better Ghost", to zdecydowanie bardziej gołe niebo, otwarta przestrzeń autostrady, łagodny odgłos dźwięku kalifornijskich fal, niż wspomniany na wstępie jazgot zatłoczonych ulic Nowego Jorku czy Chicago. Gorąco polecam!

Ps. Na koniec i dobry początek przygody z tym krążkiem, posłuchajcie tego cudeńka!!

(nota 8/10)



Na deser wspominany wcześniej Dag Rosenqvist, w jakże urokliwej kompozycji "Come Silence". Do usłyszenia, do odczytania wkrótce.