Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eivind Aarest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eivind Aarest. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 października 2023

EXEK - "THE MAP AND THE TERRITORY" (Foregin Records) "Mniej ambitny album"

 

     "W literaturze czy muzyce właściwie nie sposób zmienić nurtu, możesz mieć pewność, że cię zlinczują. Z drugie strony, jeśli w kółko robisz to samo, oskarżą cię, że się powtarzasz, i chylisz ku upadkowi, ale jeśli się zmienisz, to ci powiedzą, że jesteś niespójny i rozproszony" - napisał przed laty Michael Houellebecq na kartach powieści "Mapa i terytorium". Wydaje się całkiem prawdopodobne, że wokalista i lider australijskiej  grupy EXEK - Albert Wolski - mógł zapoznać się z tym klasycznym obecnie dziełem francuskiego pisarza, zaś to spodobało się mu na tyle, że wykorzystał jego tytuł jako nagłówek najnowszej, szóstej w dorobku, płyty. Warto jednak pamiętać, że jest jeszcze jedna istotna książka o tym tytule - "Mapa i terytorium" - album z fotografiami autorstwa Luigi Ghirri, przedstawiający wycinek prac tego artysty; jak wiadomo Albert Wolski od wielu lat interesuje się także sztukami wizualnymi. 

Tak czy inaczej, to nasze kolejne spotkanie z twórczością australijskiej grupy i artysty o polskich korzeniach. Napisałem o tej formacji jakiś czas temu, biorąc na warsztat wcześniejszą udaną płytę "Good Thing They Ripped Up The Carpet"". Trudno powiedzieć, czy Albert Wolski wziął sobie szczególnie do serca przywołaną przeze mnie wcześniej sentencję Houellebecqa dotycząca zmian. Twórca muzyki zawartej na wydanym wczoraj albumie zatytułowanym "The Map And The Territory", określił ją jako: "mniej ambitny album". Nie wiem, czym dokładnie kierował się, wyrażając taką opinię, być może był to rodzaj kurtuazji albo forma specyficznej reklamy. Nie ulega wątpliwości, że ambicji nowym kompozycjom z pewnością nie brakuje. Chociaż wykorzystują one dobrze sprawdzoną przez australijską załogę stylistykę, którą, idąc tropem pewnego dziennikarza, można by określić mianem: "post-punk/dub-krautrock". Jeśli zaś chodzi o drobne zmiany - bo takie również pojawiają się na tym wydawnictwie - warto odnotować użycie trąbki, do tej pory rzadko wykorzystanej w aranżacjach.

Odpowiedzialna za jej brzmienie Valya Yl Hooi lubi dubowe przestrzenie. Jeden z recenzentów napisał o jej debiutanckiej płycie "Untitled" (2019), że to: "dubowy dream-pop". Valya Yl Hooi nie jest żadnym wirtuozem trąbki, i nigdy nim nie zostanie, ale generowane przez nią tony, często zamienione później w sample i doklejone na etapie produkcji, mocno wzbogaciły ostatnie wydawnictwo grupy EXEK. Charakterystyczne krótkie dźwięki tego instrumentu usłyszymy w udanym "Seamstress Requires Regular Break", czy znajomo brzmiącym "Warszawa centralna", gdzie nawiązując nieco do technik swobodnej improwizacji, Albert Wolski sklecił w gustowną mozaikę kilka barwnych puzzli.

Najbardziej przypadł mi do gustu "The Lifeboats", nieco odbiegający od charakterystycznej dla poczynań zespołu estetyki. Wbrew zaprezentowanej wcześniej sugestii Michele'a Houellebecqa bardzo pochwale za to australijski zespół. Nie jest to oczywiście żadna rewolucja, ale pokaz możliwości tkwiących w tym składzie personalnym. Oparty na krautrockowym rytmie, z melodyką przypominającą przedstawicieli niezależnej sceny początku lat osiemdziesiątych, i zaskakującą, jak na skłonności twórcy, wygładzoną wokalizą. Mało w tej odsłonie ulubionego i wielokrotnie wykorzystanego przez Alberta Wolskiego efektu "space-echo", za to sporo doklejonych gitarowych wstawek. Bardzo przyjemnie wraca się do tego fragmentu.

W starym sprawdzonym stylu rozwija się singlowy "Welcome To My Alibi", czy "It's Just A Flesh Wound Darling", w którym bez trudu można odnaleźć wpływy post-punku lub wspomnienie dawnych płyt The Fall. Wyeksponowany początkowy motyw perkusji w "On The Grand Floor", przypomniał mi utwór The Cure - "All Cats Are Grey", z okresu płyty "Faith", tyle że w dalszej jego części Wolski oraz  koledzy z grupy nie rozwijają ponurego nastroju, zdecydowanie bliżej im w tym fragmencie do psychodelicznej przestrzeni, wykreowanej również dzięki wykorzystaniu rozmaitych sampli oraz elektronicznych dodatków. Szkoda, że czas spędzony w towarzystwie płyty "The Map And The Territory" mija tak szybko, ale z drugiej strony to dobry powód, żeby po raz kolejny do niej wrócić.

(nota 7.5/10)

 


Na dobry początek dodatków mój ulubiony fragment z bardzo chwalonej przez krytyków płyty "Javelin" - Sufjana Stevensa, która ukazała się wczoraj.



Kolejny singiel z płyty "Selvutsletter", która ukaże się 20 października, duet Lost Girls, czyli Jenny Hval i Havard Vilden.



Przeniesiemy się na Brooklyn, gdzie mieszka Will Butler, w tym utworze z pomocą przyszła mu formacja Sister Squars.



Atom Made Earth to trio dowodzone przez Daniela Polveriniego, płyta "Songs For A Dreamer", ukaże się 20 października.



Szybka wizyta w ojczyźnie Javiera Mariasa , skąd pochodzi grupa Melenas, która kilka dni temu opublikowała album "Ahora".



Kanada i prezentowana już kiedyś we fragmencie grupa Population II, która wczoraj opublikowała album "Electrons Libres Du Quebec".



Cincinnati to nie tylko miejsce rozgrywania prestiżowego turnieju tenisowego, ale także siedziba grupy Equipment Pointed Ankh, która 29 września opublikowała album zatytułowany "Downtown!".



Ancient Infinity Orchestra to czternastoosobowy skład muzyków z Leeds, którzy dzięki uprzejmości oficyny Gondwana Records wkrótce opublikują album "River Of Light".



Nasi dobrzy znajomi gitarzysta Eivind Aarset oraz Jan Bang we fragmencie z wydanej niedawno płyty zatytułowanej "Last Two Inches Of Sky".



Skoro Skandynawia to warto wspomnieć o najnowszym albumie Nilsa Pettera Molvaera - "Certainty Of Tides".




sobota, 22 października 2022

EDITH JUDITH - "BONES AND STRUCTURE" (Ruination Record Co.) "Kubistyczny pop"

 

     Do płyty "Bones And Structure" zwabiło mnie nazwisko Dustina Laurenzi, amerykańskiego saksofonisty i kompozytora. Jego postać pojawiła się całkiem niedawno, kiedy recenzowałem na łamach bloga bardzo udany album "A Better Ghost". Reprezentujący scenę chicagowską muzyk przewinął się przez kilka składów, grał nie tylko u boku Jeremy Cunninghama i Paula Bryana, z którymi nagrał wyżej wymienioną płytę, ale również z Jeffem Parkerem,  Makayą McCravanem, Marqiusem Hillem, uczestniczył w trasie koncertowej Justina Vernona (Bon Iver). Autor znakomitego krążka "For Emma Forever Ago" był tak miły, że pozwolił mu skorzystać ze swojego studia April Base Studios, gdzie Dustin Laurenzi zarejestrował nagrania wydane pod szyldem tria Twin Talk. W jego skład oprócz saksofonisty wchodzą: perkusista Andrew Green oraz basistka i wokalistka Katie Ernst. Ta ostatnia prywatnie jest partnerką życiową Dustina, nic więc dziwnego, że to właśnie z nią stworzył duet Edith Judith (nawa pochodzi od ich psa).

Album "Bones And Structure" to kolejne dziecko, które rodziło się czasie pandemicznej izolacji. Kompozycje powstawały w zaciszu domowego ogniska, początkowo rejestrowane były na komputerze i przesyłane w postaci plików. Laurenzi warstwa po warstwie tworzył ramy poszczególnych fragmentów, a Katie Ernst wypełniała je tekstami oraz liniami melodycznymi. Ernst swoją przygodę muzyczną zaczynała od szkolnego chóru. Później ukończyła studia jazzowe w Eastman School Of Music w Rochester. Grając na basie dopełniała listy obecności wielu grup, jak chociażby zespołu Jasona Morana, gdzie także udzielała się wokalnie. Z klarnecistą Jamesem Falzone stworzyła duet, czego efektem była płyta "Wayfaring". Całkiem niedawno wydała także solowy album "Little Words", zainspirowana poezją Dorothy Parker. Obecnie jest dyrektorem zespołu jazzowego Wheaton College i wykłada na Byron Creek Music Academy. Celowo podkreślam to jazzowe zaplecze Katie Ernst, gdyż płyta duetu Edith Judtih - "Bones And Structure", raczej nie wpisuje się w szeroki obszar muzyki improwizowanej. Zdecydowanie bardziej stanowi próbę wyjścia z dobrze znanej jazzowej strefy komfortu i podążania w kierunku indie-popowych rejonów. Gatunek na tym wydawnictwie nie jest czymś z góry narzuconym, redefiniuje się na bieżąco przy okazji kolejnych odsłon. To, co od razu zwraca na siebie uwagę w piosenkach duetu Laurenzi/Ernst , to specyficzne miękkie brzmienie oraz coś, co dla potrzeb tego wpisu określiłbym jako "nieliniową melodyką".

 Ernst w swoich melodiach lubi zastosować drobne zwroty, wykorzystać momenty odbicia czy kontrapunkty. Próbuje zaskoczyć słuchacza nieoczywistością skojarzeń, nietypowymi rozwiązaniami czy połączeniami, co w indie-popowym środowisku nie zdarza się często. W takich utworach jak "Carry" czy "Hot Lava" przypomina dawne dokonania grupy Snowpoet. Znacznie mniej tutaj finezji, głębi przestrzeni, tej specyficznej dla poczynań Irlandczyków gładkości, którą mogliśmy odnaleźć na tak chwalonej przeze mnie płycie "Wait For Me". W muzyce Edith Judith napotkamy więcej myślenia o płaszczyźnie, geometrii utworu, tytułowej strukturze, co może budzić skojarzenia z estetyką kubizmu. Barwa głosu Katie Ernst przypomina nieco ton Lauren Kinselli, jednak Amerykanka bywa delikatniejsza, subtelniejsza i nie stosuje aż tylu środków ekspresji. Zważywszy na fakt, że ulubionym i podstawowym instrumentem Dustina Laurenzi jest saksofon, nieco może dziwić stopień jego wykorzystania na krążku duetu Edith Judith. Prędzej znajdziemy oszczędny, ale jednak, solowy popis gitary elektrycznej, jak chociażby w "Bridge", niż jakikolwiek dłuższy pokaz możliwości Laurenziego. Wygląda na to, że wyrozumiały mężczyzna starał się zbytnio nie przeszkadzać swojej partnerce w tym muzycznym dialogu. Dobrze, że zastosowano dodatkowe linie wokalne, pojawiły się chórki, a także drugi męski głos, w świetnie zaaranżowanym "Flesh & Bone". Warto też podkreślić pracę sekcji rytmicznej, szczególnie instrumentów perkusyjnych, o które zadbał zaproszony do współpracy Ben Lumsdaine. Płyta do odkrywania.

(nota 7/10)

 


Miniony tydzień zdominowały u mnie dwa utwory, do których wracałem najczęściej. Jeden z nich to oczywiście, w kontekście ostatnich wydarzeń, nowy utwór The Cure, o którym nieco później. Drugi natomiast to urocza, cudna, niezwykła piosenka Meg Baird, która promuje album "Furling". Ten ukaże się 27 stycznia 2023 roku nakładem znanej nam dobrze oficyny Drag City.



Wpadający w ucho fragment albumu "Love Factory" grupy Metronomy, tutaj z gościnnym udziałem Katy J Pearson.



Kolejna nasza dobra znajoma, recenzowana na łamach tego bloga, Siv Jakobsen przypomina o sobie singlem, promując w ten sposób najnowszy album "Gardening", który ukaże się 20 stycznia.



W "kąciku weterana" najwyższy czas na The Cure... Spokojnie... bez pośpiechu... bez nerwowych  ruchów, poczekamy... cierpliwie... zobaczymy, co przyniesie czas... może najbliższe dni, albo tygodnie, których do końca roku nie pozostało już tak wiele. W pierwszych planach płyta "Songs Of A Lost World" miała ukazać się we wrześniu, ale ten mamy już za sobą. Zespół jest w trasie koncertowej i pokazuje zaskakująco dobrą formę. Z pewnością Robert Smith i jego świta niczego i nikomu nie musi udowadniać. A fakt, że przy okazji występów właśnie w Polsce odsłania kolejne nowe piosenki, z pewnością należy odnotować, od kilku dni krzyczą o tym zachodnie portale. 

The Cure to przede wszystkim sfera pogłębionych emocji (również tych prywatnych, intymnych)... to podeszwa buta przyciśnięta do krtani, to krew, gorąca krew, wypełniająca żyły, to plamy na dywanie i tęsknota za "zdradzieckim pocałunkiem", dłoń kogoś bliskiego mocno zaciśnięta, "pocztówka udanej niedzieli", i ciarki na plecach, ... I jeśli te emocje są żywo obecne w warstwie muzycznej, w warstwie tekstowej, The Cure nie ma sobie równych w tej estetyce. Od kilku dni nie mogę się uwolnić od tej niezwykłej kompozycji, a kiedy w 6 minucie i 23 sekundzie Robert Smith zaczyna śpiewać, czuję to, co poczułem po raz pierwszy... tyle lat temu... Zresztą posłuchajcie sami. Emocje ponoć potrafią się udzielić...



Pozostaniemy w kręgu zimnej fali, 4 listopada szwedzka grupa The Secret French Postcards opublikuje płytę "Life Got Claws". Oto dobre narzędzie promujące to wydawnictwo.



Znany ze składów The Smile czy Sons Of Kemet, Tom Skinner również 4 listopada wyda swoją najnowszą płytę "Voices Of Bishara".



Bardzo rzadko możemy posłuchać artystów z Gwatemali, a właśnie stamtąd pochodzi wiolonczelistka Mabe Fratti, która swój  niedawno wydany album "Se Ve Desde Aqui" nagrywała w studiach Meksyku oraz Rotterdamu.



Dawno nie słyszałem J. Petera Schwalma, a wy?  Jest do tego okazji, bowiem całkiem niedawno wystąpił on u boku szwajcarskiego gitarzysty Stehpana Thelena. Panowie wspólnie opublikowali album "Transneptunian Planets". Oprócz nich w studiu pojawili się: nasz dobry znajomy, gitarzysta Eivind Aarset, Tim Harries zagrał na basie, oraz Manuel Pasquinelli, który zasiadł za zestawem perkusyjnym.






sobota, 16 października 2021

CONSTANT FOLLOWER - "NEITHER IS, NOR EVER WAS" (Shimmy-DISC, Joyful Noise Recordings) "Opowieści rekonwalescenta"

 

    Myślę, że wciąż warto podkreślać, że wszelka twórczość artystyczna nie powstaje w sterylnych warunkach izolacji, czy też w oderwaniu od biografii twórcy, jak i życia w ogóle. Nie trzeba znać prac czołowych niegdyś hermeneutów (Gadamera, Ricoeura, Heideggera), żeby wiedzieć, że przebieg egzystencji artysty - wpisane w nią meandry, dramaty, nadzieje, troski i traumatyczne przeżycia - wcześniej lub później znajdzie swoje odzwierciedlenie w jego dziele. Stali czytelnicy z pewnością zdążyli zauważyć, że zwykle poświęcam kilka słów twórcy - kim jest, skąd pochodzi, jakie okoliczności towarzyszyły powstawaniu jego ostatniej propozycji wydawniczej. I tym razem nie może być inaczej, gdyż mamy przypadek wyjątkowy.

Bez cienia przesady można powiedzieć, że Stephen McAll przed laty znalazł się w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiednim czasie. Jako nastolatek trafił w samo centrum brutalnych walk gangów, które rozgorzały na ulicach Galsgow. W efekcie przewieziono go do szpitala z poważnym urazem głowy, był częściowo sparaliżowany i stracił pamięć. Ciężko sobie wyobrazić, że nagle budzisz się, i nie jesteś w stanie przypomnieć sobie niczego z bliskiej lub odległej przeszłości. Z pewnością w takim momencie cały twój dotychczasowy świat rozsypuje się niczym domek z kart. Przewartościowaniu muszą ulec rzeczy istotne oraz kluczowe punkty na mapie twoich wierzeń czy przekonań. Chcąc nie chcąc, musisz nauczyć się żyć na nowo. I również o tym traktuje debiutancki album Constant Follower - "Neither Is, Nor Ever Was".



Stephen McAll ostatnie lata spędził w samotności, w niewielkim domu na zachodnim wybrzeżu Szkocji. To właśnie tam, i w takich okolicznościach, powstała większość kompozycji, które wypełniły jego debiutanckie wydawnictwo. Po dramatycznym wypadku musiał raz jeszcze zdefiniować samego siebie. Nie trudno się domyśleć, że proces powrotu do zdrowia, a także budowania i odnajdywania własnej tożsamości, musiał być rozciągnięty w czasie. Jego kolejne wydłużające się dla dzisiejszego bohatera etapy naznaczone były momentami zwątpienia. Przeszłość przypominała czarną dziurę, a nieodległą przyszłość zasłaniała gęsta mgła niepewności. Kiedy słucha się rozmów lub czyta się wywiady z osobami, które na trasie swojej egzystencjalnej wędrówki doświadczyły "momentu granicznego", rzuca się w oczy fakt, jak bardzo doceniają potem proste wartości. Do głosu dochodzą wtedy podstawowe ludzkie potrzeby, takie jak: miłość, bliskość czy obecność drugiego człowieka, odnowienie kontaktu ze światem natury itd. 

"Przez cały czas nosiłem te piosenki gdzieś w sobie, ale nie potrafiłem znaleźć sposobu, żeby wydobyć je na jaw" - oświadczył Stephen McAll. W tym kontekście nie może więc zbytnio dziwić, że owe w końcu wydobyte na jaw intymne pieśni szkocki bard nazywa "pomnikami pamięci". Napisane zostały jako wyraz pewnego rozrachunku z przeszłością oraz z myślą o dniach, które dopiero nadejdą. Nie byłoby tych intymnych delikatnych piosenek, gdyby nie gitara akustyczna oraz obecność grupki przyjaciół. Wśród nich trzeba wspomnieć gitarzystę Andrew Pankhursta, to jego barwne dźwiękowe smugi stworzyły i wypełniły malownicze tło tych niespiesznie rozwijanych opowieści. Jako drugi równoległy głos przewija się wokal Amy Campbell, która zagrała również na syntezatorze. W chórkach natomiast swój dyskretny ślad pozostawiła sympatia bohatera dzisiejszego wpisu Kathleen Slosch.

Album "Neither Is, Nor Ever Was" otwiera indie-folkowa kompozycja "I Can't Wake You", która roztacza wokół spokojny i melancholijny nastrój. Dalej będzie podobnie - przed słuchaczem rozwinie się subtelna, niczym nitki babiego lata, wstęga połączonych ze sobą kruchych piosenek. Powstały one w oparciu o takty odmierzane przez gitarę akustyczną i oddechy syntezatora. Czasem, jak w "Altona", który pojawił się już w sieci w ubiegłym roku, w nieco zmienionej wersji, dadzą o sobie znać chóralne głosy, dodające dodatkowej głębi. Innym razem - "Spirits In The Roof Tree" - gitarowe smugi wyczarowane palcami Andrew Pankhursta stworzą klimat przypominający dokonania The White Birch. W kończącym całość "Weicha" obniżona wokaliza Stephena McAlla mocno przypomina sposób śpiewania Thomasa Feinera, z okresu wspaniałej płyty "Opiates",wyprodukowanej przez Davida Sylviana. Ta wspomniana przeze mnie kruchość czy delikatność jest znakiem rozpoznawczym kolejnych odsłon albumu. Potraktowana stereotypowo może wydać się niezbyt męska, i stanąć w kontrze do "kultury macho" -  o czym wspomina Stephen McAll - której odpryski wciąż są bardzo popularne w Szkocji. Intymny charakter tego wydawnictwa sprawia, że można dostrzec w nim podobieństwa do płyty Fair Mothers - "In Monochrome", omawianej na łamach tego bloga w ubiegłym roku. Słuchając kolejnych odsłon "Neither Is,  Nor Ever Was" można dojść do wniosku, że obcuje się z jedną kompozycją, podzieloną na kilka spójnych części. Warto w tym miejscu podkreślić rolę producenta i szefa wytwórni Shimmy-Disc - Marka Kramera - znanego ze współpracy z grupą Low czy Galaxie 500, który w przypadku tych dziesięciu nagrań zdawał się hołdować zasadzie, im mniej ingerencji technicznej, tym lepiej. Ta oszczędna formuła ma swój urok i całkiem dobrze się broni szczególnie, jeśli pomoże jej jesienna ponura aura. Utwór "What's Left To Say" powstał jako wynik inspiracji autora rozmowami z babcią. Nestorka rodu przypomniała wnukowi nie tak odległy okres jego dzieciństwa, przywoływała postacie krewnych oraz zmarłych. Czasem jednak ona i on siedzieli obok siebie w milczeniu. Po prostu cieszyli się własną obecnością, patrząc jak mija kolejny dzień. "Tak dobrze jest po prostu siedzieć i być. Bycie jest wszystkim, czego potrzebujesz" - śpiewa Stephen McAll.

(nota 7.5-8) 

 


Wspomniałem powyżej o zespole The White Birch, który od dłuższego czasu milczy jak zaklęty. Przyznam, że w tym roku nie wracałem do ich nagrań. Nadarzyła się więc okazja, żeby odkurzyć nieco chociaż jedną piosenkę.



Znakomity fragment płyty Vanishing Twin - "Ookii Gekkou", o której nieco szerzej być może w kolejnej odsłonie bloga.



Niedawno, w prywatnej rozmowie zbyt pochopnie - jak później się okazało - stwierdziłem, że takie rockowo-gitarowe granie już raczej nie dla mnie. Zbyt dużo nasłuchałem się takich płyt i pewnie dlatego podobne wydawnictwa nie są w stanie niczym mnie zaskoczyć. Minęło kilka dni, a tu proszę, jaka niespodzianka. Bo płyta Andersa Parkera - "Wolf Reckoning" wypełniona jest właśnie takim gitarowo-rockowym graniem, a mimo tego słucha się tych nagrań, właściwie klasycznych  piosenek, z podziałem na refren i zwrotkę oraz instrumentalny wypełniacz, z dużą przyjemnością. Zresztą, sprawdźcie sami.



Na ochłodę odrobina zimnej fali, grupa Haunt Me, pochodząca z Austin, z niedawno wydanej płyty "This Sadness Never Ends".




Karen Peris kilka dni temu przypomniała o sobie solowym albumem "A Song Is Way Above The Lawn".




Najwyraźniej William Doyle otrząsnął się już po awarii dysku, i na koniec listopada zapowiada nową epkę "Alternate Lands". 




W kąciku improwizowanym wystąpi Eivind Aarset 4-tet, z Arve Henriksenem i Janem Bangiem w składzie, nagranie pochodzi z najnowszej płyty "Phantasmagoria, Or A Different Kind Of Journey".





piątek, 24 maja 2019

BANG,HONORE, AARSET, ROHRER - "DARK STAR SAFARI" (Arjunamusic) "TAM, GDZIE ZATRZYMAŁ SIĘ DAVID SYLVIAN"

   Ilekroć słucham podobnego typu płyt - a, co chyba zrozumiałe, takie właśnie produkcje pojawiają się w moim odtwarzaczu coraz rzadziej - tylekroć ogarnia mnie zdziwienie. Wraz z nim pojawia się zwykle podziw oraz retoryczne pytanie, które można by zamknąć we frazie: "że też jeszcze komuś chce się nagrywać takie rzeczy". Nigdy nie monitorowałem pod tym kątem rynku muzycznego, nie sprawdzałem list sprzedaży, bo i po co, skoro oczywistym wydawał się fakt, że tego typu wydawnictwa trafiają głównie do rąk poszukiwaczy i kolekcjonerów, którzy wyglądają ich pojawienia się z nieskrywanym utęsknieniem, a potem, trzymając w drżących dłoniach srebrny krążek, cieszą się niczym dzieci. O takich albumach zwykle nie piszą portale muzyczne, jeśli już, to grubo po czasie, a prasa branżowa umieszcza, przy mocno sprzyjających wiatrach, łatwą do przegapienia krótką notkę, na jednej z ostatnich stron, gdzieś pomiędzy reklamą gitary, a zapowiedzią koncertu Uriah Heep w dolinie Charlotty.

A przecież są to rzeczy wyjątkowe, stworzone z rozwagą i namysłem, ze starannością i precyzją godną zegarmistrza czy jubilera, który w swojej pracy pochyla się nad każdym najdrobniejszym detalem. Bo każdy najmniejszy nawet szczegół ma tutaj znaczenie, o jego wykorzystaniu zadecydowały długie rozmowy, częstokroć intelektualne dysputy, których echa wyłapały wytłumione ściany studia nagraniowego. Chociażby takiego jak to w Berlinie, przy Columbiadamm 10 - "Candybomber Studio" - gdzie sesje odbywają się pod czujnym okiem Ingo Kraussa (próbuje łączyć zdobycze nowoczesnych  technologii z analogowym duchem).

Jak wieść gminna niesie, to Samuel Rohrer (perkusista jazzowy, współpracował z Erikiem Truffazem, Arildem Andersenem, Markusem Stockhausenem, założyciel platformy Arjunamusic) wyszedł z inicjatywą i zaprosił do Berlina Jana Banga (norweski muzyk, producent, współpracownik Molvaera i Arve Henriksena), oraz Eivinda Aarseta (norweski gitarzysta, przewinął się przez wiele składów jazzowych, wydający swoje płyty w ECM i Jazzland). Owocem tego spotkania było kilka nagrań, które powstały w wyniku swobodnej improwizacji. Tak zarejestrowany materiał poddano starannej analizie i pogłębiono podczas kolejnych faz produkcji. Pewnie to również Samuel Rohrer przy wydatnym wsparciu Eivinda Aarseta zdołał namówić Jana Banga, żeby ten udzielił się wokalnie. Jan Bang z kolei przesłał zarejestrowany materiał przyjacielowi - Erikowi Honore - który nie dość, że wymyślił nazwę całego projektu (nawiązując do książki Paula Theroux - "Dark Star Safari") i napisał kilka tekstów, to jeszcze skomponował dwie dodatkowe piosenki. Erik Honore to pisarz i muzyk, z wykształcenia inżynier dźwięku, współtwórca festiwalu "Punkt", który współpracował z Davidem Sylvianem, Nilsem Petterem Molvaerem, Arve Henriksenem.

Wymieniłem powyżej wszystkie te nazwiska nie bez powodu, ponieważ album "Dark Star Safari" eksploruje rejony stylistyczne po których  poruszają się lub poruszali wspomniani przeze mnie artyści. Melancholia, nostalgia, nastrój skupienia i wyciszenia, skandynawski chłód i głębia, krainy spowite cieniem lub mrokiem, połączenie szeroko pojętej elektroniki z elementami jazzu, spacer po terytorium, które tak udanie i przez tyle lat odkrywał David Sylvian. Już od samego początku płyty - "Labyrinthine" - słuchacz łapie się na tym, że czeka, kiedy w końcu pojawi się ten tak dobrze znany i wytęskniony głos  Davida Sylviana. Nie wiem, czy autor jednej z najpiękniejszej kompozycji mojego życia - "BEFORE THE BULLFIGHT" - otrzymał zaproszenie do udziału w projekcie sympatycznej czwórki. Być może w istocie tak było, a Sylvian zgodnie z nowym, utrwalonym seriami powtórzeń, zwyczajem grzecznie odmówił. Wiem za to, że muzyka ukryta pod 10-cioma indeksami wydawnictwa "Dark Star Safari" swobodnie mogłaby wyjść spod pióra angielskiego artysty, kiedy ten tworzył urokliwe tematy zamknięte na albumie "Blemish", lub kiedy odliczał uwielbiane przeze mnie takty: "We Will Lie Back On A Pillow Of The Whitest Snow", w niezwykłym "THE LIBRARIAN", lub gdy u boku nieodżałowanego Micka Karna, Jansena i Barbieriego śpiewał "Black Water", przy okazji Rain Tree Crow.
Co ciekawe Erik Honore, Jan Bang (i Arve Henriksen) spotkali się całkiem niedawno z Davidem Sylvianem, a owocem tej współpracy był krążek "Uncommon Dieties". Jednak Sylvian na tym wydawnictwie ograniczył się jedynie do melorecytacji. Naturalnie Jan Bang nie ma tak charakterystycznego głosu jak angielski bard, ale fakt, że mimo wszystko zdecydował się ozdobić kolejne kompozycje swoim wokalem, zaliczam do dużych plusów. Na albumie "Dark Star Safari" nie brak dźwiękowych eksperymentów, awangardowych rozwiązań spod szyldu "Jan Bang", są szumy, trzaski, przetworzone sample ("remix na żywo") i repetycje, jak w "Family Gossip", jest granie ciszą, kameralna atmosfera oraz gitarowe pasaże. Dominuje mrok, pogłębiona strefa cienia, uwagę zwracają sugestywne, plastyczne i głębokie faktury dźwiękowe, wyrafinowane aranżacje i nad wyraz smakowita produkcja. W pamięci na długo pozostaną wybitny "Resilient Star", transowy "Mordechai (A Prophecy)", poruszający "White Rose" i "Fault Line".

Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że album "Dark Star Safari" to płyta dla nielicznych, wciąż spragnionych tego typu brzmień, poszukiwaczy i kolekcjonerów, w pewnym sensie osieroconych przez Davida Sylviana, którego duch unosi w każdej z tych dziesięciu kompozycji. Jeśli chodzi o skromną osobę autora tego wpisu, to niezmiennie będę trzymał kciuki za takich artystów, którzy wciąż chcą eksplorować tereny niegdyś odkrywane i współtworzone przez Davida Sylviana, Jansena, Barbieriego, Brooka, Ishama, Eno, Zazou itd. Jakby nie patrzeć, czego by nie powiedzieć, takich małych dzieł sztuki, takich wyjątkowych wydawnictw z każdym rokiem pojawia się coraz mniej.

(nota 8/10)
















piątek, 9 czerwca 2017

ARVE HENRIKSEN - "TOWARDS LANGUAGE" (Rune Grammofon) "Niewyrażalne bez przerwy istnieje wokół nas"



Przywołując zdanie pewnego zapomnianego już klasyka, mógłbym powiedzieć, że język wyznacza naszą perspektywę na świat, czy tego chcemy, czy się przed tym bronimy. Oczywiście nasze poznanie uwikłane jest również w perspektywiczność, zależne jest nie tylko od języka, ale i od miejsca, z którego spoglądamy na otaczającą nas rzeczywistość. Język muzyki zdaje się być w tym przypadku czymś na kształt języka uniwersalnego. W jego charakter wpisana jest zasada transgresji - język muzyki bez trudu potrafi przekraczać wszelkie ograniczenia, zarówno miejsca, jak i czasu.
     Kto wie, być może właśnie tego typu myślenie o języku towarzyszyło Arve Henriksenowi, kiedy pracował nad swoją najnowszą płytą - "Towards Language". Norweski trębacz i kompozytor nie próżnował w ostatnich miesiącach. W marcu tego roku ukazał się album Trio Mediaeval&Arve Henriksen - "Rimur", który zawierał zapis siedemnastu dawnych pieśni ludowych pochodzących z różnych rejonów Islandii, Norwegii oraz Szwecji. Wydany przez oficynę ECM krążek to sugestywne zaproszenie do odbycia fonetycznej podróży do źródeł. Na początku maja światło dzienne ujrzała kolejna solowa płyta Henriksena. Do pracy nad materiałem dźwiękowym trębacz, znany chociażby z takich grup, jak SuperSilent czy Food, zaprosił starych sprawdzonych w muzycznym boju kompanów: Jana Banga, Erika Honore i Eivinda Aaresta, który tradycyjnie odpowiedzialny był za partie gitar. W wyjątkowo urokliwym utworze "Paridae" zaśpiewała gościnnie Anna Maria Friman, znana ze wspomnianego przeze mnie wyżej Tria Mediaeval. Podczas tworzenia kolejnych kompozycji Henriksen, jak sam przyznał,  inspiracje czerpał z twórczości kompozytorów Toru Takemitsu i Manuela de Falli.
    I tym razem norweski trębacz na swoim ostatnim krążku zaprasza słuchacza do jazzowej krainy pełnej nostalgii, wyciszenia i skandynawskiego "saudade". Jest w muzyce Henriksena i światło (nieco zamglone) i mrok, ale dominującą rolę odgrywa cień, wycofanie, skrytość oraz tajemnica. ("Świat ponowoczesny jest światem, w którym tajemnica przestaje być ledwo tolerowanym cudzoziemcem, oczekującym w kolejce na deportacje" - Zygmunt Bauman). Tak, jak Martin Heidegger w trakcie wykładów postulował powrót do presokratyków, żeby odnaleźć zatracone z biegiem czasu czy też zapomniane znaczenie słów i pojęć, tak Arve Henriksen często powraca i wykorzystuje w swoich kompozycjach ciszę, wokół której, czy na planie której, konstytuują się poszczególne dźwięki. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że znakomita większość utworów norweskiego trębacza stanowi doskonały przykład dialogów ciszy i dźwięków. Ponieważ: "Nie ma końcowego słowa(...) Zawsze będzie jakiś nowy pogląd, nowa idea, interpretacja". (Ted Nelosn).
     Kto wie, może Henriksen w trakcie pracy nad albumem "Towards Language" myślał o etymologii. To właśnie etymologia odsłania w słowach wymiary znaczeniowe, które z biegiem lat zostały zatarte, zapomniane. Cywilizacja naukowo-techniczna sprowadziła język do wymiaru definicji i komunikatów (pytania i odpowiedzi, instrukcje i procedury). Tak rozumiany język przestał odkrywać-wyrażać prawdę o nas samych oraz otaczającym nas świecie.
Jeden z recenzentów po wysłuchaniu krążka "Towards Language" napisał, że Arve Henriksen zagrał w utworze "Groundswell" tak, jakby ktoś przy pomocy powietrza powoli uwalnianego z balonu, usiłował zagrać dźwięki trąbki Milesa Davisa z "Bitches Brew" zwolnionego do tempa 16 rpm. Oczywiście można z tym zdaniem polemizować, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że kompozycja "Groundswell", obok takich utworów, jak poruszający "Hibernal" (sugestywne połączenie brzmienia organów i trąbki), "Paridae", "Patient Zero", stanowi najlepszy fragment ostatniego albumu norweskiego artysty. Jest na tej płycie również kilka dźwiękowych eksperymentów: "Transitory" czy tytułowy "Towards Language", gdzie nieco bardziej dał o sobie znać talent Jana Banga. Prawdopodobnie nie jest to najlepsza płyta w dorobku Arve Henriksena, ale z pewnością godna jest uwagi.
Kiedy tak słuchałem ostatniego krążka norweskiego artysty, z otchłani pamięci wynurzyło się zdanie, pochodzące z twórczości Marii Janion, które całkiem nieźle oddaje charakter albumu "Towards Language" i podsumuje mój dzisiejszy wpis. "Niewyrażalne bez przerwy istnieje wokół nas".   (nota 7.5/10)