Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meg Baird. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meg Baird. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 stycznia 2023

MEG BAIRD - "FURLING" (Drag City)/ SIV JAKOBSEN - "GARDENING" (The Nordic Mellow) "W ogrodach kobiecości"

 

     "(...) w oknach, przez które wyglądaliśmy jako młodzi ludzie, w dziecięcym krajobrazie, który uważaliśmy za wyłącznie nasz, i na ulicach wyczerpanych patrzeniem na przemijanie pokolenia za pokoleniem, na wszystkich zmierzających do tego samego smutnego końca; w restauracjach i na spacerach, i w cudnych parkach, i na słodkich polach, na balkonach i tarasach, z których tyle razy podziwialiśmy księżyc znudzony patrzeniem na nas, i w naszych fotelach, i krzesłach, i w pościeli, aż znika z niej nasz zapach i wszelki ślad po nas, a prześcieradła zostają podarte na szmaty albo na ścierki, nawet przy pocałunku ktoś nas zastępuje, i wtedy ta druga osoba zamyka oczy, żeby nas lepiej zapomnieć; we wspomnieniach i w myślach, i w marzeniach, i wszędzie, i tak oto wszyscy jesteśmy jak śnieg na ramionach, śliski i uległy, a śnieg zawsze topnieje".  Javier Marias - "Trucizna, cień i pożegnanie"



W roli głównej dziś płyty dwóch pań, które pewnie się nie znają, choć przy bliższym poznaniu mogłyby znaleźć wspólny, nie tylko muzyczny, język. Pojawienie się obydwu albumów zapowiadałem jakiś czas temu pięknymi singlami, promującymi te, jak się okazało, bardzo udane wydawnictwa. Na pierwsze z nich "Furling" - Meg Baird czekałem nieco bardziej, cierpliwie odliczając długie tygodnie, skreślając dni i godziny, aż do upragnionego piątku 27 stycznia. Jak widzę, zerkając na wyjątkowo pochlebne recenzje, nie byłem osamotniony w tym oczekiwaniu, ponieważ miłe słowa i pochwalne epitety sypią się pod adresem amerykańskiej wokalistki zgodnie i z różnych stron. 

Mało kto, nie tylko z krajowych dziennikarzy, pilnie śledził jej solową karierę, która wcale nie była szumna i pełna zwrotów akcji, czego potwierdzeniem jest dopiero/już czwarta w dyskografii płyta długogrająca. Meg Baird urodziła się w New Jersey, pochodzi z muzycznej rodziny, jej ojciec grał na puzonie, podczas gdy córka rozpoczynała naukę gry na fortepianie, w wolnych  chwilach szarpiąc struny gitary akustycznej. Szerszej publiczności dała się poznać kilka lat później, z początkiem nowego tysiąclecia, jako wokalistka i gitarzystka psycho-folkowego zespołu Espers. Dwadzieścia lat temu było o nich głośno, szczególnie na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, gdzie tradycje psychodelicznego grania, nawiązującego do przełomu lat 60/70, wciąż są żywe i pielęgnowane. Jej solowy debiut przypadł na 2007 rok, nosił nazwę "Dear Companion". Wydany przez wytwórnię Drag City album zawierał akustyczne folkowe pieśni, rozpisane głównie na gitarę i głos, intymne i niezbyt przebojowe wyznania, utrzymane w duchu kompozycji Joni Mitchell, Nicka Drake'a, Lindy Perhacs, czy Joan Baez, do której często porównywano jej sposób śpiewania.

Delikatna, eteryczna wokaliza Meg Baird, wykorzystująca raz po raz niezbyt dziś popularne długie dźwięki i wysokie rejestry, potrzebuje odpowiedniego otoczenia, żeby wybrzmieć w pełni, i nie zostać przytłoczoną przez inne zbyt śmiało poczynające sobie instrumenty. Dlatego w tym przypadku tak ważne były inteligentne aranżacje, których na szczęście nie zabrakło na albumie "Furling". Układając tytuł najnowszego albumu Meg Baird wyobraziła sobie zwijanie żagla. Nie oznacza to jednak, że artystka miała na myśli głównie pożegnania i kres podróży; bez wiatru dmuchającego w żagle można również się przemieszczać, a właściwie swobodnie dryfować, co chyba najbardziej oddaje charakter tych dziewięciu kompozycji. Oprócz tradycyjnych w przypadku amerykańskiej wokalistki gitary akustycznej oraz fortepianu, znajdziemy w nich mnóstwo świetnie wykorzystanych instrumentów: klawesyn, melotron, harfa (pięć lat temu Meg Baird nagrała płytę z harfistką Mary Lattimare), flet, organy, wibrafon, rozmaite perkusjonalia. Płytę wyprodukował Tim Green w Louder Studios, z kolei fortepian oraz linie wokalne dograno w Panoramic Studios, a ostateczny mastering wykonał pochodzący z Egiptu inżynier Hera Kadry (znany ze współpracy ze Slowdive czy Beach House).

Kilka z tych utworów brzmi tak, jakby zarejestrowano je w przydomowym ogrodzie, podczas niczym nieskrepowanego muzykowania, jak chociażby jeden z moich ulubionych, niezwykłej urody - "Will You Follow Me Home?". W tych znakomicie połączonych ze sobą tonach jest jakaś lekkość, zwiewne flow, które popycha kompozycję naprzód, podkreślając wagę, a zarazem ulotność, poszczególnych chwil. Wystarczy kilka prostych dźwięków, powtórzonych rytmicznie taktów, i słuchacz już bez trudu wchodzi do środka. Rozciąga się przed nim oniryczny krajobraz, z łatwością odmalowany przez akordy gitary akustycznej i pozostałe instrumenty. Jednym z nich jest eteryczny długimi fragmentami głos Meg Baird, jak w otwierającym album "Ashes, Ashes", gdzie wokaliza oparta została na wspomnianych wcześniej długich dźwiękach, wijących się i unoszących w powietrzu niczym języki ognia albo pył poruszany podmuchami wiatru. Pewnie nie tylko autor tego wpisu, przy tej okazji przypomniał sobie filmy Antonioniego - "Powiększenie" czy "Zabriskie Point". Urokliwy "Star Hill Song" budzi skojarzenia z dokonaniami równie rozmarzonej Mazzy Star, w "Unnamed Drives" - amerykańska artystka spaceruje po terytorium, po którym od lat tak sprawnie porusza się Neil Young. Z kolei "Cross Bay", czy kończący całość "Wreathing Days" pokazuje nieco bardziej klasyczne oblicze Meg Baird, znane z jej poprzednich płyt. W warstwie lirycznej autorka tekstów tym razem nie szukała trafnych metafor, intrygujących porównań, czy też bezpośrednich form przekazu. Raczej skupiła się na stronie emocjonalnej lub dźwiękowej poszczególnych fraz, używając słów tak, jak używa się barw albo punktów wyjścia dla swobodnych skojarzeń.

(nota 8/10)

 


Zamiast dodatków, zgrabnych singli i świetnych piosenek, odnalezionych na słabych lub przeciętnych płytach, których mało kto wysłuchał do samego końca, mam dla Was drugi bardzo dobry album, który koniecznie trzeba przesłuchać. O jego autorce Siv Jakobsen wspominałem już wiele razy, na moim blogu znajdziecie recenzje dwóch poprzednich wydawnictw - "The Nordic Mellow" (2017), "A Temporary Soothing" (2020). Najnowsza płyta, chyba najlepsza w całym dorobku - "Gardening", ukazała się przed tygodniem, zawiera dwanaście dobrych i spójnych kompozycji, utrzymanych w indie-folkowej stylistyce. Zmiana producentów, tym razem norweska artystka postawiła na lokalnych mniej znanych fachowców - Hansa Olava Settema i Simena Mitlida - przyniosła zamierzony efekt. Poszczególne utwory pokazują Siv Jakobsen nie tylko jako zdolną wokalistkę, ale też autorkę pięknych, poruszających melodii i przemyślanych tekstów.

 Wokalistka z Oslo i Meg Baird mają sporo wspólnego. Obydwie panie stawiają kroki na tej samej żyznej folkowej glebie, przy czym Amerykanka jest w swoich poszukiwaniach nieco bardziej dojrzała i wyrafinowana, ciągnie ją w stronę psychodelicznych roślin i onirycznych zakątków, podczas gdy Jakobsen wciąż, mimo upływu lat, udało się zachować dziewczęcy urok, poszukuje ujścia dla swoich lęków, pragnień i myśli, w tradycyjnej piosenkowej formule. Norweżka bardzo lubi swój przydomowy ogród, gdzie dogląda i pielęgnuje rośliny, stąd też tytuł jej najnowszego albumu. Ogród jako metafora umysłu i pamięci, znajdziemy tutaj piękne kwiaty, i egzotyczne krzewy, ale także chwasty, których nieraz tak trudno się pozbyć. "Na tej płycie dokonuję intensywnej emocjonalnej pielęgnacji (...). Mam nadzieję, że te piosenki mogą być pomocne dla każdego, kto doświadczył trudnego lub destrukcyjnego związku". W tym kontekście nie dziwi, że utwór "Small" opowiada o próbie zamknięcia za sobą pewnego etapu i rozpoczęcia życia na nowo, że piosenka "Blue" traktuje o staraniach związanych z wybaczeniem byłemu partnerowi, a w urokliwej odsłonie "Most Of The Time", znajdziemy takie oto frazy: " Chcę się przekonać, jak to jest być samą bez ciebie w moich myślach". 

Nie byłoby albumu "Gardening", gdyby nie pomoc grupy muzyków i przyjaciół. Z tego całkiem sporego grona warto wymienić dwa nazwiska - Emma Gatril (znana ze współpracy z prezentowaną niedawno Rozi Plain, czy This Is The Kit), oraz Marcus Hamblett (również  Rozi Plain). Ostatecznych miksów dokonał Zach Hanson, który pomagał chociażby Bon Iver i Hand Habits. 

(nota 8/10)

 


W jednym z utworów artystkę wsparła Ane Brun, chyba wciąż nieco bardziej znana i rozpoznawalna skandynawska wokalistka.



W kąciku improwizowanym, całkiem nieźle w dzisiejszym kontekście powinien zabrzmieć Nat Birchall, który wczoraj opublikował najnowszy album "The Infinity". 





sobota, 19 listopada 2022

SAINT JUDE - "SIGNAL" (Slow Dance Records) "Okruchy z południowej części Londynu"

 

      Forest Hill to zgodnie z nazwą dzielnica położona na niewielkim wzniesieniu, w południowo-wschodniej części Londynu, która powoli zaczęła się rozwijać w drugiej połowie XIX wieku. Jedną z jej największych atrakcji jest "Horniman Museum And Gardens", gdzie obok akwarium, sporych  rozmiarów wpychanego morsa, i najlepszej  kolekcji instrumentów muzycznych na Wyspach Brytyjskich, znajdziemy pachnące ogrody oraz piękne klomby, skąd rozciąga się malownicza panorama centrum Londynu. To również w tej dzielnicy usytuowano najstarszy londyński basen, mieszczący się przy Dartmouth Road, Bibliotekę Forest Hill, rezydencje w stylu Art Deco - mieszkali tu między innymi Raymond Chandler i Boris Carloff. Po drodze do restauracji Canvas & Cream, w której podają kawę i pyszne ciasto orzechowe, miniemy stare i tak charakterystyczne czerwone budki telefoniczne, pub mieszczący się w budynku dawnej poczty, czy budynek kina Capitol - obecnie bar JD Wetherspoona.



To właśnie w takich okolicznościach lokalnej przyrody dorastał główny bohater dzisiejszej odsłony bloga - Jude Woodhead, który przybrał pseudonim artystyczny Saint Jude. Swoją drogą ciekawe, czy wie, że Święty Juda to patron - jak wczoraj sprawdziłem - spraw beznadziejnych  i trudnych. Jego debiutancka płyta zatytułowana "Signal", w zamierzeniach autora miała być czymś w rodzaju autoportretu, zapiskami: "o dojrzewaniu w czasach przemian społecznych". Dzielnice usytuowane w południowo-wschodniej części Londynu stały się zarówno punktem obserwacyjnym, jak i źródłem inspiracji podczas prac nad kolejnymi nagraniami. Rozmyte światła latarni ulicznych, które wyznaczały kolejne etapy życia, mroczne i niebezpieczne zaułki, podobne do siebie niskie zabudowania, zatroskane lub szczęśliwe oblicza przyjaciół, młodzieńcze plany, pierwsze niepowodzenia, barwa nieba tuż po zachodzie słońca - wszystko to można odnaleźć w kolejnych wersach tekstów Woodheada, przywoływanych charakterystyczną surową wokalizą artysty, która rozpięta jest gdzieś na pograniczu oszczędnego śpiewu i emocjonalnie zabarwionej opowieści.

Nie byłoby albumu "Signal", gdyby nie spora grupa znajomych, którzy głównie wokalnie wsparli brytyjskiego muzyka. Wśród nich pojawia się także polski akcent, i to na samym początku tego wydawnictwa. W końcowej części mocnego otwarcia zatytułowanego "Does" usłyszymy próbkę etnicznej wokalizy Agi Ujmy. Pani Agnieszka studiowała w Polsce muzykologię, potem odbyła staż w Surakarcie (Indonezja), gdzie zafascynowała się lokalną kulturą, zgłębiała tajniki gry na jawajskim gamelonie oraz instrumencie zwanym Sasando. W ubiegłym roku nakładem oficyny Slow Dance Records ukazała się jej debiutancka epka - "Songs of Innocence and Experience". Wszystkich zainteresowanych sylwetką i muzyką Agi Ujmy odsyłam do obszernego wywiadu, który ukazał się w "Dwutygodniku". Trzeba podkreślić, że ten etniczny trop stanowi jedno z wielu bardzo różnych odniesień, jakie znajdziemy na płycie "Signal". W kolejnych nagraniach przewijają się elementy indie-rocka, dream-popu, drum and bassu, elektroniki, punka, czy rapu. Jude Woodhead słusznie zwrócił uwagę na fakt, że współcześni artyści coraz rzadziej wpisują się w ramy tylko jednej kategorii. "Sposób, w jaki niektórzy mówią o gatunkach i kategoriach muzycznych jest odrobinę przestarzały". Czerpanie z wielu estetyk dla młodych twórców nie jest obecnie wyborem artystycznym, czy ekstrawagancją, tylko czymś poniekąd naturalnym.



    Muzyk z południowej części Londynu, swoją przygodę z dźwiękiem zaczynał od dubstepu, potem były rapowe wprawki, zwrot w kierunku brzmień klubowych, fascynacja dokonaniami grupy Four Tet, debiutanckim krążkiem The XX, czy wczesnymi płytami Gorillaz. Skrycie marzy o duecie z Hope Sandoval. Kto wie, może kiedyś. Szorstka i prosta wokaliza Jude'a Woodheada przyjemnie kontrastuje z delikatnymi i eterycznymi głosami zaproszonych do współpracy pań. Wśród nich znajdziemy naszą dobrą znajomą Sarę Dowson, której płytę z grupą Durg Store Romeos recenzowałem jakiś czas temu na łamach bloga. Oprócz niej artystę wsparła HALINA, która po przeprowadzce z Leeds także znalazła bezpieczną przystań w południowym Londynie, jej ostatni wydany we wrześniu album "The Game", wyprodukował właśnie Jude Woodhead. Świetnie wypadła nikomu nieznana Low Loudly - jej rozmarzony i niespiesznie artykułujący sylaby głos, troszkę podobny do Alison Show (Cranes), dopełnia narastające napięcie w utworze "Halfway". W "Late Summer" wrażliwe ucho wychwyci echa melodyki wczesnych dokonań The XX, uwagę przyciągnie wykorzystana w tej odsłonie kobieca linia wokalna, przeplatająca się z oszczędnym śpiewem Saint Jude'a. Podobnie oszczędne są aranżacje, w których skład zwykle wchodzą syntezatory, gitarowe wstawki, elektroniczne pętle i dodatki, utrzymane w duchu typowej domowej produkcji spod znaku lo-fi. Momentami można było nieco bardziej zadbać o jakość dźwięku, choć z drugiej strony ów brzmieniowy kurz czy brud dodaje uroku. W pierwszej części "Feedback Song" brytyjski twórca przy pomocy prostych środków wyczarował głębie przestrzeni. W wielu tych  nagraniach wypełniających krążek "Signal" odnajdziemy nostalgiczny nastrój, oniryczną atmosferę. 

Najsłabiej w moich oczach wypadła tytułowa kompozycja "Signal", zaprezentowana w trzech częściach. Dwie z nich w dość błahy sposób próbowali zagospodarować raperzy: Louis Culture oraz Trim, czyli Javan St.Prix. Nie wiem, czy swoim wystąpieniem zdołali przekonać kogoś oprócz samych siebie. Muzycznie w tych fragmentach również nic intrygującego się nie dzieje. To swoisty paradoks tego wydawnictwa. Artysta, który wywodzi się z hip-hopu i muzyki klubowej, tak słabo odnalazł się na dawnym macierzystym terenie, z kolei tak dobrze poczuł się w onirycznych dream-popowych przestrzeniach. Może to wynikać z przesunięcia akcentów, zmiany zainteresowań - co tłumaczyłoby w pewnym sensie marzenie o duecie z Hope Sandoval. I pomyślałby kto, że Jude Woodhead, w kolejnych odsłonach płyty "Signal", nie chciał zaprezentować siebie - bardziej jako autora piosenek i producenta, niż wokalisty - tylko młode i utalentowane dziewczęta, rezydujące w południowej części Londynu.

(nota 7/10)

 


Nie ukrywam, że pierwszy singiel Meg Baird zatytułowany - "Will You Follow Me Home", który zaprezentowałem całkiem niedawno, zauroczył mnie. Drugiemu, który ukazał się kilka dni temu, również nic nie brakuje. Cóż mogę więcej dodać w tej sytuacji, jak tylko to, że teraz to naprawdę z niecierpliwością czekam na cały album "Furling", który ukaże się 23 stycznia 2023 roku.



Postaram się podtrzymać podobny niespieszny i urokliwy nastrój. Bob Keal to muzyk i wokalista z brytyjskiego miasta Wallasey, który ukrywa się pod pseudonimem Small Sur. Oto mój ulubiony fragment z jego najnowszej płyty "Attic Room".



Skoro pojawił się Brytyjczyk, dla równowagi warto zaprezentować Francuza. Renaud Brustlein, który przybrał pseudonim artystyczny H-Burns, i najnowszy singiel "Morning Flight". Sami wybierzcie, do kogo Wam bliżej.



Kolejny "rozleniwiacz", tym razem w kobiecym wydaniu. Oto nie dalej jak wczoraj ukazała się najnowsza płyta Nadine Khouri - "Another Life", którą wyprodukował John Parish.



Zapowiedź albumu brytyjskiej  wokalistki Billy Nomates - "Cacti", który ukaże się 13 stycznia w przyszłym roku.



Przeniesiemy się za ocean, do stanu Kalifornia, skąd pochodzi grupa Topographies, z synem perkusisty The Cure w składzie. Ich ostatni album recenzowałem na łamach bloga jakiś czas temu. Właśnie podzielili się ze światem najnowszym singlem.



W sekcji improwizowanej fragment płyty "Juba Lee", amerykańskiego saksofonisty Avrama Fefera, Eric Ruis na basie, Chad Taylor - perkusja, i najbardziej znany w tym składzie Marc Ribot na gitarze.



Coś dla fanów talentu pianisty Esbjorna Svenssona, dziewięć ostatnich jego kompozycji, zebranych na albumie "HOME.S.", rejestracji nagrań dokonano w jego domu, na kilka tygodni przed jego śmiercią, 14 czerwca 2008 roku.




 

 





 

sobota, 22 października 2022

EDITH JUDITH - "BONES AND STRUCTURE" (Ruination Record Co.) "Kubistyczny pop"

 

     Do płyty "Bones And Structure" zwabiło mnie nazwisko Dustina Laurenzi, amerykańskiego saksofonisty i kompozytora. Jego postać pojawiła się całkiem niedawno, kiedy recenzowałem na łamach bloga bardzo udany album "A Better Ghost". Reprezentujący scenę chicagowską muzyk przewinął się przez kilka składów, grał nie tylko u boku Jeremy Cunninghama i Paula Bryana, z którymi nagrał wyżej wymienioną płytę, ale również z Jeffem Parkerem,  Makayą McCravanem, Marqiusem Hillem, uczestniczył w trasie koncertowej Justina Vernona (Bon Iver). Autor znakomitego krążka "For Emma Forever Ago" był tak miły, że pozwolił mu skorzystać ze swojego studia April Base Studios, gdzie Dustin Laurenzi zarejestrował nagrania wydane pod szyldem tria Twin Talk. W jego skład oprócz saksofonisty wchodzą: perkusista Andrew Green oraz basistka i wokalistka Katie Ernst. Ta ostatnia prywatnie jest partnerką życiową Dustina, nic więc dziwnego, że to właśnie z nią stworzył duet Edith Judith (nawa pochodzi od ich psa).

Album "Bones And Structure" to kolejne dziecko, które rodziło się czasie pandemicznej izolacji. Kompozycje powstawały w zaciszu domowego ogniska, początkowo rejestrowane były na komputerze i przesyłane w postaci plików. Laurenzi warstwa po warstwie tworzył ramy poszczególnych fragmentów, a Katie Ernst wypełniała je tekstami oraz liniami melodycznymi. Ernst swoją przygodę muzyczną zaczynała od szkolnego chóru. Później ukończyła studia jazzowe w Eastman School Of Music w Rochester. Grając na basie dopełniała listy obecności wielu grup, jak chociażby zespołu Jasona Morana, gdzie także udzielała się wokalnie. Z klarnecistą Jamesem Falzone stworzyła duet, czego efektem była płyta "Wayfaring". Całkiem niedawno wydała także solowy album "Little Words", zainspirowana poezją Dorothy Parker. Obecnie jest dyrektorem zespołu jazzowego Wheaton College i wykłada na Byron Creek Music Academy. Celowo podkreślam to jazzowe zaplecze Katie Ernst, gdyż płyta duetu Edith Judtih - "Bones And Structure", raczej nie wpisuje się w szeroki obszar muzyki improwizowanej. Zdecydowanie bardziej stanowi próbę wyjścia z dobrze znanej jazzowej strefy komfortu i podążania w kierunku indie-popowych rejonów. Gatunek na tym wydawnictwie nie jest czymś z góry narzuconym, redefiniuje się na bieżąco przy okazji kolejnych odsłon. To, co od razu zwraca na siebie uwagę w piosenkach duetu Laurenzi/Ernst , to specyficzne miękkie brzmienie oraz coś, co dla potrzeb tego wpisu określiłbym jako "nieliniową melodyką".

 Ernst w swoich melodiach lubi zastosować drobne zwroty, wykorzystać momenty odbicia czy kontrapunkty. Próbuje zaskoczyć słuchacza nieoczywistością skojarzeń, nietypowymi rozwiązaniami czy połączeniami, co w indie-popowym środowisku nie zdarza się często. W takich utworach jak "Carry" czy "Hot Lava" przypomina dawne dokonania grupy Snowpoet. Znacznie mniej tutaj finezji, głębi przestrzeni, tej specyficznej dla poczynań Irlandczyków gładkości, którą mogliśmy odnaleźć na tak chwalonej przeze mnie płycie "Wait For Me". W muzyce Edith Judith napotkamy więcej myślenia o płaszczyźnie, geometrii utworu, tytułowej strukturze, co może budzić skojarzenia z estetyką kubizmu. Barwa głosu Katie Ernst przypomina nieco ton Lauren Kinselli, jednak Amerykanka bywa delikatniejsza, subtelniejsza i nie stosuje aż tylu środków ekspresji. Zważywszy na fakt, że ulubionym i podstawowym instrumentem Dustina Laurenzi jest saksofon, nieco może dziwić stopień jego wykorzystania na krążku duetu Edith Judith. Prędzej znajdziemy oszczędny, ale jednak, solowy popis gitary elektrycznej, jak chociażby w "Bridge", niż jakikolwiek dłuższy pokaz możliwości Laurenziego. Wygląda na to, że wyrozumiały mężczyzna starał się zbytnio nie przeszkadzać swojej partnerce w tym muzycznym dialogu. Dobrze, że zastosowano dodatkowe linie wokalne, pojawiły się chórki, a także drugi męski głos, w świetnie zaaranżowanym "Flesh & Bone". Warto też podkreślić pracę sekcji rytmicznej, szczególnie instrumentów perkusyjnych, o które zadbał zaproszony do współpracy Ben Lumsdaine. Płyta do odkrywania.

(nota 7/10)

 


Miniony tydzień zdominowały u mnie dwa utwory, do których wracałem najczęściej. Jeden z nich to oczywiście, w kontekście ostatnich wydarzeń, nowy utwór The Cure, o którym nieco później. Drugi natomiast to urocza, cudna, niezwykła piosenka Meg Baird, która promuje album "Furling". Ten ukaże się 27 stycznia 2023 roku nakładem znanej nam dobrze oficyny Drag City.



Wpadający w ucho fragment albumu "Love Factory" grupy Metronomy, tutaj z gościnnym udziałem Katy J Pearson.



Kolejna nasza dobra znajoma, recenzowana na łamach tego bloga, Siv Jakobsen przypomina o sobie singlem, promując w ten sposób najnowszy album "Gardening", który ukaże się 20 stycznia.



W "kąciku weterana" najwyższy czas na The Cure... Spokojnie... bez pośpiechu... bez nerwowych  ruchów, poczekamy... cierpliwie... zobaczymy, co przyniesie czas... może najbliższe dni, albo tygodnie, których do końca roku nie pozostało już tak wiele. W pierwszych planach płyta "Songs Of A Lost World" miała ukazać się we wrześniu, ale ten mamy już za sobą. Zespół jest w trasie koncertowej i pokazuje zaskakująco dobrą formę. Z pewnością Robert Smith i jego świta niczego i nikomu nie musi udowadniać. A fakt, że przy okazji występów właśnie w Polsce odsłania kolejne nowe piosenki, z pewnością należy odnotować, od kilku dni krzyczą o tym zachodnie portale. 

The Cure to przede wszystkim sfera pogłębionych emocji (również tych prywatnych, intymnych)... to podeszwa buta przyciśnięta do krtani, to krew, gorąca krew, wypełniająca żyły, to plamy na dywanie i tęsknota za "zdradzieckim pocałunkiem", dłoń kogoś bliskiego mocno zaciśnięta, "pocztówka udanej niedzieli", i ciarki na plecach, ... I jeśli te emocje są żywo obecne w warstwie muzycznej, w warstwie tekstowej, The Cure nie ma sobie równych w tej estetyce. Od kilku dni nie mogę się uwolnić od tej niezwykłej kompozycji, a kiedy w 6 minucie i 23 sekundzie Robert Smith zaczyna śpiewać, czuję to, co poczułem po raz pierwszy... tyle lat temu... Zresztą posłuchajcie sami. Emocje ponoć potrafią się udzielić...



Pozostaniemy w kręgu zimnej fali, 4 listopada szwedzka grupa The Secret French Postcards opublikuje płytę "Life Got Claws". Oto dobre narzędzie promujące to wydawnictwo.



Znany ze składów The Smile czy Sons Of Kemet, Tom Skinner również 4 listopada wyda swoją najnowszą płytę "Voices Of Bishara".



Bardzo rzadko możemy posłuchać artystów z Gwatemali, a właśnie stamtąd pochodzi wiolonczelistka Mabe Fratti, która swój  niedawno wydany album "Se Ve Desde Aqui" nagrywała w studiach Meksyku oraz Rotterdamu.



Dawno nie słyszałem J. Petera Schwalma, a wy?  Jest do tego okazji, bowiem całkiem niedawno wystąpił on u boku szwajcarskiego gitarzysty Stehpana Thelena. Panowie wspólnie opublikowali album "Transneptunian Planets". Oprócz nich w studiu pojawili się: nasz dobry znajomy, gitarzysta Eivind Aarset, Tim Harries zagrał na basie, oraz Manuel Pasquinelli, który zasiadł za zestawem perkusyjnym.