Pokazywanie postów oznaczonych etykietą avant-pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą avant-pop. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lipca 2019

GRAVEYARD CLUB - "GOODNIGHT PARADISE" (Bandcamp) "Nauczyciele z Minneapolis"

   Przed tygodniem obiecałem nieco lżejsze w wymowie wydawnictwo, z avantpopowego czy dreampopowego kręgu, najwyższa więc pora dotrzymać danego słowa.
Co robią nauczyciele po godzinach, kiedy już skończą sprawdzać prace domowe i kartkówki, jeśli akurat nie strajkują? Nie wiem dokładnie, jak przedstawia się sytuacja w naszej umiłowanej ojczyźnie, ale ci zza oceanu, przynajmniej niektórzy, szczególnie z miasta Minneapolis, w stanie Minnesota, zabierają sprzęt grający, udają się do pobliskiego klubu, żeby tam podpiąć gitary i syntezatory pod wzmacniacze, a potem odbyć kilka prób.

Formację Graveyard Club początkowo tworzyli wokalista i klawiszowiec Matthew Schufman oraz gitarzysta o polsko brzmiącym nazwisku - Michael Wojtalewicz. Pierwotnie przyjęli nazwę Monster Club, ale po nieco bardziej wnikliwym sprawdzeniu okazało się, że istnieje już grupa o nazwie No Monster Club. Jak duet Graveyard Club wydali epkę - "Sleepwalk", po czym zaczęli się rozglądać za kolejnymi artystami, którzy wzbogaciliby ich skromny skład. Do zespołu szybko dołączył perkusista Cory Jacob, oraz basistka i wokalistka Amanda Zimmerman.
Jak zgodnie podkreślają, połączyły ich wspólne zainteresowania: słabość do literatury sciene-fiction, szczególnie tej w wydaniu Raya Bradbury'ego, dokonania zespołu Dead Man's Bones, znanego głównie z tego, że gra w nim popularny amerykański aktor Ryan Gosling, a także fascynacja muzyką lat 50-tych i 80-tych. W wywiadach chętnie przyznają się do inspiracji płytami: The Cure, The Smiths, New Order. Ich debiutancki krążek ukazał się własnym sumptem w 2014 roku i nosił tytuł "Nightingale".

Najnowszy album grupy "Goodnight Paradise", który ukazał się kilka dni temu i ponownie, jak poprzednie wydawnictwa, własnym sumptem, dokumentuje kolejny etap w rozwoju zespołu. Tym razem w poszczególnych kompozycjach zdecydowanie mniej jest mrocznych klimatów i odwołań do stylu gotyckiego. "To zapis o pożegnaniu, a także o bólu i wolności" - powiedział Matthew Schufman, autor wszystkich utworów. Trzeba przyznać, że amerykańska czwórka bardzo dobrze czuje się zarówno w nieco żywszych przebiegach, jak i w balladach. Specyficzną miękkość brzmienia i łatwość tworzenia ciekawych melodii można usłyszeć szczególnie w: "Red Roses", "Cassandra", oraz w "Deathproof" (dobre gitary, z potencjałem na przebój). Z kolei avantpopowe czy dreampopowe kompozycje nawiązujące do tego, co w muzyce popularnej działo się w latach 50-tych, można odnaleźć w "Finally Found", i "Maureen", obydwa troszkę w styl naszych dobrych znajomych z The Saxophones. Album produkował Andy Thompson, nominowany do nagrody Grammy, współpracował między innymi z Belle and Sebastian czy Taylor Swift.


(nota 7/10)




   

sobota, 9 marca 2019

ALICE PHOEBE LOU - "PAPER CASTLES" "Alicja z krainy avantpopowych czarów"

   Trzeba mieć w sobie nieco szaleństwa, odwagi i determinacji, żeby jako 16-letnia dziewczyna spakować plecak i wyruszyć z rodzinnego Kommitije (RPA) do pobliskiego Kapsztadu, tam wsiąść na pokład samolotu, a po kilkunastu godzinach postawić stopy na lotnisku w Paryżu. Mieszkanie ciotki było małe i zbyt ciasne dla dwóch osób, w dodatku starsza pani miała bardzo konserwatywne poglądy na wychowanie młodej damy, i dużo paliła, dokładając swoją cegiełkę do jakości powietrza w stolicy Francji. Akurat była przerwa wakacyjna, letnia aura zachęcała do spacerów i wycieczek, do zwiedzenia i odsłaniania tajemnic paryskich ulic. Alice Phoebe Lou ze zdumieniem odkryła, że można tam również zarabiać na życie - tańcem, śpiewem, wciąganiem przechodniów i turystów w rozmaite twórcze interakcje. Pierwsze i poniekąd symboliczne jedno euro Alicja otrzymała bawiąc się płomieniami ("Fire Poi"). Jakiś czas później wykonywała już nieźle taniec ognia, a jej kapelusz na banknoty i drobne bardzo szybko się wypełniał.
"Był plecak na plecach i były walizki..." - wakacje dobiegły końca i znów trzeba było zasiąść w szkolnej ławce, z książkami i zeszytami, oraz z mocnym postanowieniem, żeby wkrótce wrócić do Europy. Okazja nadarzyła się kilka lat później. Chęć uzyskania dyplomu ukończeniu studiów wyższych przegrała w nierównej walce z pragnieniem twórczego wyrażania się na ulicach.  Alice wybrała Berlin, gitarę "Baby Taylor" i przenośny wzmacniacz zasilany na baterie. Jednym z pierwszych utworów, którym podzieliła się z przechodniami był ponoć: "Knocking on Heaven's Door". Wprawdzie wrota niebios nie otworzyły się zbyt szeroko, ale na tyle, żeby posypały się drobne monety. Zamieszkała w Neukolln, niezbyt wyróżniającej się dzielnicy Berlina, najczęściej można było ją usłyszeć w Mauerpark lub na Warschauer Brucke (nie ma to, jak polski akcent w biografii), między dzielnicami Kreuzberg i Friedrichshain, w pobliżu mostu i niedaleko dworca. Alicja podjęła współpracę z lokalnymi muzykami, wśród nich był Matteo Pavesi, a jej talent szybko dostał dostrzeżony. Epkę "Momentum", płyty: "Live at Gruner Salon" i "Orbit" (2016) wydała własnym sumptem.

Ktoś, kto nagrywa piosenki w "Seahorse Sound Studios", w Los Agneles, gdzie za konsoletą czuwa Noah Georgeson (współpracownik Devendry Banharta, Charlotty Gainsbourg i... Brodki), nie może pozostać do końca anonimowy. Jej kompozycja "She" wykorzystana w filmie "Bombshell: The Hedy Lamarr Story" znalazła się na krótkiej liście piosenek nominowanych do Oscara. Nic więc dziwnego, że błyskawicznie posypały się propozycje wspólnych koncertów - formacji Coldplay odmówiła (pewnie całkiem słusznie), za to wystąpiła u boku Rodrigueza i Jose Gonzalesa.
Póki co Alice Phoebe Lou chce pozostać niezależna, dlatego wciąż nie ma podpisanego kontraktu z wytwórnią płytową, mimo iż niejeden dyrektor zacnego labelu widziałby artystkę z RPA w szeregach swojego wydawnictwa. Ważniejszy od konkretnych planów na przyszłość jest dla niej ciągły rozwój, możliwość kreowania własnej przestrzeni artystycznej.

Wczoraj, czyli 8 marca, ukazała się najnowsza płyta Alice Phoebe Lou zatytułowana "Paper Castles". Znajdziemy na niej dziesięć bardzo udanych kompozycji, trudnych do jednoznacznego zaszufladkowania, co stanowi spory atut. Wprawdzie w tytule dzisiejszego wpisu użyłem określenia "avantpopowy", ale tylko po to, żeby nieco przybliżyć charakter tej muzyki. Alice Lou z pewnością obraziłaby się na mnie, gdybym jej dokonania nieco na siłę wcisnął w jakąś wygodną dla krytyków szufladkę. W jej piosenkach słychać bowiem dream-popowe westchnienie, dyskretne nawiązania do lat 60-tych, oraz indie-folkową melodykę. Przede wszystkim urzeka jej talent wokalny, swoboda i dojrzałość w operowaniu dźwiękami, nienachalna zabawa głosem. Aranżacje poszczególnych kompozycji są lekkie niczym piórko, jakby ktoś obdarzony sporą intuicją i wyczuciem, z aptekarską precyzją odmierzył wszystkie niezbędne składniki. Odnoszę wrażenie, że nie ma na płycie "Paper Castles" żadnego niepotrzebnego dźwięku, czegoś co zniekształciłoby obraz całości. Dawno już nie słyszałem tak smacznie wyprodukowanego albumu, gdzie owa produkcja nie rzucałaby się nachalnie w uszy, podkreślając jednocześnie wszelkie walory artystki. Podobną radość grania, śpiewania, podobną skalę talentu miała na początku działalności Lourdes Hernandez (Russian Red), dopóki nie wpadła w łapska nieodpowiedniego, moim zdaniem, producenta. Bohaterką albumu "Paper Castles" jest Alice Phoebe Lou - jej sposób widzenia świata i ludzi oraz odczuwania dźwięków.

(nota 7.5-8/10)








wtorek, 7 sierpnia 2018

GULP - "ALL GOOD WISHES" (E.L.K. Records) "Nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet..."

 Niektórzy z nas mają już za sobą wakacyjną podróż, inni jeszcze po raz kolejny rozkładają przed sobą mapy i wodzą po nich drżącym palcem, wciąż nie potrafiąc wybrać odpowiedniego dla siebie kierunku. Frazes zamykający się w stwierdzeniu, że podróże kształcą, zna niemal każdy. Bywają również eskapady, które - w związku ze zmianą perspektywy - przynoszą wraz z sobą twórczą inspirację.

Tak było w przypadku najnowszego wydawnictwa grupy Gulp zatytułowanego "All Good Wishes". Owa wspominana przeze mnie powyżej podróż, to nic innego jak przeprowadzka z Walii do Szkocji, która stała się udziałem Guto Pryce'a. "To po części pożegnanie z Walią i przywitanie się ze Szkocją" - powiedział Pryce, o swojej najnowszej płycie w jednym z wywiadów. "All Good Wishes" to drugi w dorobku formacji krążek, zdecydowanie dojrzalszy i bardziej poukładany. Ich debiut fonograficzny przypadł na rok 2014 i nosił tytuł "Season Sun". W skład zespołu oprócz Pryce'a (basisty Super Furry Animals) wchodzi jego żona i wokalistka Lindsey Leven, Gid Goundrey (gitara) oraz Gwion Llewelyn (perkusja).
Album "All Good Wishes" to całkiem udany przykład na to, jak ciekawe aranżacyjne pomysły zamknąć w 3, 4 - minutowych piosenkach. Pewnie duża w tym zasługa Luke'a Abbotta, który wyprodukował płytę. Gatunkowo mamy tu do czynienia z miłym dla ucha pograniczem popu, folku, indie-rocka. Zwiewne i wpadające w ucho linie melodyczne, nakreślone w prosty sposób urokliwym i pewnie osadzonym głosem Lindsey Leven, wpuszczone zostały w ramy pulsującego krautrockowego rytmu. Nie brak tutaj również odwołań do retro-popu. Krążek powinien przypaść do gustu fanom takich formacji jak Broadcast czy Pram, którzy niedawno powrócili po latach milczenia dobrym wydawnictwem ("Across the Meridian").


(nota 7/10)


 

niedziela, 13 maja 2018

BEACH HOUSE - "7" ( Sub Pop) "Trudna sztuka całowania"




  Można pokusić się o stwierdzenie, i nie będzie to zbyt wielkie nadużycie z mojej strony, że duet Beach House jest zespołem popularnym w alternatywnym półświatku, czy nawet w jakimś stopniu obecnie modnym. Odnoszę wrażenie, że owa popularność od kilku lat utrzymuje się na stałym poziomie. Podziwiani przez fanów, szanowani przez krytyków, funkcjonują na scenie muzycznej również w oparciu o dobrą markę, którą udało im się stworzyć.

Jeśli chodzi o moją recepcję twórczości Beach House, to raczej i zdecydowanie wolę ich wcześniejsze dokonania. Być może wszystko zależy od tego, kiedy zetknęło się z twórczością duetu z  Baltimore po raz pierwszy. W moim przypadku był to album "Devotion" (2007 Carpark Records) .

Przy okazji nowego, siódmego, w dorobku grupy wydawnictwa warto podkreślić wkład Victorii Legrand i Alexa Scally w rozwój gatunku, jakim jest dream-pop, avant-pop. Gatunku, który podobnie do wielu innych przeżywa obecnie kryzys. Mnóstwo zespołów próbujących  swoich sił, czy też poruszających się nie tylko w tej stylistyce, trzyma się jasno wytyczonych granic, wcześniej odkrytych  szlaków - "grając jak..." - i w ten sposób niejako na starcie skazując się na porażkę. Podczas gdy dziś owe granice gatunkowe trzeba przekraczać, szukając inspiracji poza, czerpiąc garściami z bogactwa muzycznego świata.
Z drugiej strony trudno się dziwić rozczarowaniu, czy zniechęceniu, które może pojawić się z upływem tygodni, które pojawia się z upływem lat... Oto ktoś w pocie czoła tworzy linie melodyczną, zarywa noce, żeby wypracować gustowne brzmienie, intrygującą aranżację, a wszystko po to, żeby doceniła to jedynie garstka fanów, a dwóch krytyków muzycznych cmoknęło z zadowolenia, wystawiając wyjątkowo pochlebne noty. W takiej sytuacji, aż prosi się, żeby wybrać drogę na skróty - przecież Sławomir czy Siostry  Godlewskie również "tworzą całkiem zgrabne piosenki".

Tymczasem Beach House od samego początku, gdy debiutowali w wytwórni Carpark Records, mieli do zaproponowania coś własnego. Posiadali charakterystyczny dla siebie muzyczny idiom, który systematycznie rozwijali. Wykorzystując ciasną i wydawałoby się, że zapełnioną po brzegi dream-popową szufladkę, nie "grali jak..." tylko sami stali się inspiracją dla wielu artystów.  Przy pomocy prostych faktur, i z prostych elementów - syntezator, gitara, automat perkusyjny, głos - potrafili wyczarować coś własnego, co zjednywało przychylność fanów i zapadało w pamięć.
Broniły się przede wszystkim linie melodyczne, lepiej lub gorzej opakowane w subtelne aranżacje. Kiedy używasz tak niewielu instrumentów, to melodia staje się twoją tarczą. Od pierwszych nagrań czuć było, że duet z Baltimore świetnie się rozumie i uzupełnia. "Moje mocne strony zdawały się być jej słabościami" - powiedział w wywiadzie Alex Scally.

Najnowszy album - "7" - nie przynosi żadnych  rewolucji, bo przynieść nie mógł. Do naszych  rąk trafił zestaw 11- stu piosenek, nagranych w charakterystycznym dla duetu stylu. Na płycie bywa nostalgicznie, bywa romantycznie - słuchając tego zestawu można spojrzeć dziewczynie głęboko w oczy, przy "Black Car" można spróbować ją pocałować, nie powinna odmówić, a podczas "Last Ride" można pozwolić sobie na dużo więcej. Sprawdź to!
W kolejnych odsłonach albumu Victoria i Alex zapewniają, że u nich właściwie po staremu i wszystko dobrze. Być może tym razem, bardziej niż na dwóch poprzednich płytach bronią całości ich tarcze - czyli linie melodyczne. Być może tym razem Legrand i Scally poświęcili tej materii nieco więcej uwagi i staranności. Wydaje mi się, że po trzech pierwszych średnich nagraniach, w kolejnych - czyli od "L'inconnue", aż po wieńczący dzieło "Last Ride" - duet odnalazł właściwy sobie rytm i energię. Muzycznie blisko ostatnich dokonań Cocteau Twins. Dobra płyta, a biorąc pod uwagę ostatnie krążki duetu, to zaskakująco dobra płyta.

Z muzyką Beach House jest trochę tak, jak z ogrodem, który widoczny jest tylko o poranku - rosną w nim barwne kwiaty i egzotyczne rośliny o kuszących woniach. Jednak, żeby je dojrzeć, trzeba w porę się obudzić, i potrafić przebić się wzrokiem przez poranną mgłę przyzwyczajeń i utartych nawyków. Tym samym pozwolić sobie na osunięcie się w kolejny sen.

Żeby nie było aż tak słodko... jedna końcowa uwaga. Nie ma na płycie  "7"  czegoś na miarę mojej ulubionej od lat kompozycji duetu z Baltimore. Cóż,  widać takie perełki zdarzają się bardzo rzadko. Piosenka "Astronaut" (album "Devotion" 2007) od lat jest dla mnie ikoną stylu, jeśli chodzi o dokonania Beach House. I pewnie już tak pozostanie...

(nota - 7.5/10)



  



 I coś z najnowszej płyty "7".







wtorek, 16 stycznia 2018

BILLOW - "MAPS" (Bandcamp) "Artyści z Czech... w warszawskiej szafie..."





   A w "muzycznym świecie kk", w oczekiwaniu na atrakcyjne nowości 2018, kolejna reminiscencja z końca roku 2017. Jakoś tak się złożyło, tak się czasem składa, że na moim blogu nie gościł do tej pory zespół z Czech. Najwyższa pora nadrobić to niedopatrzenie. Zespół Billow funkcjonuje już od pewnego czasu na alternatywnej scenie. Ich działalność można podzielić na dwa okresy. Pierwszy z nich, nie udokumentowany żadnym oficjalnym wydawnictwem płytowym, zakończył się rozpadem grupy. Czy też, jak pokazał upływ czasu, zawieszeniem jej działalności. Po rozstaniu z połową dawnej formacji Lenka Slovakova i Jakub Zboril założyli duet - Strangers in the City, pod szyldem którego wydali album "South (2014). Natomiast dawny gitarzysta Billow, Wojciech Vesely, próbował realizować się twórczo na solowej niwie, jako Vaclav J.  Być może muzycy potrzebowali nieco więcej czasu, albo musieli odrobinę za sobą zatęsknić, spoglądając czujnym okiem, co aktualnie robią byli koledzy z zespołu. Do ponownego ich spotkania doszło w Pradze, gdzie dawni członkowie Billow podjęli decyzję o reaktywacji grupy.

Na ich debiutanckiej płycie, wydanej dwa miesiące temu, znajduje się kilka przerobionych  utworów, z tego pierwszego okresu działalności grupy. Chociażby singiel promujący nowe wydawnictwo "Long Drive". Gatunkowo mamy tu do czynienia z dream-popem, avant-popem, lo-fi. Bazę dla wielu kompozycji stanowią dźwięki gitar, czy to elektrycznych, czy to akustycznych, na malowniczym tle których rozbrzmiewa łagodny głos Lenki Slovakovej. Na całe szczęście wokalizy są języku angielskim, co w moim przypadku znacznie ułatwia odbiór. Na albumie dominuje spokojny senny nastrój, choć zdarzają się nieco bardziej dynamiczne utwory. W odróżnieniu od kompozycji duetu Strangers in the City, utwory Billow trwają dłużej niż minuta, czy niespełna dwie minuty. Poza tym są znacznie lepiej zaaranżowane i zarejestrowane. Zniknęła nieznośna na dłuższą metę maniera specyficznego zniekształcania wokalizy. Choć element celowej niedbałości o jakość nagrania wciąż przewija się przez poszczególne piosenki. Ponoć jeden z utworów powstał w ... szafie, w warszawskim mieszkaniu, którego nad wyraz przedsiębiorczy urzędnicy ratusza nie zdążyli sprzedać. Debiutancki krążek "Maps" zawiera dziewięć całkiem zgrabnych piosenek, które powinny przypaść do gustu fanom takich formacji jak Memory House, Blouse, czy Teen Daze.
(nota 6-7/10)


  


wtorek, 19 grudnia 2017

SHE SIR - "RIVAL ISLAND" (Shelflife Records) "Puzzle w odcieniach nieba nad Austin"




  Wydana w 1993 roku płyta "Four-Calendar Caffe" grupy Cocteau Twins podzieliła krytyków. Jak to zwykle w materii muzycznej bywa, jedni wytykali albumowi wtórność i powielanie przez Robina Guthrie tych samych rozwiązań, inni z kolei zachwalali siódmą w dyskografii szkockiego zespołu płytę i traktowali ją, jako próbę poszukiwania nowych estetycznych rozwiązań. Upływające dni pokazały, że tych nowych estetycznych rozwiązań nie było aż tak wiele, a mimo to album wciąż po tylu latach broni się całkiem nieźle. "Four-Calendar Caffe"zawierał przede wszystkim bardzo dobrze napisane piosenki. Wydaje się, że zwykle to forma jest najbardziej narażona na erozję, zaś gustowne linie melodyczne unoszą się niejako w bezczasie. W ten sposób dobiegał końca album grupy Cocteau Twins, a także wspólny czas muzyków, choć artyści chyba  wtedy nie przypuszczali, że nagrają razem jeszcze tylko jedną płytę.







  Wspominam o tym dlatego, że najnowsza płyta - "Rival Island" - bohaterów dzisiejszego wpisu nawiązuje do tego okresu. Okres początku lat dziewięćdziesiątych to wciąż bliski dla mnie czas, chociażby z tego prostego powodu, że właśnie wtedy w dużej mierze kształtował się mój gust muzyczny. W tamtych dziwnie niespiesznych dniach poznawałem kolejne zespoły oraz płyty, które zmieniły postrzeganie otaczającej mnie rzeczywistości. Oczywiście dobry smak kształtuje się przez całe życie, ale nie od dziś wiadomo, że czym skorupka za młodu... Dlatego też z radością witam albumy nowych twórców, którzy potrafią umiejętnie czerpać z bogatej muzycznej tradycji, którzy szukając własnej drogi, nawiązują do dawnych rozwiązań, modyfikują je i przekształcają, dokonują ich redefinicji. W ten sposób koło muzycznego świata wciąż się obraca...

She Sir  - to czterech panów z Austin (Teksas), którzy mają już na koncie trzy albumy. Ten pierwszy zatytułowany "Who Can't Say Yes", wydali własnym sumptem w 2006 roku. Później na jakiś czas słuch o grupie zaginął. Dopiero rok 2014 przyniósł wraz z sobą album "Go Guitars", czyli pierwsze oficjalne wydawnictwo, które ukazało się pod szyldem Shelflife Records. Płyta zawierała dziesięć kompozycji, utrzymanych w charakterystycznej dla formacji dream-popowej stylistyce.  Poszczególne nagrania przykuwały uwagę słuchacza brzmieniem rozmytych gitar - nawiązujących do stylistki między innymi Cocteau Twins - oraz głosem wokalisty i gitarzysty Russella Karloffa. Minęły trzy lata, w trakcie których zespół wyraźnie dojrzał, chociażby do tego, żeby nieco bardziej ubogacić swoje brzmienie.

Ostatniej płyty - "Rival Island", która ukazała się w 2017 roku, próżno szukać w zestawieniach najlepszych albumów tego roku. Z tej prostej przyczyny, że nie jest to ani płyta odkrywcza, ani przełomowa, chyba że w pewnym stopniu dla członków amerykańskiej formacji, ani tym bardziej doskonała. W moim odczuciu jest to jednak na tyle dobry krążek, że warto nie tylko przesłuchać ten materiał muzyczny z uwagą, ale i wrócić do niego - co też uczyniłem całkiem niedawno. "Rival Island" zawiera kilka naprawdę bardzo dobrych piosenek, których słucha się całkiem przyjemnie. Nie brakuje tu specyficznego "marzycielskiego" nastroju ( w końcu określenie "dream-pop" do czegoś zobowiązuje), i dobrych linii melodycznych, które u progu zimy potrafią ogrzać chłodne wnętrza nie tylko naszych domów. Wreszcie to długimi fragmentami całkiem udany zestaw "muzyki dla tańczących inaczej". W procesie produkcji nad wszystkim unosił się dobry duch Joe Lamberta (The National, Animal Collective, Deerhunter"), który całkiem udanie zestawił ze sobą poszczególne fragmenty dzwiękowych puzzli - stąd pewnie tony saksofonu pojawiające w aranżacji "Noon Inspirits", "Pheromodno", skoczny rytm "Corporealoro" (chyba mój najbardziej ulubiony, do którego wracam i wracam) .  Lekka, letnia płyta, która znakomicie smakuje w zimowy czas. Sprawdźcie sami.

(nota 7.5/10)








środa, 29 listopada 2017

NORTH ARM - "LET LOVE THROUGH" "Długie samotne spacery... czyli Avant-pop z antypodów"




Jest słoneczne piątkowe popołudnie, jak to zwykle bywa w Sydney, nie tylko o tej porze roku. Roderick Smith skończył kilka dni temu jedenaście lat. Zjadł pyszny tort i dostał mnóstwo prezentów, choć żaden nie spełnił jego skrytych marzeń. W pustym domu panuje cisza, którą naznacza rytmiczne tykanie zegara wiszącego na ścianie. Roderick nudzi się i włóczy od pokoju do pokoju, jakby dziecięcymi krokami próbował odmierzyć metraż mieszkania. Wreszcie trafia do pokoju siostry, która zwykle z hukiem zamyka przed nim drzwi. Korzystając z jej nieobecności, chłopiec postanawia rozejrzeć się tutaj nieco uważniej. W tym zawalonym książkami oraz stertami ciuchów pomieszczeniu ostrożnie zagląda do szuflad, myszkuje pod łóżkiem, dziwi się, jak można  mieć taki bałagan, ale przede wszystkim stara się niczego nie przesunąć. Wreszcie otwiera drzwi jednej z szaf, a zdumionym oczom ukazuje się pokryta kurzem gitara. To wydarzenie będzie miało wpływy na dalszy przebieg jego życia. Aż strach pomyśleć, co by było wtedy, gdyby bohater dzisiejszego wpisu, zajrzał również do innej szafki ("zabawki z nocnej szafki"), a w niej, na podobieństwo podmiotu lirycznego jednego z tekstów Maleńczuka, znalazł portfel ojca.

Kilka lat później Roderick Smith opanował grę na gitarze oraz dorósł na tyle, żeby założyć zespół, a właściwie jednoosobowy projekt muzyczny. Pomocną dłoń wyciągnęli do niego Robin Waters (Darling James), znany australijski producent James Walker (Machine Translations), a od czasu do czasu wspierał go na perkusji Dan Parsons. Nazwa North Arm pochodzi o nazwy nadmorskiego miasteczka North Arm Cove, gdzie Roderick spędzał letnie wakacje.
Na koncie sympatycznego Australijczyka znajdziemy kilka epek oraz dwa albumy długogrające. Debiut fonograficzny przypadł na początek listopada 2015 roku. Wydany własnym sumptem krążek zawierał dziesięć nagrań utrzymanych w avant-popowej, indie-popowej stylistyce. Niemal dokładnie dwa lata później, czyli przed kilkoma dniami, ukazała najnowsza płyta North Arm zatytułowana "Let Love Through". I tym razem słuchacze otrzymali dziesięć kompozycji, w moim odczuciu nieco bardziej przemyślanych i dopracowanych, dojrzalszych aranżacyjnie, w stosunku do debiutu. To, co z pewnością wyróżnia Smitha na tle innych wykonawców, próbujących swoich  sił w gatunku avant-pop, to niewątpliwy talent do komponowania bardzo zgrabnych melodii. Charakterystycznym elementem tych utworów jest również indie-rockowa gitara, przywołująca skojarzenia z twórczością takich formacji jak Wild Nothing czy Diiv. Wśród swoich muzycznych inspiracji artysta z antypodów wymienia również: The Whitest Boy Alive, Kings Of Convenience, Broken Social Scene.
Pomimo dość żywego tempa, poszczególne kompozycje skrzą się od pastelowych barw i nostalgicznych tonów. "To muzyka na długie samotne spacery" - tak Roderick Smith określił zawartość albumu "Let Love Through". I myślę sobie, że pomimo braku słońca za oknem, a może właśnie dlatego, urokliwe piosenki Nroth Arm sprawdzą się również w europejskich, ponuro-listopadowych okolicznościach. Niewykluczone, że przy okazji tych niespiesznych wędrówek ktoś z Was dotrze na pokryty pajęczyną strych, i w starej zakurzonej szafie odkryje coś, co skłoni go do muzykowania.

(nota 7/10)






niedziela, 7 maja 2017

SHE-DEVILS - "She-devils" (Secretly Canadian) - "Kanadyjskie panaceum na avant-popowe tęsknoty"


"She Devil" to horror z 1957 roku wyreżyserowany przez Kurta Neumanna (tego samego, który rok później nakręcił bardziej znany obraz "Mucha"). Fabuła, jak to w przypadku tego gatunku zwykle bywa, nie jest zbyt skomplikowana. Główny bohater - doktor Dan Scott - jest twórcą serum, które leczy dolegliwości zwierząt. Kierowany uczuciem lekarz próbuje pomóc kobiecie chorej na gruźlicę. Podaje jej owo "magiczne serum", ale nie jest w stanie przewidzieć skutków ubocznych. Kyra Zelas - w tej roli Mari Blanchard - szybko wraca do zdrowia, ale pod wpływem działania leku zmienia się jej osobowość.

She-Devils to również nazwa zespołu (i to niejednego). Ten, który jest bohaterem dzisiejszego wpisu, nagrał właśnie debiutancką płytę dla prestiżowej wytwórni Secretly Canadian. She-Devils to kanadyjski duet, który tworzą: wokalistka Audrey Ann Boucher i odpowiadający za wszelkie dźwięki Kyle Jukka. Spotkali się cztery lata temu w Montrealu, szybko polubili i postanowili spróbować swoich sił na scenie. Ta sympatyczna para czerpie inspiracje dla swojej twórczości z kina oraz ze sztuki. Pośród ważnych dla nich artystów wymieniają takie nazwiska jak: Andy Warhol, John Waters, Quentin Tarantino, ale również Walt Disney.
 
 Przekładając na język sztuk plastycznych, można powiedzieć, że jest coś w twórczości sympatycznych Kanadyjczyków z filmów rysunkowych albo z komiksu. Wyraźna, gruba kreska, charakterystyczne, może nawet odrobinę przerysowane postacie, i co warte szczególnego podkreślenia, cała paleta barw. Przy pierwszym przesłuchaniu ich debiutanckiego albumu, od razu rzuca się w uszy głos Audrey Ann Boucher. Do zalet można z pewnością zaliczyć jego charakterystyczną, momentami hipnotyczną, barwę. Jednak ten specyficzny sposób śpiewania może niektórym, co bardziej wrażliwym, nieco przeszkadzać, albo męczyć. Audrey Ann lubi, z sobie tylko znanych powodów, przeciągać końcówki fraz, co nie zawsze przynosi pożądany efekt. Widać, taki już ma styl, i w tym czuje się najlepiej.
Stylistycznie można twórczość kanadyjskiego duetu wrzucić gdzieś pomiędzy takie uznane już marki jak: Pram, Broadcast, Solex, Stereolab. Najnowszy krążek She-Devils długimi fragmentami zawiera całkiem przyzwoity avant/retro-pop. Aranżacje poszczególnych utworów również zdają się być całkiem bogate, jak na skromny duet. Kyle Jukka z dużym wyczuciem dobrego smaku potrafi oddać muzyczny klimat przełomu lat 50/60-tych, jak chociażby w balladach - "How Do You Feel", "Buffalo", żeby po chwili zabrać słuchacza w psychodeliczną podróż - "Never Let Me Go", "Make You Pay",  "Hey Boy".

Czy debiutancki album She-Devils stanowi dobre panaceum na moje avant-popowe tęsknoty? I tak, i nie... Kilka utworów broni się całkiem nieźle - zważywszy również na fakt, że popełnili je młodzi debiutanci - i dość szybko zapada w pamięć. Nad innymi kanadyjski duet mógł jeszcze nieco bardziej popracować, żeby nie trąciły banalnymi rozwiązaniami. Jednak warto odnotować ten debiut, gdyż w ostatnich tygodniach jakoś nie potrafię odnaleźć dla siebie czegoś intrygującego w krainie avant-popu. Obok albumu VIOLENTS AND MONICA MARTIN - "Awake And Pretty Much Sober", to ciekawa propozycja tej wyjątkowo zimnej wiosny. O ile She-Devils spoglądają wstecz i w swojej twórczości odwołują się do bliższej bądź dalszej przeszłości, o tyle Violents And Monica Martin na swoim debiutanckim krążku korzystają z dobrodziejstw współczesnego brzmienia. Zamiast psychodelicznego rozedrgania i egzystencjalnych niepokojów, które targają kanadyjskim duetem, Jeremy Larson (producent, kompozytor) i Monica Martin (śpiew), proponują chwilę nostalgii i wyciszenia, intymną atmosferę sypialni, rozmowy o miłości oraz miękką pościel kojących dźwięków.
Sami zdecydujcie, czego Wam bardziej potrzeba.
SHE-DEVILS - "She-devils" (nota 7/10)
VIOLENTS AND MONICA MARTIN - "Awake And Pretty Much Sober" (nota 7.5/10) 







sobota, 25 marca 2017

LAETITIA SADIER SOURCE ENSEMBLE - "Find Me Finding You" (Drag City) "Laetitia Sadier, pająk Klee, cyrk Miro..."



"(...) należało zacząć od zamknięcia oczu, a wtedy najpierw coś niby żółte gwiazdy (poruszające się w aksamitnej galarecie), potem czerwone skoki humorów i godzin, powolne wkraczanie w Mago-świat, który był niezdarnością i pogmatwaniem wszystkiego, ale równocześnie paprociami z podpisem tego pająka Klee, cyrkiem Miro, lustrem z popiołu Vieira da Silva, światem, w którym poruszałaś się jak konik szachowy, który by się poruszał jak wieża, która by się poruszała jak laufer...".
Od kilkunastu lat ten właśnie cytat, zaczerpnięty z powieści Julio Cortazara "Gra w klasy", niezmiennie kojarzy mi się z twórczością zespołu Stereolab oraz Laetitii Sadier. Szkoda tylko, że jeśli chodzi o brytyjsko-francuską formację należy używać trybu czasu przeszłego. Zespół założony przez Tima Gane'a i Sadier zaprzestał działalności kilka lat temu. Punktem przełomowym dla istnienia tej grupy był tragiczny wypadek Mary Hansen (klawisze, gitara). Hansen zginęła podczas jazdy rowerem, potrącona przez samochód. Miała zaledwie 36 lat. Od tamtej pory nic już nie było takie samo w zespole Stereolab.
Bez cienia przesady można powiedzieć, że to właśnie między innymi do tej grupy należała druga połowa lat dziewięćdziesiątych ubiegłego już wieku, jeśli chodzi o szeroko pojętą scenę alternatywną. Klasyczni przedstawiciele "muzyki dla tańczących inaczej" wielokrotnie zachwycali zarówno krytyków jak i słuchaczy. Artyści związani z tą formacją, w swojej twórczości nie stronili od eksperymentów formalnych, potrafili zaskoczyć świeżością i oryginalnością pomysłów estetycznych. W doskonały sposób pokazywali, czym w muzyce jest nieskrępowana wyobraźnia. Z godną pozazdroszczenia swobodą łączyli i przeplatali ze sobą elementy różnych gatunków - disco z R&B, pop przyprawiali postrockowymi domieszkami, a repetytywne struktury, jakby żywcem wyjęte z dokonań Steve'a Reicha, subtelnie wtłaczali w szerokie ramy retro-popu, easy-listeningu, a nawet drum'n'basu.
A oto, również od lat, mój ulubiony utwór formacji Stereolab, a zarazem jedna z najpiękniejszych kompozycji mojego życia. Zachwyca mnie w tym nagraniu wszystko, począwszy od podziału rytmicznego, przez puls, FLOW, aurę egzotyki i niesamowitości, aż po wspaniałą interakcję na linii vocal-chór. To prawda, o tym utworze mógłbym długo opowiadać, dlatego nic już nie napiszę. Muzyka obroni się sama. ("Rainbo Conversation" pochodzi z płyty "Dots and Loops", wydanej w 1997 roku).



Na swojej czwartej solowej płycie Laetitia Sadier odwołuje się wprost do muzyki dawnej macierzystej formacji. W wywiadach artystka szczerze przyznała, że: "Gram tak, jak graliśmy w Stereolab". Mamy więc na albumie "Find Me Finding you" nawiązania do krautrocka, repetytywne struktury, polirytmie oraz swobodne lawirowanie pomiędzy gatunkami. Na poziomie formalnym ostatni krążek Sadier jest bardzo intrygujący i bardzo udany. Szereg brzmieniowych rozwiązań mogłoby posłużyć jako źródło inspiracji dla wielu nie tylko młodych zespołów. "Blind Marxist" - jak nazwał Sadier jeden z dziennikarzy, zwracając uwagę na zaangażowanie i lewicowe poglądy wokalistki - zaprosiła do pracy nad swoim najnowszym dziełem kilku gości. Na basie zagrał Xavi Munoz, na klawiszach David Thayer, na gitarze Mason Le Long, syntezatory obsługiwał Phil M Fu, przy perkusji zasiadł Emmanuel Mario, a w utworze "Love Captive" wokalnie udzielił się Alexis Taylor (Hot Chip).
Niby na pozór jest całkiem dobrze, a jednak czegoś brakuje. Słuchałem poszczególnych nagrań z ciekawością, ale nie z zapartym tchem. Mniej więcej po wysłuchaniu połowy krążka - czyli gdzieś po "Committed" - złapałem się na tym, że nie czekam w wielkim napięciu i z uwagą, co przyniosą kolejne kompozycje. W moim odczuciu, albumowi "Find Me Finding You" przede wszystkim brakuje świeżości, jakiegoś błysku, niespodzianek, które artyści związani z formacją Stereolab dawniej wyciągali jak z rękawa, i którymi zaskakiwali słuchaczy, chociażby na takich znakomitych albumach, jak "Emperor Tomato Ketchup", czy moim ulubionym "Dots and Loops". Mój problem polega na tym, że gdzieś to już wszystko słyszałem, w nieco lepszym wydaniu. Dość narzekania, cieszmy się tym, co jest. Cieszmy się, że nadal na rynku muzycznym są artyści, którzy przykładają szczególną wagę do brzmienia i aranżacji, którym wciąż chce się nagrywać kolejne płyty.  Zdecydowanie najlepsza kompozycja na albumie "Find Me Finding You", to otwierająca całość: "Undying Love For Humanity", która - co pokazuje reszta albumu - jest jednak i mimo wszystko jak niespełniona obietnica, że dalej będzie równie intrygująco i równie wspaniale.            (nota 6-7 /10)





sobota, 10 grudnia 2016

NO CLEAR MIND - "MAKENA" ("Avant-pop podniesiony do rangi sztuki")



Makena Beach (nazywana także "Big Beach"), to: "najpiękniejsza złota plaża na wyspie Maui, leżącej w archipelagu Hawajów". Foldery biur podróży reklamują ten malowniczy zakątek, zachwalając krystalicznie czystą wodę, rozkoszny cień palm oraz ciepły wiatr wiejący od morza. "Wyspa Maui...to nie tylko pocztówkowe plaże, ale także plaże o piasku w różnych kolorach (...). Strzeliste wulkaniczne klify, wodospady, tropikalne niziny i dżungla, szczyty porośnięte lasami... Maui jak i jej okolice są prawdopodobnie najlepszym miejscem do nurkowania w całym archipelagu Hawai". Ceny wycieczek zaczynają się od... Sprawdźcie sami. Szczególnie, że z wyspy Maui nie jest zbyt daleko do wyspy Oahu, gdzie nakręcono serial "Lost - zagubieni".
    Dla tych, którzy w najbliższych dniach, z różnych powodów nie mogą sobie pozwolić na skorzystanie z bogatej oferty biur podróży, proponuję, w ramach rekompensaty czy namiastki egzotycznej wycieczki, wyborne towarzystwo zespołu No Clear Mind oraz ich znakomitą, wydaną niedawno płytę, zatytułowaną: "Makena". Sympatyczną grupę tworzą obecnie - Vasilis Dokakis ( lider, wokalista, autor tekstu), Lefteris Volanis, Dimitris Pagidas, Kostas Haliotis, Dimitris Patsoras. "Makena" to czwarty album w dorobku tej wciąż mało znanej greckiej formacji i moim zdaniem zdecydowanie najlepszy. Zawartość tego krążka stanowi wyjątkowo spójny materiał muzyczny, zważywszy na gatunek - avant-pop/dream-pop/retro-pop. Płyta "Makena" to avant-pop pełen egzotycznych przypraw, które niezbyt często można spotkać w tym gatunku. Odnajdziemy tutaj i pikantną domieszkę art-rocka ("In June", "Way out"), mocną, ale nie dominującą nutę psychodelicznego krautrocka (kompozycja "Makena") oraz posmaki retro-popu ("Lulu", "No man is an Island")  i melodyki wyjętej z przełomu lat 60-tych i 70-tych. Nie są to jednak przypadkowe cytaty, użyte byle jak i w dowolnym miejscu, chociażby w tak często obecnie spotykanej formule: "kopiuj-wklej". Ostatnie dokonania zespołu No Clear Mind w doskonały sposób pokazują, jak można umiejętnie czerpać z bogatej muzycznej tradycji. Rzadko, przynajmniej w ostatnim czasie, trafia do moich rąk płyta, której poszczególne utwory byłyby, z jednej strony, aż tak urokliwie melodyjne, a z drugiej, stanowiłyby świadectwo aranżacyjnego wyrafinowania, dobrego smaku oraz wkładu wykonanej pracy. Takich "piosenek" nie komponuje się z dnia na dzień, a takich płyt nie nagrywa się w trzy dni.
Na szczególną uwagę zasługuje staranność i konsekwencja, z jaką został wyprodukowany album "Makena". Nie jest to zbiór luźno powiązanych ze sobą, lepszych lub gorszych, dziesięciu kompozycji. Każdy utwór to nie tylko zapis tekstu oraz linii melodycznej, ale przede wszystkim wykwintna prezentacja koncepcji dotyczącej tego, jak w konkretnym momencie powinna brzmieć gitara, bas, klawisze, perkusja, głos i chór. To właśnie na poziomie aranżacji i w brzmieniu (realizacja) słychać ślady myślenia o dźwięku, które dominowały w muzyce pochodzącej z okresu lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku. Charakterystyczne nabijanie akordów gitary akustycznej, w dalszej kolejności praca sekcji rytmicznej, podział i rozplanowanie sceny muzycznej, od samego początku płyty - "In June" - sprawiają, że słuchacz bez problemu nie tylko przenosi się na rajską wyspę, ale również w czasie. Na albumie "Makena" wiele razy wykorzystano efekty pogłosowe (reverb), szczególnie jeśli chodzi o linię wokalną. Jednak zrobiono to z dużym wyczuciem, dzięki czemu tekst jest zawsze czytelny, a kompozycje zyskały dodatkową subtelną aurę. Poszczególne dźwięki zdają się otaczać odbiorcę ze wszystkich stron, otulając spragnione wrażeń uszy, w miękkim niczym piasek Makena Beach kokonie. "Sunlight, close your eyes, feel the warm lasting trace of your smile..."
Warto również podkreślić urzekające i zapadające w pamięć linie melodyczne. Zawartość płyty "Makena" stanowią piosenki, które wpadają w ucho, które nuci się wciąż i wciąż, czasem zupełnie bezwiednie, ale nade wszystko takie, do których bardzo chce się wracać. Od tego albumu po prostu nie sposób się uwolnić. Gdybym miał pokusić się o podanie tropów stylistycznych czy ewentualnych podobieństw, musiałbym wymienić kilka zapomnianych nazw zespołów, takich jak: Blue States, Bang Gang, Melpo Mene, ILYA.
Po raz kolejny złapałem się na tym, że po wysłuchaniu krążka "Makena", odczułem autentyczny żal, kiedy uprzytomniłem sobie, jaki los czeka ten znakomity album. Urokliwe piosenki mogłyby ubogacić niejedną audycję radiową, uprzyjemnić czas gawiedzi i przyciągnąć uwagę nieco bardziej wymagającego odbiorcy. Jednak zbyt wiele staranności, jaką włożono w produkcję tej płyty, zbyt duży stopień wyrafinowania, jeśli chodzi o poziom aranżacji, zbyt mała ilość sztampowych rozwiązań - wszystko to razem wzięte sprawi, że ostatni album No Clear Mind nie zagości na playlistach popularnych stacji radiowych. Również krytycy nie pochylą się nad albumem "Makena". Pierwszy powód jest prozaiczny - brak wytwórni płytowej, która pomogłaby w promocji (płyta dostępna na bandcampie). Tym samym brak menadżera, który podsunąłby płytę na biurko dziennikarza muzycznego. Druga przyczyna, to zbyt ładne i w potocznym ujęciu zbyt "proste" linie melodyczne, które mogą błędnie sugerować, że coś, co szybko wpada w ucho, równie szybko z niego wypadnie. Nic bardziej mylnego.
Piosenkami z płyty "Makena" można by ozdobić ścieżkę dźwiękową niejednego filmu, czy to kina współczesnego, czy też tego, które święciło triumfy w latach 60-tych ubiegłego wieku. Dajmy na to kompozycja "Big thing". Wystarczy kilka pierwszych dźwięków i już przed oczami słuchacza pojawiają się kadry z filmu Jean-Luc Godarda. Widzimy kabriolet sunący powoli skąpanymi w słońcu ulicami Paryża. Za kierownicą siedzi  Jean-Paul Belmondo, obok niego zjawiskowa Jean Seberg, odchylona do tyłu, podtrzymuje dłonią kapelusz z szerokim rondem, którym targa złośliwy wiatr ("Do utraty tchu"). A może...a może jesteśmy w kawiarni, gdzie śliczna Anna Karina zaprasza nas do tańca. Przed chwilą wrzuciła monetę do grającej szafy, a teraz stoi przed nami, uśmiecha się tajemniczo, odlicza kolejne takty muzyki, prowokacyjnie pstrykając palcami ( "Żyć własnym życiem", "Szalony Piotruś", "Amatorski gang" ).
Jedno nie ulega wątpliwości, że to z albumem "Makena" będziemy porównywać wcześniejsze i późniejsze dokonania zespołu No Clear Mind. Duża klasa, wspaniała kultura gry, coś dla prawdziwych smakoszy. (nota 8.5/10)