Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thom York. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thom York. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2026

OMNIHELL - "EXTREME SUFFERING" (Bandcamp) "LEKKA DEPRESJA"

 

  Czasem nawet skromny autor tego bloga jest w stanie przewidzieć, czy zapowiedzieć - z bardzo dużym marginesem błędu - pojawienie się na horyzoncie dobrej płyty. Całkiem możliwe, że jest to w dużej części przypadek projektu OMNIHELL, pod którym to szyldem ukrywa się JULIAN ASH z Los Angeles. To miasto gości w ten weekend jeden z prestiżowych turniejów golfowych. Choć nie jest to moja ulubiona lokalizacja w cyklu PGA TOUR. Ta wciąż i póki co należy do RBC HERITAGE, rozciągniętego w malowniczych okolicach Hilton Head Island. W tym roku zmagania na tym bajkowym polu rozpoczną się od 16 kwietnia, już można rezerwować bilety. Wracając do głównego tematu dzisiejszej odsłony bloga, czyli do wspomnianego wcześniej młodzieńca, to wyglądem przypomina nieco bardziej współczesną wersję Roberta Smitha 3.0. I na tym podobieństwa do brytyjskiego wokalisty się nie kończą, bowiem muzyka OMNIHELL również mocno nawiązuje do wczesnych płyt formacji The Cure czy Bauhaus.




Debiutanckie wydawnictwo OMNIHELL wpisuje się w obserwowaną od dłuższego czasu falę odrodzenia nurtu post-punk/darkwave. W tym kontekście mogę pojawić się takie nazwy grup jak: Drab Majesty, Lebanon Hanover, Molchat Doma, The Soft Moon, Actors, She Past Away itd. Muzyka Juliana Asha sytuuje się gdzieś na pograniczu post-punka i drakwave. W jego piosenkach odnajdziemy charakterystycznie podkreśloną linię basu. Drobnym minusem jego aranżacji jest w mojej  ocenie dość schematyczna i monotonna praca perkusji. Od czasu do czasu przydałoby się urozmaicić ten element. Podobnie jak całe aranżacje, w których zabrakło mi ciekawych dodatków, jakiegoś gustownie wplecionego elementu, żeby poszczególne odsłony udanego w gruncie rzeczy debiutu zyskały na różnorodności.




Julian Ash posługuje się właściwie dwoma ulubionymi rytmami - tym żywym, energetycznym, zbliżonym do tempa tanecznego, do którego autorowi "Extreme Suffering" z pewnością najbliżej, chociażby za sprawą wieku oraz tym nieco wolniejszym, który odmierza takty w bardziej rozmarzonych czy "depresyjnych" utworach. Co ciekawe, w obydwu tych przypadkach amerykański artysta bywa jednakowo przekonujący. 

Kiedy uważnie przyjrzymy się nazwie OMNIHELL, rozbijając ją na dwa główne człony, otrzymamy coś w rodzaju "wszechogarniającego piekła". Z kolei tytuł świetnego singla, który zabrzmiał na wstępie -  "Kurushimi" - w języku japońskim oznacza "cierpienie". I w ten prosty sposób otrzymamy zarys głównych tematów poszczególnych piosenek. Julian Ash na swoim udanym debiucie pokazuje, że o "cierpieniu", "smutku", "izolacji" można opowiadać w różny sposób, nie tylko rozwijając czarne i gęste niczym smoła depresyjne tony, czy smętnie zawodząc i głęboko przeżywając emocjonalne rozterki, jak robią to czołowi przedstawiciele emo-rocka.

Wydawnictwo "Extreme Suffering" można pochwalić zza spójność i konsekwencję w przedstawianiu kolejnych pomysłów. Sama melodyka, czyli takie, a nie inne połączenie nut, skojarzyła mi się z bardzo dobrą niegdyś propozycją innego amerykańskiego twórcy. Mam tu na myśli grupę Wild Nothing i świetną płytę - "Gemini". Wokalista i gitarzysta Wild Nothing - Jack Tatum - w początkowym okresie działalności zdawał się mieć dużo większy talent do melodii niż jego rodak Julian Ash. W odróżnieniu od swoich dalekich "stryjów", czy raczej "dziadków" - R. Smith, P. Murphy - autor "Extreme Suffering" jest dużo bardziej  minimalistyczny, o wiele mniejszą wagę przywiązuje do brzmienia oraz produkcji. Co pewnie stanowi przywarę młodości. Oceniając to wydawnictwo warto mieć w pamięci młody wiek twórcy, niewielkie doświadczenie (wcześniej próbował sił z projektem Harsh Symmetry), fakt, że dopiero próbuje znaleźć dla siebie miejsce na rynku muzycznym. Zobaczymy, co przyniosą kolejne propozycje Omnihell. 


(NOTA - 7.5/10) 
 



Chris Curtin to inny młody twórca z Brooklynu, który dopiero zaczął muzyczną przygodę. Ukrywa się pod nazwą POST HYPE i niedawno opublikował nowy singiel.




Pozostaniemy w USA, ale przeniesiemy się do stanu Iowa, gdzie odnajdziemy kolejnego "świeżaka", czyli projekt KINJII. Fragment z niedawno wydanej epki "Thunder Head".



Cóż, że ze Szwecji, czyli skandynawski duet Adreas Grundel oraz Joanna Erikson, prosto z ich wydanego kilka dni temu singla.




 Zmienimy nieco nastrój oraz kraj, przeniesiemy się do Szwajcarii, skąd pochodzi grupa BLACK SEA DAHU, która w dniu wczorajszym opublikowała album zatytułowany "EVERYTHING".






Zbliżony nastrój znajdziecie na wydanej przed tygodniem płycie "Songs For The Weary", artysty z Manchsteru - MATTHEW C.WHITAKERA. Oto mój ulubiony fragment.




Trzeba przyznać, że z dużą starannością zrealizowana została najnowsza, wydana przed tygodniem, płyta grupy z Nashville - THE LONE BELLOW - "WHAT A TIME TO BE ALIVE" (audiofile powinni zajrzeć do tej propozycji). Mój ulubiony utwór? Właśnie ten!




 
Raz jeszcze Los Angeles, tym razem nie pole golfowe, tylko studio nagraniowe, gdzie spotkali się FLEA (Red Hot Chili Peppers) oraz THOM YORK, który pojawił się jako gość specjalny na płycie tego pierwszego artysty. Premiera albumu "HONORA" 27 marca.






KĄCIK IMPROWIZOWANY-  w nim wizyta w Monachium, i zaproszenie do przesłuchania całej bardzo udanej płyty JJ WHITEFIELDY'A & FORCED MEDITATION zatytułowanej "BIRTH OF CONSCIOUSNESS".








wtorek, 16 kwietnia 2019

LOWLY - "HIFALUTIN" (Bella Union) "SPACER W TĘCZY"

   Portishead, Stina Nordenstam, Beach House, Gem Club, Exitmusic, Radiohead - oto mapa moich skojarzeń, które pojawiły się podczas odsłuchiwania najnowszej, wydanej w ubiegły piątek, płyty zespołu Lowly zatytułowanej "Hifalutin". Szczególnie ta ostatnia grupa, dowodzona przez Thoma Yorke'a, wydaje się być w tym kontekście dobrym strzałem. Oczywiście nie mam tutaj na myśli bogactwa aranżacji, charakterystycznych dla twórczości brytyjskiego zespołu produkcyjnych smaczków, wykorzystania całego arsenału środków technicznych, tylko MELODYKĘ. Od pierwszych taktów albumu - czyli od zaproszenia na spacer "Go For a Walk" i "Stephen" (utwór poświęcony Stephenowi Hawkingowi) - słyszalne i wyczuwalne jest pokrewieństwo linii melodycznych, podobne są niektóre przejścia pomiędzy nutami, a także klimaty oniryzmu oraz nostalgii. Coś jest w tym moim prywatnym skojarzeniu na rzeczy, bowiem nie bez przyczyny artyści związani z formacją LOWLY podkreślają w wywiadach, że na co dzień słuchają różnej muzyki, ale cała sympatyczna piątka przyznaje, że bardzo sobie ceni dokonania Radiohead.

Debiut grupy Lowly przypadł na rok 2017 i album "HEBA", wydany przez zacną oficynę Bella Union, prowadzoną przez Simona Raymonde'a. Basista Cocteau Twins zwrócił uwagę na duńską formację podczas trwania jednego z festiwali, bodajże był to "Spot", rozgrywający się w majowej scenerii miasta Aarhus, gdzie spodobali się na tyle, że zaproponował im podpisanie kontraktu płytowego. Z tego debiutanckiego wydawnictwa szczególnie zapamiętałem świetną kompozycję "WORD", która pokazywała potencjał grupy i do której wielokrotnie wracałem. W naszym kraju duńska formacja nie została zauważona, ale ich pojawienie się na rynku odnotował między innymi: "Pitchfork", "PopMatters" czy portal "405", wystawiając pochlebne recenzje.  Mam nadzieje, że ich drugie wydawnictwo - "Hifalutin" - zmieni ten stan rzeczy, bo naprawdę warto bliżej poznać ten zespół.

Album nagrywano w magazynie o powierzchni 150 metrów kwadratowych, na obrzeżach miasta Aarhus, gdzie odpowiedzialny za produkcję Anders Ball (znany ze współpracy z Efterklang) rozstawił mikrofony, chcąc w ten sposób uzyskać ciekawe brzmienie. Dzięki temu otrzymaliśmy do rąk czternaście spójnych i utrzymanych w podobnym dream-popowym, indie-popowym klimacie, udanych kompozycji. Z pewnością na tym krążku jest czego słuchać, i do czego wracać. W aranżacjach dominuje subtelne elektroniczne brzmienie klawiszy (Kasper Staub - syntezator) oraz dyskretne tony gitary, których mogłoby być nieco więcej. Warte szczególnego podkreślenia są urzekające długimi fragmentami partie wokalne, ponieważ głos obydwu wokalistek - Nanny Schannong (gitara, śpiew, wcześniej próbowała solowej działalności) oraz Soffie Viemose (śpiew) - odgrywa w tych  utworach kluczową rolę. Górne rejestry całkiem nieźle słyszalne w kompozycji "Staples", lub "i", przypomniały mi dokonania Stiny Nordenstam. Czasem wsłuchując się w śpiew Soffie Viemose ( w tekstach obydwie wokalistki inspirowały się eksperymentalną poezją Inger Christensen, czy wierszami perskiego mistyka Jalala ad-Din Rumiego), moje myśli biegły w stronę Beth Gibbons.
Jedyne zastrzeżenia mam do układu płyty. Uważam, że można było ustawić kolejne kompozycje w inny,  nieco lepszy sposób albo nawet całkowicie zrezygnować z kilku - dwóch czy niespełna 3-minutowych utworów, które stanowią drobną wyrwę w obrazie całości. Chyba, że takie kompozycje jak: "ii", "Delicate Delegates", "iii", właśnie temu miały służyć.

(nota 7.5-8/10)