Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Postmarks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Postmarks. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 stycznia 2025

JACK CHESHIRE - "INTERLOPER" (Loose Tongue Records) "Na pograniczu jawy i snu"

 

  I tak oto, dla niektórych zupełnie niepostrzeżenie zmieniła się data w kalendarzu. Dla tych, którzy wciąż jeszcze pląsają, chociażby na coraz bardziej  wytartym parkiecie, w kolorze orzech włoski, tonącego z wolna w odmętach morskiej bryzy statku wycieczkowego, pragnę dodać, że zmiana jest znacząca, gdyż nie powitaliśmy jedynie nowego dnia, tygodnia, czy miesiąca, ale Nowy Rok. Sezon wydawniczy jest w okresie prenatalnym, więc póki co w kwestii atrakcyjnych nowości płytowych będziemy musieli spoglądać wstecz, na schyłek roku poprzedniego. Zapowiedzi nowych oczekiwanych wydawnictw, świeżych piosenek, cieplutkich singli, jak najbardziej będą pojawiać się w tradycyjnej rubryce. Witam więc oficjalnie stałych Czytelników i napływowych Gości nieśmiało rozglądających się na tym blogu. Wszystkim dziękuję za obecność, cierpliwość oraz listy, te nieco bardziej publiczne oraz te prywatne - przy tej okazji pozdrawiam ciepło panią Agnieszkę i panią Martynę (propozycje z jazzowej krainy łagodności nadal będą się pojawiać w miarę systematycznie). W dalszej części dzisiejszej odsłony bloga warto zwrócić uwagę na bardzo atrakcyjne single, nie tylko ten, od którego od kilku dni nie potrafię się uwolnić, a który ukrył się pod tradycyjnym hasłem: "kompozycja tygodnia". Pojawią się dwie ciekawe płyty długogrające, jedna na dobry początek, a druga na równie udane zwieńczenie naszego spotkania.



Rozpoczniemy od prezentacji sylwetki brytyjskiego wokalisty i gitarzysty Jacka Cheshire'a. Jego album zatytułowany "Interloper" ukazał się pod koniec listopada, i jak przypuszczam, nie znalazł się w żadnym popularnym podsumowaniu na czołowych miejscach (zakładając, że w ogóle tam zagościł). Co nie oznacza, że nie warto się z nim zapoznać. Album zawiera całkiem równy i spójny materiał, który można umieścić w szufladce z etykietę "psychodeliczny pop". Dodatkowym wabikiem dla niektórych słuchaczy mogą być nazwiska dwóch artystów, uczestniczących w sesji nagraniowej. Mam tu na myśli Jona Scotta (perkusistę Gogo Penguin i Mulatu Astatke) oraz Shuta Shinody (Hot Chip, Anna Meredtih, Ghostpoet).



Początki Jacka Cheshire'a to jednak solowe zmagania się z nieraz wyjątkowo oporną materią dźwiękową. Brytyjczyk debiutował w 2007 roku, albumem "Allow It To Come On", nagranym w domowym zaciszu, przy pomocy pożyczonego sprzętu i mikrofonów. Potem nasz dzisiejszy bohater nawiązał kilka sympatycznych i trwałych relacji, które postanowił wykorzystać, poszerzając skład swojego zespołu. Pierwszą płytą zarejestrowaną przy dużym współudziale przyjaciół była "Long Mind Hotel". Od samego początku artystycznej działalności, twórcę urodzonego w angielskim mieście Bath interesowało alt-popowe brzmienie oraz pogranicze jawy i snu.

"Czasem, kiedy jestem w połowie drogi pomiędzy snem, a świadomością, czuję, że mam kontakt z różnymi momentami mojego życia, z różnymi wersjami siebie". Nic tylko pozazdrościć. Pewnie dlatego w tekstach poszczególnych fragmentów, również tej ostatniej płyty, znajdziemy sporo wątków związanych z tematami ucieczki, izolacji, zmiany perspektywy, odmiennych stanów świadomości itd.

Autor "Intlerlopera" tak określił główną problematykę ostatniego wydawnictwa: "Tematy ucieczki i dysocjacji pośród rozkładu społecznego". Brzmi dość poważnie, prawda? Czasem czytając autorskie opisy płyt, odnoszę wrażenie, jakbym znów znalazł się w czytelni wydziału humanistycznego.




Jack Cheshire chętnie poszukuje inspiracji w lekturze. Jego wcześniejszy album "Fractal Future Plays", był mocno inspirowany książką, którą przed wieloma laty lubiłem - "Rzeźnia numer pięć" - Kurta Vonneguta. A nieco wcześniej pozostawał pod ogromnym wrażeniem wartościowej prozy Davida Fostera Wallace'a.

"Chcę znaleźć się w chmurze, zahipnotyzowany(...). Po prostu położyć się, ciepły podmuch zapomnienia (...). Tam, gdzie nie można mnie znaleźć" - śpiewa w piosence "Valium". Ten utwór powstał już trzy lata temu, w 2021 roku, i promował wydawnictwo "Interolper" jako singiel. 

"Pamiętam, jak  ktoś kiedyś opisał mi "Valium" jako: "darmową kartę do wyjścia z więzienia", i nigdy do końca nie pozbyłem się tego wrażenia. To ciekawy sposób na oderwanie się od mojego niespokojnego ja" - dodał w jednym z wywiadów Jack Cheshire.

Album bardzo udanie rozpoczyna "Transmigration"(znów motyw przemieszczania się), który to fragment pokazuje jednocześnie, z czym mamy do czynienia. Ciekawie zaprojektowana faktura brzmienia, kluczowe dla tego wydawnictwa przeciągnięte i rozmyte tony syntezatorów, drobne elektroniczne dodatki. Miękka psychodeliczna kołdra, specyficzny trans, ale, co warte podkreślenia, nie podany wprost, tylko przewijający się gdzieś na drugim planie, obecny w tle kolejnych odsłon. 

Nieco w stylu dokonań grupy Stereolab brzmi początkowy fragment "Fall Out, Fall In", gdzie wykorzystano chórek. W przebiegu całej płyty widać wyraźnie, że Jack Cheshire pamięta o dodatkowych warstwach wokalnych i potrafi je w umiejętny sposób podkreślić. Jeden z nielicznych recenzentów, który dotarł do tego wydawnictwa napisał, że na płycie "Interloper": "Lou Reed spotyka Stereolab". Coś jest na rzeczy. Krautpopowy trop przynosi wraz z sobą "Voices Above Me", przyjemnie zaaranżowany został "Heavy Rotation". Znajdziemy też dwie całkiem udane instrumentalne próby, skoczny "Silent Dancer" oraz intrygujący "Maps".





Również w jesienny czas ukazała się w ubiegłym roku płyta "Sounds Like A Places", przedstawianej już przeze mnie kanadyjskiej formacji Capitol. W tej urokliwej kompozycji brzmią troszkę jak stary dobry Breathless.




Pozostaniemy za Oceanem Atlantyckim. W świąteczny czas, zaledwie kilka dni temu, grupa The Postmarks, której dwie płyty wciąż mam w swojej kolekcji, zupełnie nieoczekiwanie podzieliła się z fanami nową piosenką, odgrzebaną z archiwum.




W stylu dawnych przebojów zespołu The Postmarks brzmi nowy singiel Anny Wappel i jej brytyjskiego zespołu Friedberg, który znajdziecie na płycie "Hardcour Workout Queen".



Wybornie brzmi piosenka, którą znalazłem na całkiem udanej płycie "A Bird Shaped Shadow", Dave'a Veltraino (z Chicago); ze znajomych artystów w składzie jego grupy znajdziemy między innymi Roba Frye (saksofon, flet) oraz Daniela Villarreala (perkusja).



Cofniemy się do roku 1971 roku, kiedy większości z nas nie było na świecie, ani nawet w mglistych planach, zespół America wydał album zatytułowany "America", skąd pochodzi cudowny "A Horse With No Name". Usłyszałem go całkiem niedawno podczas oglądania świetnego "The Grand Tour" (odcinek w Szkocji), i bardzo się do mnie przekleił. 




Pozostaniemy w podobnym nastroju. Myślę, że autorom "The Grand Tour" (którzy w krakowskim sklepie zakupili sporo płyt - znak czasów, Brytyjczycy kupują płyty w Krakowie), przypadłby do gust fiński zespół Astral Baazar. Oto fragment z ich wydanej jesienią płyty "Hypnosis Of The 12 Degree".




Kolejny psychodeliczny trop przeniesie nas na płytę "Crying In 9", kwintetu z Brooklynu, który przybrał nazwę Vague Plot.




"KOMPOZYCJA TYGODNIA"  - tym razem należy do artysty z miasta Los Angeles, Lukasa Franka, który ukrywa się pod nazwą Storefront Church. W ubiegłym roku (2024) opublikował bardzo udany album zatytułowany "INK & OIL", który znakomita większość recenzentów po prostu przegapiła (choć w jednym podsumowaniu zajął zaszczytne pierwsze miejsce). Pod numerem czwartym ukryła się prawdziwa perła. Mam tu na myśli wyborną kompozycję "King Of The Lobby", do której wciąż wracam. CUDO!!!  CUDO!!!  

(Ps. To drugi długogrający album Lukasa Franka, a już młody artysta zdołał nawiązać ciekawe relacje. W marcu pojawił się jego singiel z Laetitą Sadier (Stereolab), zatytułowany "La Langue Bleue", jakiś czas wcześniej wspólne nagranie z Circuit Des Yeux, czy piosenka "Words" z gościnnym udziałem Phoebe Bridgers).




Skoro rozpocząłem temat płyty "INK & OIL" - Storefront Church, nie mamy innego wyjścia, jak tylko posłuchać jej w całości. Z albumem wiąże się rodzinna legenda. W latach 90-tych stryjeczny dziadek Franka - Roger - oskarżony o dezercję odsiadywał pięcioletni wyrok w celi, z której pewnego dnia zniknął, pozostawiając po sobie tylko... pomarańczę. Jego żywego lub martwego ciała nigdy nie odnaleziono. Na płycie "INK & OIL" art-rock przeplata się swobodnie z fragmentami artystycznego popu, wszystko zaś zostało zanurzone w bujnych orkiestracjach. Kolejnymi inspiracjami podczas tworzenia poszczególnych kompozycji były piosenki Briana Wilsona, film "Zwierciadło" - A.Tarkowskiego oraz mocno przereklamowana, moim zdaniem, proza Karla Ove Knausgarda.




sobota, 26 czerwca 2021

DRUG STORE ROMEOS - "THE WORLD WITHIN OUR BEDROOM" (Fiction Records) "Tramwaj zwany muzyką"

 

     Skoro mamy końcówkę czerwca, to oczy kibiców tenisa, w tym również moje, zwrócone będą na korty trawiaste Wimbledonu. Nie przewiduję jednak większych emocji związanych z występem naszej najlepszej zawodniczki. Iga sama twierdzi, że: "Nie rozumiem zbytnio tej nawierzchni". Nic dziwnego, ponieważ w jej grze jest wciąż tyle naleciałości związanych ze sposobem gry na ceglanej mączce. Hubert zatracił gdzieś dobrą formę z początku wiosny - prestiżowy turniej w Miami sam się nie wygrał,  choć ten rodzaj podłoża, szybka trawiasta nawierzchnia, niski kozioł piłki, która nurkuje i ucieka z kortu, powinien mu odpowiadać. Pozostaje Magda Linette, zawodniczka ta jest szybka, lekka i sprawna, więc może pokusić się o miłą niespodziankę, chociażby w pierwszej rundzie z faworyzowaną, kolejną młodą nadzieją amerykańskiego tenisa, Amandą Anisimovą, z którą już na tych kortach wygrała.

Muzycznie również pozostaniemy na Wyspach Brytyjskich, bowiem z niewielkiej miejscowości Fleet, leżącej w pobliżu Farnborough, pochodzi zespół Drug Store Romeos. Swoją nazwę zapożyczyli z fragmentu tekstu, który w dramacie "Tramwaj zwany pożądaniem" - Tennessee Williamsa, wypowiada Blanche DuBois. Trio, w którego skład wchodzą: Sarah Downie (wokaliza, teksty, syntezator), Charlie Henderson (bas), Jonny Gilbert (perkusja), poznało się w college'u. Charlie Henderson dokładnie zapamiętał dzień, kiedy to zobaczył przyszłą koleżankę z grupy idącą chodnikiem. Pomyślał wtedy, że chciałby się z nią zaprzyjaźnić. Wkrótce po tym zdarzeniu zaprosił ją na próbę zespołu, który początkowo był duetem. Słuchając ich piosenek Sarah odniosła wrażenie, że grają stanowczo zbyt głośno.

Kiedy cała trójka poznała się bliżej, okazało się, że lubią te same zespoły: Stereolab, Broadcast, Portishead czy Atlas Sound - pozycje musicie przyznać zacne. Echa twórczości tych znakomitych formacji można odnaleźć na debiutanckim albumie "The World Whitin Our Bedroom", przetworzone przez młodzieńczą wrażliwości oraz aktualne możliwości. Zanim trio zebrało materiał na płytę, sporo koncertowali, głównie w pobliskim Londynie. Dwa razy w tygodniu wsiadali do pociągu, żeby dać pokaz swoich możliwości w Aldershot West End Centre czy Brixton Windmill. Kiedy reszta zaproszonych na występy grup po koncercie świętowała, Sarah, Charlie i Jonny szybko pakowali sprzęt i biegli na dworzec, żeby zdążyć na ostatni pociąg. To był swoisty rytuał przejścia, z jednego świata do drugiego - owa droga powrotna do domu, o trzeciej nad ranem, wędrówka ulicami pogrążonego we śnie miasteczka. Słuchali wtedy nałogowo "Big City" - Spaceman 3 oraz "Before We Begin" - Broadcast. Zapis tych wspomnień, wrażeń i emocji przewija się przez muzykę oraz niektóre teksty. Wiele z nich powstało jako swobodne kolaże. Sarah Downie lubi wycinać poszczególne zbitki słów z kolorowych czasopism, a potem składać je w dowolny sposób. Nie uważa, że jej poczynaniami kieruje wtedy przypadek, tylko coś w rodzaju wyższej konieczności. "Kiedy piszesz w stanie bezmyślności, dzieje się wiele dobrych rzeczy". Źródłem inspiracji są także cytaty z książek, filmów, programów telewizyjnych czy rozmów usłyszanych na ulicy. Pierwsze dema powstawały w oparciu o popularny program Logic Pro X. Skromne aranżacje rozpisane w prosty sposób na bas i klawisze, a w samym centrum tych niekiedy onirycznych piosenek znajduje się głos Sary.  Delikatna, dziewczęca, nieco senna lub rozmarzona barwa głosu dobrze współbrzmi otoczona ciepłymi przestrzennymi fakturami syntezatorów. Czasem uwagę przykują miękkie tony perkusji, jak w "Electric Silence", innym razem nieoczekiwana zmiana tempa - "Secret Plan", "What's On Your Mind", tu i ówdzie udzieli się nastrój upalnych letnich nocy. Chyba nie tylko ja znajdę w tym graniu podobieństwo do twórczości nieodżałowanego The Postmarks. Amerykanie, z uroczą Tim Yehezkely, mieli wyjątkowy dar do tworzenia zgrabnych, wpadających nie tylko w ucho, ale także zapadających w pamięć, indie-popowych czy dream-popowych melodii. Trio Drug Store Romeos raczej takiego talentu nie posiadają, ale są na dobrej drodze, żeby wspólnie wiele rzeczy wypracować. Jeszcze muszą nauczyć się różnicować napięcie, nieco staranniej zestawiać obok siebie utwory, bo płyta w drugiej części stała się zbyt senna. Album "The World Whitin Our Bedroom" wydała oficyna Fiction, z którą niegdyś miał podpisany kontrakt zespół The Cure, może to dobra wróżba.

(nota 7/10)

  



Wspominałem o grupie The Postmarks, warto skorzystać z okazji i przypomnieć jeden z ich przebojów - "Looks Like Rain", który znajdziecie na debiutanckim albumie "The Postmarks". 



W tym dream-popowym kontekście całkiem nieźle zabrzmi moja ulubiona, póki co, piosenka z najnowszej płyty Nate'a Wey'a - "Movie Ending", która ukaże się 12 lipca.



"Outta Space" to kolejny utwór, który doczekał się teledysku, pochodzi z omawianej niedawno na łamach tego bloga płyty "Zoe" grupy Nightshift. 



Coś dla starszych fanów muzyki alternatywnej. Peter Murphy przypomina o sobie albumem "The Last And Only Star", który zawiera trudno dostępne nagrania, wersje demo oraz single artysty. 



Na koniec dzisiejszego wpisu fragment bardzo udanej płyty "This Is A Mindfulness Drill", grupy Hipnotic Brass Ensemble. W prześlicznym utworze "Soon It Will Be Fire" gościnnie wystąpił Moses Sumney. 




sobota, 14 stycznia 2017

"RITMO CARNAVALE"... czyli osiem utworów dla tańczących inaczej.



Styczeń to zwykle czas podsumowań, okres nadrabiania muzycznych, filmowych czy książkowych zaległości, ale również czas oczekiwania na pojawianie się nowych wydawnictw płytowych. Chcąc umilić sobie, a także czytelnikom bloga, ów czas oczekiwania, zebrałem kilka urokliwych piosenek. Zestaw, który zamieszczam poniżej stanowi niejako kontynuacje mojej wcześniejszej kompilacji, której poszczególne składowe zamieściłem latem ubiegłego roku na łamach tego bloga ( https://muzycznyswiatkk.blogspot.com/2016/07/szczesliwa-osemka-czyli-8-utworow-ktore.html )
          Tym razem postanowiłem zestawić ze sobą lub obok siebie kilka utworów o charakterze tanecznym, w ramach dość, mimo wszystko, szerokiego określenia jakim jest "muzyka dla tańczących inaczej".  Na początku należy się kilka słów wyjaśnienia, skąd wziął się termin "tańczący inaczej". Jeśli mnie pamięć nie myli, po raz pierwszy zetknąłem się z tym określeniem wiele lat temu, słuchając pewnej wieczornej audycji  w radiowej "trójce". Padło ono z ust późniejszego szefa zacnej i nieodżałowanej wytwórni Sissy Records. Ogólnie rzecz ujmując, określenie: "muzyka dla tańczący inaczej" oznacza utwory charakteryzujące się żywym rytmem (choć tempo odmierzania poszczególnych taktów nie musi być zawrotne), ciekawym aranżem i niebanalnym tekstem. Coś, czego można z przyjemnością posłuchać, czym można podzielić się ze znajomymi, i przy czym można wspaniale się bawić, nie kalecząc wrażliwych zmysłów. Innymi słowy ambitny pop, avant-pop, dream-pop, indie-rock, indie-folk, retro-pop z klasą - muzyka która, wbrew pozorom, nie wypełnia radiowych playlist, i której, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, każdego roku jest coraz mniej.
       Zestaw rozpoczyna jedno z moich ostatnich odkryć, czyli francuski zespół Motorama. Ubiegły rok przyniósł wraz z sobą ich całkiem udany krążek zatytułowany "Dialogues", wydany przez oficynę Talitres Records. Płyta zawierała dwanaście kompozycji, utrzymanych w podobnej avant-popowej stylistyce. Najbardziej do gustu przypadła mi piosenka "By your side", która zamykała krążek. Wysunięty do przodu sprężysty bas, skrupulatnie odmierzający kolejne takty, odrobinę rozmarzony głos wokalisty i pastelowe klawisze, tworzą w tym przypadku bardzo smakowite połączenie. Oto kolejny dowód na to, że płyt należy słuchać od początku, aż po ostatnie dźwięki.









Tim Yehezkely to urocza, obdarzona charakterystycznym dziewczęcym głosem wokalistka zespołu The Postmarks. Wspominałem już to nazwisko na łamach tego bloga, ale w tym miejscu muszę wyznać, że od lat zauważam u siebie słabość właśnie do takich delikatnych dziewczęcych głosów. Grupę The Postmarks odkrył Andy Chase, muzyk znany, z innego i nieco bardziej rozpoznawanego avant-popowego składu, mam tu na myśli zespół IVY. The Postmarks doczekali się wydania trzech płyt długogrających, wszystkie ukazały się pod szyldem wytwórni Unfiltered Records. Zespół w swojej twórczości nawiązywał do retro-popu, potrafił w umiejętny sposób wykorzystać takie instrumenty jak: flet, wiolonczela, klarnet, trąbka, harfa, wibrafon. Wystarczy zerknąć na listę zaproszonych gości (oraz instrumentów), która widnieje na debiutanckim krążku - "The Postmarks" (2007), skąd pochodzi piosenka "Looks like rain". Takiego instrumentalnego bogactwa nie powstydziłyby się czołowe zespoły art-rockowe. Przy okazji tej formacji mieliśmy więc, i ciekawe, bogate aranżacje, i bardzo ładne linie melodyczne, a wszystko to okraszone subtelnym i zapadającym w pamięć głosem wokalistki. To był pop z klasą i dla prawdziwych smakoszy, którzy potrafią docenić wysiłek twórcy włożony w nagranie dobrej piosenki.  Znamienne jest to, że pomimo wysokiego poziomu muzycznego, grupa The Postmarks nie odniosła większego sukcesu i nie potrafiła przebić się do szerszego grona odbiorców. Pozostaje mieć nadzieję, że ktoś zauważy, doceni i wykorzysta talent wokalny Tim Yehezkely. Byłoby szkoda, gdyby jej urokliwy głos całkiem przepadł i odszedł w zapomnienie.







Regular Fries to brytyjski zespół założony pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku przez muzyków sesyjnych, którzy postanowili zrobić coś wspólnie. Efektem tej współpracy był trzy płyty długogrające, a także mnóstwo ciekawych epek oraz singli. Najciekawszym albumem był debiutancki krążek "Accept the signal", wydany przez oficynę Junior Boy's Own. Jak sama nazwa wskazuje, muzykę tej formacji charakteryzowały powtarzalne struktury. Ta dźwiękowa repetycja przywoływała skojarzenia, raz z psychodelią, to znów z hipnotycznym transem. "Blown a fuse" to kompozycja numer trzy, zawarta na drugiej płycie zespołu, zatytułowanej "War on Plastic Plants". Przy okazji tego znakomitego utworu przypominam sobie pewną podróż. Był początek niezbyt zimnego grudnia albo stycznia. Zespół Regular Fries umilał czas kierowcy oraz podróżnym. Nagle zaczął padać gęsty śnieg, którego wielkie lepkie płatki lądowały na przedniej szybie samochodu. Wszyscy zebrani w samochodzie nie mogli oprzeć się wrażeniu, że wycieraczki pracują w rytm odmierzany przez kolejne takty utworu "Blown a fuse".











Oto przed nami przedstawiciele duńskiej alternatywnej sceny muzycznej, czyli duet The Raveonettes, który tworzą Sune Rose Wagner i Sharin Foo. Zespół najczęściej kojarzony z takimi gatunkami jak: indie-rock lub shoegaze. Utwór "Young and beautiful" otwiera epkę "Beauty dies", wydaną pod koniec 2008 roku. Grupa nawiązywała i czerpała garściami z dokonać Jesus and the Mary Chain, Joy Division, New Order,  Psychodelic Furs. W piosence "Young and beautiful" mocny gitarowy riff uzupełniony został przez powtarzającą się niczym refren i wpadającą w ucho zgrabną melodię, graną przez klawisze. Dream-popowy, nieco wycofany głos wokalistki, łagodnie przeprowadza słuchacza przez kolejne partie kompozycji. To doskonały przykład na to, jak stylistyka lat osiemdziesiątych wpływała, a zarazem łączyła się z elementami współczesnego indie-rocka.


  





Phantogram (pierwotna nazwa - Charlie Everywhere), to amerykański zespół założony w 2007 roku. Kolejny duet w moim karnawałowym zestawieniu, który tworzą Sarah Barthel i gitarzysta Josh Carter. Najciekawszą płytą w ich dorobku był zdecydowanie album "Nightlife", skąd pochodzi utwór "Don't move". Zespół w umiejętny sposób czerpał z wielu gatunków muzycznych - dream pop, avant pop, electro, hip-hop, dance. Bez cienia przesady można powiedzieć, że duet ten rozwijał swoją koncepcję muzyczną z płyty na płytę, dodając kolejne elementy, jednocześnie w inteligentny sposób ubogacając i urozmaicając charakterystyczne brzmienie. Loopy, wklejki, cytaty oraz duża porcja elektronicznych dźwięków wykorzystana w bardzo umiejętny sposób, oto składowe brzmienia amerykańskiej grupy.








Najwyższa pora przenieść się do rodzinnego miasta mojego ulubionego pisarza, Javiera Mariasa, czyli do Madrytu. To własnie tam ma swoją siedzibę wytwórnia Elefant Records. Dla tego labelu nagrywali między innymi Camera Obscura czy Trembling Blue Stars. W katalogu oficyny możemy także odnaleźć albumy brytyjskiej grupy The Yearning, która ma w dorobku trzy płyty długogrające. Ostatnie wydawnictwo dość pokaźnej, jeśli chodzi o skład personalny, formacji, ukazało się pod koniec ubiegłego roku. W swojej twórczości zespół odwołuje się i sięga do bogatej tradycji popowych piosenek z okresu lat sześćdziesiątych. Fascynację retro-popem słychać przede wszystkim w bardzo ciekawych aranżacjach.  Na uwagę zasługuje również delikatny, dziewczęcy i urzekający głos wokalistki. Utwór "Fall in love with me" to, jak dla mnie, najlepsza kompozycja zespołu oraz rzadko spotykany, przede wszystkim na naszym krajowym podwórku, przykład wyrafinowanego avant-popu.







Z ciepłego Madrytu przenieśmy się na chwilę do gorącej, szczególnie w styczniu, Australii, gdzie w Melbourne, w 2009 roku, powstał zespół Snakadaktal. Do tej pory nagrali tylko jedną płytę "Sleep in the water" wydaną w 2013 roku. Wszystko wskazuje na to, że nie otrzymamy więcej kompozycji od tej ciekawej formacji, gdyż grupa rozwiązała działalność wiosną 2014 roku. Przyznam szczerze, że bardzo żałuję, ponieważ ich pierwsze nagrania brzmiały wyjątkowo obiecująco. Zespół funkcjonował gdzieś na pograniczu avant-popu, indie-rocka, dream-popu, wspierany raz to przez męski, to znów przez kobiecy głos. Tak to już czasem i nie tylko w muzyce bywa, że coś kończy się, zanim na dobre się zaczęło.










"Zły to wiatr, co nie zadziera żadnej spódniczki". Podobno na dźwięk głosu Barrego White'a zsuwały się nie tylko ramiączka od stanika (nie wiem, nie noszę). Wiem za to, że to jeden z moich ulubionych utworów tego charakterystycznego wokalisty. Kiedy piosenka "Never, never gonna give you up" po raz pierwszy ukazała się na singlu (1973 rok), nie było mnie jeszcze na świecie.
 Lete czy Mnemozyne? Wypicie wody z rzeki Lete miało powodować całkowite zapomnienie tego, co wydarzyło się do tej pory. Cierpliwa  i ponoć najpiękniejsza z bogiń, Mnemozyna, kojarzona była z pamięcią. Co zwycięży w przypadku tego zestawu? Która, z tych pełnych uroku piosenek przetrwa na kruchych kartach pamięci, a po której kompozycji nie zostanie choćby ślad? Tak sobie myślę, że utwór Barry White'a przeżyje nie tylko mnie.



sobota, 30 stycznia 2016

CROSS RECORD - "WABI SABI" Ba Da Bing!









Pod szyldem Cross Record kryje się małżeństwo Emily Cross i Dana Duszyńskiego. Jakiś czas temu postanowili opuścić Chicago i zamieszkali na 80 hektarowej farmie w Dripping Springs w stanie Teksas. Jak sami opowiadają, pustkowie i odosobnienie sprzyja rozwojowi wszelakiej twórczości. Na koncie mają płytę długogrającą, epkę oraz kilka singli, w tym udany cover przeboju Chrisa Izaaka – „Wicked Game”. Druga w dorobku płyta nosi tytuł „Wabi-sabi”. Nazwa odnosi się do japońskiej estetyki. „Wabi” - to termin oznaczający prostotę. „Sabi” - to pojęcia piękna w odniesieniu do upływającego czasu. „Wabi - sabi” określa więc estetyczne poszukiwania piękna w tym, co nietrwałe, niedoskonałe, przemijające, wyblakłe, stare, zużyte, w ten lub inny sposób naznaczone przez czas. Miłośnik tak rozumianej estetyki poszukuje rozmaitych przedmiotów na pchlich targach czy straganach ze starociami. Przedmiot odkrywa przed nami swoją  odmienną stronę, uruchamia inne doznania estetyczne, w momencie, kiedy jest uszkodzony lub zepsuty, dotknięty przez upływ czasu.
 Album „Wabi sabi” stara się przybliżać i rozwijać tak rozumianą koncepcję estetyczną. Nic więc dziwnego, że pierwsze jego dźwięki – czyli początek utworu „The curtains part” - przynoszą wraz z sobą brzmienie gitary odtwarzanej ze starej, zużytej i mocno pogniecionej taśmy. Następnie pojawia się charakterystyczny łagodny głos Emily Cross. Niezbyt szybkie tempo narracji, długie tony i swoisty kolaż barwnych dźwiękowych plam stanowią tło dla urzekającej wokalizy. Głos Emily Cross przywołuje skojarzenie z barwą Tim Yehezkely, wokalistki The Postmarks, przypomina również Lourdes Hernandez z Russian Red. Choć muzycznie Cross Record zdecydowanie bardziej ciągnie w kierunku szeroko pojętej alternatywy niż w stronę ambitnego popu. Bliżej im do rozmaitych eksperymentów niż do ciekawie zaaranżowanych przebojów.
Najpiękniejszy fragment płyty to utwór „Steady waves”. Szczególne wrażenia wywołuje cudowna linia melodyczna w początkowej fazie tej piosenki. Delikatny, spokojny, dziewczęcy w brzmieniu głos Emily Cross otwiera przed słuchaczem prawdziwe niebo estetycznych doznań. To swoisty szkic drogi do muzycznego raju.  W tle rozbrzmiewa delikatnie muskana palcami gitara oraz dźwięki piano. Po tym niezapomnianym i wielokrotnie przeze mnie odtwarzanym wstępie, brzmienie utworu zyskuje na mocy. Pojawiają się tony przesterowanej gitary, której kolejne oddechy przypieczętowują uderzenia perkusji.
Album „Wabi sabi” to najciekawszy materiał w dorobku grupy oraz spory postęp w rozwoju muzycznym małżeństwa z Teksasu.



A tutaj, w tej wersji, ów niezwykły początek zabrzmiał chyba jeszcze piękniej.