Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beach House. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beach House. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 kwietnia 2023

GRAND BLANC - "HALO" (Parages) "W bieli i w błękicie"

 

     Długi majowy weekend to dobry czas, żeby odnowić kontakt, z rozkwitającym zwykle o tej porze, łonem przyrody. Przy tej okazji warto zabrać ze sobą jakiś mniej lub bardziej dobrany zestaw piosenek. Myślę, że w takich warunkach świetnie sprawdzi się wydana wczoraj płyta "Halo" francuskiej grupy Grand Blanc. Muzyka zawarta na tym albumie potrzebuje wyjątkowej oprawy. I jeśli nie będą to wspomniane powyżej malownicze widoki lokalnej przyrody, to sugeruję przesłuchać tych leniwych nagrań późnym wieczorem albo jeszcze lepiej nocą, kiedy znacznie łatwiej można wyłapać wszelkiej maści drobne subtelności zawarte w aranżacyjnej tkance. Oniryczne nagrania francuskiego kwartetu nie lubią pośpiechu, ani nerwowego rozedrgania, wymagają odpowiedniego nastawienia i skupienia, dopiero wtedy mogą, choć oczywiście nie muszą, w pełni do nas dotrzeć.

Zaryzykuję twierdzenie, obarczone małym marginesem błędu, że formacja Grand Blanc jest w naszym kraju kompletnie nieznana. I pewnie mój wpis oraz najnowsza płyta "Halo", tego stanu rzeczy nie zmienią. Camille Delvecchio, Benoit David i Luc Wagner pochodzą z Metz, ale poznali się dopiero w trakcie studiów w Paryżu. To mniej więcej wtedy, w 2011 roku, wpadli na pomysł założenia zespołu. Jakiś czas później do składu dołączył czwarty członek, czyli basista Vincent Korbel. Debiutancka epka oraz album "Memoires Vives" (2016), zawierająca dwanaście utworów utrzymanych w indie-popowej stylistyce, raczej nie odniosły znaczącego sukcesu. Obrazu grupy, przynajmniej tego muzycznego, nie zmienił również kolejny krążek - "Image Au Mur" (2018), który co prawda otwierał niezły "Il Les",ale później artyści przypomnieli sobie i niestety o synth-popowych korzeniach.

 Przy okazji rejestrowania płyty "Halo" zespół przeniósł się na francuską prowincję, gdzieś w knieje i dąbrowy rozciągające się na północnej część Francji, gdzie w wiejskim domku, na poddaszu z okrągłym świetlikiem, przygotowano tymczasowe studio. Rozciągał się stamtąd niezły widok, na ogród oraz las, a z oddali dochodziło rytmiczne bicie pobliskich dzwonów. Nic więc dziwnego, że wiele elementów pochodzących z nagrań terenowych postanowiono później wykorzystać w aranżacjach. I tak w utworze "Immensite" usłyszymy krople deszczu uderzające o kafelki, a "Oiseaux" został częściowo nagrany w lesie. Płyta "Halo" przynosi wraz z sobą wyraźne zwolnienia tempa kompozycji, w stosunku do zwartości dwóch poprzednich wydawnictw, Delvecchio i Benoit David pokazali się również jako twórcy zgranych i eterycznych melodii.

Najlepszym utworem, z pewnością najbardziej dopracowanym, wydaje się być otwierający album - "Loon". Odrobina nagrań terenowych, trochę produkcji w stylu "lo-fi", szczypta elektronicznych dodatków, do tego oniryczny nastrój, subtelnie poprowadzona linia wokalna przez Camillę Delvecchio, piękna melodia - wszystko to sprawiło, że bardzo często wracałem do tego udanego otwarcia, i pewnie jeszcze nieraz powrócę "na ojczyzny łono". W dalszej części płyty na szczęście jest podobnie; nic tutaj nie razi, nie drażni, ani zbytnio nie wystaje, większość kompozycji bazuje lub wychodzi od akordów gitary akustycznej, rozbrzmiewają delikatne struny harfy, okazyjnie perkusjonalia,  nieco pogłosu. Ten ostatni efekt zwykle towarzyszy wokalistce, pojawiającej się, szkoda, że nie częściej, jako główna aktorka tych nagrań lub w chórkach. W wielu tych niespiesznych piosenkach dominuje męski głos Benoita Davida, który przekonał mnie do siebie odrobinę mniej niż wokal jego koleżanki z zespołu. W eterycznym "Orange" usłyszymy szepty i śpiew ptaków, znalazł on dla siebie miejsce na pograniczu indie-folku i dawnych dokonań mojego ulubionego niegdyś His Name Is Alive. Jak ważny był ten ostatni zespół w historii muzyki alternatywnej pokazuje chociażby fakt, jak niewiele grup próbowało później poruszać się w tej estetyce. Francuzi nie eksperymentują aż tak z aranżacjami, może i szkoda, jak robił to mistrz obsługi taśm Warren Defever. Raczej stosują drobne pętle, płynnie przechodzą od akustycznego grania do swobodnej studyjnej produkcji. W pełnej uroku odsłonie "Dans Le Jardin La Nuit", zbliżyli się do dreampopowych rejonów, a w "Nuit Des Temps", z podmuchami gitar i saksofonu, stanęli niedaleko Julii Holter. Myślę, że nie ma sensu obcować z tym albumem tylko po to, żeby zwyczajnie go przesłuchać i mieć to z głowy. W ten sposób zlekceważymy wysiłek artystów i zrobimy sobie krzywdę. Stare porzekadło maniaka płytowego mówi: "Jeśli muzyka dziś nie wchodzi, spróbuj jutro... Albo za tydzień".

(nota 7.5/10)


 


Najwyższa pora na mój ulubiony refren ostatnich dni, bo i takie rzeczy się zdarzają. Co prawda album Tiny Ruins - "Ceremony" ukazał się wczoraj, ale piosenki "Dorothy Bay" słucham mniej więcej od tygodnia. Młodzi artyści zupełnie inaczej układają dziś linie melodyczne. Obecnie kładzie się nacisk raczej na rytm, zbitki sylab, niewielkie oscylacje wokół kilku zaledwie dźwięków, na powtórzenia i odbicia. Powoli do lamusa odchodzą subtelne czy wyrafinowane połączenia ze sobą poszczególnych nut, długie frazowanie. W dodatku partie wokalne modyfikuje się na kolejnych etapach produkcji, używając wszelkiej maści dostępnych efektów. A potem słuchacz łapie się na tym, że nie wie do końca, czy wciąż śpiewa dla niego wokalista, czy może już bardziej robot lub program komputerowy albo najnowsza aplikacja. Nie chcę wyjść na zgorzkniałego boomera i narzekać, zdaję sobie sprawę, że takie są nieubłagane prawa zmiennych muzycznych epok. Jednak te kilka nut refrenu... ot, drobina, niby nic wielkiego, tak łatwo można je pominąć..., ale przyznam, że wprawiły mnie w zachwyt, choć wcześniej nic nie zapowiadało, że właśnie ta część tej  kompozycji będzie aż tak udana.



I kolejna porcja ładnej refrenowej melodii do nucenia, i znów płyta opublikowana wczoraj, czyli  album "Uncertian Country" kanadyjskiej grupy Great Lake Swimmers.



Mało? Za krótko? Trochę tak. Spróbujemy przedłużyć ten rozmarzony nastrój, słuchając najnowszego singla grupy Wren Hinds, reprezentującej Południową Afrykę, ta piosenka zapowiada album "Don't Die In The Bundu", który ukaże się 21 lipca.



Josienne Clarke pochodzi ze Szkocji, i całkiem niedawno wydała płytę zatytułowaną "Onliness (Songs Of Solitude And Singularity)".



Następna artystka z Toronto, czyli Peggy Messing, ukrywająca się pod nazwą La Faute, która kilka dni temu opublikowała singiel "Blue Girl Nice Day". Znalazłem na nim taki oto utwór.



 Pozostaniemy w Kanadzie, i tak jak obiecałem przed tygodniem, wrócimy do albumu "Darling The Dawn" - All Hands Make Light. Myślę, że właśnie w tych długich kompozycjach, kiedy około piątej minuty pojawia się wokaliza i takty perkusji, grupa ta brzmi zdecydowanie najlepiej.



Powoli już weterani, duet Beach House, i mój ulubiony fragment z najnowszej epki zatytułowanej "Become".



Kolejny Kanadyjczyk w tym zestawieniu, John Southworth, i kolejny singiel zapowiadający wydanie najnowszej płyty "When You're This, This In Love", premiera 12 maja.



Dla ochłody odrobina zimnej fali prosto z niemieckiego Bremen, czyli najnowszy singiel grupy Attic Frost.



W sekcji improwizowanej kanadyjska saksofonistka, rodem z Montrealu, Melissa Pipe oraz jej Sextet. Mój ulubiony fragment wydanej przed tygodniem płyty "Of What Remains".



Co robi saksofonista TaxiWars - Robin Verheyen, kiedy nie nagrywa ze swoją macierzystą formacją? Gra u boku znakomitego pianisty Marca Coplanda, Drew Gressa i Marka Ferbera na płycie "Someday".








sobota, 19 lutego 2022

MODERN STUDIES - "WE ARE THERE" (Fire Records) "Szkockie muśnięcia"

 

    Dokładnie cztery lata temu - ach, jak ten czas leci - recenzowałem na łamach tego bloga płytę "Welcome Strangers", drugi album w dyskografii szkockiego zespołu Modern Studies. Podkreślałem wtedy, że warto zderzyć się z tym, co "inne" - poszerzając w ten sposób swoje horyzonty, wzbogacając paletę odczuć - nawet, gdyby owa "odmienność", nie była na pierwszy rzut oka jaskrawa czy oczywista. Muzyka kwartetu z Glasgow charakteryzuje się również tym, że artyści celowo unikają wyrazistych formuł lub krzykliwych barw. Ich estetyka w dużej mierze funkcjonuje w oparciu o rozbudowaną siatkę wszelkiej maści subtelności, i dobrze zbalansowanych niuansów. Jeśli kwartet nawiązuje do jakiegoś stylu, to robi to delikatnie, z wyczuciem, i jakby mimochodem. Kiedy czerpie z różnych gatunków lub odwołuje się do przeszłości, to nie garściami, tylko odłamkami, drobnymi okruchami, które przy pobieżnym traktowaniu tych kompozycji bardzo łatwo przegapić. "Spędzamy mnóstwo czasu w studiu, wybierając różne rzeczy, badając rozmaite dźwięki. W pewnym sensie może przypominać to malowanie, poniekąd również chemię, mieszanie różnych substancji i odczynników, eksperymentowanie" - oświadczyła wokalistka, autorka tekstów i większości piosenek Emily Scott. A co robili: Rob St. John (gitara, śpiew), Joe Smillie (perkusja), i Pete Harvey (bas, wiolonczela), kiedy akurat nie nagrywali w studio "Pumpkinfield" tego ostatniego, mieszącym się w niewielkiej miejscowości Parthshire? W 2018, a także rok później, sporo koncertowali, wystąpili chociażby w Glastonbury i na Celitic Connections, zaliczyli również festiwal "Fringe", który odbył się w Edynburgu. Rok 2020 przyniósł ich kolejna płytę "The Weight Of The Sun" - gdzie kontynuowali pomysły zapoczątkowane na poprzednim udanym, i tak chwalonym przez prasę branżową, albumie.

Najnowsza, wydana wczoraj, płyta zatytułowana "We Are There" przynosi drobne zmiany. Trudno było oczekiwać czegoś innego, skoro niejako w modus operandi szkockiej grupy wpisane zostało unikanie gwałtownych zwrotów. Dziesięć najświeższych kompozycji można by z grubsza podzielić na dwie części. Pierwsza odsłona przynosi nieco bardziej klasyczne, ale też w pewnym sensie różnorodne, dla Modern Studies granie, czyli indie-fokowe piosenki ("pasterski folk"), korzystające z rozwiązań zaprezentowanych na poprzednich wydawnictwach. Znajdziemy tu rustykalne ballady, z delikatnymi ornamentami skrzypiec, jak w "Comfort Me", nieśmiałe ukłony (nie pokłony), w kierunku melodyki dominującej w latach 70-tych, przewijającej się chociażby w "Sink Into", z ciekawie zrealizowaną perkusją, wyczuwalnym pulsem basu, i tak charakterystyczną, nieco senną wokalizą Emily Scott. Jednym z jaśniejszych punktów tego wydawnictwa jest utwór "Light A Fire", w którym można odnaleźć art-rockowego ducha, przetworzonego przez wrażliwość szkockich artystów. Tym razem w aranżacjach usłyszymy zdecydowanie mniej instrumentów, niż miało to miejsce na wcześniejszych albumach. Jednak wiolonczela, skrzypce, gitara, której mocniejszy głos, jak na warunki Modern Studies, odezwie się w kompozycji "Wild Ocean", lub zwiewne fortepianowe ozdobniki, w zupełności wystarczają, żeby uatrakcyjnić ten zestaw piosenek.

Druga część wydawnictwa "We Are There" zawiera znacznie więcej indie-popowych znaków. Przy tej okazji przypomniały się nagranie Belle And Sebastian. Przebojowy, oczywiście jak na możliwości zespołu,  "Won't Be Long" odmierza żywy rytm, i zgrabne frazy melodii. Podobnie brzmi "Mothlight" oraz "Do You Wanna", który potwierdza, że w tej odsłonie albumu Rob St. John i Emily Scott postawili na dynamikę, i energię. Rozmarzony głos tej ostatniej stanowi przyjemny kontrast w stosunku do jasnych rozbłysków sekcji rytmicznej.  Takie już są muzyczne podpisy szkockiego kwartetu Modern Studies - z pozoru bez fajerwerków, ale po uważnym przyjrzeniu się, pokazują swoją mniej oczywistą oraz intrygującą stronę.

(nota 7/10)

 


W dodatku deserowym, na początku zajrzymy raz jeszcze na recenzowaną przed tygodniem bardzo udaną płytę The Delines - "The Sea Drift". Ponoć dobrego nigdy zbyt wiele, a ja do tych niespiesznych nagrań chętnie wracam. Przed Wami wyborny, poruszający, intymny "All Along The Ride".



Prezentowana całkiem niedawno Allegra Krieger ujawniła kolejny singiel, który promuje jej nadchodzącą płytę "Precious Thing". Wprawdzie premiera albumu zapowiedziana została na 4 marca, ale pojawiły się już pierwsze dobre recenzje.



Znakomite recenzje zbiera także najnowszy album "Life On Earth", grupy Hurray For The Riff Raff. W moje ucho najbardziej wpadła piosenka "Precious Cargo".



Przyznam szczerze, że dawno nic mnie tak nie wymęczyło, jak najnowsza, szeroko komentowana, płyta duetu Beach House - "Once Twice Melody". Dodam na marginesie, że nie od dziś jestem fanem zespołu,  i większość tych  nagrań znałem wcześniej. Jednak słuchane w całości, i po sobie, poza drobnymi wyjątkami, jakoś do mnie nie przemówiły. Pewnie muszę spróbować raz jeszcze.



Przed Wami zespół, który stawia dopiero pierwsze kroki, czyli formacja Into Her Final Sleep, w nagraniu z epki "Persemone".



W kąciku improwizowanym fragment z najnowszej płyty Bugge Wesseltofta. Myślę, że tej postaci akurat nie trzeba specjalnie przybliżać. To znany norweski pianista, kompozytor, człowiek instytucja, założyciel wytwórni Jazzland Recordings, od ćwierć wieku obecny na muzycznej scenie. Ostatnie wydawnictwo zatytułowane "Be Am", promuje przepiękna kompozycja "Roads", gdzie swoje saksofonowe oddechy pozostawił Hakon Kornstad. Nie mogę się od niej oderwać.







sobota, 27 listopada 2021

DESERT LIMINAL - "GLASS FATE" (Whited Sepulchre Records) "Chicago osnute mgłą"

 

     Pierwotnie płyta "Glass Fate" miała ukazać się latem tego roku, ale przesunięto datę premiery o kilka miesięcy. Ponury listopadowy czas może stanowić całkiem dobre odniesienie do jej zawartości. Nie chcę przez to powiedzieć, że dźwięki zestawione na tym albumie roztaczają wokół ponurą aurę. Raczej budzą skojarzenie z jesienną mgłą, która na moment rozrzedza się tylko po to, żeby za chwilę jeszcze bardziej zgęstnieć i pokryć wszystko lepką mleczną zawiesiną. Mglista wydaje się być również barwa głosu Sarah Jane Quillin - kompozytorki i autorki wszystkich tekstów. Artystka próbuje w nich rozliczyć się z wciąż bolesną przeszłością. Jednym z głównych tematów, który przewija się przez kilka utworów, jest strata. Liderka Desert Liminal doświadczyła ostatnio śmierci rodzica, końca związku, a także rozpadu jej  drugiego zespołu Heavy Dreams. "Nie potrzebuję żadnego znaku na drodze, żeby powiedzieć, że piekło istnieje naprawdę" - śpiewa Sarah w chyba najbardziej cytowanym singlu. Desert Liminal powołała do życia kilka lat temu wraz z Robem Loganem grającym na perkusji. Początkowo funkcjonowali jako duet, a w 2018 wydali debiutancki krążek zatytułowany "Comb For Gold", który wypełniły indie-popowe, dream-popowe kompozycje. Dwanaście miesięcy później do składu dołączyła Mallory Linehan, grająca na skrzypcach, i współpracująca do tej pory z takimi grupami jak: Whitney czy Ohmm.

Wspólnym mianownikiem dziewięciu najnowszych piosenek, które znajdziemy na płycie "Glass Fate", jest ich oniryczna atmosfera. Poszczególne dźwięki sączą się leniwie wypełniając kolejne niespieszne takty. Ramy tych utworów są naszkicowane przez instrumenty klawiszowe, perkusję, wokalizę oraz rozmaite elektroniczne dodatki. Ich znakiem rozpoznawczym jest oszczędność, wyrażająca się nie tylko w liczbie wykorzystanych elementów, ale również w sposobie ich zastosowania. Innymi słowy, Sarah Jane Quillin buduje linię melodyczną opierając się na kilku zaledwie dźwiękach. Jeden z nich zwykle stanowi moment oparcia lub zwrotu, po którym kompozycja odbija na inne tory. Artystka celowo rozmywa klasyczny podział na "zwrotkę/refren". W przypadku utworów zebranych na albumie "Glass Fate" raczej można powiedzieć o wstępie oraz jego subtelnym rozwinięciu. Wspomniałem wcześniej o "mglistej" barwie głosu naszej dzisiejszej bohaterki, który porusza się w dość wąskim paśmie. Podobny charakter mają również kompozycje, pozbawione gwałtownych zwrotów akcji, melodramatycznych momentów czy "climaxów". W niektórych utworach można odnaleźć coś na kształt wspomnień czy, przetworzonego przez współczesną wrażliwość, echa lat 90-tych, i tonów, które właśnie wtedy dominowały w alternatywnym graniu. I tak, kompozycja "Heaven Bent", nieco przybrudzona, z pogłosem na linii wokalnej, przypomina dawne dokonania Lush. Z kolei melodyka oraz nałożenie się głosów w "Fire Escape", skojarzyło mi się z ostatnimi płytami Cocteau Twins.  W "Poppy Seed" i "Rainbow Sherbet Sky" pojedyncze i zestawione obok siebie dźwięki instrumentów klawiszowych mogą przypominać nastrój nagrań duetu Beach House. Podstawowa różnica jest taka, że Victoria Legrand i Alex Scally lubią od czasu do czasu podnieść napięcie, zagęścić atmosferę, uderzyć w dramatyczne czy pompatyczne tony, których - rozkochana w "przytulnej średnicy" - Sarah Jane Quillin stara się unikać. "Disco Spring" pokazuje talent amerykańskiej artystki do tworzenia i zagospodarowania muzycznej przestrzeni.

Po wysłuchaniu płyty "Glass Fate" można dojść do wniosku, że trio  z Chicago w żadnym jej momencie nie próbuje nas zachwycić. Przede wszystkim liczy się nasza uwaga i obecność, rodzaj muzycznej empatii, a więc współodczuwania.

(nota 7/10)

 


W kąciku deserowym Just Mustard koniecznie chce podzielić się z nami nowym singlem "I Am You".



Tak się złożyło, że wczoraj Jackson VanHorn opublikował najnowszą płytę "A Silent Understanding". Nagranie "Exile" najbardziej przykleiło się do moich uszu. 



Kultowa niegdyś formacja Variete i skoczny singiel promujący ich najnowsze wydawnictwo "Dziki książę".



Kolejna jesienna premiera, Harrison Whitford, w piosence pochodzącej z albumu "Afraid Of Nothing". 



Trees Speak i zaproszeni goście opublikowali niedawno album, o jakże wdzięcznym tytule: "Vertigo Flaws: Emancipation Of The Dissonance And Temperaments In Irrational Wareforms". Płyta ukazała się nakładem prestiżowej oficyny Soul Jazz Records.



Na koniec zerkniemy na francuską scenę jazzową. Francois Lana - fortepian, Marton Kiss - perkusja, Blaise Hommage - kontrabas, Zacharie Ksyk - trąbka oraz lider Louis Billette - saksofon. Louis Billette Quintet i kompozycja z niedawno opublikowanej płyty "Le Temps d'Une Vie".




piątek, 14 lutego 2020

HAMERKOP - "REMOTE" (Drag City) "Przekaz spoza studia"

    Pomysł na ten album zrodził się cztery lata temu, a właściwie sposób myślenia o dźwiękach, który miał towarzyszyć powstawaniu kolejnych kompozycji. To mniej więcej w tamtym okresie - czerwiec 2016 - na jednej ze stron internetowych pojawiło się ogłoszenie, będące w istocie zbiórką funduszy na realizację projektu, o wdzięcznej nazwie "Remote". Lista potrzeb nie była zbyt długa, ale zawierała dokładny opis konkretnych sprzętów, pośród których znalazły się między innymi: Soundcraft SI Perfomer, 8-kanałowy interfejs audio MOTU896mk3, 5-kanałowe zestawy odsłuchowe itp. Za wszystkim stała Annabell Alpers, instrumentalistka, kompozytorka, która pochodzi z Nowej Zelandii. Wcześniej udzielała się w Christchurch Space Dust i Hiss Explosion, żeby zadebiutować w 2005 roku solową epką, a potem albumem "Isolation Loop", wydanym przez oficynę Drag City pod nazwą Bachelorette. Pod tym szyldem zdążyła opublikować cztery długogrające albumy, w tak zwanym międzyczasie przeniosła się z Nowej Zelandii do Baltimore, w stanie Maryland, gdzie poznała Adama Cooka. Sympatyczna para szybko znalazła wspólny język i postanowiła razem wyrażać się na niwie artystycznej. Adam Cook to perkusista oraz inżynier dźwięku, tytuł licencjata w dziedzinie inżynierii i produkcji dźwięku zdobył na Berklee College of Music, na koncie ma współpracę z Future Island czy Beach House. Jego partnerka, Annabell Alpers, posiada tytuł licencjata w dziedzinie kompozycji, poza tym kolekcjonuje instrumenty, głównie klawiszowe, jest szczęśliwą posiadaczką organów Wurlitzera.

Nie wiem, czy aż przez cztery lata wokalistka z Aotearoy - jak Maorysi nazywają Nową Zelandię - grosz do grosza zbierała fundusze, żeby w końcu zrealizować wymarzony projekt. Wiem za to, że album Hamerkop - "Remote" ukazał się 7 lutego 2020 roku nakładem oficyny Drag City. To, co początkowo miało być projektem "grania na żywo", tworzenia i miksowania podczas publicznych występów, wreszcie znalazło swój zapis w postaci krążka CD. Oprócz skrupulatnego zliczania dolarów i centów Annabell Alpers przez ostatnie lata kolekcjonowała nagrania terenowe: śpiew ptaków, odgłosy rozmów w kuchni, szum kabiny samolotu, odgłosy grania na bębnach w metrze, tony pralki, zmywarki itd. Jednak artystka nie skopiowała ich jeden do jednego, żeby potem wkleić je w tkankę kompozycji. Wcześniej poszczególne fragmenty nagrań terenowych poddała obróbce technicznej, różnym modyfikacjom tak, że w finalnym efekcie w ogóle nie przypominały swoich pierwowzorów. Przetworzone w ten sposób sekwencje dźwięków pełnią rolę instrumentów i dodawane są w postaci kolejnych loopów. Taka jest również metoda pracy Annabell Alpers, która warstwa po warstwie tworzy i dodaje następne partie brzmieniowe, to samo dzieje się na poziomie wokalizy oraz w chórkach. Oprócz nagrań terenowych używa klasycznych instrumentów - syntezatorów, gitary - zestaw perkusyjny obsługuje bądź programuje Adam Cook, który jest także odpowiedzialny za miksy i produkcję.
"Chcę was otoczyć dźwiękami" - napisała przed laty, kiedy album "Remote" był tylko nieśmiałym projektem, i warto dodać, że całkiem nieźle wywiązała się z owej obietnicy. Tym razem obok intrygującej warstwy technicznej, udało jej się zawrzeć kilka całkiem zgrabnych melodii. Artystka z Baltimore występowała u boku: Low, Stereolab, Animal Collective i trzeba przyznać, że duchy tych formacji przewijają się niczym muzyczne echa przez kolejne odsłony tego albumu. Po dobrym, wprowadzającym w nastrój płyty otwarciu: "Egg", Annabell i Adam proponują nam "We Can Wing" i "The Splendour That Was Rome", czyli urokliwe wycieczki w rejony zarezerwowane przez wspomniany wyżej Animal Collective czy Stereolab. Godny uwagi jest transowo-psychodeliczny "Polisher", wpadający w ucho beachhousowy "Lull" czy Mourning Bells, który przypomina dokonania Broadcast.

(nota 7/10)








wtorek, 16 kwietnia 2019

LOWLY - "HIFALUTIN" (Bella Union) "SPACER W TĘCZY"

   Portishead, Stina Nordenstam, Beach House, Gem Club, Exitmusic, Radiohead - oto mapa moich skojarzeń, które pojawiły się podczas odsłuchiwania najnowszej, wydanej w ubiegły piątek, płyty zespołu Lowly zatytułowanej "Hifalutin". Szczególnie ta ostatnia grupa, dowodzona przez Thoma Yorke'a, wydaje się być w tym kontekście dobrym strzałem. Oczywiście nie mam tutaj na myśli bogactwa aranżacji, charakterystycznych dla twórczości brytyjskiego zespołu produkcyjnych smaczków, wykorzystania całego arsenału środków technicznych, tylko MELODYKĘ. Od pierwszych taktów albumu - czyli od zaproszenia na spacer "Go For a Walk" i "Stephen" (utwór poświęcony Stephenowi Hawkingowi) - słyszalne i wyczuwalne jest pokrewieństwo linii melodycznych, podobne są niektóre przejścia pomiędzy nutami, a także klimaty oniryzmu oraz nostalgii. Coś jest w tym moim prywatnym skojarzeniu na rzeczy, bowiem nie bez przyczyny artyści związani z formacją LOWLY podkreślają w wywiadach, że na co dzień słuchają różnej muzyki, ale cała sympatyczna piątka przyznaje, że bardzo sobie ceni dokonania Radiohead.

Debiut grupy Lowly przypadł na rok 2017 i album "HEBA", wydany przez zacną oficynę Bella Union, prowadzoną przez Simona Raymonde'a. Basista Cocteau Twins zwrócił uwagę na duńską formację podczas trwania jednego z festiwali, bodajże był to "Spot", rozgrywający się w majowej scenerii miasta Aarhus, gdzie spodobali się na tyle, że zaproponował im podpisanie kontraktu płytowego. Z tego debiutanckiego wydawnictwa szczególnie zapamiętałem świetną kompozycję "WORD", która pokazywała potencjał grupy i do której wielokrotnie wracałem. W naszym kraju duńska formacja nie została zauważona, ale ich pojawienie się na rynku odnotował między innymi: "Pitchfork", "PopMatters" czy portal "405", wystawiając pochlebne recenzje.  Mam nadzieje, że ich drugie wydawnictwo - "Hifalutin" - zmieni ten stan rzeczy, bo naprawdę warto bliżej poznać ten zespół.

Album nagrywano w magazynie o powierzchni 150 metrów kwadratowych, na obrzeżach miasta Aarhus, gdzie odpowiedzialny za produkcję Anders Ball (znany ze współpracy z Efterklang) rozstawił mikrofony, chcąc w ten sposób uzyskać ciekawe brzmienie. Dzięki temu otrzymaliśmy do rąk czternaście spójnych i utrzymanych w podobnym dream-popowym, indie-popowym klimacie, udanych kompozycji. Z pewnością na tym krążku jest czego słuchać, i do czego wracać. W aranżacjach dominuje subtelne elektroniczne brzmienie klawiszy (Kasper Staub - syntezator) oraz dyskretne tony gitary, których mogłoby być nieco więcej. Warte szczególnego podkreślenia są urzekające długimi fragmentami partie wokalne, ponieważ głos obydwu wokalistek - Nanny Schannong (gitara, śpiew, wcześniej próbowała solowej działalności) oraz Soffie Viemose (śpiew) - odgrywa w tych  utworach kluczową rolę. Górne rejestry całkiem nieźle słyszalne w kompozycji "Staples", lub "i", przypomniały mi dokonania Stiny Nordenstam. Czasem wsłuchując się w śpiew Soffie Viemose ( w tekstach obydwie wokalistki inspirowały się eksperymentalną poezją Inger Christensen, czy wierszami perskiego mistyka Jalala ad-Din Rumiego), moje myśli biegły w stronę Beth Gibbons.
Jedyne zastrzeżenia mam do układu płyty. Uważam, że można było ustawić kolejne kompozycje w inny,  nieco lepszy sposób albo nawet całkowicie zrezygnować z kilku - dwóch czy niespełna 3-minutowych utworów, które stanowią drobną wyrwę w obrazie całości. Chyba, że takie kompozycje jak: "ii", "Delicate Delegates", "iii", właśnie temu miały służyć.

(nota 7.5-8/10)















sobota, 6 lutego 2016

YOUR FRIEND - "GUMPTION" Domino Records

















Pod nazwą Your Friend ukrywa się 24 -letni Amerykanin Taryn Miller. Jego pierwsze próby muzyczne przywołują skojarzenia z kasetą, która ujrzała światło dzienne 17 sierpnia 2013 roku. Wydana własnym sumptem epka, „Jekyll/Hyde”, zawierała kilka utrzymanych w podobnym tonie kompozycji z pogranicza indie-popu, indie-folku. Cechą wyróżniającą ten zbiór lepszych i gorszych nagrań był charakterystyczny wysoki głos Millera. Początek tego roku przyniósł upragniony przez młodego muzyka debiut fonograficzny. W styczniu ukazała się płyta „Gumption”, wydana przez Domino Records.
Od pierwszy chwil tego albumu łatwo rozpoznać, że repetycja, pętle dźwiękowe, powtarzalność struktur, dronowe wybrzmiewanie, to naturalne środowisko Taryna Millera. Jego wysoki głos przywodzi skojarzenia chociażby z barwą głosu wokalisty Port St. Willow,  Nicholasa Principe, którego płytę omawiałem niedawna na łamach bloga. Szczególnie daje się to odczuć w transowym utworze „Desired Things”, klimatem przypominającym także twórczość Arms and Sleepers. Na poziomie warstwy brzmieniowej główną rolę na „Gumption” odgrywa szeroko pojęta elektronika – syntezator, automat perkusyjny, przetworzona gitara. To przy pomocy tych instrumentów, Miller buduje wokół swojego głosu sugestywną przestrzeń. Faktura dźwiękowa zagęszcza się, to znów rozrzedza, wciągając słuchacza coraz głębiej w barwną krainę. Subtelne odcienie, pastelowe plamy, wirujące kolory mieszają się na tym albumie ze sobą w intrygujący sposób. Taryn Miller wykorzystał również dźwięki otoczenia, nagrania terenowe dokonane na rodzinnej farmie w Lawrence w stanie Kansas. Nad całością płyty sprawowały pieczę czujne uszy i sprawne dłonie producenta Nicolasa Vernhesa(The war on drugs, Deerhunter) w studiu Rare Book Room na Brooklynie.
Urokliwe zapadające w pamięć harmonie, hipnotyczne brzmienie, ładne linie melodyczne, specyficzna atmosfera i leniwe tempo narracji przypominają odrobinę nagrania Beach House. Na debiutanckim albumie Millera słychać również echa twórczości Radiohead szczególnie z okresu „Amnesiac”. „Gumption” to doskonały przykład na to, jak młodzi artyści, stawiający pierwsze kroki na scenie muzycznej, czytają, rozumieją i korzystają z bogatej tradycji przeszłości. To sztuka w umiejętny sposób, mniej lub bardziej świadomie, czerpać, inspirować się dokonaniami uznanych zespołów, i co najważniejsze - filtrować owe dokonania przez własną wrażliwość. Po wysłuchaniu albumu „Gumption” jednego jestem pewny, że Taryn Miller na dłużej zostanie, jeśli nie „moim przyjacielem”, to z pewnością bardzo dobrym znajomym.