sobota, 8 listopada 2025
STEVE GUNN - "DAYLIGHT DAYLIGHT" (No Quarter Records) "Niepozorny gość"
sobota, 6 września 2025
CHARTREUSE - "BLESS YOU & BE WELL" (Communion Group Ltd. ) "Pamiątka z Islandii"
Jak przełożyć osobiste traumatyczne doświadczenia na język muzyki? Nie jest to proste zadanie. Przekonało się o tym wielu artystów, którzy pomimo szczerych chęci utknęli na mieliźnie sztampowych rozwiązań. Odpowiedź na to pytanie przynosi album "Bless You & Be Well" brytyjskiej formacji Chartreuse. Wydaje się, że nie jest to grupa szczególnie znana w naszym kraju, jak i poza jego granicami. Co tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że warto jej bliżej się przyjrzeć. Szczególnie, że druga w dorobku płyta jest bardzo udana. W dodatku zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. O czym mogłem się przekonać, obcując z tym materiałem przez ostatnich dni. Od czego by tu zacząć? Może od głosu wokalistki - Harriet "Hattie" Wilson, który bardzo dobrze odnalazł się w tych gitarowo-syntezatorowych aranżacjach.
sobota, 15 lutego 2025
THE DELINES - "Mr. LUCK AND Ms. DOOM" (Decor Records) "Dyskretny urok pesymizmu"
To już nasze drugie spotkanie - nie licząc singli i zapowiedzi - z muzyką amerykańskiej grupy The Delines. Trzy lata temu pokusiłem się o recenzję ich bardzo udanego albumu - "The Sea Drift", który stanowił dla mnie coś w rodzaju furtki prowadzącej do całej twórczości zespołu. Tak to już nieraz bywa z płytami niektórych artystów, że czasem długo potrafią skrywać przed nami swój niepowtarzalny urok, i nigdy nie wiemy, kiedy lub czy w ogóle nastąpi moment jego odsłonięcia. Szczególnie, że muzyka The Delines nie jest spektakularna, nie mieni się finezyjnymi kształtami, rozwiązaniami, nie krzyczy wyrazem buntu czy sprzeciwu wobec zastanych reguł. Raczej i zdecydowanie bliżej jej do tego, co we wszelkiej twórczości artystycznej określamy mianem "dojrzały". Gitarzysta i autor tekstów Will Vlautin i wokalista Amy Boone oraz ich koledzy z zespołu, wolą poruszać się sprawdzonymi i utartymi ścieżkami, niż wytyczać nowe zaskakujące szlaki albo błądzić beztrosko po manowcach i bezdrożach na podobieństwo bohaterów ich muzycznych opowieści.
sobota, 10 czerwca 2023
THIS IS THE KIT - "CAREFUL OF YOUR KEEPERS" (Rough Trade) "Złoty pył"
Na zakończenie szczególnie ciekawego w tym roku turnieju, rozgrywanego na kortach im. Rolanda Garrosa, przydałby się jakiś treściwy muzyczny francuski akcent. Oczywiście nie mam zamiaru sztucznie i na siłę prezentować w tym wpisie jakiegoś zespołu tylko dlatego, że artyści sprawnie posługują się językiem Charlesa Baudelaire'a. Podstawowe założenie autora tego bloga jest jedno - recenzowany album musi być dobry, jeśli nie bardzo dobry. Wydaje mi się, że jestem w stanie spełnić powyższe kryterium, czyli upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, bowiem wydany wczoraj album brytyjskiej grupy This Is The Kit jest bardzo przyzwoitym wydawnictwem, a wokalistka tej grupy - Kate Stables - posiada francuskie korzenie. Wprawdzie autorka tekstów oraz kompozycji pochodzi z Bristolu, ale jakiś czas temu przeniosła się do Paryża, gdzie obecnie mieszka, czuje się dobrze i być może śledzi pilnie tenisowe rozgrywki.
sobota, 3 czerwca 2023
LANTERNS ON THE LAKE - "VERSIONS Of US" (Bella Union) "W poszukiwaniu energii"
Roland Garros... - ach... Już samo logo przyprószone delikatnie rdzawym pyłem robi na mnie wrażenie, wywołuje przyjemne mrowienie na plecach. Od najmłodszych lat oglądam rozgrywki na malowniczo położonych kortach w szesnastej dzielnicy Paryża, przy 2 Avenue Gordona Bennetta. Ten obiekt, w którego skład wchodzą między innymi trzy główne areny - Court Philippe Chartier, Court Suzanne Lenglen i Court Simone Mathieu, ma w sobie jakąś magię, zarówno o rześkim poranku, jak i w gasnącym powoli miodowym świetle majowego wieczoru. Boiska wyłożone specyficzną, jedyną w swoim rodzaju, mączką były świadkami wielkich i niespodziewanych triumfów, a także zaskakujących upadków gwiazd tenisa oraz nietypowych zdarzeń, jak chociażby to podczas pamiętnego finału Martin Verkerk - Juan Carlos Ferrero, kiedy to nagi mężczyzna wbiegł na arenę i przebywał tam przez jakiś czas ku uciesze gawiedzi i zdziwieniu nieco ospałych tej niedzieli pracowników ochrony albo ubiegłoroczny wypadek, gdy aktywistka przykuła się do siatki dzielącej kort, a służby porządkowe miały wielki problem, żeby ją stamtąd usunąć.
Nie trudno się domyśleć, jakby czuli się członkowie grupy Lanterns On The Lake, gdyby na ich koncerty nie chcieliby przychodzić fani. Pewnie niezbyt szczególnie. Każdy z nas może wymienić kilka zespołów, które właśnie podczas występów scenicznych, czując energię przekazywaną od publiczności, ten specyficzny rodzaj elektrycznego powietrza wibrującego od wszelkiej maści fluidów, nagle przeobrażają się i zyskują na znaczeniu. Należy również do nich brytyjska ekipa, założona w 2007 roku przez Hazel Wilde i Paula Gregory, w wersji koncertowej nabierająca dodatkowej mocy, wyrażanej za pomocą emocjonalnej wokalizy i podmuchu przesterowanych gitar. Tego ostatniego elementu wyraźnie zabrakło na poprzednim wydawnictwie - "Spook The Herd", nominowanym do nagrody Mercury Prize. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy były zmiany w życiu osobistym wokalistki i kompozytorki Hazel Wilde. Fakt, że została szczęśliwą mamą, zmienił jej perspektywę na świat, dlatego też w jej piosenkach pojawiło się znacznie więcej łagodności, spokoju i zatroskania.
Całkiem możliwe, że podobnie miał brzmieć najnowszy, wydany wczoraj, album zatytułowany "Versions Of Us". Pomimo podkreślanej przy byle okazji wspólnoty i silnej więzi, która łączyła członków grupy Lanterns On The Lake, szeregi grupy nagle opuścił perkusista Oliver Ketteringham. Utwory stworzone przez duet Wilde/Gregory po modyfikacji nie zakładały więc specjalnego wkładu sekcji rytmicznej. Przynajmniej do czasu, gdy do brytyjskiej formacji postanowił dołączyć Phil Selway, perkusista formacji Radiohead. "W ciągu kilku tygodni mieliśmy zupełnie inną wersję albumu, a sprawy potoczyły się zupełnie inaczej" - oświadczyła Hazel Wilde i dodała: "Macierzyństwo uprzytomniło mi, że istnieją inne ważne rzeczy, na tym świecie. Muszę wierzyć, że istnieje lepsza droga i alternatywna przyszłość niż ta, do której zmierzamy".
Skłamałbym, gdybym oświadczył, ze słyszę niezwykły wkład pracy nowego perkusisty. Alternatywny rock to nie jazz, żeby muzyk siedzący za zestawem perkusisty miał miejsce i czas jakoś szczególnie się wykazać. Jednak mając w pamięci powyższą wypowiedź Hazel Wilde, mogę stwierdzić, że płyta "Versions Of Us" miałaby zupełnie inne brzmienie, gdyby szeregi grupy nie zasilił Phil Selway. Mówiąc krótko, powrócił stary dobry Lanterns On The Lake, o czym możemy się przekonać słuchając pierwszych czterech świetnych energetycznych utworów - z małym wyjątkiem, drobną mieliznę w tej ćwiartce stanowi przeciętna piosenka "Vatican". Dalej jest podobnie - podobnie dobrze, treściwie i soczyście. Wróciła radość wynikająca ze wspólnego grania, zgrabnie podana siła przekazu, spora dawka energii skumulowana na odcinku kilku minut. Nie jest to płyta na miarę mojego ulubionego albumu "Beings", recenzowanego na łamach tego bloga. Jednak poszczególne utwory tworzą spójną i wyrazistą, nieźle zrealizowaną przez Paula Gregory, całość, a znakomity "Rich Girls", brzmiący jak definicja stylu grupy, niczym nie ustępuje najlepszym nagraniom zawartym na wspomnianym wydawnictwie z 2015 roku.
(nota 7.5-8/10)
Bathe Alone to dream-popowy (dobrego dream-popu nigdy dość!) projekt z Atlanty multiinstrumentalistki Balei Crone, która tym wpadającym w ucho singlem zapowiada pojawienia się epki na początku sierpnia.
The First Eloi to grupa z Hamburga, stworzona przez dwóch weteranów sceny post-punkowej, których wsparła młoda wokalistka, kibicująca Idze Świątek nie tylko podczas turnieju na kortach Rolanda Garrosa.
Zajrzymy na wczoraj wydaną płytę "Bunny" amerykańskiej grupy Beach Fossils z Brooklynu, wybrałem dla Was taki oto fragment.
Dawno nie słyszeliśmy Bena Howarda, będzie do tego okazja 16 czerwca, kiedy to ukaże się jego nowa płyta zatytułowana "Is It?". Zapowiada ją zgrabny singiel.
Przeniesiemy się do słonecznej Italii, skąd pochodzi ośmioosobowy skład, który przyjął wdzięczną nazwę Primovere. Oto ich najnowsza kompozycja.
Z Detroit w stanie Michigan pochodzi grupa Protomartyr, która wczoraj wydała nowy bardzo energetyczny materiał "Formal Growth The Desert".
Yawning Balch to amerykańska grupa dowodzona przez gitarzystę Boba Balcha, 7 lipca opublikuje swoje najnowsze dzieło "Volume One".
Alexi Erenkov i Alison Alderdice to małżeństwo pochodzące z Oakland, dobrze znane stałym Czytelnikom tego bloga, tworzące grupę The Saxophones. Wczoraj ukazała się ich najnowsza, i co ważne udana, propozycja płytowa "To Be A Cloud", do której jeszcze powrócę w przyszłym tygodniu.
W kąciku improwizowanym zajrzymy na album gitarzysty Steve'a Banksa - "Emboldened", która ukazała się przed tygodniem. Obok niego wystąpili Sam Crockatt - saksofon, Rebeca Nash - fortepian, Henrik Jensen - bas, Mark Whitlam - perkusja.
Przeniesiemy się w czasie do roku 1971, miasta Baton Rouge w Louisianie, gdzie działał kolektyw The Southern University Jazz Ensemble. Oto fragment z płyty "Live At Time 1971 American College Jazz Festival".
sobota, 15 kwietnia 2023
NEW FOSSILS - "NEW FOSSILS" (Morotva Records) "... i do szklanki"
"Marzę o kieliszku dobrego węgierskiego wina" - oświadczył redaktor Maj, w pierwszym odcinku serialu "Życie na gorąco", którego akcja rozgrywa się również w Budapeszcie. A może by tak dodać do tego trunku kilka improwizowanych dźwięków. Nie zaszkodzi. Węgry mogą kojarzyć się z różnymi rzeczami, ale z pewnością nie z prężnie funkcjonującą sceną jazzową. Kiedy powodowani zwykłą ciekawością, wpiszemy w okienko wyszukiwarki internetowej hasło "węgierski jazz", po chwili przytłoczy nas "lawina" wyników. Popularna Wikipedia podaje aż trzy niewiele mówiące nazwy zespołów: Bohem Ragtime Jazz Band, Djabe, Trio Stendhal. Dalej nie jest lepiej, pojawiają się jedynie mniej lub bardziej egzotyczne nazwy oraz kilka polskich nazwisk, jako efekty międzynarodowych kolaboracji. Nie ma w tym niczego dziwnego, skoro "Lengyel, Magyar - Ket Jo Barat, Egyutt Harcol, S Issza Borat" - "Polak, Węgier, dwa bratanki...".
Wzmiankę o nowym węgierskim kwintecie New Fossils znalazłem na... stronie zajmującej się muzyką psychodeliczną. Dlaczego jej twórcy wspomnieli akurat o tej jazzowej grupie z Budapesztu, nie mam pojęcia, może po prostu spodobała im się zawartość muzyczna płyty "New Fossils", której premiera miała miejsce wczoraj (choć owa wzmianka ukazała się kilka dni przed premierą tego wydawnictwa). Kwintet New Fossils powołali do życia w 2021 roku Daniel Ferenc Szabo (perkusista przewijający się przez wiele różnych lokalnych składów) oraz basista Marcell Gvanyi. Do zgodnie działającej sekcji rytmicznej szybko dołączyli Daniel Varga - saksofon, Istvan Toth - gitara i Damjan Ocsovay - instrumenty klawiszowe. Nie chcę szczególnie wyróżniać żadnego z wyżej wymienionych artystów, ale to dialogi saksofonisty i gitarzysty stanowią o sile węgierskiego kwintetu.
Daniel Varga - nie mylić z węgierskim piłkarzem wodnym, złotym medalistą olimpijskim z Pekinu - studiował w Austrii, na Uniwersytecie Muzycznym i Sztuk Scenicznych w Grazu, w 2021 roku wydał swój pierwszy album z big bandem Modern Art Orchestra, rok później opublikował krążek z Eastern European Quartet, współpracował z polskimi muzykami: Piotrem Lipowiczem i Piotrem Budnikiem, oprócz tego jest wziętym muzykiem sesyjnym i producentem. O gitarzyście Istvanie Toth niewiele wiadomo, gdyż nie był tak miły, żeby zamieścić wzmiankę o sobie w języku angielskim. Wiemy, że gry na gitarze uczył się od ósmego roku życia, głównie podczas prywatnych lekcji, nie zdecydował się na edukację w konserwatorium muzycznym. W odróżnieniu od klawiszowca Damjana Ocsovya, który ukończył Akademię Muzyczną im. Liszta, odebrał nagrodę Louisa Armstronga, jako Węgierski Talent Jazzowy, jest członkiem grupy Mork ora SoLaTi, z Tomasem Heiligiem i Laventą Berosem tworzy trio jazzowe.
Debiutancką płytę węgierskiego kwintetu "New Fossils" rozpoczyna najdłuższe nagranie na tym wydawnictwie, czyli "The River Can Not Go Back", i pokazuje, że artyści bardzo dobrze czują się również w pełnowymiarowych formach. Psychodeliczny wstęp łagodnie wprowadza w główny temat, który zaprezentował pojawiający się gościnnie w tym utworze trębacz Kornel Fekete -Kovacs (lider wspomnianej już dzisiaj Modern Art Orchestra). Całość przypomina nastrojem "jazzowa krainę łagodności" spod szyldu Grzecha Piotrowskiego. W dalszej części płyty jest podobnie, kwintet z Budapesztu przywołuje skojarzenia ze skandynawskim jazzem, żeby w kolejnych odsłonach odmalować klimat albumu recenzowanej na łamach bloga znakomitej grupy Slowly Rolling Camera. W moim ulubionym utworze "Idris" motyw wiodący równolegle rozwijają saksofon i gitara, żeby po chwili zanurzyć się w barwnym i sugestywnym dialogu. Gra Istvana Totha może przypominać dawne płyty Pata Metheny, choć czasem brzmienie jego instrumentu jest zbyt wycofane, ale to już kamyczek wrzucony do ogródka realizatora dźwięku.
Płytę "New Fossils" nagrano w jednym z najstarszych węgierskich studiów nagraniowych Supersize Studio, i jeśli chodzi o partie gitary czy saksofonu można było tu i ówdzie zrobić to nieco lepiej. W kompozycji "Northface" węgierscy artyści wyczarowali nastrój najlepszych płyt Bobo Stensona, odrobinę więcej miał tu do powiedzenia Damjan Ocsovay zasiadający za klawiaturą fortepianu, jego solową grę usłyszymy w zamykającym całość refleksyjnym "Majdanie", będącym wyrazem wsparcia dla walczącej Ukrainy. Podobnie brzmi "Outland", z dobrym prostym tematem, ciekawie wykreowaną przestrzenią i nawiązaniem do dawnych płyt Jana Garbarka. Całkiem zgrabne tematy i motywy zaprezentowane przez saksofonistę i gitarzystę stanowią zwykle punkt wyjścia do snucia dalszych opowieści węgierskiego kwintetu, czasem łączą się, lub łagodnie wybrzmiewają w chwilach przestoju albo zmiany tempa, niekiedy tworzą kontrapunkty, zdania odrębne. Zabrakło nieco aktywniejszej roli pianisty i basisty, ale może przy okazji następnego wydawnictwa kwintet z Budapesztu postanowi bardziej zaakcentować ich role.
(nota 7.5/10)
Rozgrywany w tym tygodniu turniej ATP 1000 Monte Carlo - jeden z moich ulubionych - skutecznie odciągnął mnie od słuchania płyt w większych ilościach, zaczyna się najlepszy okres dla gry w tenisa, czyli potyczki na kortach ziemnych. W "dodatkach..." dziś nieco więcej amerykańskich zespołów, gdyż węgierscy muzycy z alternatywnego półświatka wciąż mają sporo do nadrobienia. Naszą cotygodniową wyliczankę rozpocznie wizyta w Dublinie, skąd pochodzi David Kitt, który pod koniec marca opublikował album "Idiot Check". Oto mój ulubiony fragment.
Amerykański małżeński duet, z europejskimi korzeniami, czyli The Saxophones przedstawił kolejny nowy świetny singiel zapowiadający premierę płyty "To Be A Cloud", która będzie miała miejsce 2 czerwca.
Sympatyczna czwórka z Kalifornii tworząca grupę Sir, Please, w składzie bracia bliźniacy Josh i Shang Cronin, jako twórcy nowego singla. Oto on.
Z Los Angeles pochodzi formacja Magic Wands, która kilka dni temu podzieliła się ze światem nową piosenką "Joy".
Pod nazwą R. Dyer ukrywa się multiinstrumentalistka z Brigthon - Rebecca Dyer, oto fragment z jej ostatniej płyty "Little Victories".
14 lipca grupa ze Seattle - Night Beats - dowodzona przez Danny Lee Blackwella opublikuje najnowsze wydawnictwo zatytułowane "Rajan". Oto świetny singiel z tej płyty.
Cóż, że ze Szwecji - Nebulosa Extensions to szwedzkie trio Joel Fabiansson - gitara, syntezatory, Donovan von Martens - bas, Vegard Lauvdal - perkusja, i bardzo urokliwy skandynawski nastrój, gdzieś odrobinę nawiązujący do dawnych płyt zapomnianej grupy Landberk, fragment albumu "Triptica".
Trio z Manchesteru GoGo Penguin wczoraj opublikowało najnowsze wydawnictwo "Everything Is Going To Be Ok.", i przy okazji po raz kolejny zmieniło wydawcę, z Gondwany Records przeszli do Blue Note, a teraz ich płytę firmuje logo oficyny XXIM Records.
Na koniec odrobinę zagęszczę atmosferę, zaglądając na wczoraj wydany album "Since Time Is Gravity" - Natural Information Society, w składzie między innymi Joshua Abrams, Hamid Drake, Ben Lamar Gay czy Mikel Patrick Avery.
sobota, 18 marca 2023
DEATH & VANILLA - "FLICKER" (Fire Records) "Cóż, że ze Szwecji"
Chciałbym powiedzieć, że szwedzka grupa Death & Vanilla to już rozpoznawalna marka, przynamniej w alternatywnym półświatku, jednak zwyczajnie mogę się mylić. Czasem łapię się na tym, że zbyt łatwo rozciągam własne myśli czy wyobrażenia na pewną wiedzę innych. Fakt, że obcuję z ich płytami od ładnych kilku lat, nie oznacza, że podobnie postępują pozostali fani, nawet ci całkiem nieźle zorientowani we wciąż zmieniającej się przestrzeni muzyki niezależnej. Całkiem możliwe, że ich piosenki prezentowała w naszym kraju jakaś niezbyt popularna rozgłośnia, dajmy na to studencka. Zgrabnie brzmiący avant-pop dobrze się broni i nie powinien zbyt mocno drażnić tych, którzy takich utworów na co dzień nie słuchają. Z kolei ci, którzy systematycznie kształtują swój gust i poczucie smaku, mogą docenić niemały wkład pracy, ciekawe aranżacje i zapadające w pamięć linie melodyczne stworzone przez szwedzkie trio.
Wszystko zaczęło się w Malmo, mniej więcej szesnaście lat temu, kiedy przecięły się drogi Marleen Nilsson i Andersa Hansona. Trzeba przyznać, że nie spieszyli się, ani z publikacją, ani z tworzeniem kolejnych kompozycji. Przez dwa lata zdołali nagrać cztery single, które umieścili na stronach internetowych. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, ktoś usłyszał ich piosenki, komuś bardzo przypadły do gustu inteligentne nawiązania do retro-popu oraz brzmienie wykorzystanych instrumentów ( z czasem ich kolekcja zaczęła sukcesywnie się powiększać - dawne syntezatory, melotron, włoski wibrafon pochodzący z lat 50-tych, itd.), aż w końcu pojawiły się propozycje nagrania płyty i występów scenicznych. W związku z tymi ostatnimi do składu dołączył przyjaciel Marleen Nilsson - Magnus Bodin. Nazwę "Death & Vanilla" zaczerpnęli od nazw królików, które hodowali w okresie dzieciństwa (ten z czarnym futerkiem, jak łatwo się domyśleć, nazywał się Death). Ich debiut przypadł na rok 2012 i został tu i ówdzie odnotowany, głównie przez blogi tematyczne oraz prasę brytyjską, bo szwedzki rynek jakoś szczególnie ich nie polubił.
Brzmienie grupy systematycznie się wzbogacało, muzycy chętnie eksperymentowali, szukali nowych ścieżek i nietypowych rozwiązań. Krytycy ich dokonania najczęściej porównywali do twórczości zespołu Broadcast czy Stereolab. Można było w nich dostrzec elementy krautrocka, psychodelii, retro-popu lub muzyki filmowej. Artyści z Malmo chętnie tworzyli ścieżki dźwiękowe do dawnych filmów, z tych opublikowanych warto wspomnieć chociażby muzykę do filmu "Vampyr" (horror z 1932 roku) albo do obrazu Romana Polańskiego - "Lokator".
Najnowszy album zatytułowany "Flicker" oznacza powrót po czterech latach przerwy, które zdążyły upłynąć od opublikowania ich ostatniego udanego wydawnictwa "Are You A Dreamer" (2019). Wczoraj wydana propozycja jest równie udana jak jej poprzednik, zawiera dziewięć spójnych kompozycji utrzymanych w typowym dla szwedzkiego tria stylu. W poszczególnych odsłonach znów odnajdziemy umiejętnie nakreślone dream-popowe przestrzenie, nawiązania do motoryki krautrocka, elementów psychodelii czy retro-popu. Całość rozpoczyna się od tonów basu, który napędza utwór "Out For Magic". Zabytkowe syntezatory, gitary, oniryczna wokaliza Marleen Nilsson z drobnym pogłosem, to kolejne składniki, z których przygotowano to całkiem smakowite danie. Melodyka tego utworu przypomniała mi fragmenty twórczości omawianej na łamach tego bloga Aniki Henderson z grupy Exploded View. W piosence "Baby Snakes" znajdziemy wyraźne dubowe akcenty, sporo tutaj pogłosu, nałożonego echa, sporo też dzieje się w elektronicznej subtelnie rozwijanej tkance. Jednym z największych przebojów ostatniego albumu jest z pewnością singlowy "Find Another Illusion", który mocno się wyróżnia. "Looking Glass" - przypomina najlepsze dni grupy Broadcast, to kolejny ważny punkt tego wydawnictwa. Mocny emocjonalny spadek odnotowałem przy okazji sztampowego nieco "Mercury's Rising", który odrobinę mnie wymęczył albo i znudził. Zdaje się, że szwedzkie trio nieco gorzej radzi sobie w wolniejszych przebiegach, zupełnie tak, jakby większa ilość minut do zagospodarowania sprawiała im wyraźny problem (jak gra Rybakiny Idze Świątek). Z kolei "Fearless" niemal od razu wita nas psychodelicznym nastrojem, nie jedynym na tym wydawnictwie długim wstępem, brzmiącym jak filmowa ilustracja, który łagodnie doprowadza nas do zasadniczej części utworu. I tak dość niepostrzeżenie mija czas w towarzystwie płyty "Flicker", co nie oznacza, że nie warto do niej wrócić.
(nota 7/10)
Swoich sił w gatunku dream-pop próbuje sporo nowych zespołów, ale tylko nieliczni wychodzą z tej próby jako zwycięzcy. Jedną z takich formacji jest belgijski duet Portland ( Jente Pironet i Sarah Pepels), którzy wczoraj za pośrednictwem oficyny PIAS Rec. opublikowali album "Departures".
Pozostaniemy w podobnym nastroju. Członkowie grupy Laveda pochodzą z miasta Albany w stanie Nowy York, 14 kwietnia opublikują album zatytułowany "A Place You Grew Up".
The Saxophones - czyli dobrze znany małżeński duet z wpisów na tym blogu, wreszcie przerwał milczenie, wypuścił nowy singiel, i ogłosił, że 2 czerwca ukaże się ich najnowsza płyta "To Be A Cloud".
Sudden Voices to projekt powołany do życia przez brytyjskiego artystę Bena Morrisa, 14 kwietnia ukaże się debiutancka płyta zatytułowana "Sudden Voices".
Califone to nowe artystyczne wcielenie Tima Rutilia z miasta Los Angeles, jego płyta zatytułowana "Villagers" ukaże się 19 maja.
W sekcji improwizowanej kompozycja, do której często wracam w ostatnich dniach, oprócz dobrze brzmiącego tytułu "Edith", pokazuje nam fragment dobrego jazzowego grania, pochodzącego z płyty brytyjskiego perkusisty Gaza Hughesa (znany z grania w zespole Matthew Halsalla) - "Beboptical Illusion", z Edem Harrisonem na basie, i Andrzejem Barankiem za fortepianem.
Na koniec kolejny perkusista w dzisiejszym zestawieniu - Asher Gamedze z miasta Cape Town (RPA), obecnie rezydujący w Chicago, 2 maja ukaże się jego płyta "Turbulence And Pulse", z Adhanem Zidanem na basie, Alanem Bishopem na saksofonie, Cherifem El - Masrim na gitarze i Mauricem Loucą - syntezatory.
piątek, 6 marca 2020
THE SAXOPHONES - "ETERNITY BAY" (Full Time Hobby) "Czas relaksu"
Z nagrań The Saxophones wyłania się jakaś specyficzna skromność, charakterystyczna dla duetu szczerość i romantyczność. Wydaje się, że Erenkov hołduje zasadzie im mniej (instrumentów, dźwięków, dodatków) tym lepiej, i konsekwentnie się jej trzyma. W pewnym aspekcie ta wyżej wymieniona konsekwencja (albo też upór) może nieco dziwić. Od dawnego żaka studiów muzycznych w klasie saksofonu, od pedagoga, udzielającego lekcji gry na tym instrumencie (również klarnet, flet), można by oczekiwać czegoś więcej, niż dalekich od jakiegokolwiek wyrafinowania prostych ornamentów, których, mówiąc dosadnie, nie powstydziłby się ośmioletni uczeń szkoły muzycznej. Bynajmniej, nie czynię z tego powodu zarzutów, raczej staram się nakreślić sposób funkcjonowania Alexia Erenkova, w kreowanej przez niego przestrzeni estetycznej. "Uwielbiam muzykę, która przenosi słuchacza do innej przestrzeni".
Warto też dodać, że ostatnie lata w życiu amerykańskiej pary przyniosły pewne znaczące zmiany. W końcu nie każdego dnia zostajemy rodzicami. A płyta "Eternity Bay" powstawała tuż po urodzeniu pierwszego potomka, i w oczekiwaniu na pojawienie się kolejnego. Można więc potraktować ten zestaw 10 utworów jako swoiste kołysanki dla niesfornych pociech, co nie zmieni faktu, że mam drobne i rosnące poczucie niedosytu. Wprawne uszy, a takich pośród czytelników tego bloga nie brakuje, bez trudu wychwycą, że tym razem, tu i ówdzie, w tkance aranżacyjnej udało się przemycić nieco więcej dźwięków ( "uwielbiam słyszeć dobrze zharmonizowane flety" - powiedział Erenkov w jednym z wywiadów). Choć, bez przesady, o żadnym bogactwie w tej materii czy przepychu nie może być mowy. Jak dla mnie to jest właściwy kierunek. Prawdopodobnie to zasługa dwóch zaproszonych do współpracy producentów, Camerona Spice'a i odpowiedzialnego za miksy Noaha Georgsona (wcześniej pomagał Joannie Newsome, Devendrze Banhart). Całość zarejestrowano na 16-ścieżkowym magnetofonie szpulowym, stąd też charakterystyczne ciepłe brzmienie.
(nota 7/10)
piątek, 5 lipca 2019
GRAVEYARD CLUB - "GOODNIGHT PARADISE" (Bandcamp) "Nauczyciele z Minneapolis"
Co robią nauczyciele po godzinach, kiedy już skończą sprawdzać prace domowe i kartkówki, jeśli akurat nie strajkują? Nie wiem dokładnie, jak przedstawia się sytuacja w naszej umiłowanej ojczyźnie, ale ci zza oceanu, przynajmniej niektórzy, szczególnie z miasta Minneapolis, w stanie Minnesota, zabierają sprzęt grający, udają się do pobliskiego klubu, żeby tam podpiąć gitary i syntezatory pod wzmacniacze, a potem odbyć kilka prób.
Formację Graveyard Club początkowo tworzyli wokalista i klawiszowiec Matthew Schufman oraz gitarzysta o polsko brzmiącym nazwisku - Michael Wojtalewicz. Pierwotnie przyjęli nazwę Monster Club, ale po nieco bardziej wnikliwym sprawdzeniu okazało się, że istnieje już grupa o nazwie No Monster Club. Jak duet Graveyard Club wydali epkę - "Sleepwalk", po czym zaczęli się rozglądać za kolejnymi artystami, którzy wzbogaciliby ich skromny skład. Do zespołu szybko dołączył perkusista Cory Jacob, oraz basistka i wokalistka Amanda Zimmerman.
Jak zgodnie podkreślają, połączyły ich wspólne zainteresowania: słabość do literatury sciene-fiction, szczególnie tej w wydaniu Raya Bradbury'ego, dokonania zespołu Dead Man's Bones, znanego głównie z tego, że gra w nim popularny amerykański aktor Ryan Gosling, a także fascynacja muzyką lat 50-tych i 80-tych. W wywiadach chętnie przyznają się do inspiracji płytami: The Cure, The Smiths, New Order. Ich debiutancki krążek ukazał się własnym sumptem w 2014 roku i nosił tytuł "Nightingale".
Najnowszy album grupy "Goodnight Paradise", który ukazał się kilka dni temu i ponownie, jak poprzednie wydawnictwa, własnym sumptem, dokumentuje kolejny etap w rozwoju zespołu. Tym razem w poszczególnych kompozycjach zdecydowanie mniej jest mrocznych klimatów i odwołań do stylu gotyckiego. "To zapis o pożegnaniu, a także o bólu i wolności" - powiedział Matthew Schufman, autor wszystkich utworów. Trzeba przyznać, że amerykańska czwórka bardzo dobrze czuje się zarówno w nieco żywszych przebiegach, jak i w balladach. Specyficzną miękkość brzmienia i łatwość tworzenia ciekawych melodii można usłyszeć szczególnie w: "Red Roses", "Cassandra", oraz w "Deathproof" (dobre gitary, z potencjałem na przebój). Z kolei avantpopowe czy dreampopowe kompozycje nawiązujące do tego, co w muzyce popularnej działo się w latach 50-tych, można odnaleźć w "Finally Found", i "Maureen", obydwa troszkę w styl naszych dobrych znajomych z The Saxophones. Album produkował Andy Thompson, nominowany do nagrody Grammy, współpracował między innymi z Belle and Sebastian czy Taylor Swift.
(nota 7/10)
sobota, 2 czerwca 2018
THE SAXOPHONES - "Songs of the Saxophones" (Full Time Hobby) "Wszystko zaczęło się od... "Twin Peaks"
Z bohaterami dzisiejszego wpisu jestem od początku ich artystycznej działalności. Na grupę The Saxophones natknąłem się przypadkiem, penetrując zakamarki serwisu Bandcamp. W ten sposób odnalazłem ich debiutancką epkę "If You're On The Water", o czym napisałem ( TUTAJ ). Artyści z Okland nie mieli wtedy jeszcze zawartego kontraktu z wytwórnią płytową, a ich przyszłość rysowała się dość mgliście.
Trzeba przyznać, że przez dwa lata nieco się u nich zmieniło. Rok 2018 przyniósł dla pary Erenkov i Alderdice narodziny dziecka oraz wydanie ich debiutanckiej długogrającej płyty. Na szczęście nie zmieniła się ich muzyka. Sympatyczny duet, przy pomocy Richarda Lawsa (bas), nadal tworzy urokliwe ballady, w charakterystycznym dla siebie stylu. Całkiem możliwe, że Alexi Erenkov ma już za sobą lekturę książki Simona Reynoldsa - "Retromania"- choć pewnie i bez niej inspiracji dla swojej twórczości szukałby wśród artystów działających na scenie pół wieku temu. Istotne dla niego są dokonania Martina Denny, którego dziś krytycy muzyczni określają ojcem nurtu "exotica". Kolejny z twórców tamtej epoki, który wywarł wpływ na muzykę The Saxophones to Eden Ahbez (George Alexander Aberle, lata 40, 50 i 60 - te ubiegłego wieku). Jego kompozycja "Nature Boy" znalazła się nawet na pierwszym miejscu listy przebojów Bilboardu.
Alexi Erenkov z łatwością przywołuje ducha ballad pochodzących z lat 50-tych ubiegłego wieku. Jego niespieszne, nostalgiczne trzy, czterominutowe piosenki, zaśpiewane charakterystycznym głosem, szybko zapadają w pamięć. Te kompozycje mogłyby z łatwością trafić na ścieżkę dźwiękową filmu o Ameryce przełomu lat 50 i 60-tych. ("Tajemnice Los Angeles", "Czarna Dalia", "Hollywoodland"). Skąpana w słońcu Kalifornia, Hawaje - na płycie znajduje się kompozycja "Aloha" - albo jakaś tropikalna wyspa, na której czas odmierzają wschody i zachody słońca, oddechy fal łagodnie muskających brzeg, to wymarzone otoczenie dla tych utworów. Skromne aranżacje dziesięciu kompozycji, wypełniających listę debiutanckiego krążka, zrobione są ze smakiem. Czasem pojawi się dźwięk fletu, innym razem gitara lub motyw perkusyjny, nieco rzadziej (a szkoda, bo nazwa grupy powinna do czegoś zobowiązywać) tony saksofonu, jak chociażby w znakomitym, moim ulubionym, "Just Give Up", czy "Alone Again". W tych utworach jest i przyjemne ciepło, i leniwy, błogi - "hamakowy" chciałoby się rzec - nastrój, a także, pomimo prostoty, głębia i tajemnica. Można odnaleźć podobieństwo do ballad formacji Camera Obscura, czy solowych dokonań Richarda Howleya.
Ciekawe, jak istotną rolę w twórczości Erenkova odgrywa... WODA. Na łamach tego bloga wspominałem o tragicznych wydarzeniach, które zainspirowały amerykańskiego twórcę do pracy nad epką "If You're On The Water". I tym razem tworząc kompozycję na debiutancki album Alexi Erenkov nie zapomniał - dosłownie i w przenośni - o motywie wody. Dość powiedzieć, że znakomita większość piosenek powstała na... łodzi (głównie w deszczowe poranki !), gdzie Alexi mieszkał przez jakiś czas wraz z partnerką. Pozostałe utwory ujrzały światło dzienne w przytulnych wnętrzach pensjonatu Point Reyes.
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w upalne, być może piątkowe popołudnie, kiedy to Erenkov wrócił z nudnych wykładów (studiował jazz, klasa saksofonu). W domu zastał swoją partnerkę wygodnie rozłożoną w fotelu przed telewizorem. Alice Alderdice oglądała kolejny odcinek serialu "Miasteczko Twin Peaks". Pokój wypełniały spokojne dźwięki "Just You" (Davida Lyncha i Angelo Badalamentiego). Oczarowany muzyką Erenkov poczuł, że właśnie takie utwory chciałby komponować w niedalekiej przyszłości.
(nota 7.5/10)
I dla porównania kompozycja Edena Ahbeza, którego twórczość była inspiracją dla Erenkova podczas prac nad debiutanckim albumem.
sobota, 9 lipca 2016
The Saxophones - "If You're on the Water"
Szczegóły dotyczące The Saxophones są takie, że jest to formalnie duet, który tworzą - Alexi Erenkov(śpiew, gitara, saksofon) oraz jego urocza małżonka Alison Alderdice(śpiew, perkusja). Alexi to mieszkający na co dzień w Oakland muzyk, absolwent studiów muzycznych(saksofon, klarnet). Wcześniej był członkiem zespołu Hosannas, gdzie grał na klarnecie, i z którą to grupą nagrał dwa albumy: "Toghter", "Song for Crystal". Pojawił się również jako muzyk sesyjny na płycie projektu The Ocean Flor. Erenkov udziela także lekcji gry na saksofonie i klarnecie w internetowych warsztatach muzycznych. Epka "If you're on the water" jest pierwszym wspólnym wydawnictwem tego małżeńskiego duetu. Od czasu do czasu pomaga im również Richard Laws grający na basie.
Kto by pomyślał, że tytułowy utwór tej jakże urokliwej epki został zainspirowany aż tak tragicznymi wydarzeniami, do których doszło w trakcie trwania letnich wakacji. Podczas pływania łodzią na jeziorze Shasta, Alexi Erenkov i jego ojciec mieli poważny wypadek. Alexi wypadł za burtę i złamał kość udową, a jego ojciec odniósł rozliczne i poważne obrażenia. Jakby nieszczęść było mało, tydzień później przyjaciel ojca Alexi'a popełnił samobójstwo.













