Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chip Wickham. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chip Wickham. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 września 2025

CHARTREUSE - "BLESS YOU & BE WELL" (Communion Group Ltd. ) "Pamiątka z Islandii"

 

    Jak przełożyć osobiste traumatyczne doświadczenia na język muzyki? Nie jest to proste zadanie. Przekonało się o tym wielu artystów, którzy pomimo szczerych chęci utknęli na mieliźnie sztampowych rozwiązań. Odpowiedź na to pytanie przynosi album "Bless You & Be Well" brytyjskiej formacji Chartreuse. Wydaje się, że nie jest to grupa szczególnie znana w naszym kraju, jak i poza jego granicami. Co tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że warto jej bliżej się przyjrzeć. Szczególnie, że druga w dorobku płyta jest bardzo udana. W dodatku zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. O czym mogłem się przekonać, obcując z tym materiałem przez ostatnich dni. Od czego by tu zacząć? Może od głosu wokalistki - Harriet "Hattie" Wilson, który bardzo dobrze odnalazł się w tych gitarowo-syntezatorowych aranżacjach.





Początkowo, gdzieś w okolicach 2013 roku, Chartreuse był czymś w rodzaju indie-folkowego duetu - Mike'a Wagstaffa i Harriet Wilson. Dopiero po kilkunastu miesiącach do składu dołączył brat Mike'a - Rory (perkusista) i basista Perry Lovering, przyjaciel Harriet z dzieciństwa. To właśnie on stracił niedawno ojca, a jego przyjaciółka Harriet Wilson musiała poddać się zabiegowi operacyjnemu. Z takimi doświadczeniami czwórka znajomych wyruszyła w podróż na Islandię, gdzie w surowych okolicznościach przyrody, w nieźle wyposażonym studiu "Floki" (pięć godzin jazdy automobilem od Reykjaviku) nagrywano kolejne kompozycje.

"Sauna, darmowy bar, bogata para przylatująca prywatnym helikopterem, jeźdźcy na koniach, proszący o kufel piwa, policjant dowożący jedzenie. Tak, to było atmosfera" - wspominał gitarzysta i wokalista Mike Wagstaff.

Za konsoletą czuwał znany fachowiec z branży - Sam Petts-Davies, który współpracował z grupą The Smile, Thomem Yorkiem, Warpaint, Puma Blue czy Frank Ocean, itd. Nic więc dziwnego, że niektóre partie gitarowe mogą przypominać odmierzanie taktów przez grupę Radiohead. Wykorzystano analogowe techniki rejestracji, począwszy od mikrofonów vintage, aż po szpulowe taśmy. Dzięki czemu brzmienie albumu "Bless You & Be Well" zyskało ciepło oraz głębie.

"Naprawdę chcieliśmy napisać coś bardziej zespołowego, z nutą nadziei brzmieniowej, i mrocznego, ale z refleksyjnymi, czasem smutnymi, tekstami. Podczas nagrywania płyty słuchaliśmy dużo nagrań Talk Talk, Arthura Russela i Here We go Magic".




Album "Bless You & Be Well" wyrósł na żyznej, jak się okazało, glebie dramatycznych doświadczeń. Jednym z kluczowych słów, które przewija się w tekstach wprost oraz metaforycznie, jest szeroko rozumiana "strata". "Strata nie musi oznaczać końca. Nie musisz być przez nią pochłonięty" - zauważył Mike Wagstaff. Tworzenie poszczególnych kompozycji było więc pewnego rodzaju terapią. Próbą pogodzenia się z emocjami, które na dobry początek tego procesu trzeba było nazwać.

Mimo wspomnianego wcześniej ciepła i miękkości, w kolejnych odsłonach nie brakuje energetycznych gitarowych riffów, które przypominały mi dawne nagrania grupy Elbow. Utwór "More" przywołuje intensywny obraz samotności. "Bless You & Be Well" - to z kolei jeden z moich ulubionych, a zarazem najstarszych fragmentów na tej płycie. Delikatne warstwowe gitary zgrabnie przeplatają się z tonami syntezatorów i drobnymi elektronicznymi dodatkami. Na pochwałę zasługuje również linia wokalna, kobieca oraz męska, która w niektórych momentach rozwija się równolegle. Producent Sam Petts - Davies ograniczył swój udział do niezbędnego minimum. Przede wszystkim postawił na instynkt zespołu, a nie starał się narzucać własnej wizji. Wyszła z tego zaskakująco spójna i bardzo udana propozycja, której przesłuchanie gorąco Wam polecam.

(nota 7.5-8/10)


 


Sporo płyt ukazało się wczoraj - Cut Copy, Shame, Saint Etienne, Ghostwoman, Go Kurosawa. A my posłuchamy tria Dlina Volny, które pochodzi z Mińska, choć mieszka obecnie w Londynie. Niedawno ukazała się ich nowa płyta zatytułowana "In Between", która tak się rozpoczyna.




Tijuana Taxi to kanadyjska formacja poruszająca się w shoegazeowej stylistyce. Przed tygodniem ukazał się ich nowy singiel.




W wietrznym mieście Chicago rezydują członkowie grupy Ganser, którzy niedawno opublikowali album zatytułowany "Animal Hospital".




Najwyższa pora na piosenkę naszych dobrych znajomych - The Saxophones. 7 listopada ukaże się ich najnowsza płyta zatytułowana "No Time For Poetry".





Miasto Athens (stan Georgia), a w nim grupa Little Mae oraz fragment z ich ostatniej płyty zatytułowanej "Painted Like Dandelions".




Kolejna śpiewająca pani pochodzi z Nashville, przybrała pseudonim LB BEISTADS. Przed tygodniem wydala całkiem niezłą płytę "Tsunami", którą warto przesłuchać w całości.




I tak oto zupełnie niepostrzeżenie znaleźliśmy się w strefie zgrabnych melodii. Kolejna należy do amerykańskiej grupy  Big Thief, która wczoraj opublikowała płytę "Double Infinity".




Również wczoraj ukazała się nowa płyta - "A Danger To Ourselves" kolumbijskiej artystki Lucrecii Dalt, której przy miksie nagrań pomagał David Sylvian. Oto jedna z moich ulubionych kompozycji.




MISS TYGODNIA - rozkosznie zapowiada się nowy album Patricka Watsona - "UH OH", premiera za trzy tygodnie, co potwierdza kolejny singiel z tego wydawnictwa. Kanadyjski muzyk zaprosił do udziału w nagraniach sporo wokalistów, a efekt tej współpracy, póki co, brzmi znakomicie.





 KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim nasz kolejny znajomy, mieszkaniec Madrytu, Chip Wickham, reprezentant wytwórni Gondwana Records oraz fragment z jego wydanej wczoraj płyty - "The Eternal Now".



 

sobota, 10 września 2022

CHIP WICKHAM - "CLOUD 10" (Gondwana Records) "Roger That"

 

    Postać Rogera Chipa Wickhama jest bardzo słabo znana nawet dla tych, którzy mają w zwyczaju uważnie oglądać okładki płyt, żeby sprawdzić, kto pojawił się w studiu podczas sesji nagraniowych. Nasz dzisiejszy bohater gościł we wnętrzu niejednego studia, aktywnie uczestniczył w rejestracji wielu albumów, reprezentujących różne gatunki muzyczne, od jazzu począwszy, przez funky, a na soulowych produkcjach skończywszy. Jednak żadna z tych płyt nie zdołała wypłynąć na szerokie wody, chociażby mizernej popularności. Długo to trwało, zanim "Chip" wreszcie postanowił wybić się na niepodległość, porzucić bezpieczne wdzianko muzyka sesyjnego i podpisać wydawnictwo tylko i wyłącznie własnym nazwiskiem. Z nadmorskiego Brighton przeniósł się do Manchesteru, nie tylko po to, żeby studiować, ale również, żeby rozwijać się jako artysta. To w mieście słynnych klubów piłkarskich poznał był Andy Votela, członków zespołu Nightmares On Wax, współpracował z prezentowanym na łamach bloga Dwightem Trible, i zapomnianym już dziś Badly Drawn Boyem, grał w orkiestrze kierowanej przez Craiga Charlesa - The Fantasy Funk Band. Spotkanie Z Matthew Halsallem i Natem Birchallem zaowocowało zacieśnieniem współpracy z tym pierwszym. Nic więc dziwnego, że Wickham pojawił się w składzie, który nagrał debiutancki album szefa oficyny Gondwana Records - "Sending My Love". Dalszą część biografii wypełniają podróże, jak ta do Hiszpanii, gdzie w mieście Madryt Roger Chip Wickham mieszkał przez dziesięć lat, założył tam grupę The Fire Eaters oraz The Madrid All-Stars, żeby ostatecznie przenieść się do stolicy Kataru. Zadebiutował w 2017 roku krążkiem "La Sombra", w tamtym okresie funkcjonował przede wszystkim jako flecista, i właśnie to był jego podstawowy oraz najchętniej używany instrument. Pozostawał pod wielkim wrażeniem gry Harolda Naive'a, słuchał płyt z udziałem Rolanda Kirka, pasjonował się jazzem modalnym oraz jego duchową odmianą, przyglądał się bliżej dokonaniom Pharoaha Sandersa i Yusefa Lateefa, któremu dedykował kompozycje "Mighty Yusef", zamieszczoną na wydawnictwie "Blue to Red" (2020). W maju tego roku przypomniał o sobie epką zatytułowaną "Astral Traveling", stanowiącą próbę reinterpretacji nagrań Lonnie Listona Smitha z 1973 roku.

Szkoda, że nagrań z tej epki Wickham nie zdecydował się dołączyć do najnowszej dość krótkiej płyty "Cloud 10". Przyznam, że po przesłuchaniu tej ostatniej odczuwam pewien niedosyt. Chip Wickham pokazuje się tutaj jako przyzwoity kompozytor i niezły instrumentalista. To, co w pewnym sensie ratuje ten album, to jego różnorodność brzmieniowa oraz wiążąca się z tym obecność zaproszonych do studia gości. Na marginesie dodam, że "Estudios Brazil" mieszczące się w Madrycie, jest wyposażone w sprzęt analogowy. Przyjaciółka i stała współpracowniczka, harfistka Amanda Whiting (wydała w tym roku płytę "Lost In Abstraction"), w wyróżniającej się odsłonie zatytułowanej "Winter", świetnie odmalowała zimowy pejzaż, przy udziale perkusjonaliów oraz fletu. "Tubby Chase" pulsuje rwanymi, krótkimi akordami fortepianu, za którym zasiadł Phil Wilkinson. "Dark Eyes" - to miniatura, jak żywcem wyjęta z filmu noir. W "Lower East Side" w roli głównej znów mamy flet, pełen barw, ilustracyjny... i ... nagle urywający swoją opowieść. Reżyser dźwięku, z sobie tylko znanych powodów, zdecydował się wyciszyć to nagranie przed upływem trzech minut. "Stratosphere" brzmi jak nowy klasyk godnie reprezentujący szyld oficyny Gondwana Records, także za sprawą gry wibrafonisty Tony'ego Risco.

 Szybko mija czas w towarzystwie płyty "Cloud 10". To prawda. Być może nawet za szybko. W jej poszczególnych fragmentach nie znajdziemy, ani zapierających dech w piersiach solowych popisów, ani barwnych dialogów czy raptownych stylistycznych zwrotów. To, co z nami zostaje po przesłuchaniu tego krążka, to pewien specyficzny nastrój, sugestywna aura, którą raz lepiej, raz gorzej, udało się wyczarować przy pomocy: fletu, saksofonu, harfy, wibrafonu, flugelhornu, fortepianu oraz perkusji, za zestawem której świetnie się odnalazł Jon Scott, znany ze składu Mulatu Astatke. A wspomniany przeze mnie wcześniej niedosyt, cóż... pewnie pozostanie. Zawsze można spróbować nieco go rozmazać, wracając do albumu "Cloud 10" po raz kolejny.

(nota7/10)

 


Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie płyta "Earth Visions Of Water Spaces" żeńskiego duetu Tan Cologne, rodem ze stanu Nowy Meksyk. Wybrałem dla Was taką oto kompozycję.



Hermanos Gutierrez nie mieszkają obecnie w stanie Nowy Meksyk, tylko w Zurychu, gdzie wraz z szefem wytwórni "Easy Eye Sound" - Danem Auerbachem - 28 października opublikują album "El Bueno Y El Malo".



Sporo nowości płytowych ukazało się w piątek. Jedną z nich jest album "The Dance" wokalistki Nicole Schneit, ukrywającej się pod szyldem Air Waves, z gościnnym udziałem Cassa McCombsa, Skylera Skjelesta (z grupy Fleet Foxes), czy Luke'a Templa.



Z Harrogate w Anglii pochodzi Niall Summerton, który kilka dni temu podzielił się ze światem takim oto singlem.



Odrobina gitar z Manchesteru, który, jak widać i słychać, nie rozbrzmiewa tylko "duchowym jazzem". Właśnie z tego miasta pochodzi grupa Gorgeous Bully, która niedawno opublikowała album "Paint".


Z Los Angeles w stanie Kalifornia pochodzi kolejny żeński duet OHMA, który wczoraj wydał album zatytułowany "Between All Things".



W kąciku improwizowanym fragment niedawno wydanej płyty "The Path", kanadyjskiej formacji The Cookers Quintet.





niedziela, 21 sierpnia 2022

SZUN WAVES - "EARTH PATTERNS" (The Leaf Label) "Z mikrokosmosu do makrokosmosu"

 

   "Chodzi o to, żeby pozwolić muzyce swobodnie przypływać przez ciebie" - oświadczył w jednym z wywiadów Luke Abbott, producent i muzyk z angielskiego Norfolk, współzałożyciel grupy Szun Waves. Jakiś czas temu na łamach bloga anonsowałem pojawienie się ich najnowszej propozycji zatytułowanej "Earth Patterns", co wczoraj stało się faktem, dzięki uprzejmości oficyny The Leaf Label. Przy okazji tego wydawnictwa brytyjsko-australijskie trio, podobnie jak to miało miejsce wcześniej, bardzo sprawnie porusza się w ambientowo-jazzowej stylistyce. Tym razem zdecydowanie mniej tutaj eksperymentów, również tych brzmieniowych, za to więcej uważnego wsłuchiwania się w to, co ma do zaproponowania partner z zespołu w tym osobliwym dialogu.

 U zarania tria Szun Waves znajdziemy pewną wiadomość, przesłaną drogą mailową, której autorem był Laurence Pike, australijski perkusista, znany chociażby z grupy Triosk. Pozostając pod wielkim wrażeniem kompozycji Luke'a Abbotta zatytułowanej - "Amphis" - wyraził chęć rozpoczęcia współpracy. Na miejsce pierwszego spotkania panowie wybrali Londyn, a dokładnie mówiąc, studio Jamesa Holdena, to właśnie on czuwał później nad produkcją kolejnych płyt Szun Waves. Do wyżej wymienionej dwójki szybko dołączył saksofonista Jack Wyllie (grający w Portico Quartet), który tuż po powrocie z Francji zarejestrował wraz z Lukiem Abbottem epkę. Od samego początku w działalność artystyczną tria wpisane zostało jedno proste założenie. Muzycy zapragnęli razem zrobić coś, na co nie mogli sobie pozwolić w macierzystych formacjach, czy też rozwijając ścieżkę solowej kariery. Ich metodologia pracy zwykle wyglądała tak, że zamykali się w studiu na kilka dni, i nagrywali kolejne sesje, z których potem wybierali intrygujące fragmenty poddawane na dalszym etapie obróbce. Przed pracami związanymi z albumem "Earth Patterns", Luke Abbott pomagał Nilsowi Frahmowi, zdążył tez opublikować solowa płytę, ukazała się ona za pośrednictwem wytwórni Border Community, której szefem jest wspomniany wcześniej James Holden. Z kolei Jack Wyllie zaangażował się w działalność Portico Quartet, przez pół roku mieszkał w Senegalu, gdzie nawiązał przyjaźnie z lokalnymi muzykami, czego podsumowaniem był krążek projektu Paradise Cinema. O wiele bardziej niż jazzem zaczął inspirować się muzyką elektroniczną, skupiając się także na rozmaitych urządzeniach zmieniających brzmienie saksofonu. Efekty tych estetycznych poszukiwań znajdziemy w kolejnych odsłonach krążka "Earth Patterns".

Tak, jak wspomniałem wcześniej, możemy na nim usłyszeć zdecydowanie mniej eksperymentów czy długich swobodnych improwizacji, w porównaniu do tego, co wypełniało dwa poprzednie albumy. "At Sacred Walls" (2016), "New Hymn To Freedom" (2018). Panowie skupili swoje myślenie na drobnych motywach, czy też barwnych plamach dźwięków, wokół których rozbudowali poszczególne kompozycje. Spokojne otwarcie "Exploding Upwards" wykorzystuje brzmienie syntezatorów oraz subtelne akcenty perkusji, nad nimi, niczym wschodzące słońce, góruje rozmarzony saksofon, którego partia przypomniała mi nastrój niektórych utworów Michała Lorenca. Ten wyłaniający się tu i ówdzie filmowy charakter to również znak rozpoznawczy brytyjsko-australijskiego tria. "New Universe" - to nieco bardziej dynamiczna odsłona, głównie z sprawą aktywnej roli perkusji. Powolna wymiana zdań pomiędzy syntezatorami, a saksofonem stanowi o sile tego nagrania. Luke Abbot i Jack Wyllie lubią grać długimi dźwiękami, wykorzystują dość wąski zestaw tonów, które nieraz zgrabnie ze sobą harmonizują, to znów prowokują do rozpoczęcia dialogu. "Nasze granie jest czymś na kształt mistycznej podróży" - podsumował krótko Luke Abbott. Nic więc dziwnego, że przy okazji kolejnych kompozycji Szun Waves mogą pojawić się skojarzenia z płytami Alice Coltrane czy Pharoaha Sandersa. Chyba najlepiej słychać to w "Be A Pattern For The World", który od samego początku brzmi szeroko, przestrzennie, i odsłania przed nami duchowy wymiar jazzu, zanurzonego jednak mocno w elektronice. "In The Moon House" przynosi wraz z sobą spory powiew świeżości i swobody, a leniwy "Willow Leaf Pear" przypomniał mi, głównie nastrojem, dokonania Arve Henriksena. W moim odczuciu pułapką kilku fragmentów najnowszego wydawnictwa Szun Waves okazał się być zbyt łatwy wybór wysokich i podniosłych w charakterze dźwięków, pewna wyczuwalna, przynajmniej dla mnie, maniera szukania prostych rozwiązań, które w konsekwencji mają doprowadzić do czegoś na kształt momentu kulminacyjnego, dodatkowo mocno rozciągniętego w czasie. Istnieje ryzyko, że dla wielu słuchaczy takie przedłużające się "momenty podniosłej harmonii", mogą być zwyczajnie męczące. Znacznie lepiej trio brzmi, kiedy muzycy zostawiają dla siebie więcej miejsca, kiedy pojedyncze tony mogą swobodnie wybrzmieć, a nie nakładać się na siebie, co dobrze ilustruje kompozycja "Garden".

(nota 7/10)

 


Na deser płyta, o której zapomniałem, choć jakiś czas temu zamierzałem o niej napomknąć. The Cats' Miaow to australijska grupa, która całkiem niedawno podzieliła się z nami rzadkimi nagraniami zebranymi na zestawie "Songs '94 - '98". Coś dla fanów grupy Galaxie 500 czy wczesnych  piosenek Yo La Tengo.



Irlandzka artystka Elaine Howley w ubiegłym tygodniu opublikowała debiutancki album "The Distance Between Heart And Mouth". Oto fragment tego wydawnictwa.



Z Portland w stanie Oregon pochodzi wokalistka Anna Tivel, która wczoraj opublikowała płytę "Outsiders".



Tymczasem premiera albumu Living Hour - "Someday Is Today" została przesunięta na 2 września.



Sporą niespodziankę przyniosło chwalone przez krytyków najnowsze wydawnictwo Cassa McCombsa - "Heartmind". Głównie za sprawą najdłuższego, a zarazem tytułowego utworu.



Prezentowana całkiem niedawno grupa Dog Faced Hermans, tym razem przedstawi energetyczną kompozycję "New Year".



Coś dla "tańczących inaczej", czyli duet Twin Tribes, z miasta Brownsville, w stanie Teksas, fragment płyty "Ceremony".



W kąciku improwizowanym zajrzymy na płytę Chipa Wickhama - "Cloud 10", która ukaże się 9 września w oficynie Gondwana Records.




sobota, 16 lipca 2022

JASMINE MYRA - "HORIZONS" (Gondwana Records) "Jazzowa kraina łagodności"

 

    "Wpływ techniki na sztukę (...). Ci sprzed longplayów mieli zaledwie trzy minuty na nagranie. Teraz przychodzi taki cwaniak jak Stan Getz, i rąbie ci przez dwadzieścia pięć minut przed mikrofonem, może pokazać, co chce, wszystko, co ma najlepsze. Biedny Bix (Beiderbecke) musiał zadowolić się jedną solówką, i tyle, jeszcze się nie rozgrzali - ciach i już po krzyku. Co to musiała być za męka, nagrywanie..." - napisał w 1963 roku Julio Cortazar, w kultowej powieści "Gra  w klasy". Jak później się okazało czas trwania jednej strony winylowej płyty również stanowił ograniczenie dla swobodnej wypowiedzi wielkich improwizatorów. I, dajmy na to, taki Cecil Taylor musiał cierpliwie poczekać do roku 1989, na upowszechnienie się nośnika CD, kiedy to zarejestrował swoje przełomowe dzieło Cecil Taylor European Orchestra "Alms-Tiergarten". Pierwszy krążek zawierał nagarnie "Involution/Evolution", trwające 58 minut 51 sekund, zaś druga płytka CD zatytułowana "Weight-Breath-Sounding Trees" czasem trwania przekraczała godzinę i trzy minuty.

Bohaterka dzisiejszego wpisu - Jasmine Myra - raczej nie potrzebuje godziny, żeby zarejestrować jedną kompozycję. Jej najnowszy album "Horizons" zawiera osiem urokliwych odsłon, które czasem trwania zamknęły się w niespełna trzech kwadransach. W poszczególnych fragmentach płyty nie znajdziemy zbyt wiele momentów swobodnej improwizacji. Brytyjska kompozytorka, saksofonistka i flecistka przede wszystkim jako cel postawiła sobie zbudowanie specyficznego nastroju, i trzeba przyznać, że wyszła z tej próby obronną ręką. W 2017 roku ukończyła konserwatorium muzyczne w Leeds, a już dwanaście miesięcy później wybrano ją do udziału w programie Jazz North Introduces, którego zadaniem jest udzielanie wsparcia dla młodych angielskich twórców. Jej talent został zauważony przez szefa wytwórni Gondwana Records - Matthew Halsalla, który zaproponował jej podpisanie kontraktu płytowego.

Album "Horizons" rozpoczyna się od dwóch kompozycji: "Prologue" oraz tytułowej "Horizons" - pierwotnie tworzyły one jedną całość, na potrzeby płyty rozdzielono te dwa utwory, a pierwszy z nich znakomicie wprowadza słuchacza w specyficzny klimat tego wydawnictwa. Dźwięki fletu, skrzypiec, gitary i fortepianu są niczym kolory na palecie malarza impresjonisty. Od pierwszych chwil zwraca na siebie uwagę specyficzna delikatność poszczególnych  tonów, miękkość subtelnych motywów, które tworzą kolejne utwory. Innymi słowy czuć w tym wszystkim smukłą kobiecą rękę. Przy okazji "Horizons" odnotowujemy nieznaczne przyspieszenie tempa również za sprawą, co warte podkreślenia, świetnie zrealizowanej perkusji. Szkoda tylko, że ta ostatnia odzywa się na całym albumie stosunkowo rzadko. Wiele z jego najlepszych fragmentów niesie wraz z sobą wyczuwalny filmowy charakter. W "1000 Miles" do głosu dochodzi harfa w rękach Alice Roberts, stałej współpracowniczki oficyny Gondwana Records, która pojawiła się na sesjach nagraniowych i płytach Matthew Halsalla, producenta albumu "Horizons". W tej części płyty saksofon Jasmine Myra przypomniał mi melodykę ostatnich dokonań Juri Honinga. Terytorium, po którym porusza się brytyjska artystka to zdecydowanie "jazzowa kraina łagodności". Nie dziwi więc specjalnie fakt, że kompozytorka z Leeds woli unikać karkołomnych niekiedy solowych popisów. Spokojnie i precyzyjnie wykorzystuje poszczególne instrumenty, rozwija kolejne wątki opowieści, dając pograć zaprzyjaźnionym muzykom. Napisana tuż po śmierci babci autorki "Words Left Unspokoen" - to piękna harmonia dźwięków harfy i fortepianu, wzbogacona ornamentami skrzypiec (Isabell Baker, Lisa Natusno). Kto wie, czy to właśnie ten ostatni instrument nie jest dyskretnym bohaterem tego wydawnictwa. Wykorzystanie sekcji smyczkowej dodało polotu, gładkości i głębi. "Morningtide" według deklaracji artystki miał stanowić ukłon w stronę twórczości Kenny Wheelera. Jak zwykle przy okazji wydawnictw oznaczonych logo Gondwana Records - wspominałem już o tym przy wielu okazjach - mam poczucie niedosytu, jeśli chodzi o grę pianisty. Zbyt mało tutaj fortepianowych akcentów, zbyt mało wyrafinowanych, barwnych i zapadających w pamięć niespiesznych wędrówek po czarnych i białych nutach czy ćwierćnutach, i jeden rodzynek w postaci wieńczącego całość "New Beginnings", gdzie wkład pianisty Jaspera Greena słychać nieco bardziej, z pewnością tego nie zmieni.

(nota 7-7.5/10)

 


Dodatki, dodatki, dodatki -  a w nich na początek skoczna piosenka Jacksona Phillipsa z miasta Los Angeles, który ukrywa się pod szyldem Day Wave.


Chodząca ostatnio za mną piosenka "Ice-9" grupy Bug Teeth, nazwa utworu została zaczerpnięta z prozy Kurta Vonneguta - "Kocia kołyska".



Prezentowałem kiedyś twórczość Benedicta Kupstasa, ukrywającego się również pod nazwą Field Guides, pora na fragment z jego ostatniej, trzeciej w dorobku płyty zatytułowanej "Ginkgo".



Wokalista grupy The Head On The Heart, czyli Josiah Johnson i fragment jego solowej twórczości, najnowszy singiel "You Had One Job", który ukazał się nakładem prestiżowej oficyny Anti-records.



Jakiś czas temu recenzowałem debiutancką płytę grupy Constant Follower, zajrzyjmy na chwilę na ich koncert.



Przyznam, że czekam na krążek saksofonisty Chipa Wickhama - "Cloud 10", który 9 września ukaże się dzięki uprzejmości oficyny... jak myślicie, jakiej? Oczywiście Gondwana Records. Póki co pokazał się ten pełen uroku singiel.






niedziela, 19 lipca 2020

VA - SOUL JAZZ RECORDS PRESENTS KALEIDOSCOPE "NEW SPIRITS KNOWN AND UNKNOWN" "Brzmienie południowego Londynu"

    Istnieje dość spore ryzyko, że ktoś ze stałych czytelników może pomyśleć, iż oto w ostatnich dniach uparłem się na płyty sygnowane nazwą VA. Cóż, mamy lato, jakby nie patrzeć, pandemiczne. W branży muzycznej od dawna przyjęło się, że czas wakacji to pora koncertów, a większość wydawców czeka z atrakcyjnymi premierami do jesieni. Choć czasem i te letnie premiery potrafią mocno zaskoczyć. Szczerze powiedziawszy, nigdy nie byłem wielkim fanek składanek typu VA. Sam dość regularnie tworzę własne kompilacje ulubionych  nagrań, które w danym okresie wydają się być dla mnie niezbędne. Jeśli zaś chodzi o wydawnictwa ze znaczkiem Soul Jazz Records Presents, to bez wątpienia mamy do czynienia z zupełnie odrębną jakością.

Szef i założyciel wytwórni powołanej do życia w 1993 roku - Stuart Baker - od samego początku do jej statusu wpisał zasadę transgresji. Stąd tak charakterystyczne dla katalogów tej oficyny multikulturowość i multigatunkowość. Poszczególne wydawnictwa skupiają się wokół konkretnych tematów i problemów, wątków i zagadnień. Te z kolei dotyczą wybranych gatunków i stylów, i jakże często egzotycznych regionów. Nie dziwi więc, że dzięki uprzejmości brytyjskiej oficyny mogliśmy poznać muzykę z tak odległych zakątków globu jak: Haiti, Wenezuela, Brazylia, Karaiby, Jamajka, Nigeria. Przy okazji prezentowania często unikatowych archiwaliów, przywołane zostały nazwiska zapomnianych lub bardzo słabo znanych artystów. Trudno w tym kontekście zaprzeczyć, że wkład Soul Jazz Records w rozwój muzyki jest nie do przecenienia.

Jeśli chodzi o zestaw "Kaleidoscope - New Spirits Known And Unknown" jego tematyka krąży wokół szeroko pojętej współczesnej brytyjskiej sceny jazzowej. Pośród znanych nazwisk znajdziemy tutaj dobrych znajomych, których albumy recenzowałem na łamach tego bloga, czyli: Matthew Halsalla, którego kompozycja otwiera kompilację oraz Nata Birchalla, a także Makaya McCravena, Levitation Orchestra, Ill Considereded, The Expansions. Pozostali twórcy to "nowicjusze", stawiający dopiero swoje nieśmiałe debiutanckie kroki.
Jako pierwsza z tego grona występuje Yazmin Lacey, wokalistka soulowa z Nottingham, flirtująca także z jazzem. Mniej więcej sześć lat temu zaczęła występować na scenie wraz z początkowo dość płynnym składem. Kiedy ten w końcu się ustabilizował, artystka wydała trzy epki i wystąpiła chociażby w naszym kraju na festiwalu Jazz Jantar. "Moja muzyka porównywana jest do czerwonego wina i papierosów".
Nie wiem, czy Chip Wickham pali, ale całkiem nieźle gra na saksofonie i flecie, jest producentem muzycznym rezydującym obecnie w Madrycie. Urodził się w Brighton, dorastał w Manchesterze, jazzem zafascynował się słuchając płyt z bogatej kolekcji ojca. Pracował jako inżynier w studiu Grand Central Records. Grał u boku Badly Drawn Boya, a całkiem niedawno zagrał na płycie Matthew Halsalla - "Sending My Love", który zaraził go słabością do gatunku spiritual jazz. W maju tego roku wydał album "Blue To Red", utrzymany właśnie w tej stylistyce.
Joe Armon-Jones to klawiszowiec i producent, nawiązujący do twórczości Herbie Hancocka, poza tym członek Ezra Collective, którego na tej autorskiej składance nie ma. Współpracuje z saksofonistą Nubyą Garcią i producentem Maxwellem Owinem, z którymi to nagrał płytę "Idiom", skąd pochodzi kompozycja "Tanner's Tango".
Ed Cawthorne to założyciel i szef wytwórni płytowej "22a", występuje jako flecista, saksofonista i perkusista w formacji Tenderlonious, wraz z Nickiem Waltersem (trąbka) i Aidanem Shepherdem (klawisze). Panowie, jak wielu artystów z tej składanki, również reprezentują brzmienie południowego Londynu. W ich dorobku znajdziemy cover utworu "Pingwin" Krzysztofa Komedy (jest więc i trop polski). Ruby Rushton to nic innego, jak kolejne wcielenie Eda Cawthorne'a, nazwane na cześć jego artystycznie uzdolnionej babci.

Kompilację "Kaliedoscope New Spirits Known And Unknown", jak wiele innych tego typu wydawnictw, można, a nawet trzeba, potraktować jako zestaw siedemnastu tropów. Nie chcę więc odbierać szanownym Czytelnikom przyjemności i radości wynikającej z odkrywania nowych artystów czy zespołów, a także ich dorobku. Każdy powinien znaleźć tutaj coś dla siebie. Na koniec zabrzmi kompozycja grupy The Cromagnon Band, którego, wyznam to szczerze, do tej pory nie znałem. Lenny Walker (bas), Tom Watt (perkusja) i Bert Page (klawisze) wykonają tytułową kompozycję z albumu "Thunder Perfect", który ukazał się w 2019 roku.

(nota.7/10)