Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Gunn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Gunn. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 listopada 2025

STEVE GUNN - "DAYLIGHT DAYLIGHT" (No Quarter Records) "Niepozorny gość"

 

   Takie barwy jesieni za oknem wymagają odpowiedniej oprawy muzycznej. Z pomocą może przyjść wydana wczoraj płyta "DAYLIGHT DAYLIGHT", amerykańskiego gitarzysty STEVE'A GUNNA. Jego kompozycje pojawiały się już na łamach tego bloga - ostatni raz, to był fragment z płyty nagranej razem Davidem Moorem, zatytułowanej "Reflections vol.1 Let The Moon Be A Planet". Już wtedy było widać, że w amerykańskim gitarzyście zaszła subtelna zmiana. Oto, z wędrownego artysty, który kolekcjonował ciekawe opowieści napotkanych ludzi - "Myślę, że inspiruje mnie koncepcja wędrowca. Bardziej interesuje mnie przekazywanie historii innych ludzi..." - i zamieniał je w pełne uroku pieśni, stał się uważnym obserwatorem, który próbuje podkreślić wagę poszczególnych chwil. I z takich siedmiu kruchych migotliwych momentów składa się również jego najnowsza propozycja.






Na początku była gitara akustyczna oraz głos, a potem drobne dema, które STEVE GUNN sukcesywnie przesyłał producentowi, przy okazji przyjacielowi JAMESOWI ELKINGTONOWI, który wspiera go również podczas koncertów. "Zobacz, co z tym można zrobić" - tak mniej więcej brzmiały kluczowe w tym przypadku słowa amerykańskiego twórcy. Po tak sugestywnej zachęcie i po pewnym czasie, bo ten zwykle musi minąć, surowe próbki dźwiękowe zostały wzbogacone o kolejne warstwy - tony skrzypiec, wiolonczeli, kontrabasu, perkusji oraz instrumentów dętych. Pomyli się ktoś, kto powie, że przy okazji albumu "DAYLIGHT DAYLIGHT" mamy do czynienia z aranżacyjnym przepychem. Nic z tych rzeczy. Wyżej wspomniane instrumenty dają o sobie znać tylko w określonych momentach, grają bardziej punktowo, nie próbują zawłaszczyć dla siebie całej uwagi odbiorcy. Wciąż najważniejsza jest gitara oraz głos STEVE'A GUNNA, i to one stanowią twardy rdzeń tych aranżacji.

Producent starał się zachować sporo wolnej przestrzeni pomiędzy dźwiękami, co jest dużym atutem tego wydawnictwa. Również dzięki temu buduje się intymny nastrój, i tak ważna przy okazji tego typu propozycji więź między artystą a słuchaczem. GUNN i jego przyjaciel celowo odeszli do pełnych aranżacji, które charakteryzowały jego poprzednie płyty. Tym razem główną inspiracją były długie codzienne spacery. W zamierzeniach album "DAYLIGHT DAYLIGHT" miał stanowić impresję na temat "BYCIA UWAŻNYM" - na chwilę, na momenty, które znane są także z tego, że tak szybko umykają. Trzeba przyznać, że ten minimalistyczny folk, z wyraźnymi kameralnymi nieco psychodelicznymi akcentami, świetnie się do tego nadaje. Kolejne fragmenty tekstów nie stanowią, ani autobiograficznych refleksji, ani tak ważnych dla poprzednich płyt GUNNA opowieści innych ludzi, lecz zawierają drobne notatki z migotliwej codzienności. "Cała moja ulubiona literatura i poezja to obserwacja, nie osobiste wyznania" - wspomniał GUNN w jednym z wywiadów.





Wczesne albumy STEVE'A GUNNA, jak "Boerum Palace" (2009) - były próbą rozwijania tradycji amerykańskiego folkowego gitarowego grania. Zawierały długie, hipnotyczne kompozycje, stworzone w oparciu o powtarzalne motywy, surowe brzmienie pełne bluesowej zadumy. Album "Way Out Wheather" (2014) - łączył technikę fingerpickingu z graniem zespołowym, stąd dość szerokie brzmienie. Najbardziej osobistą propozycją w dorobku artysty zdaje się być: "The Unseen In Between" (2019), napisana po śmierci ojca. Nieco wcześnie i odrobinę później były albumy wydane wspólnie z innymi artystami: Kurt Vile, Angel Olsen, Kim Gordon, John Truściński, Ryley Walker, Ryan Jewell. W tej perspektywie - historyczno-biograficznej - można powiedzieć, ze każda kolejna płyta wydaje się być następnym istotnym krokiem ku coraz większej świadomości artystycznej muzyka urodzonego w Landsdowne (stan Pensylwania).

Drugi  promocyjny singiel najnowszego wydawnictwa - czyli "Morning On K Road" - został napisany tuż po spotkaniu ze starym dawno niewidzianym przyjacielem. Jedną z inspiracji do powstania mojego ulubionego "LOON" , były charakterystyczne dźwięki ptaków, które amerykański gitarzysta usłyszał nad jeziorami regionu Adirondacks (stan Nowy York). Tytułowa kompozycja  - "Daylight Daylight" - powstała podczas nocnego siedzenia w kuchni. Całość materiału została zarejestrowana na strychu domu Jamesa Elkingtona, w studiu "Nada". Nazwa tego ostatniego pochodzi od złośliwego komentarza Leatitii Sadier (Stereolab), która zauważyła, że w tym pomieszczeniu nie ma dobrego sprzętu nagrywającego. "To nie studio" - miała powiedzieć nieco zaskoczona tym, co ujrzała.

Jak na ograniczanie techniczne, i spartańskie warunki nagrywania, efekt końcowy jest bardzo dobry. Brzmienie płyty jest subtelne i miękkie, gitara oraz głos STEVE'A GUNNA zwykle znajdują się na pierwszym planie. A kolejne kompozycje zyskują na wartości z każdym kolejnym przesłuchaniem. Warto się o tym przekonać! 

(nota 7.5-8/10)


 


Tak się złożyło, że popularna przeglądarka internetowa kojarzy ten blog przede wszystkim z jednym wpisem o pewnym zespole. Sam nie wiem, dlaczego ten wpis z 2016 roku, przez ostatnie dziewięć lat obejrzało już aż tylu czytelników ( i ta sześciocyfrowa liczba wciąż rośnie, dziś wzbogaciła się o kolejne 187 oczek, a dzień jeszcze się nie skończył!). Wyżej wspomniany wpis dotyczył premierowego wydawnictwa amerykańskiej grupy THE SAXOPHONES. W takich okolicznościach przyrody czuję się mocno zobowiązany, żeby poinformować o wczorajszej premierze ich nowego wydawnictwa zatytułowanego "NO TIME FOR POETRY". Dodam również, że po wstępnym przesłuchaniu ten album wydaje się być najlepiej zaaranżowanym w całej dyskografii zespołu.



 
Kolejny amerykański akcent zaprowadzi nas prosto do stanu Teksas, z którego pochodzi grupa, która już gościła na łamach bloga - KHRUANGBIN. W czwartek ukazał się ich album zatytułowany "THE UNVERSE SMILES UPON YOU II".




Pozostaniemy w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, miasto Portland, grupa NIGHT SISTER oraz ich nowy singiel.




Szybka wizyta w Australii przyniesie wraz z sobą jeszcze ciepły - premiera miała miejsce w dniu wczorajszym - singiel grupy THE CHURCH.




Tylko na tym blogu kolejna gorąca nowość i zapowiedź lutowej (27 luty) premiery albumu "Amaro", grupy BIBI CLUB, która gościła już na tych stronach.





Nowy York reprezentuje także zespół PETS, fragment z ich niedawno wydanej płyty "@? SPIRALQUESTION MARK".




Antwerpia rzadko pojawia się na gościnnych łamach bloga. Duet FRATEUR-ROMBOUTS, nazwa zaczerpnięta od dwóch nazwisk twórców - Gregory i Nicolasa - oraz ich najnowszy singiel.




MISS TYGODNIA - całkiem zgrabnie wpisze się w dzisiejszy główny temat. Ateny i twórca, który ukrył się pod pseudonimem WESTERMAN. Wczoraj ukazała się jego nowa propozycja "A JACKAL'S WEEDING". A ja mniej więcej od tygodnia słucham tego wybornego fragmentu. Zróbcie głośniej! Bo ja za WAS to zrobię!




KĄCIK IMPROWIZOWANY - połączone siły kilku muzyków - MATTHEW DAVID, AARON SHAW i CARLOS NINO, i jedna cudownie leniwa kompozycja, pomagająca w uważności bycia.




Wytwórnia ECM świętuje - pół wieku temu (dokładnie 30 listopada 1975 roku) ukazała się kultowa obecnie pozycja KEITHA JARRETTA - "THE KOLN CONCERT". Był mroźny piątek 24 stycznia 1975 roku. Gmach opery w Kolonii, na scenie niezbyt dobrze brzmiący fortepian BOSENDORFER BABY GRAND, wyciągnięty specjalnie na tę okazję z bocznej sali prób, z wadliwymi pedałami, delikatnie rzecz ujmując instrument nie najlepiej brzmiący. To on skłonił Keitha Jarretta do częstszego używania średnich rejestrów, do unikania "fałszywie" brzmiących tonów, do... 

Choć na początku MISTRZ w ogóle nie chciał zagrać. Pianista pojawił się na miejscu zmęczony, niewyspany, narzekający na ból pleców (kłopoty z kręgosłupem). "Byłem niemal w piekle. Miałem zaraz wyjść na scenę, wczesnej było mnóstwo problemów, a fortepian był po prostu okropny. I tak naprawdę w ogóle nie spałem" - podkreślał w wywiadzie dla "Observera" w 2015 roku. Wcześniej Jarrett zażyczył sobie fortepianu BOSENDORFER 290 IMPERIAL (prawdziwa bestia). 

Była godzina 23.30, kiedy zakończył się spektakl operowy. Promotorka koncertów - VERA BRANDERS (miała wtedy zaledwie siedemnaście lat), ubłagała artystę, żeby ten mimo wszystko spróbował zagrać. "Ten koncert był aktem cudownego przypadku. Zły fortepian, zmęczony artysta, późna godzina. Wszystko, co mogło pójść źle, poszło źle. A mimo to powstało arcydzieło" - wspominała po latach VERA BRANDERS. Na widowni zasiadło około 1400 osób - szczęśliwcy nie wiedzieli do końca, w czym uczestniczą. W ten sposób zarejestrowano najchętniej kupowaną płytę jazzową, jeśli chodzi o fortepian solo. Numer katalogowy ECM 1064/65.

A moje prywatne wspomnienie związane z tym albumem? Czasy studenckie i początek upalnego lata. Długie ciepłe wieczory, z widokiem na gwiazdy i księżyc. Pamiętam, że leżeliśmy wtedy na kocu, patrząc w niebo, do drugiej lub trzeciej nad ranem, z opowieściami, z termosami, w których była kawa... Kaseta z nośnikiem chromowym (TDK lub Sony, pamięć bywa zawodna) musiała pokonać pół Polski. Przywiózł ją ówczesny chłopak mojej koleżanki  - którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam (dziękuję pani S.). To było moje pierwsze zetknięcie się z twórczością Keitha Jarretta - ale poczułem to od razu, bez żadnego oporu, bez zbędnej umysłowej gimnastyki, jakbym nosił te subtelne dźwięki w sobie od zawsze. Od tej płyty rozpoczęła się wspaniała muzyczna przygoda, poszukiwanie i odsłuchiwanie kolejnych płyt MISTRZA. Tych na szczęście nie brakowało. Tak sobie myślę, że ten nie lubiany przez Jarretta zapis koncertu może stanowić bardzo dobry początek dla kogoś, kto jeszcze nie zetknął się z albumami wirtuoza klawiatury fortepianu. Słuchamy?





sobota, 25 października 2025

BRAINWASHER - "39 LIGHTYEARS FROM HEAVEN" (Mothland Rec.) "Mentalny reset"

 

   Zwykle ciepło i z otwartymi ramionami witamy, nie tylko na tym blogu, debiutantów. Czasem warto z uwagą przyglądać się, jak artysta lub zespół stawia swoje pierwsze jeszcze niepewne kroki. Jak się waha i błądzi w gęstwinie możliwości, żeby w końcu odnaleźć - albo nie - wymarzoną dla siebie formę. Nie jest to proste zadanie. To prawda. Niekiedy z upływem lat i z przykrością odkrywamy, że poza udanym debiutem formacja czy twórca nie miał już niczego interesującego do zaproponowania na późniejszym etapie tak zwanej kariery, że jego czas minął szybciej, niż się tego spodziewaliśmy. Miejmy nadzieję, że nie będzie to przypadek amerykańskiego duetu z Oklahomy, który przyjął niezbyt fortunną, moim zdaniem, z pewnością mało oryginalną, nazwę - BRAINWASHER.





Skoro w składzie amerykańskiego duetu mamy znanego perkusistę - Mathhew Duckwortha Kirkseya (gra również w zespole The Flaming Lips), to można spodziewać się, że w ich kompozycjach napotkamy charakterystyczne podziały rytmiczne. BRAINWASHER nie szukają zaskakujących rytmów, ale lubią niektóre utwory oprzeć na tonach basu. Stąd też wyczuwalny tu i ówdzie dobry groove, który czasem stanowi siłę napędową ich kompozycji. Te nieraz posiadają drobne i rozpoznawalne MOTYWY. Jeśli taki uda się stworzyć i odpowiednio wyeksponować, kompozycja z pewnością się obroni, a nieraz nawet wyróżni na tle podobnych do siebie przebiegów. 

W notkach prasowych znajdziemy wzmiankę, że prace nad debiutanckim krążkiem trwały aż dziesięć lat. Całkiem sporo, szmat czasu. Kiedy to zleciało. Nie oznacza to jednak, że ktoś siedział niemal dekadę w studiu nagraniowym, żeby tydzień po tygodniu spróbować zlepić ze sobą różne dźwięki. I to tak, żeby te w finalnym efekcie dały jedną najlepiej spójną całość. Wiadomo, że taki ktoś musiał robić sobie przerwy. To oczywiste. Jeśli nie na czytanie dobrej książki, czy na smaczny posiłek, to chociaż na przesłuchanie nowych płyt, itd. Świat potrafi rozproszyć niejedną, nawet najbardziej skupioną uwagę -  szczególnie ten informacyjny bełkot, który atakuje nas każdego dnia.

Kiedy tak długo czekasz na opublikowanie materiału, istnieje ryzyko, że ten w ostatecznym rozrachunku przyjmie jakąś nazbyt fantazyjną patchworkową formę, i będzie kojarzyć się z pierwszą lepszą na siłę skleconą zbieraniną przypadkowych pomysłów. W wypadku albumu "39 Lightyears From Heaven" udało się uniknąć tej pułapki. Płyta brzmi intrygująco, co najważniejsze dość różnorodnie jak na przyjętą formułę.




To prawda, duet z Oklahomy przygotował przyjemny i całkiem pożywny muzyczny koktajl. Poszczególne odsłony są ciekawe, przyciągają uwagę wymownym nastrojem, raczej  mrocznym, zanurzonym w psychodelicznej mgle. Twórczość  BRAINWASHER nosi ślady różnych stylistyk, które czujne ucho od razu wyłapie. Trzeba przyznać, że w ostatnich latach przyzwyczaili nas do tego młodzi artyści, niekoniecznie wiekiem, również duchem. Przy wielu okazjach wspominałem, że dla nich jest to sytuacja oczywista, niejako zastana, a nie wynik przemyślanych koncepcji estetycznych. Innymi słowy, młodzi, czy też ci nieco tylko od nich starsi, muzycy tworzą tak, jak dziś zwykło się tworzyć. I również dlatego nikt specjalnie się nie zdziwi, że w twórczości amerykańskiego duetu słychać wątki zaczerpnięte z tylu różnych gatunków: new-wave, psychodelii, elementy trip-hopu i trochę eksperymentalnych elektronicznych tonów. 

Dość wyraźnie czuć, że twórcy z Oklahomy we wczesnej młodości nasłuchali się klasycznych dziś płyt czołowych przedstawicieli sceny bristolskiej. A teraz te młodzieńcze fascynacje i doświadczenia próbują przełożyć na własny język muzyczny. W kolejnych aranżacjach zwracają na siebie uwagę także różne, zwykle elektroniczne dodatki, brzmieniowe drobiazgi, które pokazują, w jaki sposób Matthew oraz Tommy myślą o dźwięku.

Jeśli chodzi o tę niezbyt szczęśliwą, przynajmniej dla przeglądarek, nazwę zespołu McKenzie tłumaczy ją w taki sposób: "Chodzi o wypłukiwanie z siebie szumu - z mediów, z cudzych opinii - i pozostawienie tylko tego, co prawdziwe(...). Wszyscy mamy głowy pełne śmieci - chcieliśmy znaleźć muzykę, która działa jak mentalny reset". "Dla mnie brzmienie BRAINWASHER to te szumy i pętle w tle, które tworzą fundament dla większości rzeczy.  A potem budujemy na tym wszystko, co nas pociąga".

(nota 7.5/10)

 
 



Nasi znajomi z Londynu, grupa BABEHEAVEN oraz fragment, który znalazłem na ich niedawno wydanej epce zatytułowanej "Slower Than Sound".





Bardzo ładnie brzmi nowy singiel artystki z Minneapolis, która przyjęła nazwę RUNO PLUM. Ta urocza piosenka zapowiada  album "Patching", premiera 14 listopada.




Przeniesiemy się do amerykańskiego miasteczka New Hope w stanie Pensylwania, żeby posłuchać fragmentu niedawno wydanej płyty - "Best Of" - lokalnego twórcy GENERIFUSA.




Psychodeliczne tony gitar odnajdziemy na ostatniej płycie - "X - AEON", mało znanej formacji z Mediolanu - GIOBIA.




Raz jeszcze Włochy, tym razem miasto Bolonia, a w nim zespół BEBALONCAR, który zapowiada publikację nowej płyty zatytułowanej "Love To Death".





Brzmienie gitar dominuje także na wydanej wczoraj płycie "We Were Just Here", naszych dobrych znajomych (recenzja ich poprzedniego albumu na blogu), z irlandzkiego miasta Dundalk, czyli formacji JUST MUSTARD.




Kolejny nasz dobry znajomy STEVE GUNN z Brooklynu 7 listopada opublikuje nowy album zatytułowany "Daylight, Daylight". Przyznam, że czekam na to wydawnictwo. Póki co można posłuchać takiego oto singla.




MISS TYGODNIA - w tym przypadku to również poważna zachęta, żeby zajrzeć do wydanej w połowie września całkiem udanej płyty - "THE WINDOW" (gdzie znalazłem ten wyborny singiel) - londyńskiego duetu PET DEATHS. A kiedy już zapoznacie się z tym materiałem, warto go zestawić z poprzednim wydawnictwem zespołu "Unhappy Ending" (2022). A potem możecie rozstrzygnąć, która z nich jest ciekawsza.




KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim garść egzotycznych dźwięków. Przy tego typu produkcjach, jak ta amerykańskiej formacji, naszych dobrych znajomych z Brooklynu - ANTIBALAS - wydanej wczoraj pod tytułem "Hourglass", aż chce się powiedzieć - "Kanał lewy... Kanał prawy...". W ten klasyczny sposób realizuje swoje propozycje oficyna Daptone Records.




KOMPOZYCJA TYGODNIA - należy do duetu Raed Yassin oraz Paed Conca, z Libanu, który gościł już niegdyś na łamach bloga - PRAED ORCHESTRA! - i fragment z wczoraj wydanej płyty "The Dictionary Of Lost Meanings".




sobota, 8 czerwca 2024

L'ETRANGLEUSE - "AMBIANCE ARGILE" (Compagnie 4000) "Dusiciel z Lyonu... czyli krajobraz po turnieju Roland Garros"

 

    Zmagania na paryskich kortach powoli przechodzą do historii, a biało-czerwona flaga znów dumnie powiewa nad kortami. I pomyśleć, że wszystko dla polskich kibiców rozstrzygnęło się już w drugiej rundzie potyczek pań, kiedy to Iga Świątek musiała bronić piłek meczowych w starciu z Naomi Osaką, to właśnie tam pokazała, dlaczego jest wciąż "numerem jeden" światowych list, a spotkanie to całkiem słusznie okrzyknięto najlepszym meczem tenisowym tego roku. Tym razem podczas turnieju tenisistów nie było zbyt wielu ekscytujących pojedynków. Początkowo mocno dała o sobie znać wyjątkowo kapryśna pogoda. Przyznam, że nie pamiętam, kiedy ostatnio podczas trwania turnieju Wielkiego Szlema w Paryżu przez cały pierwszy tydzień aż tak padało. Nawierzchnia była wilgotna, wolna i ciężka, kolejne mecze przerywano i wznawiano, tylko wybrani dostąpili zaszczytu grania pod zamkniętym dachem. Wydaje się, że kilka wyników mogłoby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby podłoże kortów było sypkie i suche, jak chociażby pod koniec trwania drugiego tygodnia. W tenisie mężczyzn wreszcie nastąpiła zmiana pokolenia. Nawet wydawałoby się niezniszczalny Novak Djokovic, w końcu musiał ustąpić pola młodszym o ponad dekadę, doznał urazu i wycofał się z imprezy, choć od jej początku nie był w najlepszej dyspozycji. Tenis pań wciąż pogrąża się w marazmie, nie ze względu na jego niski poziom, z tym bywa różnie, ale ostatnio nie jest najgorzej, tylko za sprawą tragicznie mizernej promocji tych rozgrywek, a co za tym idzie ich recepcji. Bardzo cieszy, bo w ostatnich latach rzadko oglądaliśmy takie obrazki, sukces polskiego juniora Tomasza Berkiety, który dotarł aż do finału.
Tak czy inaczej, pomyślałem, że przydałby się dziś jakiś ciekawy francuski akcent. I oto, zupełnie przypadkiem odkryłem, że wczoraj ukazała się płyta francuskiego kwartetu, który przybrał nazwę L'Etrangleuse. Nie wiem, czy artyści skupieni pod tym szyldem pilnie śledzili to, co działo się na kortach Rolanda Garrosa. Być może kibicowali swoim reprezentantom, którzy, jak zwykle, szybko pożegnali się z turniejem (z bardzo dobrej strony znów pokazała się rosnąca w siłę włoska ekipa, w finale juniorskich zmagań dziewcząt spotkały się dwie tenisistki z Czech. Przypadek? Nie sądzę). Wprawdzie sympatyczna czwórka muzyków nie pochodzi z Paryża, tylko z Lyonu, ale śpiewają po francusku, całkiem nieźle grają na różnych nieraz egzotycznych instrumentach, a ich kompozycje można zapamiętać, dlatego warto poświęcić im chwilę uwagi.




Początki działalności grupy L'Etrangleuse sięgają roku 2008, kiedy to dyplomowana harfistka Melanie Virot spotkała na swojej drodze gitarzystę Maela Saletesa. Ten ostatni właśnie znudził się gatunkiem grunge - swoją drogą, dziwię się, jak w ogóle mógł się nim pasjonować. Ludzkie pokaleczenie bywają różne... Mael Saletes w tym czasie opuścił akurat formacje MacZde Carpate, i poszukiwał dla siebie kolejnego artystycznego otwarcia. Nowo powstały duet, który tuż przed jednym z koncertów przybrał nazwę L'etrangleuse, początkowo w brzmieniu nawiązywał do post-rocka, chociaż tu i ówdzie pojawiały się już afrykańskie rytmy. W założeniu harfa miała grać nieco bardziej rockowo i ostrzej niż zwykle, a zadaniem gitarzysty było sprawne i miarowe odmierzanie taktów. Ten niekonwencjonalny podział ról modyfikował się na przestrzeni lat i pozostał do dziś, czego rozliczne przykłady możemy znaleźć na opublikowanej wczoraj płycie "Ambiance Argile".

To, co wyróżnia to wydawnictwo z powodzi nowych płyt, to bogactwo rytmów czerpiących swobodnie i pełnymi garściami z przestrzeni kultury afrykańskiej. Pomaga w tym zaproszony na sesję nagraniową perkusista Leo Dumond i basistka Anne Godefert, którzy w ten sposób dołączyli do składu. Moim zdaniem właśnie w tym zestawieniu personalnym grupa L'etrangleuse brzmi najlepiej w całej kilkunastoletniej historii. Autor teksów i kompozycji, wokalista i gitarzysta Mael Saletas zainteresował się kulturą afrykańską, kiedy był członkiem Sahra Halgan Trio (Sahra Holgan to piosenkarka z Somalii). Wcześniej przewinął się przez skład dobrze znanej nam grupy Orchestre Tout Pouisssant Marcel Du Champa. Zebrane w ten sposób doświadczenie wykorzystał tworząc kolejne utwory, które wypełniły album "Ambiance Argile".




Wiele z kompozycji kwartetu z Lyonu bazuje na drobnych rytmicznych pętlach, które cyklicznie powtarzane stanowią coś w rodzaju koła napędowego. Zwraca na siebie uwagę pewna szlachetna surowość brzmienia, która przyjemnie kontrastuje z bogactwem świata perkusjonaliów. 
W jego skład wchodzą kartony, pudełka, puszki, itd. Królem wśród tej zbieraniny różnych gadżetów jest Leo Dumont, który swój bogaty zestaw nazwał dość lakonicznie "przedmiotami". Wśród instrumentów wykorzystanych w aranżacjach znajdziemy także egzotycznego rodzynka, jakim jest: djeil n'goni - czyli lutnia malijska. Ciekawe bywają również linie wokalne, które na poziomie interakcji wokaliza-chór odzwierciedlają strategię repetycji. Korty ziemne mają to do siebie, że piłkę trzeba na nich kilka razy cierpliwie przebijać na drugą stronę siatki, zanim uzyska się przewagę.

Sporo różnych skojarzeń może pojawić się przy okazji odsłuchiwania kolejnych odsłon płyty "Ambiance Argile", bo z jednej strony wczesny Talking Heads, przy okazji świetnego "Le Remede" czy "Ornieres", i echa dokonań Stereolab, z drugiej zaś grupy, które mniej lub bardziej świadomie nawiązują do stylistki afrobeatu. Z pewnością świetnie bronią się kompozycje oparte na żywym rytmie, drobnych dialogach gitary, harfy i basu, które to instrumenty zmieniają swoje podstawowe funkcje. Nieco gorzej wypadają utwory, gdzie tego charakterystycznego dla poczynań kwartetu rytmu zabrakło, a poszczególne tony snują się od plamy do plamy, i nie przybierają żadnego konkretnego kształtu. Przydałoby się tu i ówdzie nieco więcej konsekwencji w poczynaniach francuskich muzyków.

(nota 7.5/10)

 


Na dobry początek sekcji "Dodatki..." przeniesiemy się do Nashville (stan Tennesse), skąd pochodzi grupa Lionlimb, która pod koniec maja opublikowała album zatytułowany "Limbo". Oprócz głosu wokalisty Stewarta Bronaugha, w chórkach usłyszymy polski akcent - Ewę Synowiec.




Fani formacji Mercury Rev z pewnością ucieszą się, słysząc nowy singiel, który zapowiada wrześniową premierę albumu zatytułowanego "Born Horses".




Kolejny francuski akcent zabierze nas do miejscowość Metz, skąd pochodzi trio Warietta. W połowie maja opublikowali nowy album zatytułowany "Handkuss Jesus".




Nasz dobry znajomy Orlando Weeks, recenzowałem jego poprzedni album, wczoraj opublikował wydawnictwo zatytułowane "Loja".




Wspominałem, że śledzę poczynania amerykańskiego gitarzysty Steve'a Gunna. Kolejny trop zaprowadził mnie do płyty grupy Beings - "There Is A Garden", która ukazała się wczoraj. 




Zgodnie z obietnicą, powrócę do wydawnictwa "When It's Happening" - Scotta McMikena And The Ever-Expanding. Oto kolejny mój ulubiony fragment.




Z Wysp Brytyjskich pochodzi duet Samana (Rebecca Rose Harris i Franklin Mockett). Pod koniec maja ukazała się ich epka zatytułowana "Dharma". Oto mój ulubiony fragment.




Przed nami jeszcze jedna harfistka (i pianistka), w dodatku z polskimi korzeniami - Marysia Osu, która pojawiła się na wydanej w dniu wczorajszym płycie "Sample The Earth" - brytyjskiej wokalistki Laury Mish. Wyborne nagranie!!




W kąciku improwizowanym odwiedzimy miasto Chicago (stan Illinois) oraz posłuchamy fragmentu najnowszej płyty "The Almighty" multiinstrumentalisty Isaiaha Coliera i jego grupy The Chosen Few.









sobota, 18 maja 2024

BETH GIBBONS - "LIVES OUTGROWN" (Domino Rec.) "Zdążyła przed sześćdziesiątką"

 

      Beth Gibbons nosi w sobie jakiś bliżej nieokreślony ładunek smutku oraz niepokoju. Być może jej twórczość artystyczna jest wciąż na nowo podejmowaną próbą zamknięcia tych emocji w nieco bardziej czytelne ramy. Źródeł regularnie powracających stanów melancholii pewnie należałoby poszukać w dzieciństwie. Jedną z przyczyn może stanowić rozwód jej rodziców; ojciec zostawił matkę z trójką córek samą, gdzieś na środku farmy w Exeter (hrabstwo Devon). Późniejszego przyjaciela i współzałożyciela grupy Portishead - Geoffa Barrowa, spotkała na korytarzu Urzędu Pracy, gdzie w grupie ludzi spokojnie czekała na swoją kolej. Kilka tygodni później do nowo powstałego duetu dołączył najstarszy w składzie Adrian Ultey, gitarzysta sesyjny, szukający w tamtym okresie własnej ścieżki rozwoju. Żadne z nich, wtedy, na początku złotych lat dziewięćdziesiątych, nie przypuszczało, że ich debiutancki album zatytułowany "Dummy", (1994), odniesie aż taki, także komercyjny, sukces. Płyta pokryła się potrójną platyną, zdobyła nagrodę Mercury Music Prize, przy okazji raz jeszcze zdefiniowała formułę, którą krytycy określili mianem "Bristol Sound".

Pierwsze pomysły, które później przerodziły się w kompozycje zawarte na albumie "Dummy", Gibbons i Barrow zarejestrowali w... kuchni należącej do Neneh Cherry. Moje pierwsze spotkanie z muzyką grupy Portishead wypadło w sobotni popołudniowy czas (mniej więcej o tej samej porze, o której zwykle publikuję nowe odsłony bloga). Pamiętam dokładnie, że tuż przed piosenką brytyjskiej formacji, w radiowym eterze pojawiła się świetna kompozycja nieodżałowanej grupy Morphine - "You Look Like Rain" (amerykańska załoga wkrótce miała pokazać światu swój klasyk "Cure For Pain", takie właśnie były często wspominane przeze mnie złote lata 90-te), a chwilę później rozbrzmiały pierwsze niezapomniane takty jednej z najpiękniejszych pieśni Portishead, mam tu na myśli oczywiście utwór "Roads", który otworzył nie tylko w moim umyśle drzwi do zupełnie innego wymiaru.



Spoglądając na niezbyt spiesznie rozwijaną karierę Beth Gibbons można pokusić się o żartobliwe stwierdzenie, że :"zdążyła przed sześćdziesiątką"... opublikować swój pierwszy, tak naprawdę, solowy album. Tuż po zawieszeniu działalności grupy Portishead, ostatnia płyta "Third" ukazała się w 2008 roku, Gibbons nie próbowała jakoś szczególnie zaistnieć w przestrzeni muzyki popularnej. Jeszcze w 2002 roku z Paulem Webberem (Rustin Man, członek zespołu Talk Talk) wydała krążek zatytułowany "Out Of Season". Pojawiała się jako gość w studio, kiedy kultowy dla mnie zespół O.Rang rejestrował kompozycje zamieszczone później na płycie "Herd Of Instinct". Można również odnotować jej  obecność podczas sesji nagraniowej albumu "Randez Vous" - Jane Birkin. Gibbons napisała ścieżkę dźwiękowa do francuskiego filmu "L'Annulaire" (2005). Wypada także podkreślić polski trop jej artystycznych poczynań, czyli wykonanie "Symphony No.3" Henryka Góreckiego, z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach ( w tamtym okresie specjalnie uczyła się naszego ojczystego języka). W ubiegłym roku znalazła nieco czasu, żeby nagrać kilka coverów Joy Division i Davida Bowie z afgańską formacją Miraculous Love Kids.

Prace nad solowym albumem, który ostatecznie przybrał tytuł "Lives Outgrown" rozpoczęły się już dekadę temu. Artystka zaprosiła do współpracy producenta Jamesa Forda (grupa Simian Mobile Disco) oraz dawnego perkusistę zespołu Talk Talk - Lee Harrisa. Kolejne kompozycje nagrywano w stodole, na farmie Beth Gibbons, oraz w studiu State Of Art w Bristolu. Podczas rejestracji nagrań wykorzystano wiekowe struny do gitary, na strunach od fortepianu grano łyżeczkami, za bęben posłużyło także kartonowe pudełko, w chórkach utworu "Vaporous Floating On A Moment" zaśpiewały dzieci Gibbons, a na altówce zagrał Raven Bush (siostrzeniec Kate Bush).



"Tymi podłymi ulicami kroczyć musi człowiek, który sam w sobie nie jest ani podły, ani zbrukany, ani też zlękniony" - napisał przed laty Raymond Chandler. Beth Gibbons wydaje się być jednak zlękniona, pełna rozmaitych obaw. Najnowszy album "Lives Outgrown" pokazuje, że autorka muzyki oraz warstwy tekstowej zdała sobie sprawę z kruchości życia i nieuchronności pewnych jego etapów. W ostatnich latach brytyjska wokalistka z żalem pożegnała bliskich oraz przyjaciół. "To był czas pożegnań, z rodziną, z przyjaciółmi, nawet z tym, kim byłam wcześniej". Nie wypominając specjalnie metryki, nasza dzisiejsza główna bohaterka znalazła się w wieku, kiedy raczej dokonuje się prób rozmaitych podsumowań tego, co za nami, niż z napięciem oczekuje ekscytujących zdarzeń, które dopiero mają nadejść. W śmierci, w rozstaniach, w kolejnych zaskakujących niekiedy odejściach, nie ma niczego ekscytującego, jest tylko potęgujący się smutek, żal, dojmujące poczucie straty. Pustka, którą trudno czymkolwiek wypełnić.

Taka również jest zawartość muzyczna albumu "Lives Outgrown", którego stonowane brzmienie zbliża się tu i ówdzie do rzadko oglądanych w wydaniu Gibbons folkowych pejzaży. Zaproszeni do studia artyści korzystali z bogactwa instrumentów oszczędnie i z rozmysłem - bas, wiolonczela, flety, skrzypce, cymbały, tuby, saksofony, klarnet, wirujące w powietrzu rury itd. - jakby mieli w pamięci zdanie zaczerpnięte ze świetnej prozy Johna Cheevera: "Sztuka to zwycięstwo nad chaosem, osiągnąć je zaś możemy tylko na drodze ostrożnego wyboru" (książka tego autora - "Wizja świata").

Z dawnej trip-hopowej tradycji, której brytyjska artystka była przecież współautorką, nie pozostało nic. "Wszystko, co znajome, zostało celowo wykluczone na etapie produkcji" - oświadczył Lee Harris. Zamiast sampli mamy zmodyfikowane elektronicznie brzmienie saksofonów, w miejsce miarowych oddechów perkusji, otrzymaliśmy w ciekawy sposób zrealizowane bębny, które stanowią coś w rodzaju znaku rozpoznawczego tego wydawnictwa. Młodzi adepci trudnej sztuki aranżacji powinni brać przykład z kolejnych odsłon tej płyty. 

Jej początek "Tell Me Who You Are Today" - brzmi jak folkowa celtycka ballada. W dalszych częściach jest podobnie. Przy okazji "Burden Of Life" mogą przypomnieć się tęskne pieśni Nicka Cave'a,  "Oceans" zapamiętamy z urokliwie poprowadzonych linii wokalnych, mój ulubiony "Rewind" ma w sobie nieco kurzu i brudu, który skojarzyć można z nagraniami Toma Waitsa. Większość kompozycji stanowi przykład na to, że Gibbons śpiewa niżej, poniekąd głębiej, niż robiła to przed laty, na albumach zespołu Portishead. Jej wokaliza rozpięta jest na pograniczu intymnych zwierzeń oraz egzystencjalnych refleksji. "Reading Out" przykuwa uwagę akcentami instrumentów dętych. Na tak rozrysowanym barwnym tle, choć odrobinę i celowo wyblakłym, niczym fotografie znalezione na kartach starego albumu, frazy Beth Gibbons w stylu: "Wszystko, co mamy, jest tu i teraz", nabierają dodatkowej mocy.

(nota 8/10)

 


Strefę dodatków rozpoczną debiutanci z Brooklynu, czyli trio, które przybrało nazwę Margaux, 7 czerwca opublikuje album zatytułowany "Inside The Marble".



W minionych dniach znów dał o sobie znać zespół Efterklang. Pojawił się kolejny singiel, który zapowiada wrześniową premierę nowego albumu zatytułowanego "Things We Have In Cammon".



Z Montrealu pochodzi duet Bibi Club, czyli wokalistka Adele Trottier i  gitarzysta Nicalas Basque. Przed tygodniem wydali nową płytę "Feu De Garde".



Wspominałem niedawno o amerykańskiej scenie niezależnej, o formacji Rodan, czy grupie Shellac. Tak się złożyło, że kilka dni temu zmarł jej lider Steve Albini, który nie doczekał premiery nowego wydawnictwa zespołu - "To All Trains", które ukazało się wczoraj.



Przeniesiemy się do Finlandii, miasto Helsinki, z którego pochodzi grupa Cats Of Transnistria, przed tygodniem opublikowali nowy singiel.



Oisin Leech, Steve Gunn, Tony Garnier i Roisin McGrory oraz urokliwy fragment prosto z płyty tego pierwszego artysty zatytułowanej "Cold Sea".



Kessoncoda to duet, który tworzą klawiszowiec Filip Sowa oraz perkusista Thomas Sunney, gościnnie w nagraniach pojawia się także głos naszej dobrej znajomej Caoilfhionn Rose. Premiera albumu zatytułowanego "Outerstate" 7 czerwca.



Wokalistka i pianistka Ann O'Aro pochodzi z wyspy Reunion położonej na Oceanie Spokojnym. Oto fragment z jej najnowszego wydanego kilka tygodni temu albumu "Bleu".




Jeremiah Cymerman to klarnecista z Nowego Yorku, który przed tygodniem opublikował album zatytułowany "Body of Light". Oto zdecydowanie najlepszy fragment tego wydawnictwa.





sobota, 24 lutego 2024

MILDFIRE - "KIDS IN TRAFFIC" (Sinnbus Records) "Norweska fantazja"

 

   Któż z Was, drodzy stali czytelnicy oraz Wy, napływowi goście, którzy sporadycznie tutaj zaglądacie w ramach niejasnych poszukiwań, kojarzy nazwisko Einara Straya? Otóż to! Pewnie norweski artysta nieco bardziej rozpoznawalny jest w swojej ojczyźnie. Choć, bez przesady. Raczej bywa kojarzony w wąskich kręgach fanów muzyki alternatywnej albo pośród tych, którzy po prostu każdego dnia mijają się z nim na chodniku, czy przejściu dla pieszych, kiedy to krążą po przedmieściach Oslo niczym swobodne elektrony. Myślę, że warto zapamiętać to imię i nazwisko. Einar Stray przygodę z mniej lub bardziej uporządkowanymi dźwiękami rozpoczął pod koniec 2006 roku, kiedy na stronie MYSPACE zamieścił kilka własnych piosenek, nagranych w przytulnym wnętrzu sypialni. Jakiś czas później skompletował pierwszy skład i pod szyldem Einar Stray Orchestra ruszył w długą trasę koncertową. Debiutancki album zatytułowany "Chiaroscuro" norweska załoga opublikowała w 2011 roku. Trzy lata później światło dzienne ujrzało kolejne wydawnictwo  -"Politricks", dostrzeżone również przez brytyjskich krytyków. Ci ostatni utyskiwali odrobinę na nadmiar wrażeń - od przybytku głowa nieraz boli -  których tam i tu dostarczyło im dzieło skandynawskich muzyków, stylistycznie rozpięte pomiędzy alt-popem, rockiem, folkiem, postrockiem, wykorzystujące elementy muzyki klasycznej oraz ludowej. Tak to czasem bywa, szczególnie, kiedy autor kompozycji cierpi na rodzaj twórczego ADHD. 

Einar Stray przewinął się przez wiele personalnych składów, i twórczych kolaboracji, próbował również rozwijać solową karierę, jako DJ Dogenikt, z którym to projektem koncertował w klubach rozsianych niemal po całym świecie. W chwilach przerwy od egzotycznych wojaży prowadził audycje radiowe, przy okazji dzielił się własnym głosem podczas nagrywania kolejnych dubbingów. Kiedy nieco zwolnił i odrobinę odetchnął, niejako na gruzach formacji Einar Stray Orchestra postanowił założyć nową grupę Mildfire. Tak się złożyło, że w dniu wczorajszym ukazała się debiutancka płyta tego zespołu zatytułowana "Kids In Traffic".



Wybornie brzmi ta kompozycja, prawda? I mogę Was zapewnić, że z każdym kolejnym przesłuchaniem przykleja się mocniej i zapad w pamięć bardziej. Niektóre piosenki tak już mają. Zresztą, mam nadzieję, że wkrótce sami się o tym przekonacie. I tak oto, zupełnie niepostrzeżenie wybrzmiał jeden z moich ulubionych utworów ostatniego tygodnia, żeby nie powiedzieć, godzin. Choć tych dobrych, i bardzo udanych piosenek, w dzisiejszej odsłonie bloga pojawi się całkiem sporo. 

Einar Stray nie byłby sobą, gdyby nagle porzucił dawne przyzwyczajenia i przestał w charakterystyczny dla siebie sposób łączyć i swobodnie przeplatać elementy z pogranicza różnych, niekiedy bardzo odległych, estetyk. Trzeba jednak przyznać, że to, co uwierało przed laty niektórych brytyjskich dziennikarzy, czyli ten radosny, momentami pewnie zbyt swobodny, stylistyczny koktajl, tym razem scalono w dość sztywne ramy, dzięki czemu album "Kids In Traffic" jest najbardziej spójnym materiałem w całym dorobku skandynawskiego artysty.



Wczoraj opublikowany album bardzo udanie otwiera kompozycja "Climbing". To znakomite nagranie może i powinno przypominać dawne, a zarazem te najlepsze, momenty grupy Efterklang. Podobna odrobinę nostalgiczna melodyka, która przewija się także w dalszych częściach płyty. W podobny sposób wykorzystano instrumenty kojarzone z przestrzenią muzyki klasycznej - fortepian, skrzypce, wiolonczela ( Ofelia Ossum, również grupa Team Me), i podobna dyskretna obecność miękkiej elektroniki oraz powtarzanie krótkich fraz tekstu, autorem którego był Einar Stray. W dalszej części tego wydawnictwo pozostaniemy w tym samym intrygującym nurcie. 

"Persona Non Grata" skojarzył mi się z twórczością Lonely Deer.  Warto wspomnieć, że tak naprawdę cały ten materiał składa się z połączenia trzech epek; dwie z nich wydano jesienią ubiegłego roku, a ostatnia pokazała się miesiąc temu. "Shirin" oraz "Drinking Salt Water" to znów wycieczka w kierunku rejonów, po których przed laty tak sprawnie poruszał się Efterklang, czy w jakimś sensie także Radiohead. "How To Be An Astronaut" stanowi swobodne połączenie trzech odsłon. Przez melancholijne otwarcie zgrabnie przeprowadzają nas tony fortepianu, skrzypiec i wiolonczeli. Drugi fragment emanuje rockową energią, którą podkreślają akcenty instrumentów dętych. To właśnie tutaj w pełni ujawnił się talent kompozytorski Einara Straya, który tym razem odnalazł w sobie nieco więcej spokoju oraz konsekwencji. Na tym bardzo udanym zestawie nagrań, jakim jest "Kids In Traffic", znajdziemy także drobne mielizny. Nie przekonał mnie niezbyt udany "Never Change" (dołączony także jako dodatkowy bonus), czy nieco mdły "Oak Floor". Co nie zmienia faktu, że to bardzo dobra płyta, którą gorącą Wam polecam.

(nota 8/10)

  


Jak zwykle sporo dziś intrygujących nowości, singli, zapowiedzi, oraz fragmentów niedawno wydanych płyt. Zaczniemy jednak od przeszłości, choć nagranie to, w tej oczyszczonej wersji ukazało się kilka dni temu. Pewnie nieco lepiej zorientowani w temacie shoegaze'u, jak przez mgłę kojarzą grupę Ozean, która funkcjonowała na początku złotych lat dziewięćdziesiątych, z Lisą Monet Baer jako wokalistką. Właśnie przypomnieli o sobie dawnym nieco zapomnianym materiałem, który z tego, co widzę na ich stronie bandcamp, szybko się sprzedał. I bardzo dobrze!



Kolejne nagranie również pochodzi z przeszłości. Szwedzka grupa The Blind Terry, czyli wokalistka Kristina Bergstrom oraz koledzy, zarejestrowali te piosenki w latach 2007-2009, i kilka dni temu opublikowali raz jeszcze.




I ponownie gitarowe brzmienia, grupę Whitelands prezentowałem całkiem niedawno, oto kolejny miły dla ucha fragment z ich ostatniej, wydanej wczoraj, płyty "Night Bound Eyes Are Blind To The Day".




Niemieckie miasto Augsburg, a w nim grupa The BV"s, którzy grają jak Brytyjczycy, o czym możecie przekonać się, słuchając ich niedawno wydanej płyty "Taking Pictures Of Taking Pictures".



Kolejny ulubiony utwór ostatnich dni, Jessica Pratt i świetny singiel z jej płyty "Here In The Pitch", która ukaże się 3 marca nakładem oficyny City Slang Records.




Nasi znajomi z Paryża, grupa En Attendant Ana, jakiś czas temu recenzowałem ich płytę, kilka dni temu przypomnieli o sobie nowym singlem.



Następna pełna uroku piosenka, gdyż jedną już prezentowałem, grupy Khruangbin zapowiadająca pojawienie się albumu "A La Sala", premiera 5 kwietnia, czyli tuż przed rozpoczęciem turnieju na kortach Monte Carlo.




Znany i wiele razy wykorzystywany temat, tym razem w bardzo gustownym wydaniu The Gary Urwin Jazz Orchestra, płyta "Flying Colors" ukazała się pod koniec stycznia.



I ponownie znajomi z recenzji na tym blogu, Steve Gunn i David Moor, którzy próbowali przenieść kompozycje zawarte na albumie "Let The Moon Be A Planet", w warunki londyńskiego koncertu. Oto, co z tego wyszło.




Do Serbii zaglądamy bardzo rzadko, jest ku temu okazja, bowiem grupa EYOT, kilkanaście dni temu opublikowała dwupłytowe wydawnictwo zatytułowane "Quindecennial".






sobota, 1 kwietnia 2023

ORGANIC PULSE ENSEMBLE - "A THOUSAND HANDS" (2Headed Deer) "Wszystkie ręce na pokład"

 

     Dialog w muzyce jazzowej to nie tylko mniej lub bardziej klasyczny album amerykańskiego kolektywu The Modern Jazz Quartet, nagrywany pomiędzy 27 majem, a 25 czerwcem 1965 roku. W wielu opisach płyt znajdziemy wątki dotyczące subtelnej wymiany zdań, szukania porozumienia pomiędzy artystami czy prób znalezienia wspólnego języka. Zderzając ze sobą różne temperamenty i osobowości, odmienne perspektywy oraz ich dominujące tryby myślenia, i tak, w przestrzeni improwizowanych  dźwięków, owa próba przytrafia się znacznie częściej, niż w zantagonizowanym świecie polityki, gdzie: "Moja jest tylko i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racją najmojszą".

   Zdaje się, że przypadek projektu Organic Pulse Ensemble pokazuje sytuacje wymarzoną dla wielu polityków o dyktatorskich zapędach - czyli, jak dialogować... w pojedynkę. Pod szyldem przywołującym skojarzenia z tętniącą pomysłami formacją ukrywa się jeden człowiek - szwedzki, cóż że ze Szwecji, multiinstrumentalista Gustav Horneij. Nie wiem dokładnie, czym się kierował powołując do życia ową wspomnianą wyżej dźwięczna nazwę. Czy postanowił spróbować swoich sił grając na różnych instrumentach, a więc było to dla niego coś na kształt wyzwania, czy zmęczony przeciągającymi się poszukiwaniami odpowiednich muzyków, partnerów w potencjalnym dialogu, w końcu machnął ręką, a machać potrafi, i zrezygnował. A może chodziło o kwestie finansowe - bo, kiedy nie wiadomo, o co chodzi, to zwykle chodzi o... -  i podział ewentualnych zysków. Tak czy inaczej, przez krótki czas Organic Pulse Ensemble funkcjonował jako duet, kiedy swoje trzy grosze do grającej szafy wrzucał również Dimitrios Karatzios, z którym Horneij współtworzył jazzowo-funkową załogę o nazwie Duoya. Jednak ostatnią wydaną kilka dni temu płytę "A Thousand Hands", Szwed nagrał tylko i wyłącznie w pojedynkę.

Gustav Horneij pierwsze kroki na swojej drodze artystycznej stawiał nie wokół mównicy sejmowej, tylko przy gramofonie. Najpierw tym, który stał w sypialni rodziców i odtwarzał płyty z bogatej kolekcji ojca, a potem już własnym, przy pomocy którego tworzył rozmaite sample. Kolejnym etapem muzycznego rozwoju było dogrywanie do gotowych próbek kolejnych instrumentalnych partii, głównie basowych czy perkusyjnych. I tak ścieżka po ścieżce zaczęły powstawać pierwsze kompozycje.

Te zawarte na ostatniej płycie zatytułowanej "A Thousand Hands" pokazują jak bardzo przez ten okres szwedzki artysta się rozwinął. Nie ma tu oczywiście mowy o żywych dialogach, ognistej wymianie zdań pomiędzy poszczególnymi instrumentami. Jednak przez znakomitą większość materiału nie czuć, że tworzył go tylko i wyłącznie jeden człowiek. Gustav Horneij podkreśla, że nie jest żadnym wirtuozem saksofonu, trąbki czy fletu. Po prostu zagrał tak jak najlepiej potrafił, na tyle, na ile pozwalały mu aktualne możliwości. Szwedzki artysta nie jest jedynym, który podjął się takiego wyzwania w ostatnim czasie. Niedawno wspominałem o płycie Nata Birchala, gdzie brytyjski saksofonista zagrał na kilku instrumentach. W tym korespondencyjnym pojedynku - choć muzyka to nie zawody - zdecydowanym zwycięzcą, przynajmniej w moich oczach, jest jednak Gustav Horneij, który wykonał to trudne zadanie o wiele lepiej, z większą fantazją oraz rozmachem.

Całość materiału muzycznego zanurzył w estetyce spiritual jazz, stanowiącej niejako punkt wyjścia do rozmaitych odnóg - etno-jazz, afrobeat itd. I tak otwierający album "For The Other Places" zaczyna się, jak wiele płyt nawiązujących do gatunku "duchowego jazzu", od pomruków kontrabasu i tonów perkusjonaliów. Partia fletu może przypominać nastrój płyt Alice Coltrane, czy z nieco bardziej współczesnych dyskografii dokonania Matthew Halsalla. Nie ma tutaj, jak i zresztą w dalszej części płyty, karkołomnych niekiedy solowych popisów lub nagłych zwrotów akcji. Szwedzki artysta wszystkie swoje wysiłki podporządkował służbie budowania nastroju. Warto podkreślić, że jak na jednego człowieka Gustav Horneij nie ograniczył swojej przygody z perkusją tylko do miarowego odmierzania rytmu, stworzył bogaty świat perkusjonaliów, co z pewnością jest sporym atutem tego wydawnictwa. W kompozycji "7 Outta 8" nieco bardziej uwypuklił saksofon, w "Dimma" skręcił w stronę afrobeatu, w tytułowym "A Thousand Hands" wykorzystał ludzki głos, a kończący całość "Searching For The Sushi" mógłby dopełnić zestaw nagrań, którego słuchał w samochodzie główny bohater filmu Jima Jarmusha - "Broken Flowers". Album "A Thousand Hands" nagrany został pod czujnym okiem Nene Beratto, który dziś jeszcze powróci, w berlińskim studiu Morphine Raum. Swoją drogą, ciekawe, który ze współczesnych polityków o dyktatorskich zapędach bardzo sobie ceni muzykę improwizowaną.  

(nota 7.5-8/10)

 


Jedna z moich ulubionych kompozycji ostatnich dni odkryta, podobnie jak cała płyta, ze sporym opóźnieniem, czyli KA SAFAR - "Ancient Tribal Hearts". Trzynastoosobowy międzynarodowy skład, masteringu tego materiału dokonał wspomniany powyżej Nene Beratto, w studiu Big Snuff w Berlinie.



London Brew - "London Brew" - opublikowana wczoraj płyta dwunastoosobowego brytyjskiego kolektywu powstała jako wyraz hołdu dla albumu Milesa Davisa - "Bitches Brew". W zamierzeniach producenta Bruce'a Lampcova, London Brew miał być jednorazowym wydarzeniem, koncertem zagranym w londyńskim Barbican Centre w 2020 roku, z okazji 50-lecia wydania "Bitches Brew", tyle że te plany mocno pokrzyżował wybuch pandemii COVID - 19. Mimo to muzycy zdołali zebrać się 7 grudnia 2020 roku w Church Studios, żeby zarejestrować blisko 90 minut nagrań. Oto fragment tego wydawnictwa. Improwizowanych dialogów na tym albumie z pewnością nie brakuje.



Francois Houle Genera Sextet - "In Memoriam", czyli płyta kanadyjskiego klarnecisty Francoise Houle'a poświęcona przyjacielowi Kenowi Pickeringowi. Oto mój ulubiony fragment.



Zajrzymy również na niedawno opublikowaną płytę Johna Hycocka zatytułowaną "Dorian Portrait", gdzie autor wszystkich kompozycji zagrał między innymi na korze, klarnecie i syntezatorach.



Szwajcarski kwartet Mohs tworzą gitarzysta Eruan Valazza, Zacharie Ksyk - trąbka, Gaspard Colin - bas, Nathan Vandenbulcke - perkusja. Oto fragment z niedawno wydanej płyty "Mirage".



Zajrzymy do katalogu oficyny Gondwana Records, oto wczoraj ukazała się najnowsza płyta grupy Mammal Hands - "Gift From The Trees". Wybrałem dla Was taki fragment.



Do tego albumu z pewnością będę jeszcze wracał, bo warto zanurzyć się w nim na dłużej.  Pełne subtelności niespieszne dialogi gitarzysty Steve'a Gunna oraz pianisty Davida More'a na krążku wydanym wczoraj i zatytułowanym "Reflection Vol.1: Moon Be A Planet". Przepiękne!




Skoro zmieniłem dziś proporcje, najwyższa pora na sekcję alternatywną, którą otworzy amerykańska artystka, prosto ze słonecznej Kalifornii, czyli Asha Wells, kilka dni temu opublikowała zmysłowy singiel "Drugstore Perfume".



Brytyjski zespół z północnej części Londynu - Floation Toy Warning - w ubiegłym tygodniu zaprezentował epkę zatytułowaną "I Remember Trees".



Weterani z formacji Mudhoney w przyszłym tygodniu 7 kwietnia przypomną o sobie najnowszym wydawnictwem zatytułowanym "Plastic Eternity".









sobota, 4 lutego 2023

IVAN THE TOLERABLE - "BLACK WATER/ BROWN EARTH" (Up In Her Room) "Ivan nie taki groźny"

 

    Kto wie, może gdyby Oli Heffernan skupił się na jednym tylko projekcie, czy też na jednym tylko zespole, gdyby nie rozmieniał talentu na tyle innych drobiazgów, byłby dzisiaj o wiele bardziej znanym i rozpoznawalnym artystą, przynajmniej w alternatywnym półświatku. Z drugiej strony, biorąc udział w tak wielu różnych muzycznych przedsięwzięciach, systematycznie zdobywał doświadczenie, często wychodził z własnej strefy komfortu, chętnie zderzając się z pragnieniami, oczekiwaniami czy innym sposobem myślenia. Tylko w ubiegłym roku opublikował trzy płyty, różne gatunkowo, bo i elektronika, ambient, i psychodelia, z odrobiną krautrocka czy swobodnej improwizacji. Przez dekadę obecności na scenie nazbierało się całe mnóstwo różnorodnych, także jakościowo, wydawnictw, których zebranie w kolekcjonerską całość może stanowić spore wyzwanie.


Oli Heffernan rozpoczynał solową przygodę z muzką od opublikowania kasetowego wydawnictwa "Keleidoscope Death" (2012) - ten sentyment do nawiniętej na szpulki taśmy, zamkniętej w plastikowych opakowaniach, pozostał na długie lata. Czterdziestoletni artysta z Middlesbrough - godzina drogi od Leeds i godzina drogi od Newcastle - jako nastolatek wziął do ręki gitarę basową, żeby kilka lat później założyć pierwszy oficjalny zespół British Lichen Society. Proste indie-rockowe granie, szybko się znudziło, znów dała o sobie znać niespokojna natura Anglika, dlatego wraz z kolegą perkusistą na gruzach poprzedniej formacji zawiązali nowy skład Year Of Birds. W pewnym momencie ich niezbyt szumnej kariery Heffernan nagrał taśmę z piosenkami, którą rozesłał do kolegów. Ci ostatni po jej przesłuchaniu zgodnie stwierdzili, że utwory na niej zwarte są zbyt dziwne, i zupełnie nie pasują do tego, co grali na co dzień. Taśma przyjęła roboczy tytuł Ivan The Tolerable, od czego Heffrnan wziął nazwę dla swojego pobocznego projektu. Tych drobnych odskoczni i kolejnych grup z roku na rok przybywało - Ivan And Friends, Ivan The Tolerable And The Holiday Band, Ivan The Tolerable Trio, Ivan The Tolerable And Self-Isolation Orchestra, Detective Instinct. Okazją do rozszerzenia artystycznej działalności było również poznanie i nawiązanie współpracy z muzykami reprezentującymi improwizowaną scenę holenderską. To właśnie oni, w osobach Elsy Van Der Linden (saksofon, klarnet, flet) oraz Meesy Sideriusa (perkusja, wibrafon), uczestniczyli w sesjach nagraniowych najnowszej propozycji Ivana The Tolerable zatytułowanej "Balck Water/Brown Earth" i wydanej przed dwoma tygodniami.

Album można podzielić na dwie przeplatające się ze sobą części - udane długie kompozycje przedzielone zostały mniej więcej dwuminutowymi wstawkami, które zamknięte w krótkiej formule czasowej nie zawsze skutecznie się obroniły. Chcę przez to powiedzieć, że kilka odsłon, jak chociażby "Sawdust", czy "Birds" można było o wiele lepiej zagospodarować. A tak, mamy co najmniej dwa raczej nieudane przerywniki, obniżające wartość tego w gruncie rzeczy dobrego wydawnictwa. To niejako minusy. Do plusów można zaliczyć spójność tego materiału, który inteligentnie zapuszcza się w różne inne stylistyki (alternatywa, psychodelia, jazz, elektronika, world music). Przede wszystkim jest to muzyka transowa, stworzona z rozmysłem przez połączenie ze sobą sekwencji powtarzających się dźwięków lub motywów. Trudno nie wyczuć w niej psychodelicznego charakteru, będącego czymś w rodzaju powietrza, którym oddychają muzycy oraz żywią się poszczególne instrumenty. Transowa rytmiczna baza rozwija się niczym oś czasu, gdzie w roli głównej mogą pojawiać się partie klarnetu - jak w otwierającym całość "Before The Sun Skins", saksofonu - zamykający album "Memory" czy fletu - "Dew Damp". Żaden z wymienionych instrumentów nie uskutecznia solowych nadzwyczajnych popisów, ich gra jest dość powściągliwa, służy głównie pogłębianiu kompozycji, przynosi nowe barwy w umiejętnie kreowanej przestrzeni.

Każda pojedyncza zmiana tonu, tempa, tonacji jest od razu wyczuwalna - taki już urok dobrze rozpisanych transowych przebiegów. Przy okazji odsłuchiwania płyty "Black Water/Brown Earth",  mogą przypomnieć się niektóre utwory The Necks (ich najnowszy album "Travel" ukaże się 24 lutego). Oli Heffernan i jego holenderscy towarzysze, podobnie jak australijskie wyżej wspomniane trio, celowo unikają momentów kulminacyjnych. W takim układzie liczy się nuta po nucie budowany nastrój, cierpliwie rozwijana wstęga drogi, a nie chwilowa i efektowna fraza, o której szybko się zapomni. Różnice są takie, że członkowie Ivan The Tolerable używają znacznie więcej instrumentów. Ich szczegółowo odmalowane krajobrazy mają także więcej barw czy etnicznych niekiedy naleciałości, i z łatwością przenoszą słuchacza zarówno w przestrzeni jak i w czasie. 

(nota 7.5/10)

  


W dodatkach do dania głównego naszą wyliczankę zaczniemy od debiutanckiego singla duetu Now After Nothing z Atlanty, gdzie gościnnie wystąpił gitarzysta Mark Gemini Thwaite (grał u boku Petera Murphy czy z grupą The Mission). 



Pozostaniemy za oceanem, z Ottawy pochodzi grupa The Seance, która zaprezentuje najlepszy utwór z ich ostatniego singla "Last Dance After Party".



Zespół Cruel Mountains reprezentuje stan Pensylwania, oto fragment z ich najnowszej płyty "So What".



  Spaceland to formacja, która rezyduje obecnie w niedalekiej Gotlandii. A"Sweet Ocean" to urokliwa piosenka, którą niedawno podzielili się ze światem.



Raz jeszcze zajrzymy do Stanów Zjednoczonych, odwiedzimy bowiem Kalifornię, skąd pochodzi zespół Abracadabra, który przed tygodniem wydał płytę "Shapes & Colors". Oto mój ulubiony fragment.



The Waeve, czyli nowy duet w mieście, stworzony przez Grahama Coxona (gitarzysta Blur) oraz Rose Elinor Dougall.



Recenzowany na łamach bloga zespół Black Belt Eagle Scout, czyli wokalistka Katherine Paul i jej koledzy, na 10 lutego zapowiadają premierę płyty "The Land, The Water, The Sky".



W sekcji improwizowanej dwa smakowite kąski. Pierwszy z nich to kompozycja szwajcarskiego saksofonisty Christopha Irnigera z wydanej przed tygodniem płyty "Ghost Cat".



31 marca ukaże się najnowsza płyta Steve'a Gunna i Davida Moore'a zatytułowana "Let Moon Be A Planet". Muszę przyznać, że w ostatnich dniach często wracam do tej kompozycji.