sobota, 8 listopada 2025
STEVE GUNN - "DAYLIGHT DAYLIGHT" (No Quarter Records) "Niepozorny gość"
sobota, 25 października 2025
BRAINWASHER - "39 LIGHTYEARS FROM HEAVEN" (Mothland Rec.) "Mentalny reset"
Zwykle ciepło i z otwartymi ramionami witamy, nie tylko na tym blogu, debiutantów. Czasem warto z uwagą przyglądać się, jak artysta lub zespół stawia swoje pierwsze jeszcze niepewne kroki. Jak się waha i błądzi w gęstwinie możliwości, żeby w końcu odnaleźć - albo nie - wymarzoną dla siebie formę. Nie jest to proste zadanie. To prawda. Niekiedy z upływem lat i z przykrością odkrywamy, że poza udanym debiutem formacja czy twórca nie miał już niczego interesującego do zaproponowania na późniejszym etapie tak zwanej kariery, że jego czas minął szybciej, niż się tego spodziewaliśmy. Miejmy nadzieję, że nie będzie to przypadek amerykańskiego duetu z Oklahomy, który przyjął niezbyt fortunną, moim zdaniem, z pewnością mało oryginalną, nazwę - BRAINWASHER.
sobota, 8 czerwca 2024
L'ETRANGLEUSE - "AMBIANCE ARGILE" (Compagnie 4000) "Dusiciel z Lyonu... czyli krajobraz po turnieju Roland Garros"
Zmagania na paryskich kortach powoli przechodzą do historii, a biało-czerwona flaga znów dumnie powiewa nad kortami. I pomyśleć, że wszystko dla polskich kibiców rozstrzygnęło się już w drugiej rundzie potyczek pań, kiedy to Iga Świątek musiała bronić piłek meczowych w starciu z Naomi Osaką, to właśnie tam pokazała, dlaczego jest wciąż "numerem jeden" światowych list, a spotkanie to całkiem słusznie okrzyknięto najlepszym meczem tenisowym tego roku. Tym razem podczas turnieju tenisistów nie było zbyt wielu ekscytujących pojedynków. Początkowo mocno dała o sobie znać wyjątkowo kapryśna pogoda. Przyznam, że nie pamiętam, kiedy ostatnio podczas trwania turnieju Wielkiego Szlema w Paryżu przez cały pierwszy tydzień aż tak padało. Nawierzchnia była wilgotna, wolna i ciężka, kolejne mecze przerywano i wznawiano, tylko wybrani dostąpili zaszczytu grania pod zamkniętym dachem. Wydaje się, że kilka wyników mogłoby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby podłoże kortów było sypkie i suche, jak chociażby pod koniec trwania drugiego tygodnia. W tenisie mężczyzn wreszcie nastąpiła zmiana pokolenia. Nawet wydawałoby się niezniszczalny Novak Djokovic, w końcu musiał ustąpić pola młodszym o ponad dekadę, doznał urazu i wycofał się z imprezy, choć od jej początku nie był w najlepszej dyspozycji. Tenis pań wciąż pogrąża się w marazmie, nie ze względu na jego niski poziom, z tym bywa różnie, ale ostatnio nie jest najgorzej, tylko za sprawą tragicznie mizernej promocji tych rozgrywek, a co za tym idzie ich recepcji. Bardzo cieszy, bo w ostatnich latach rzadko oglądaliśmy takie obrazki, sukces polskiego juniora Tomasza Berkiety, który dotarł aż do finału.
W jego skład wchodzą kartony, pudełka, puszki, itd. Królem wśród tej zbieraniny różnych gadżetów jest Leo Dumont, który swój bogaty zestaw nazwał dość lakonicznie "przedmiotami". Wśród instrumentów wykorzystanych w aranżacjach znajdziemy także egzotycznego rodzynka, jakim jest: djeil n'goni - czyli lutnia malijska. Ciekawe bywają również linie wokalne, które na poziomie interakcji wokaliza-chór odzwierciedlają strategię repetycji. Korty ziemne mają to do siebie, że piłkę trzeba na nich kilka razy cierpliwie przebijać na drugą stronę siatki, zanim uzyska się przewagę.
sobota, 18 maja 2024
BETH GIBBONS - "LIVES OUTGROWN" (Domino Rec.) "Zdążyła przed sześćdziesiątką"
Beth Gibbons nosi w sobie jakiś bliżej nieokreślony ładunek smutku oraz niepokoju. Być może jej twórczość artystyczna jest wciąż na nowo podejmowaną próbą zamknięcia tych emocji w nieco bardziej czytelne ramy. Źródeł regularnie powracających stanów melancholii pewnie należałoby poszukać w dzieciństwie. Jedną z przyczyn może stanowić rozwód jej rodziców; ojciec zostawił matkę z trójką córek samą, gdzieś na środku farmy w Exeter (hrabstwo Devon). Późniejszego przyjaciela i współzałożyciela grupy Portishead - Geoffa Barrowa, spotkała na korytarzu Urzędu Pracy, gdzie w grupie ludzi spokojnie czekała na swoją kolej. Kilka tygodni później do nowo powstałego duetu dołączył najstarszy w składzie Adrian Ultey, gitarzysta sesyjny, szukający w tamtym okresie własnej ścieżki rozwoju. Żadne z nich, wtedy, na początku złotych lat dziewięćdziesiątych, nie przypuszczało, że ich debiutancki album zatytułowany "Dummy", (1994), odniesie aż taki, także komercyjny, sukces. Płyta pokryła się potrójną platyną, zdobyła nagrodę Mercury Music Prize, przy okazji raz jeszcze zdefiniowała formułę, którą krytycy określili mianem "Bristol Sound".
Pierwsze pomysły, które później przerodziły się w kompozycje zawarte na albumie "Dummy", Gibbons i Barrow zarejestrowali w... kuchni należącej do Neneh Cherry. Moje pierwsze spotkanie z muzyką grupy Portishead wypadło w sobotni popołudniowy czas (mniej więcej o tej samej porze, o której zwykle publikuję nowe odsłony bloga). Pamiętam dokładnie, że tuż przed piosenką brytyjskiej formacji, w radiowym eterze pojawiła się świetna kompozycja nieodżałowanej grupy Morphine - "You Look Like Rain" (amerykańska załoga wkrótce miała pokazać światu swój klasyk "Cure For Pain", takie właśnie były często wspominane przeze mnie złote lata 90-te), a chwilę później rozbrzmiały pierwsze niezapomniane takty jednej z najpiękniejszych pieśni Portishead, mam tu na myśli oczywiście utwór "Roads", który otworzył nie tylko w moim umyśle drzwi do zupełnie innego wymiaru.
Spoglądając na niezbyt spiesznie rozwijaną karierę Beth Gibbons można pokusić się o żartobliwe stwierdzenie, że :"zdążyła przed sześćdziesiątką"... opublikować swój pierwszy, tak naprawdę, solowy album. Tuż po zawieszeniu działalności grupy Portishead, ostatnia płyta "Third" ukazała się w 2008 roku, Gibbons nie próbowała jakoś szczególnie zaistnieć w przestrzeni muzyki popularnej. Jeszcze w 2002 roku z Paulem Webberem (Rustin Man, członek zespołu Talk Talk) wydała krążek zatytułowany "Out Of Season". Pojawiała się jako gość w studio, kiedy kultowy dla mnie zespół O.Rang rejestrował kompozycje zamieszczone później na płycie "Herd Of Instinct". Można również odnotować jej obecność podczas sesji nagraniowej albumu "Randez Vous" - Jane Birkin. Gibbons napisała ścieżkę dźwiękowa do francuskiego filmu "L'Annulaire" (2005). Wypada także podkreślić polski trop jej artystycznych poczynań, czyli wykonanie "Symphony No.3" Henryka Góreckiego, z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach ( w tamtym okresie specjalnie uczyła się naszego ojczystego języka). W ubiegłym roku znalazła nieco czasu, żeby nagrać kilka coverów Joy Division i Davida Bowie z afgańską formacją Miraculous Love Kids.
Prace nad solowym albumem, który ostatecznie przybrał tytuł "Lives Outgrown" rozpoczęły się już dekadę temu. Artystka zaprosiła do współpracy producenta Jamesa Forda (grupa Simian Mobile Disco) oraz dawnego perkusistę zespołu Talk Talk - Lee Harrisa. Kolejne kompozycje nagrywano w stodole, na farmie Beth Gibbons, oraz w studiu State Of Art w Bristolu. Podczas rejestracji nagrań wykorzystano wiekowe struny do gitary, na strunach od fortepianu grano łyżeczkami, za bęben posłużyło także kartonowe pudełko, w chórkach utworu "Vaporous Floating On A Moment" zaśpiewały dzieci Gibbons, a na altówce zagrał Raven Bush (siostrzeniec Kate Bush).
"Tymi podłymi ulicami kroczyć musi człowiek, który sam w sobie nie jest ani podły, ani zbrukany, ani też zlękniony" - napisał przed laty Raymond Chandler. Beth Gibbons wydaje się być jednak zlękniona, pełna rozmaitych obaw. Najnowszy album "Lives Outgrown" pokazuje, że autorka muzyki oraz warstwy tekstowej zdała sobie sprawę z kruchości życia i nieuchronności pewnych jego etapów. W ostatnich latach brytyjska wokalistka z żalem pożegnała bliskich oraz przyjaciół. "To był czas pożegnań, z rodziną, z przyjaciółmi, nawet z tym, kim byłam wcześniej". Nie wypominając specjalnie metryki, nasza dzisiejsza główna bohaterka znalazła się w wieku, kiedy raczej dokonuje się prób rozmaitych podsumowań tego, co za nami, niż z napięciem oczekuje ekscytujących zdarzeń, które dopiero mają nadejść. W śmierci, w rozstaniach, w kolejnych zaskakujących niekiedy odejściach, nie ma niczego ekscytującego, jest tylko potęgujący się smutek, żal, dojmujące poczucie straty. Pustka, którą trudno czymkolwiek wypełnić.
Taka również jest zawartość muzyczna albumu "Lives Outgrown", którego stonowane brzmienie zbliża się tu i ówdzie do rzadko oglądanych w wydaniu Gibbons folkowych pejzaży. Zaproszeni do studia artyści korzystali z bogactwa instrumentów oszczędnie i z rozmysłem - bas, wiolonczela, flety, skrzypce, cymbały, tuby, saksofony, klarnet, wirujące w powietrzu rury itd. - jakby mieli w pamięci zdanie zaczerpnięte ze świetnej prozy Johna Cheevera: "Sztuka to zwycięstwo nad chaosem, osiągnąć je zaś możemy tylko na drodze ostrożnego wyboru" (książka tego autora - "Wizja świata").
Z dawnej trip-hopowej tradycji, której brytyjska artystka była przecież współautorką, nie pozostało nic. "Wszystko, co znajome, zostało celowo wykluczone na etapie produkcji" - oświadczył Lee Harris. Zamiast sampli mamy zmodyfikowane elektronicznie brzmienie saksofonów, w miejsce miarowych oddechów perkusji, otrzymaliśmy w ciekawy sposób zrealizowane bębny, które stanowią coś w rodzaju znaku rozpoznawczego tego wydawnictwa. Młodzi adepci trudnej sztuki aranżacji powinni brać przykład z kolejnych odsłon tej płyty.
Jej początek "Tell Me Who You Are Today" - brzmi jak folkowa celtycka ballada. W dalszych częściach jest podobnie. Przy okazji "Burden Of Life" mogą przypomnieć się tęskne pieśni Nicka Cave'a, "Oceans" zapamiętamy z urokliwie poprowadzonych linii wokalnych, mój ulubiony "Rewind" ma w sobie nieco kurzu i brudu, który skojarzyć można z nagraniami Toma Waitsa. Większość kompozycji stanowi przykład na to, że Gibbons śpiewa niżej, poniekąd głębiej, niż robiła to przed laty, na albumach zespołu Portishead. Jej wokaliza rozpięta jest na pograniczu intymnych zwierzeń oraz egzystencjalnych refleksji. "Reading Out" przykuwa uwagę akcentami instrumentów dętych. Na tak rozrysowanym barwnym tle, choć odrobinę i celowo wyblakłym, niczym fotografie znalezione na kartach starego albumu, frazy Beth Gibbons w stylu: "Wszystko, co mamy, jest tu i teraz", nabierają dodatkowej mocy.
(nota 8/10)
Strefę dodatków rozpoczną debiutanci z Brooklynu, czyli trio, które przybrało nazwę Margaux, 7 czerwca opublikuje album zatytułowany "Inside The Marble".
sobota, 24 lutego 2024
MILDFIRE - "KIDS IN TRAFFIC" (Sinnbus Records) "Norweska fantazja"
Któż z Was, drodzy stali czytelnicy oraz Wy, napływowi goście, którzy sporadycznie tutaj zaglądacie w ramach niejasnych poszukiwań, kojarzy nazwisko Einara Straya? Otóż to! Pewnie norweski artysta nieco bardziej rozpoznawalny jest w swojej ojczyźnie. Choć, bez przesady. Raczej bywa kojarzony w wąskich kręgach fanów muzyki alternatywnej albo pośród tych, którzy po prostu każdego dnia mijają się z nim na chodniku, czy przejściu dla pieszych, kiedy to krążą po przedmieściach Oslo niczym swobodne elektrony. Myślę, że warto zapamiętać to imię i nazwisko. Einar Stray przygodę z mniej lub bardziej uporządkowanymi dźwiękami rozpoczął pod koniec 2006 roku, kiedy na stronie MYSPACE zamieścił kilka własnych piosenek, nagranych w przytulnym wnętrzu sypialni. Jakiś czas później skompletował pierwszy skład i pod szyldem Einar Stray Orchestra ruszył w długą trasę koncertową. Debiutancki album zatytułowany "Chiaroscuro" norweska załoga opublikowała w 2011 roku. Trzy lata później światło dzienne ujrzało kolejne wydawnictwo -"Politricks", dostrzeżone również przez brytyjskich krytyków. Ci ostatni utyskiwali odrobinę na nadmiar wrażeń - od przybytku głowa nieraz boli - których tam i tu dostarczyło im dzieło skandynawskich muzyków, stylistycznie rozpięte pomiędzy alt-popem, rockiem, folkiem, postrockiem, wykorzystujące elementy muzyki klasycznej oraz ludowej. Tak to czasem bywa, szczególnie, kiedy autor kompozycji cierpi na rodzaj twórczego ADHD.
Einar Stray przewinął się przez wiele personalnych składów, i twórczych kolaboracji, próbował również rozwijać solową karierę, jako DJ Dogenikt, z którym to projektem koncertował w klubach rozsianych niemal po całym świecie. W chwilach przerwy od egzotycznych wojaży prowadził audycje radiowe, przy okazji dzielił się własnym głosem podczas nagrywania kolejnych dubbingów. Kiedy nieco zwolnił i odrobinę odetchnął, niejako na gruzach formacji Einar Stray Orchestra postanowił założyć nową grupę Mildfire. Tak się złożyło, że w dniu wczorajszym ukazała się debiutancka płyta tego zespołu zatytułowana "Kids In Traffic".
Wybornie brzmi ta kompozycja, prawda? I mogę Was zapewnić, że z każdym kolejnym przesłuchaniem przykleja się mocniej i zapad w pamięć bardziej. Niektóre piosenki tak już mają. Zresztą, mam nadzieję, że wkrótce sami się o tym przekonacie. I tak oto, zupełnie niepostrzeżenie wybrzmiał jeden z moich ulubionych utworów ostatniego tygodnia, żeby nie powiedzieć, godzin. Choć tych dobrych, i bardzo udanych piosenek, w dzisiejszej odsłonie bloga pojawi się całkiem sporo.
Einar Stray nie byłby sobą, gdyby nagle porzucił dawne przyzwyczajenia i przestał w charakterystyczny dla siebie sposób łączyć i swobodnie przeplatać elementy z pogranicza różnych, niekiedy bardzo odległych, estetyk. Trzeba jednak przyznać, że to, co uwierało przed laty niektórych brytyjskich dziennikarzy, czyli ten radosny, momentami pewnie zbyt swobodny, stylistyczny koktajl, tym razem scalono w dość sztywne ramy, dzięki czemu album "Kids In Traffic" jest najbardziej spójnym materiałem w całym dorobku skandynawskiego artysty.
Wczoraj opublikowany album bardzo udanie otwiera kompozycja "Climbing". To znakomite nagranie może i powinno przypominać dawne, a zarazem te najlepsze, momenty grupy Efterklang. Podobna odrobinę nostalgiczna melodyka, która przewija się także w dalszych częściach płyty. W podobny sposób wykorzystano instrumenty kojarzone z przestrzenią muzyki klasycznej - fortepian, skrzypce, wiolonczela ( Ofelia Ossum, również grupa Team Me), i podobna dyskretna obecność miękkiej elektroniki oraz powtarzanie krótkich fraz tekstu, autorem którego był Einar Stray. W dalszej części tego wydawnictwo pozostaniemy w tym samym intrygującym nurcie.
"Persona Non Grata" skojarzył mi się z twórczością Lonely Deer. Warto wspomnieć, że tak naprawdę cały ten materiał składa się z połączenia trzech epek; dwie z nich wydano jesienią ubiegłego roku, a ostatnia pokazała się miesiąc temu. "Shirin" oraz "Drinking Salt Water" to znów wycieczka w kierunku rejonów, po których przed laty tak sprawnie poruszał się Efterklang, czy w jakimś sensie także Radiohead. "How To Be An Astronaut" stanowi swobodne połączenie trzech odsłon. Przez melancholijne otwarcie zgrabnie przeprowadzają nas tony fortepianu, skrzypiec i wiolonczeli. Drugi fragment emanuje rockową energią, którą podkreślają akcenty instrumentów dętych. To właśnie tutaj w pełni ujawnił się talent kompozytorski Einara Straya, który tym razem odnalazł w sobie nieco więcej spokoju oraz konsekwencji. Na tym bardzo udanym zestawie nagrań, jakim jest "Kids In Traffic", znajdziemy także drobne mielizny. Nie przekonał mnie niezbyt udany "Never Change" (dołączony także jako dodatkowy bonus), czy nieco mdły "Oak Floor". Co nie zmienia faktu, że to bardzo dobra płyta, którą gorącą Wam polecam.
(nota 8/10)
Jak zwykle sporo dziś intrygujących nowości, singli, zapowiedzi, oraz fragmentów niedawno wydanych płyt. Zaczniemy jednak od przeszłości, choć nagranie to, w tej oczyszczonej wersji ukazało się kilka dni temu. Pewnie nieco lepiej zorientowani w temacie shoegaze'u, jak przez mgłę kojarzą grupę Ozean, która funkcjonowała na początku złotych lat dziewięćdziesiątych, z Lisą Monet Baer jako wokalistką. Właśnie przypomnieli o sobie dawnym nieco zapomnianym materiałem, który z tego, co widzę na ich stronie bandcamp, szybko się sprzedał. I bardzo dobrze!
Kolejne nagranie również pochodzi z przeszłości. Szwedzka grupa The Blind Terry, czyli wokalistka Kristina Bergstrom oraz koledzy, zarejestrowali te piosenki w latach 2007-2009, i kilka dni temu opublikowali raz jeszcze.
sobota, 1 kwietnia 2023
ORGANIC PULSE ENSEMBLE - "A THOUSAND HANDS" (2Headed Deer) "Wszystkie ręce na pokład"
Dialog w muzyce jazzowej to nie tylko mniej lub bardziej klasyczny album amerykańskiego kolektywu The Modern Jazz Quartet, nagrywany pomiędzy 27 majem, a 25 czerwcem 1965 roku. W wielu opisach płyt znajdziemy wątki dotyczące subtelnej wymiany zdań, szukania porozumienia pomiędzy artystami czy prób znalezienia wspólnego języka. Zderzając ze sobą różne temperamenty i osobowości, odmienne perspektywy oraz ich dominujące tryby myślenia, i tak, w przestrzeni improwizowanych dźwięków, owa próba przytrafia się znacznie częściej, niż w zantagonizowanym świecie polityki, gdzie: "Moja jest tylko i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racją najmojszą".
Zdaje się, że przypadek projektu Organic Pulse Ensemble pokazuje sytuacje wymarzoną dla wielu polityków o dyktatorskich zapędach - czyli, jak dialogować... w pojedynkę. Pod szyldem przywołującym skojarzenia z tętniącą pomysłami formacją ukrywa się jeden człowiek - szwedzki, cóż że ze Szwecji, multiinstrumentalista Gustav Horneij. Nie wiem dokładnie, czym się kierował powołując do życia ową wspomnianą wyżej dźwięczna nazwę. Czy postanowił spróbować swoich sił grając na różnych instrumentach, a więc było to dla niego coś na kształt wyzwania, czy zmęczony przeciągającymi się poszukiwaniami odpowiednich muzyków, partnerów w potencjalnym dialogu, w końcu machnął ręką, a machać potrafi, i zrezygnował. A może chodziło o kwestie finansowe - bo, kiedy nie wiadomo, o co chodzi, to zwykle chodzi o... - i podział ewentualnych zysków. Tak czy inaczej, przez krótki czas Organic Pulse Ensemble funkcjonował jako duet, kiedy swoje trzy grosze do grającej szafy wrzucał również Dimitrios Karatzios, z którym Horneij współtworzył jazzowo-funkową załogę o nazwie Duoya. Jednak ostatnią wydaną kilka dni temu płytę "A Thousand Hands", Szwed nagrał tylko i wyłącznie w pojedynkę.
Gustav Horneij pierwsze kroki na swojej drodze artystycznej stawiał nie wokół mównicy sejmowej, tylko przy gramofonie. Najpierw tym, który stał w sypialni rodziców i odtwarzał płyty z bogatej kolekcji ojca, a potem już własnym, przy pomocy którego tworzył rozmaite sample. Kolejnym etapem muzycznego rozwoju było dogrywanie do gotowych próbek kolejnych instrumentalnych partii, głównie basowych czy perkusyjnych. I tak ścieżka po ścieżce zaczęły powstawać pierwsze kompozycje.
Te zawarte na ostatniej płycie zatytułowanej "A Thousand Hands" pokazują jak bardzo przez ten okres szwedzki artysta się rozwinął. Nie ma tu oczywiście mowy o żywych dialogach, ognistej wymianie zdań pomiędzy poszczególnymi instrumentami. Jednak przez znakomitą większość materiału nie czuć, że tworzył go tylko i wyłącznie jeden człowiek. Gustav Horneij podkreśla, że nie jest żadnym wirtuozem saksofonu, trąbki czy fletu. Po prostu zagrał tak jak najlepiej potrafił, na tyle, na ile pozwalały mu aktualne możliwości. Szwedzki artysta nie jest jedynym, który podjął się takiego wyzwania w ostatnim czasie. Niedawno wspominałem o płycie Nata Birchala, gdzie brytyjski saksofonista zagrał na kilku instrumentach. W tym korespondencyjnym pojedynku - choć muzyka to nie zawody - zdecydowanym zwycięzcą, przynajmniej w moich oczach, jest jednak Gustav Horneij, który wykonał to trudne zadanie o wiele lepiej, z większą fantazją oraz rozmachem.
Całość materiału muzycznego zanurzył w estetyce spiritual jazz, stanowiącej niejako punkt wyjścia do rozmaitych odnóg - etno-jazz, afrobeat itd. I tak otwierający album "For The Other Places" zaczyna się, jak wiele płyt nawiązujących do gatunku "duchowego jazzu", od pomruków kontrabasu i tonów perkusjonaliów. Partia fletu może przypominać nastrój płyt Alice Coltrane, czy z nieco bardziej współczesnych dyskografii dokonania Matthew Halsalla. Nie ma tutaj, jak i zresztą w dalszej części płyty, karkołomnych niekiedy solowych popisów lub nagłych zwrotów akcji. Szwedzki artysta wszystkie swoje wysiłki podporządkował służbie budowania nastroju. Warto podkreślić, że jak na jednego człowieka Gustav Horneij nie ograniczył swojej przygody z perkusją tylko do miarowego odmierzania rytmu, stworzył bogaty świat perkusjonaliów, co z pewnością jest sporym atutem tego wydawnictwa. W kompozycji "7 Outta 8" nieco bardziej uwypuklił saksofon, w "Dimma" skręcił w stronę afrobeatu, w tytułowym "A Thousand Hands" wykorzystał ludzki głos, a kończący całość "Searching For The Sushi" mógłby dopełnić zestaw nagrań, którego słuchał w samochodzie główny bohater filmu Jima Jarmusha - "Broken Flowers". Album "A Thousand Hands" nagrany został pod czujnym okiem Nene Beratto, który dziś jeszcze powróci, w berlińskim studiu Morphine Raum. Swoją drogą, ciekawe, który ze współczesnych polityków o dyktatorskich zapędach bardzo sobie ceni muzykę improwizowaną.
(nota 7.5-8/10)
Jedna z moich ulubionych kompozycji ostatnich dni odkryta, podobnie jak cała płyta, ze sporym opóźnieniem, czyli KA SAFAR - "Ancient Tribal Hearts". Trzynastoosobowy międzynarodowy skład, masteringu tego materiału dokonał wspomniany powyżej Nene Beratto, w studiu Big Snuff w Berlinie.
London Brew - "London Brew" - opublikowana wczoraj płyta dwunastoosobowego brytyjskiego kolektywu powstała jako wyraz hołdu dla albumu Milesa Davisa - "Bitches Brew". W zamierzeniach producenta Bruce'a Lampcova, London Brew miał być jednorazowym wydarzeniem, koncertem zagranym w londyńskim Barbican Centre w 2020 roku, z okazji 50-lecia wydania "Bitches Brew", tyle że te plany mocno pokrzyżował wybuch pandemii COVID - 19. Mimo to muzycy zdołali zebrać się 7 grudnia 2020 roku w Church Studios, żeby zarejestrować blisko 90 minut nagrań. Oto fragment tego wydawnictwa. Improwizowanych dialogów na tym albumie z pewnością nie brakuje.
Francois Houle Genera Sextet - "In Memoriam", czyli płyta kanadyjskiego klarnecisty Francoise Houle'a poświęcona przyjacielowi Kenowi Pickeringowi. Oto mój ulubiony fragment.
Zajrzymy również na niedawno opublikowaną płytę Johna Hycocka zatytułowaną "Dorian Portrait", gdzie autor wszystkich kompozycji zagrał między innymi na korze, klarnecie i syntezatorach.
Szwajcarski kwartet Mohs tworzą gitarzysta Eruan Valazza, Zacharie Ksyk - trąbka, Gaspard Colin - bas, Nathan Vandenbulcke - perkusja. Oto fragment z niedawno wydanej płyty "Mirage".
Zajrzymy do katalogu oficyny Gondwana Records, oto wczoraj ukazała się najnowsza płyta grupy Mammal Hands - "Gift From The Trees". Wybrałem dla Was taki fragment.
Do tego albumu z pewnością będę jeszcze wracał, bo warto zanurzyć się w nim na dłużej. Pełne subtelności niespieszne dialogi gitarzysty Steve'a Gunna oraz pianisty Davida More'a na krążku wydanym wczoraj i zatytułowanym "Reflection Vol.1: Moon Be A Planet". Przepiękne!
Skoro zmieniłem dziś proporcje, najwyższa pora na sekcję alternatywną, którą otworzy amerykańska artystka, prosto ze słonecznej Kalifornii, czyli Asha Wells, kilka dni temu opublikowała zmysłowy singiel "Drugstore Perfume".
Brytyjski zespół z północnej części Londynu - Floation Toy Warning - w ubiegłym tygodniu zaprezentował epkę zatytułowaną "I Remember Trees".
Weterani z formacji Mudhoney w przyszłym tygodniu 7 kwietnia przypomną o sobie najnowszym wydawnictwem zatytułowanym "Plastic Eternity".
sobota, 4 lutego 2023
IVAN THE TOLERABLE - "BLACK WATER/ BROWN EARTH" (Up In Her Room) "Ivan nie taki groźny"
Kto wie, może gdyby Oli Heffernan skupił się na jednym tylko projekcie, czy też na jednym tylko zespole, gdyby nie rozmieniał talentu na tyle innych drobiazgów, byłby dzisiaj o wiele bardziej znanym i rozpoznawalnym artystą, przynajmniej w alternatywnym półświatku. Z drugiej strony, biorąc udział w tak wielu różnych muzycznych przedsięwzięciach, systematycznie zdobywał doświadczenie, często wychodził z własnej strefy komfortu, chętnie zderzając się z pragnieniami, oczekiwaniami czy innym sposobem myślenia. Tylko w ubiegłym roku opublikował trzy płyty, różne gatunkowo, bo i elektronika, ambient, i psychodelia, z odrobiną krautrocka czy swobodnej improwizacji. Przez dekadę obecności na scenie nazbierało się całe mnóstwo różnorodnych, także jakościowo, wydawnictw, których zebranie w kolekcjonerską całość może stanowić spore wyzwanie.
Oli Heffernan rozpoczynał solową przygodę z muzką od opublikowania kasetowego wydawnictwa "Keleidoscope Death" (2012) - ten sentyment do nawiniętej na szpulki taśmy, zamkniętej w plastikowych opakowaniach, pozostał na długie lata. Czterdziestoletni artysta z Middlesbrough - godzina drogi od Leeds i godzina drogi od Newcastle - jako nastolatek wziął do ręki gitarę basową, żeby kilka lat później założyć pierwszy oficjalny zespół British Lichen Society. Proste indie-rockowe granie, szybko się znudziło, znów dała o sobie znać niespokojna natura Anglika, dlatego wraz z kolegą perkusistą na gruzach poprzedniej formacji zawiązali nowy skład Year Of Birds. W pewnym momencie ich niezbyt szumnej kariery Heffernan nagrał taśmę z piosenkami, którą rozesłał do kolegów. Ci ostatni po jej przesłuchaniu zgodnie stwierdzili, że utwory na niej zwarte są zbyt dziwne, i zupełnie nie pasują do tego, co grali na co dzień. Taśma przyjęła roboczy tytuł Ivan The Tolerable, od czego Heffrnan wziął nazwę dla swojego pobocznego projektu. Tych drobnych odskoczni i kolejnych grup z roku na rok przybywało - Ivan And Friends, Ivan The Tolerable And The Holiday Band, Ivan The Tolerable Trio, Ivan The Tolerable And Self-Isolation Orchestra, Detective Instinct. Okazją do rozszerzenia artystycznej działalności było również poznanie i nawiązanie współpracy z muzykami reprezentującymi improwizowaną scenę holenderską. To właśnie oni, w osobach Elsy Van Der Linden (saksofon, klarnet, flet) oraz Meesy Sideriusa (perkusja, wibrafon), uczestniczyli w sesjach nagraniowych najnowszej propozycji Ivana The Tolerable zatytułowanej "Balck Water/Brown Earth" i wydanej przed dwoma tygodniami.
Album można podzielić na dwie przeplatające się ze sobą części - udane długie kompozycje przedzielone zostały mniej więcej dwuminutowymi wstawkami, które zamknięte w krótkiej formule czasowej nie zawsze skutecznie się obroniły. Chcę przez to powiedzieć, że kilka odsłon, jak chociażby "Sawdust", czy "Birds" można było o wiele lepiej zagospodarować. A tak, mamy co najmniej dwa raczej nieudane przerywniki, obniżające wartość tego w gruncie rzeczy dobrego wydawnictwa. To niejako minusy. Do plusów można zaliczyć spójność tego materiału, który inteligentnie zapuszcza się w różne inne stylistyki (alternatywa, psychodelia, jazz, elektronika, world music). Przede wszystkim jest to muzyka transowa, stworzona z rozmysłem przez połączenie ze sobą sekwencji powtarzających się dźwięków lub motywów. Trudno nie wyczuć w niej psychodelicznego charakteru, będącego czymś w rodzaju powietrza, którym oddychają muzycy oraz żywią się poszczególne instrumenty. Transowa rytmiczna baza rozwija się niczym oś czasu, gdzie w roli głównej mogą pojawiać się partie klarnetu - jak w otwierającym całość "Before The Sun Skins", saksofonu - zamykający album "Memory" czy fletu - "Dew Damp". Żaden z wymienionych instrumentów nie uskutecznia solowych nadzwyczajnych popisów, ich gra jest dość powściągliwa, służy głównie pogłębianiu kompozycji, przynosi nowe barwy w umiejętnie kreowanej przestrzeni.
Każda pojedyncza zmiana tonu, tempa, tonacji jest od razu wyczuwalna - taki już urok dobrze rozpisanych transowych przebiegów. Przy okazji odsłuchiwania płyty "Black Water/Brown Earth", mogą przypomnieć się niektóre utwory The Necks (ich najnowszy album "Travel" ukaże się 24 lutego). Oli Heffernan i jego holenderscy towarzysze, podobnie jak australijskie wyżej wspomniane trio, celowo unikają momentów kulminacyjnych. W takim układzie liczy się nuta po nucie budowany nastrój, cierpliwie rozwijana wstęga drogi, a nie chwilowa i efektowna fraza, o której szybko się zapomni. Różnice są takie, że członkowie Ivan The Tolerable używają znacznie więcej instrumentów. Ich szczegółowo odmalowane krajobrazy mają także więcej barw czy etnicznych niekiedy naleciałości, i z łatwością przenoszą słuchacza zarówno w przestrzeni jak i w czasie.
(nota 7.5/10)
W dodatkach do dania głównego naszą wyliczankę zaczniemy od debiutanckiego singla duetu Now After Nothing z Atlanty, gdzie gościnnie wystąpił gitarzysta Mark Gemini Thwaite (grał u boku Petera Murphy czy z grupą The Mission).
Pozostaniemy za oceanem, z Ottawy pochodzi grupa The Seance, która zaprezentuje najlepszy utwór z ich ostatniego singla "Last Dance After Party".
Zespół Cruel Mountains reprezentuje stan Pensylwania, oto fragment z ich najnowszej płyty "So What".
Spaceland to formacja, która rezyduje obecnie w niedalekiej Gotlandii. A"Sweet Ocean" to urokliwa piosenka, którą niedawno podzielili się ze światem.
Raz jeszcze zajrzymy do Stanów Zjednoczonych, odwiedzimy bowiem Kalifornię, skąd pochodzi zespół Abracadabra, który przed tygodniem wydał płytę "Shapes & Colors". Oto mój ulubiony fragment.
The Waeve, czyli nowy duet w mieście, stworzony przez Grahama Coxona (gitarzysta Blur) oraz Rose Elinor Dougall.
Recenzowany na łamach bloga zespół Black Belt Eagle Scout, czyli wokalistka Katherine Paul i jej koledzy, na 10 lutego zapowiadają premierę płyty "The Land, The Water, The Sky".
W sekcji improwizowanej dwa smakowite kąski. Pierwszy z nich to kompozycja szwajcarskiego saksofonisty Christopha Irnigera z wydanej przed tygodniem płyty "Ghost Cat".
31 marca ukaże się najnowsza płyta Steve'a Gunna i Davida Moore'a zatytułowana "Let Moon Be A Planet". Muszę przyznać, że w ostatnich dniach często wracam do tej kompozycji.











