Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Keith Jarrett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Keith Jarrett. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 listopada 2025

STEVE GUNN - "DAYLIGHT DAYLIGHT" (No Quarter Records) "Niepozorny gość"

 

   Takie barwy jesieni za oknem wymagają odpowiedniej oprawy muzycznej. Z pomocą może przyjść wydana wczoraj płyta "DAYLIGHT DAYLIGHT", amerykańskiego gitarzysty STEVE'A GUNNA. Jego kompozycje pojawiały się już na łamach tego bloga - ostatni raz, to był fragment z płyty nagranej razem Davidem Moorem, zatytułowanej "Reflections vol.1 Let The Moon Be A Planet". Już wtedy było widać, że w amerykańskim gitarzyście zaszła subtelna zmiana. Oto, z wędrownego artysty, który kolekcjonował ciekawe opowieści napotkanych ludzi - "Myślę, że inspiruje mnie koncepcja wędrowca. Bardziej interesuje mnie przekazywanie historii innych ludzi..." - i zamieniał je w pełne uroku pieśni, stał się uważnym obserwatorem, który próbuje podkreślić wagę poszczególnych chwil. I z takich siedmiu kruchych migotliwych momentów składa się również jego najnowsza propozycja.






Na początku była gitara akustyczna oraz głos, a potem drobne dema, które STEVE GUNN sukcesywnie przesyłał producentowi, przy okazji przyjacielowi JAMESOWI ELKINGTONOWI, który wspiera go również podczas koncertów. "Zobacz, co z tym można zrobić" - tak mniej więcej brzmiały kluczowe w tym przypadku słowa amerykańskiego twórcy. Po tak sugestywnej zachęcie i po pewnym czasie, bo ten zwykle musi minąć, surowe próbki dźwiękowe zostały wzbogacone o kolejne warstwy - tony skrzypiec, wiolonczeli, kontrabasu, perkusji oraz instrumentów dętych. Pomyli się ktoś, kto powie, że przy okazji albumu "DAYLIGHT DAYLIGHT" mamy do czynienia z aranżacyjnym przepychem. Nic z tych rzeczy. Wyżej wspomniane instrumenty dają o sobie znać tylko w określonych momentach, grają bardziej punktowo, nie próbują zawłaszczyć dla siebie całej uwagi odbiorcy. Wciąż najważniejsza jest gitara oraz głos STEVE'A GUNNA, i to one stanowią twardy rdzeń tych aranżacji.

Producent starał się zachować sporo wolnej przestrzeni pomiędzy dźwiękami, co jest dużym atutem tego wydawnictwa. Również dzięki temu buduje się intymny nastrój, i tak ważna przy okazji tego typu propozycji więź między artystą a słuchaczem. GUNN i jego przyjaciel celowo odeszli do pełnych aranżacji, które charakteryzowały jego poprzednie płyty. Tym razem główną inspiracją były długie codzienne spacery. W zamierzeniach album "DAYLIGHT DAYLIGHT" miał stanowić impresję na temat "BYCIA UWAŻNYM" - na chwilę, na momenty, które znane są także z tego, że tak szybko umykają. Trzeba przyznać, że ten minimalistyczny folk, z wyraźnymi kameralnymi nieco psychodelicznymi akcentami, świetnie się do tego nadaje. Kolejne fragmenty tekstów nie stanowią, ani autobiograficznych refleksji, ani tak ważnych dla poprzednich płyt GUNNA opowieści innych ludzi, lecz zawierają drobne notatki z migotliwej codzienności. "Cała moja ulubiona literatura i poezja to obserwacja, nie osobiste wyznania" - wspomniał GUNN w jednym z wywiadów.





Wczesne albumy STEVE'A GUNNA, jak "Boerum Palace" (2009) - były próbą rozwijania tradycji amerykańskiego folkowego gitarowego grania. Zawierały długie, hipnotyczne kompozycje, stworzone w oparciu o powtarzalne motywy, surowe brzmienie pełne bluesowej zadumy. Album "Way Out Wheather" (2014) - łączył technikę fingerpickingu z graniem zespołowym, stąd dość szerokie brzmienie. Najbardziej osobistą propozycją w dorobku artysty zdaje się być: "The Unseen In Between" (2019), napisana po śmierci ojca. Nieco wcześnie i odrobinę później były albumy wydane wspólnie z innymi artystami: Kurt Vile, Angel Olsen, Kim Gordon, John Truściński, Ryley Walker, Ryan Jewell. W tej perspektywie - historyczno-biograficznej - można powiedzieć, ze każda kolejna płyta wydaje się być następnym istotnym krokiem ku coraz większej świadomości artystycznej muzyka urodzonego w Landsdowne (stan Pensylwania).

Drugi  promocyjny singiel najnowszego wydawnictwa - czyli "Morning On K Road" - został napisany tuż po spotkaniu ze starym dawno niewidzianym przyjacielem. Jedną z inspiracji do powstania mojego ulubionego "LOON" , były charakterystyczne dźwięki ptaków, które amerykański gitarzysta usłyszał nad jeziorami regionu Adirondacks (stan Nowy York). Tytułowa kompozycja  - "Daylight Daylight" - powstała podczas nocnego siedzenia w kuchni. Całość materiału została zarejestrowana na strychu domu Jamesa Elkingtona, w studiu "Nada". Nazwa tego ostatniego pochodzi od złośliwego komentarza Leatitii Sadier (Stereolab), która zauważyła, że w tym pomieszczeniu nie ma dobrego sprzętu nagrywającego. "To nie studio" - miała powiedzieć nieco zaskoczona tym, co ujrzała.

Jak na ograniczanie techniczne, i spartańskie warunki nagrywania, efekt końcowy jest bardzo dobry. Brzmienie płyty jest subtelne i miękkie, gitara oraz głos STEVE'A GUNNA zwykle znajdują się na pierwszym planie. A kolejne kompozycje zyskują na wartości z każdym kolejnym przesłuchaniem. Warto się o tym przekonać! 

(nota 7.5-8/10)


 


Tak się złożyło, że popularna przeglądarka internetowa kojarzy ten blog przede wszystkim z jednym wpisem o pewnym zespole. Sam nie wiem, dlaczego ten wpis z 2016 roku, przez ostatnie dziewięć lat obejrzało już aż tylu czytelników ( i ta sześciocyfrowa liczba wciąż rośnie, dziś wzbogaciła się o kolejne 187 oczek, a dzień jeszcze się nie skończył!). Wyżej wspomniany wpis dotyczył premierowego wydawnictwa amerykańskiej grupy THE SAXOPHONES. W takich okolicznościach przyrody czuję się mocno zobowiązany, żeby poinformować o wczorajszej premierze ich nowego wydawnictwa zatytułowanego "NO TIME FOR POETRY". Dodam również, że po wstępnym przesłuchaniu ten album wydaje się być najlepiej zaaranżowanym w całej dyskografii zespołu.



 
Kolejny amerykański akcent zaprowadzi nas prosto do stanu Teksas, z którego pochodzi grupa, która już gościła na łamach bloga - KHRUANGBIN. W czwartek ukazał się ich album zatytułowany "THE UNVERSE SMILES UPON YOU II".




Pozostaniemy w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, miasto Portland, grupa NIGHT SISTER oraz ich nowy singiel.




Szybka wizyta w Australii przyniesie wraz z sobą jeszcze ciepły - premiera miała miejsce w dniu wczorajszym - singiel grupy THE CHURCH.




Tylko na tym blogu kolejna gorąca nowość i zapowiedź lutowej (27 luty) premiery albumu "Amaro", grupy BIBI CLUB, która gościła już na tych stronach.





Nowy York reprezentuje także zespół PETS, fragment z ich niedawno wydanej płyty "@? SPIRALQUESTION MARK".




Antwerpia rzadko pojawia się na gościnnych łamach bloga. Duet FRATEUR-ROMBOUTS, nazwa zaczerpnięta od dwóch nazwisk twórców - Gregory i Nicolasa - oraz ich najnowszy singiel.




MISS TYGODNIA - całkiem zgrabnie wpisze się w dzisiejszy główny temat. Ateny i twórca, który ukrył się pod pseudonimem WESTERMAN. Wczoraj ukazała się jego nowa propozycja "A JACKAL'S WEEDING". A ja mniej więcej od tygodnia słucham tego wybornego fragmentu. Zróbcie głośniej! Bo ja za WAS to zrobię!




KĄCIK IMPROWIZOWANY - połączone siły kilku muzyków - MATTHEW DAVID, AARON SHAW i CARLOS NINO, i jedna cudownie leniwa kompozycja, pomagająca w uważności bycia.




Wytwórnia ECM świętuje - pół wieku temu (dokładnie 30 listopada 1975 roku) ukazała się kultowa obecnie pozycja KEITHA JARRETTA - "THE KOLN CONCERT". Był mroźny piątek 24 stycznia 1975 roku. Gmach opery w Kolonii, na scenie niezbyt dobrze brzmiący fortepian BOSENDORFER BABY GRAND, wyciągnięty specjalnie na tę okazję z bocznej sali prób, z wadliwymi pedałami, delikatnie rzecz ujmując instrument nie najlepiej brzmiący. To on skłonił Keitha Jarretta do częstszego używania średnich rejestrów, do unikania "fałszywie" brzmiących tonów, do... 

Choć na początku MISTRZ w ogóle nie chciał zagrać. Pianista pojawił się na miejscu zmęczony, niewyspany, narzekający na ból pleców (kłopoty z kręgosłupem). "Byłem niemal w piekle. Miałem zaraz wyjść na scenę, wczesnej było mnóstwo problemów, a fortepian był po prostu okropny. I tak naprawdę w ogóle nie spałem" - podkreślał w wywiadzie dla "Observera" w 2015 roku. Wcześniej Jarrett zażyczył sobie fortepianu BOSENDORFER 290 IMPERIAL (prawdziwa bestia). 

Była godzina 23.30, kiedy zakończył się spektakl operowy. Promotorka koncertów - VERA BRANDERS (miała wtedy zaledwie siedemnaście lat), ubłagała artystę, żeby ten mimo wszystko spróbował zagrać. "Ten koncert był aktem cudownego przypadku. Zły fortepian, zmęczony artysta, późna godzina. Wszystko, co mogło pójść źle, poszło źle. A mimo to powstało arcydzieło" - wspominała po latach VERA BRANDERS. Na widowni zasiadło około 1400 osób - szczęśliwcy nie wiedzieli do końca, w czym uczestniczą. W ten sposób zarejestrowano najchętniej kupowaną płytę jazzową, jeśli chodzi o fortepian solo. Numer katalogowy ECM 1064/65.

A moje prywatne wspomnienie związane z tym albumem? Czasy studenckie i początek upalnego lata. Długie ciepłe wieczory, z widokiem na gwiazdy i księżyc. Pamiętam, że leżeliśmy wtedy na kocu, patrząc w niebo, do drugiej lub trzeciej nad ranem, z opowieściami, z termosami, w których była kawa... Kaseta z nośnikiem chromowym (TDK lub Sony, pamięć bywa zawodna) musiała pokonać pół Polski. Przywiózł ją ówczesny chłopak mojej koleżanki  - którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam (dziękuję pani S.). To było moje pierwsze zetknięcie się z twórczością Keitha Jarretta - ale poczułem to od razu, bez żadnego oporu, bez zbędnej umysłowej gimnastyki, jakbym nosił te subtelne dźwięki w sobie od zawsze. Od tej płyty rozpoczęła się wspaniała muzyczna przygoda, poszukiwanie i odsłuchiwanie kolejnych płyt MISTRZA. Tych na szczęście nie brakowało. Tak sobie myślę, że ten nie lubiany przez Jarretta zapis koncertu może stanowić bardzo dobry początek dla kogoś, kto jeszcze nie zetknął się z albumami wirtuoza klawiatury fortepianu. Słuchamy?





niedziela, 5 kwietnia 2020

ENZO CARNIEL HOUSE OF ECHO - "WALLSDOWN" (Jazz&People) "A mury runą..."

    I tak oto przed nami kolejna wizyta w świecie improwizowanych  dźwięków oraz jazzu, który, jak przekona was o tym nasz dzisiejszy bohater, niejedno ma imię. Na wstępie pragnę uspokoić kilku Czytelników, którzy z wytęsknieniem oczekują na alt-rockową propozycję - wkrótce, niebawem, już-już... Tymczasem lotem błyskawicy przeniesiemy się do Marsylii, która jest nie tylko ulubioną przystanią wszelkiej maści przemytników, ale również miejscem, skąd pochodzi Enzo Carniel. I pomyśleć, że o mały włos nie został lekarzem, jednak, z sobie tylko wiadomych powodów, porzucił studia medyczne, żeby ukończyć Conservatorie National Superieur De Musicque w Paryżu. Jako pianista młodego pokolenia (rocznik 87') został już zauważony i doceniony kilkoma cennymi nagrodami i wyróżnieniami. Pośród swoich ulubionych artystów wymienia jednym tchem takie postaci jak: Bley, Monk, Jarrett oraz Brad Mehldau i trzeba przyznać, że charakterystyczne elementy estetyk tych twórców przewijają się w dokonaniach francuskiego pianisty. Debiutował solowym albumem "Erosions" dla wytwórni NoMadMusic w 2014 roku. Dwa lata wcześniej z gitarzystą Marciem Antoinem Perrio powołał do życia grupę House Of Echo. Początkowo panowie działali tylko w tandemie, w międzyczasie szukając kolejnych muzyków. W pewnym momencie formacja rozrosła się aż do sextetu, ale przy okazji najnowszego albumu "Wallsdown" swoich sił spróbował kwartet. Oprócz dwóch już wymienionych przeze mnie nazwisk na liście obecności podpisali się: Simon Tailleu (kontrabas) oraz Ariel Tessier (perkusja, elektronika). Warto również odnotować chociażby z kronikarskiego obowiązku obecność Bruce'a Sherfielda, który w kilku nagraniach łaskawie użyczył głosu. Szkoda tylko, że swoją ekspresję ograniczył do powtarzania krótkich fraz, w stylu: "Zburz ściany", "Otwórz umysł" itp. Przyznam, że w moim uszach zabrzmiało to cokolwiek pretensjonalnie, można było nieco bardziej puścić wodzę fantazji, wykorzystać wersy mniej lub bardziej znanej poezji czy też prozy albo po prostu wymownie milczeć.

Z pewnością autorzy "Wallsdown" w kolejnych udanych odsłonach pragnęliby, żebyśmy zburzyli nasze nawyki i przyzwyczajenia. Mamy tu bowiem do czynienia z czymś, co na pierwszy rzut oka i ucha wydaje się być "muzycznym kolażem" (wybaczcie to odrobinę wyświechtane określenie). Przekraczanie gatunkowych granic, swoboda przejścia pomiędzy estetykami, stały się dla francuskiego pianisty oraz jego sympatycznej załogi sposobem funkcjonowania, a także czymś na kształt wyzwania. Wyzwania, dodajmy, wciąż podejmowanego na nowo. Kompozycje Enzo Carniela skrzą się od intrygujących pomysłów. Dla tych, którzy cenią sobie precyzyjne nazwy, można by w tym miejscu podać termin "jazz progresywny", choć sam twórca pewnie nie zgodziłby się na to, żeby zamknąć jego dokonania w ciasnej i wygodnej dla krytyków szufladce. W barwnych kompozycjach francuskiego pianisty znajdziemy skandynawską melancholię (przywołaną przed tygodniem), rockową dynamikę, zmiany tempa i tętniący energią puls, fragmenty swobodnej improwizacji, elektronikę i repetycje. Owe repetycje, czy to na poziomie pojedynczych akordów (fortepianu, gitary, kontrabasu), czy też na poziomie dłuższych motywów, stanowią zarówno podstawowy budulec, jak i pełnią funkcję rytmiczną. W tej swobodnej grze estetykami zamazują się granice pomiędzy kompozycją, a improwizacją.
W tym momencie warto podkreślić dwie rzeczy.
O ile dla artystów reprezentujących generacje nieco starszych pokoleń wykorzystanie elementów różnych gatunków - to "wychodzenie poza" granice bezpiecznego i wielokrotnie już eksplorowanego terytorium - było rezultatem twórczych koncepcji i śmiałych niekiedy poszukiwań, o tyle dla "współczesnej młodzieży", stawiającej dopiero pierwsze kroki, jest czymś w rodzaju sytuacji zastanej, niejako naturalnym procesem; mówiąc kolokwialnie, grają w ten sposób, gdyż właśnie tak -w dużej mierze - obecnie się gra. Druga warta odnotowania kwestia to płynność, czy też swoboda, z jaką Enzo Carniel (i jemu podobni) przechodzą od jednej estetyki do drugiej, łącząc ze sobą kolejne czasem bardzo odległe wątki. To właśnie dzięki niej wciąż mamy do czynienia z intrygującą i potraktowaną w nieszablonowy sposób MUZYKĄ, a nie tylko z wyrafinowanym przebiegiem nutowym.

Album "Wallsdown" wypełnia 9 kompozycji, które liczą sobie nieco ponad 40 minut. Całość nie przez przypadek rozpoczyna "Ritual Horizon" tonami fortepianu i odgłosami uderzanych o siebie kamieni. Te charakterystyczne dźwięki kamieni stanowią motyw przewodni płyty, mają symbolizować kruszące się nawyki i uprzedzenia, rutynowe, stereotypowe sposoby myślenia, które w konsekwencji i swoistej dezintegracji doprowadzą do spojrzenia w inny sposób, otwarcia się na nowe perspektywy. Powracają więc wplecione w bogatą fakturę tła przy okazji "Ruines Circulaires", w tytułowym i refleksyjnym "Wallsdown", oraz (jakżeby inaczej!) w "Tones Of Stones". Trzeba również dodać, że na albumie "Wallsdown" - który jest wydawnictwem pełniejszym i dojrzalszym niż poprzednia płyta "Echoides"(Jazz&People 2017), posiada bowiem wstęp, rozwinięcie i zakończenie, traktowany jest przez samych twórców jako "podróż" - nie ma słabych momentów. Oczywiście, chciałoby się nieco więcej brzmienia gitary, ale uwagę przykuwa i marzycielska "Lune" czy mroczna "Traya", i zapadająca w pamięci krótka "Winds", z równoległymi repetycjami fortepianu i gitary, jedyna kompozycja Marca Antoine'a Perrio, pod resztą podpis złożył Enzo Carniel, który w energetycznych fortepianowych improwizacjach najbardziej przypomina dokonania Brada Mehldau'a - podobnie zagęszczona narracja i dynamika - choć potrafi być równie sugestywny w nieco bardziej lirycznych odsłonach, o czym mam nadzieję wkrótce się przekonacie.


(nota 8/10)






sobota, 26 października 2019

E.S.T. - "LIVE IN GOTHENBURG" (ACT MUSIC) "To była środa, 283 dzień roku..."

  Przyzwyczailiśmy się do tego, że jesień w naszym kraju, oprócz kapryśnej niekiedy pogody, przypomina nam o sobie jazzem. Mam tu na myśli zwiększoną w tym okresie liczbę propozycji koncertowych związanych z muzyką improwizowaną. W ten weekend chociażby odbywa się kolejny Jazz Jamboree, gdzie na scenie pojawi się między innymi brytyjska grupa Get The Blessing oraz belgijska wokalistka Melanie De Biasio, czyli "nasi starzy znajomi", których płyty nieco szerzej charakteryzowałem na łamach tego bloga. Skoro aura za oknem skłania do pogłębionej improwizowanej refleksji, to może warto przy tej okazji  sięgnąć po wydawnictwo koncertowe nieodżałowanego tria E.S.T. "Live in Gothenburg" to dwa fizyczne krążki i blisko 100 minut muzyki, zarejestrowanej 10 października 2001 roku ( to była środa, 283 roku, słońce wstało o godzinie 5.53, a zaszło o 16.52), przez Ake Lintona, inżyniera dźwięku, o którym ktoś ładnie powiedział, że był: "ukrytym czwartym członkiem zespołu". Album zawiera 11 kompozycji, pochodzących głównie z dwóch płyt: "From Gagarin's Point Of View" i "Good Morning Susie Soho", kompozycja "The Second Page" pochodzi z albumu "Winter In Venice", a "Bowling" oraz "The Rube Thing" nie zostały wydane na żadnej studyjnej płycie.

Zaryzykuję twierdzenie, że trio E.S.T. zna chyba każdy, kto nieco bardziej interesuje się muzyką improwizowaną. Bror Frederik "Esbjorn" Svensson (fortepian), Dan Berglund (kontrabas), Magnus Ostrom (perkusja), przez lata wypracowywali własny styl, rozpoznawalną i cenioną markę, żeby ostatecznie zostać ikoną współczesnego jazzu oraz źródłem inspiracji dla kolejnych pokoleń młodych muzyków. Początki ich działalności sięgają 1990 roku, kiedy to Berglund przeniósł się do Sztokholmu, gdzie oprócz studiów muzycznych grał w kilku zespołach. Podczas trasy koncertowej z Liną Nyberg doszło do spotkania i nawiązania współpracy z Esbjornem Svenssonem. Do sympatycznej dwójki szybko dołączył Magnus Ostrom, którego Svensson znał z czasów dzieciństwa.  Na pierwsze wydawnictwo płytowe - "When Every Has Gone" - przyszło im czekać trzy lata, kolejne "E.S.T. Plays Monk" sprzedało się w Szwecji w ponad 10 tys. egzemplarzy.
Jednak sukces i popularność nie przyszły same, w tamtym okresie Svensson był nie tylko znakomitym pianistą, ale również bardzo sprawnym menadżerem, który wciąż: "wsiał na telefonie", organizując kolejne koncerty (to lekcja do odrobienia nie tylko dla jazzowych formacji, ale również lokalnych ośrodków kultury). "Naszym celem było granie w miejscach, w których zwykle nie mieli muzyki jazzowej" - wspominał po latach Berglund.
Esbjorn Svensson dorastał w muzycznej rodzinie, ojciec posiadał kolekcję płyt, matka grała na pianinie. Jako szesnastolatek rozpoczął edukację w szkole muzycznej, a potem studia w Sztokholmie. Punktem zwrotnym w jego rozwoju artystycznym był koncert Wayne'a Shortera oraz odkrycie płyty Keitha Jarretta - "Facing You", choć pośród swoich ważnych inspiracji wymieniał również albumy: "Ok Computer" - Radiohead, "Grace" - Jeffa Buckleya czy dokonania formacji Wilco. Wszystko to nie pozostało bez echa i znalazło odzwierciedlenie w muzyce E.S.T., którzy potrafili łączyć rockową dynamikę ze skandynawską melancholią, wyrafinowane improwizacje z popowymi melodiami i współczesną elektroniką. W 1995 i rok później Svensson zdobył nagrodę Jazzmusician Of The Year. Przełomowym momentem w historii tria okazał się album "From Gagarin's Point Of View" wydany w 1999 roku. Zespół zyskał międzynarodowe uznanie i wyruszył w niemal roczną trasę koncertową po całym świecie. Załoga Esbjorna Svenssona na nowo zdefiniowała pojęcie "europejski jazz", odniosła ogromny sukces, dalszy rozwój grupy przerwała niestety tragiczna śmierć pianisty w czerwcu 2008 roku.

Był czas, kiedy trio dawało ponad 100 koncertów rocznie, z tego też tytułu nie brakuje wydawnictw zawierających materiały "live", zarówno tych nieoficjalnych, jak i oficjalnych: "Live in Berlin", "Live in London", "Live in Hamburg", "E.S.T. Live'95" itd. Wydany wczoraj nakładem oficyny ACT "Live in Gothenburg" zdecydowanie bardziej dedykowany jest dla fanów grupy, niż dla kogoś, kto stawia dopiero pierwsze kroki w krainie "leukocytów" Esbjorna Svenssona. Mniej tutaj melancholii, oniryzmu, "skandynawskiego saudade" - "Somewhere Else Before", "From Gagarin's Point Of You" - przeważa natomiast jazzowa pianistyka odmalowana, co warto podkreślić, w bardzo dynamiczny sposób, w którym trio, z liderem na czele, pokazuje również swój wielki kunszt techniczny: "Bowling",  "The Wraith". O tym niepublikowanym wcześniej zapisie koncertowym Esbjorn Svensson miał powiedzieć, że to jedno z najlepszych nagrań koncertowych w całej historii zespołu. Warto sprawdzić, co miał na myśli.

(nota 8/10)







sobota, 7 września 2019

ENRICO RAVA & JOE LOVANO - "ROMA" (ECM) "Dwa doktoraty honoris causa na jednej scenie"

  Słuchając ulubionych piosenek często zapominamy o tym, że za ważnymi dla nas utworami kryją się poszczególni artyści, ale też zwykli ludzie, z marzeniami, wadami, zaletami, wreszcie z indywidualnymi biografiami. Prawdopodobnie nie będzie to zbyt wielkie nadużycie z mojej strony, kiedy napiszę, że w świecie muzyki improwizowanej rola pojedynczego człowieka jest o wiele bardziej znacząca, niż ma to miejsce na płaszczyźnie szeroko pojętej muzyki popularnej. To własnie artyści, częstokroć wirtuozi swoich instrumentów, zestawieni ze sobą przypadkowo lub w wyniku celowych zabiegów, wchodząc we wzajemne interakcje, tworzą wyjątkowe estetyczne przestrzenie. Muzyka to ludzie, a w świecie jazzu szczególnie liczą się osobowości, wnoszące do elementów kreacji indywidualną wrażliwość, charakterystyczny sposób myślenia, rozwijany przez lata osobny język.

Z pewnością wszystko to można powiedzieć o dwóch legendach jazzu, którzy łaskawie przyjęli zaproszenie i przekroczyli skromne progi tego bloga. Mam tu na myśli Enrico Ravę i Joe Lovano oraz album "Roma", stanowiący zapis koncertu, który odbył się w Auditorium Parco Della Musica w Rzymie, w listopadzie 2018 roku. Enrico Rava to trębacz, ikona włoskiego jazzu (kiedy mówimy włoski jazz - myślimy Rava), który kilka dni temu obchodził okrągłą, bo 80-tą rocznicę urodzin. Stąd, i to wydawnictwo, i trasa koncertowa, celebrująca niejako imponujące dokonania tego artysty.
Rava urodził się w Trieście, dorastał w Turynie, gdzie jako młody chłopak pracował w rodzinnej firmie transportowej. Sprawdzając listy przewozowe, odprawiając kolejne samochody, odliczał minuty, kwadranse, ciągnące się długie godziny, i marzył o tym, żeby wieczorem, w którymś z turyńskich klubów, znów przystawić do ust trąbkę, i grać... grać jazz. W latach 60-tych Rava sporo podróżował, przemieszczając się pomiędzy Londynem, Argentyną, a Nowym Jorkiem. Może dlatego jego debiut fonograficzny, jako lidera formacji, nosił tytuł: "Il Giro Del Giorno 80 Mundi"; choć wcześniej włoski trębacz wystąpił u boku Steve'a Lacy na płycie "The Forrest And The Zoo" (1966) oraz Lee Koonitza - "Stereokontz" (1968). Przeprowadzka do Nowego Jorku zaowocowała powstaniem grupy Gas Mask i licznymi spotkaniami: z Gilem Evansem, Joe Hendersonem, Patem Metheny, Cecilem Taylorem czy z Chatem Bakerem. Pełna dyskografia włoskiego wirtuoza obejmuje kilkadziesiąt albumów. Osobiście bardzo sobie cenię "późnego Ravę" - dojrzałego, wyciszonego, refleksyjnego, z takich albumów jak: "Easy Living" (2004), , "Tati" (2005),  "The Third Man" (2007), "The Words And The Days" (2007), "New York Days" (2009), "Tribe" (2011),  "Opening Night" (2013). Jego styl ewoluował, ale w ostatnich latach charakteryzuje go subtelna, łagodna, nieco przeciągnięta fraza, lekkość ("obłoki dźwięku"), wyrafinowanie i elegancja. Artysta mówi skromnie o sobie, że nie jest dobrym improwizatorem, po prostu jest "gawędziarzem". Enrico Rava udziela się również na niwie pedagogicznej, organizując liczne seminaria i warsztaty. W 2014 roku od Berklee College of Music otrzymał tytuł doktora honoris causa.








Doktorat honoris causa tej samej uczelni sześć lat wcześniej trafił do rąk drugiego wirtuoza i bohatera dzisiejszego wpisu - Joe Lovano. Joseph Salvatore Lovano urodził się w Clevland (Ohio). Jego ojciec był fryzjerem, który wieczorami grał w klubach na saksofonie tenorowym. To właśnie ten rodzaj saksofonu stał się ulubionym instrumentem Joe, który już jako młody chłopak zastępował ojca grając w lokalnym bandzie. Później wybrał edukację na wspomnianym już wyżej Barklee College of Music. Debiutował albumem "Aphrodisiac For A Groove Merchant". W latach 70-tych podobnie jak Ravę przyciągnął go Nowy York, gdzie saksofonista przewija się przez kilkanaście składów. Lata 80-te w jego biografii zapisują się graniem u boku Paula Motiana i Billa Frisella, którego znał jeszcze z okresu studiów. Wśród swoich największych inspiracji Lovano wymienia jednym tchem Coltrane'a i Ornetta Colemana. Co ciekawe, pierwszy album dla ECM-u, jako lider formacji, nagrał całkiem niedawno, mam tu na myśli wydawnictwo "Trio Tapestry", z pianistką Marylinn Crispell i perkusistą Carmen Castaladi. W dokonaniach Lovano - obejmujących kilkadziesiąt tytułów - jak w pigułce zapisała się historia jazzu, od klasycznego podejścia, aż po freejazzowe rozwiązania, z charakterystycznym zamazywaniem się granicy pomiędzy kompozycją, a improwizacją.

To z pewnością Enrico Rava przy okazji tego wydawnictwa i tego koncertu zaprosił do współpracy pianistę Giovanni Guidiego, którego wypatrzył dużo wcześniej, w trakcie jednego z letnich seminariów w  Sienie. Od tamtej pory chwalił młodego artystę wielokrotnie, mówiąc, że to: "jeden z najciekawszych i najbardziej oryginalnych włoskich pianistów". Ojciec Guidiego był agentem jazzowym, stąd też młody Giovanni szybko poznał wielkie osobowości z tego półświatka. Ważnym punktem w biografii młodego adepta sztuki jazzowej był album Keitha Jarretta " The Koln Concert", którego słuchał namiętnie mając szesnaście lat. Wśród pozostałych wielkich osobowości świata muzyki improwizowanej, które wywarły wpływ na jego grę, odnajdziemy Brada Mehldau'a i Jasona Morana.
 Giovanni Guidi ma 34-lata i przez ten czas zdążył zdobyć kilka prestiżowych nagród i wyróżnień. Debiutował dla ECM-u albumem "City of Broken Dreams", a w 2019 roku ukazał się jego album "Avec Le Temps", z utworem "Tomasz", zamykającym całość, a poświęconym Tomaszowi Stańce.









Kolejnym artystą młodego pokolenia, który miał zaszczyt wystąpić u boku Ravy i Lovano podczas listopadowego wieczoru był basista Dezron Douglas. "Jazz zawsze był gdzieś w pobliżu, ale nie w moim domu" - wspominał po latach, bowiem w jego domu najczęściej rozbrzmiewały piosenki Steve Wondera czy Diane Ross. Douglas ukończył Instytut Muzyki Afroamerykańskiej w Hart School of Music. Dziś sam jest pedagogiem, a na co dzień gra w kilku jazzowych składach, między innymi u boku Ravi Coltrane'a.
Na koniec swoisty pomost łączący "starych" (legendy) i "młodych" (na dorobku), muzyk średniego pokolenia, który w listopadzie ubiegłego roku zasiadł za zestawem perkusyjnym - Gerald Cleaver; absolwent wydziału jazzu Uniwersytetu Michigan, szerokiej, nawet całkiem nieźle zorientowanej publiczności, mniej znany - grał u boku Tomasza Stańki, Roscoe Mitchela, z Joe Morrisem, a także z Giovannim Guidim na albumie "We Don't Live Here Anymore" (2011).

Wydawnictwo "Roma" zawiera pięć indeksów. Całość rozpoczyna subtelny dialog Ravy i Lovano, czyli "Interiors", oryginalnie zarejestrowany na płycie Ravy: "New York Days" z 2009 roku. Kolejny utwór "Secrets" również pochodzi z płyty włoskiego trębacza, o tym samym tytule, która ukazała się w 1987 roku. Podaję te daty nieprzypadkowo, bowiem koncertowe wydawnictwo Ravy to także godzinna podróż po historii jazzu, odsłaniająca kolejne etapy kształtowania się języka muzyki improwizowanej. Kompozycja "Forth Worth" pochodzi z albumu Joe Lovano - "From The Soul" (1992). Przy okazji tego właśnie wydawnictwa miało miejsce jedyne spotkanie Lovano z niezapomnianym wirtuozem fortepianu - Michelem Petruccianim. Na tej płycie artyści mieszali standardy, między innymi Coltrane'a, z kompozycjami Lovano. Co do Coltrane'a to jego kompozycja "Spiritual" domyka wydawnictwo "Roma", wpleciona w 18-sto minutową suitę, obok "Drum Song" (Lovano) i klasyka "Over The Rainbow", który wyłania się łagodnie ze swobodnej fortepianowej improwizacji Giovanni Guidiego.


(nota 7.5/10)