Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Delines. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Delines. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 lutego 2025

THE DELINES - "Mr. LUCK AND Ms. DOOM" (Decor Records) "Dyskretny urok pesymizmu"

 

To już nasze drugie spotkanie - nie licząc singli i zapowiedzi - z muzyką amerykańskiej grupy The Delines. Trzy lata temu pokusiłem się o recenzję ich bardzo udanego albumu - "The Sea Drift", który stanowił dla mnie coś w rodzaju furtki prowadzącej do całej twórczości zespołu. Tak to już nieraz bywa z płytami niektórych artystów, że czasem długo potrafią skrywać przed nami swój niepowtarzalny urok, i nigdy nie wiemy, kiedy lub czy w ogóle nastąpi moment jego odsłonięcia. Szczególnie, że muzyka The Delines nie jest spektakularna, nie mieni się finezyjnymi kształtami, rozwiązaniami, nie krzyczy wyrazem buntu czy sprzeciwu wobec zastanych reguł. Raczej i zdecydowanie bliżej jej do tego, co we wszelkiej twórczości artystycznej określamy mianem "dojrzały". Gitarzysta i autor tekstów Will Vlautin i wokalista Amy Boone oraz ich koledzy z zespołu, wolą poruszać się sprawdzonymi i utartymi ścieżkami, niż wytyczać nowe zaskakujące szlaki albo błądzić beztrosko po manowcach i bezdrożach na podobieństwo bohaterów ich muzycznych opowieści.




Historia pierwszego spotkania Vlautina i Boone to temat na oddzielne opowiadanie. Oto muzyk i pisarz, z kilkoma dobrze przyjętymi powieściami na koncie (niektóre doczekały się adaptacji filmowych, w Polsce ukazała się powieść: "Zawsze przychodzi noc"), o którym Ursula K. Le Guin napisała, że to: "Niesentymentalny Steinbeck, który pokazuje, kto tak naprawdę mieszka obecnie w naszej  Ameryce", trafia przypadkiem do podrzędnego baru, gdzie na scenie swoje tęskne pieśni nuci nieznana kobieta. To była Amy Boone. I tak właśnie rozpoczęła się przygoda The Delines, do której to formacji szybko dołączyli pozostali artyści, w tym trębacz i autor wszystkich aranżacji smyczkowych Cory Grey. Nieformalnym członkiem zespołu jest również John Morgan Skew, czuwający zwykle za konsoletą w Bocce Studios, przyjaciel i producent wszystkich płyt.

"Amerykańskie kino, owszem, bywa oszustwem, ale w prawdziwych dekoracjach. Istnieją te motele, te jadłodajnie, te samochody, ci samotni ludzie. Ich historie też istnieją, tylko najczęściej nie mają dobrych zakończeń. Nie maja dobrych dialogów, nie mają tak wspaniałych awantur, strzelania, krwi. Mają nudę, otyłość, bolące plecy".  Maciej Jarkowiec - "Rewolwer obok Biblii".

Bohaterami tekstów Vlautina są ludzie marginesu - przestępcy, narkomani, alkoholicy, prostytutki, mordercy, złodzieje, wszelkiej maści nieudacznicy - "Losers", wiodący swój banalny czy też nędzny żywot, gdzieś z dala od zgiełku rozświetlonych neonami miast lub bezkresnej zielni pól golfowych. Cechą charakterystyczną tych osobowości jest fakt, że wciąż podrywają się do walki, wciąż gdzieś na dnie ich serc majaczy wątła nadzieja, że przewrotny los w końcu i do nich się uśmiechnie. Co ciekawe, w kolejnych kompozycjach The Delines często spotykamy ich w drodze ("Bycie w drodze"), pozostają w ruchu, pomiędzy jednym punktem a kolejnym. ("Podobnie jak w szeregu innych dziedzin, człowiekiem się nie rodzimy, lecz się nim stajemy. Myślę, że w dzisiejszych czasach, które pędzą jak szalone (ku zatraceniu?), warto o tym przypominać" - Gregoire Buillier - "Serce nie ustaje"). Jakby uciekali od kolejnych dramatów z myślą, że zdołają również uciec od samych siebie. Jakby zapomnieli, że : "na autostradzie nie ma nic poza ciemnością drogi" (fragment tekstu z piosenki "There's Nothing Down The Highway" - The Delines).




Przyczynkiem do powstania najnowszej piosenki "Mr.Luck And Ms.Doom" była osobliwa prośba wokalistki Amy Boone, która po zakończeniu koncertu  w Dublinie poprosiła autora tekstów, żeby w końcu napisał prostą piosenkę o miłości, która w odróżnieniu od większość pozostałych, miałaby pozytywny wydźwięk. "Posłuchaj, musisz w końcu napisać dla mnie prostą piosenkę miłosną, w której nikt nie umiera i nic nie idzie źle albo oszaleję".

Willy Vlautin nie byłby sobą, gdyby bohaterami tej historii nie uczynił Mr. Luck (Pana Szczęście), który ma za sobą odsiadkę czterech lat więzienia, i Ms.Doom ( "Panna Zagłada"), pogrążonej w ponurych myślach sprzątaczki. W kolejnych odsłonach najnowszej płyty status podmiotów lirycznych bywa podobny. W "Left Hook Like Frazier" napotkamy kobietę, która ma słabość do nieodpowiednich mężczyzn, mówiąc krótko, ofiarę przemocy domowej oraz frazy: "Miał żonę, dzieci, lewy sierpowy jak Frazier i słowa, które uderzały równie mocno". W świetnym singlowym "The Haunting Thoughts" bohaterka ma dojmujące przeświadczenie, że świat wokół niej za chwilę legnie w gruzach. W "Nancy And Pensacola Pimp" - szesnastolatka więziona jest przez opresyjnego alfonsa. "Sittin On The Curb" - odmalowuje obraz małżonki, oglądającej płonący dom, z mężem i jego kochanką w środku, zastanawiającej się: "Co ona ma, czego nie mam ja?"

Ktoś porównał słuchanie muzyki The Delines do oglądania kryminału, również tego spod znaku noir. Sporo tutaj leniwego tempa, jak w kadrach Jima Jarmusha, nie mniej wolnych najazdów kamery, zbliżeń na zmęczone życiem twarze, udręczone ponure oblicza, tęskne oczy na dnie których odbija się migotliwy blask latarni ulicznych, subtelnie podkreślony tu i ówdzie przez akcenty instrumentów dętych. Chyba najbliżej tej specyficznej i nieco wycofanej ekspresji do niespiesznych dawnych złotych ballad, z okresu lat świetności grupy Lambchop. Bardzo udana propozycja.

(nota 8/10)


 


Zbiór singli i zapowiedzi zaczniemy od fragmentu płyty austriackiego rodzeństwa, w dodatku debiutantów - Anna, Laurenz, Nino, i basista Max Wallners - którzy przyjęli nazwę WALLNERS i przed tygodniem opublikowali pierwszy album zatytułowany "End Of Circles".





Trzy dni temu pojawiło się nowe video naszych dobrych znajomych z grupy The Saxophones. Pewnie wkrótce nadejdzie nowy album.




Kolejni nasi znajomi, czyli norweska grupa Mildfire, całkiem niedawno na łamach bloga pojawiła się recenzja ich ostatniego albumu - "Kids In Traffick", w ubiegłym tygodniu zaprezentowali nowy singiel.





Kolejna nowość zabierze nas do miasta Los Angeles, gdzie rezyduje duet Tremours - Lauren Andino i Glenn Fryatt. Przed tygodniem opublikowali płytę zatytułowaną "Fragments".





Mam nadzieję, że siedem dni temu i w ostatnich dniach posłuchaliście albumu Matta Hsu's Obscure Orchestra - "Forest Party". Często do niego wracam, chociażby do tego świetnego fragmentu.





Na moment zajrzymy do Belgii, gdzie działa i tworzy grupa The Feather, dowodzona przez Thomasa Medarda, przed kilkoma dniami pojawił się ich nowy singiel.




MISS TYGODNIA  - zabierze nas do miasta Los Angeles, gdzie działa grupa Elf Freedom. Z dużą przyjemnością i drobnym opóźnieniem wysłuchałem ich ostatniej płyty zatytułowanej "Solistice". Jeśli ktoś lubi zanurzyć się w psychodelicznych przestrzeniach, proszę bardzo!



 
"Kącik improwizowany" - rozpoczniemy od bardzo urokliwej kompozycji basisty Briana Johna McBrearty'ego, który wraz z grupą przyjaciół, w tym saksofonistą Mattem Douglasem, w drugiej połowie stycznia opublikowali album zatytułowany "Remembering Repeating". Czarujące!





Bardzo lubię dialogi trąbki i fortepianu w różnych odmianach i konfiguracjach. Jedną z nich przedstawia świetny album fińskiego trębacza Mikko Pettinena oraz pianisty Merlijna Angada Gaura, wydany pod koniec stycznia, i zatytułowany "Sketches, Songs And Improvisations".




sobota, 1 lutego 2025

KRATZEN - "III" (Bandcamp) "Odruchy motoryczne albo sztuka ograniczeń"

 

     "Czasem mniej oznacza więcej" -  z takiego, powtarzanego przy różnych okazjach, założenia wychodzi niemieckie trio Kratzen, dla którego ten zwrot stanowi także coś w rodzaju modus operandi w przekroju całej twórczości. Rozpoczynali jako duet basistki i klawiszowca Malanie Graf, która należała również do grupy Velodrama oraz gitarzysty i wokalisty Thomasa Merscha. Chcąc poszerzyć skład zorganizowali casting na perkusistę, który w cuglach wygrała Stefanie Staub. I tak oto kluby w Kolonii, gdzieś w okolicach roku 2017, przywitały na deskach swoich scen trio z dwoma sympatycznymi blondynkami w składzie (choć kolor fryzur od tamtego czasu pewnie nieraz się zmieniał). Od samego początku w kompozycjach tria Kratzen można było usłyszeć zamierzone połączenie stylistyki krautrocka z elementami nurtu New Wave. 





"Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte są to dla mnie ekscytujące okresy, kiedy to w Niemczech rozwijała się niezależna muzyka popularna - Can, Cluster, Faust, Kraftwerk, NEU! itp. Te zespoły stanowią dla mnie wzorzec godny naśladowania. Era post-punka jest również ekscytująca ponieważ w zasadzie do dzisiejszego dnia nie dobiegła końca" - oświadczył Thomas Mersch.

Debiutowali w 2022 roku albumem, który nosi niezbyt zaskakujący tytuł "Kratzen". Płyta nie zdobyła większego rozgłosu, choć kilku niezależnych blogerów odnotowało obecność nowej formacji. Przy okazji powstania drugiego wydawnictwa w studiu nagraniowym pojawili się inżynier dźwięku Luis Muller- Wallraf oraz producent Olaf Opal, który miał na koncie współpracę z grupą The Notwist. 

W muzyce tria Kratzen znajdziemy sporo surowego brzmienia, celowego unikania zdobników, dodatków, gwałtownych zwrotów czy nagłych  zmian tempa. To ostatnie jest miarowo odmierzane (perkusistka rzadko używa talerzy) - mechaniczne lub też motoryczne, przy okazji tworzące aurę transu doprawionego przez dźwięki gitary i organów. W tym układzie przede wszystkim liczy się energia, lepiej lub nieco gorzej dawkowana, którą udało się zamknąć w jednostce czasu. "Wierzymy w energię, która pojawia się, kiedy małe rzeczy nagle się zmieniają" - oznajmiła basistka i wokalistka Melanie Graf.





W muzyce tria z Kolonii mamy do czynienia z szeroko pojętą redukcją (słów, tonów, harmonii, rytmu), oraz minimalizmem, które podkreślają korzenie niezależnego grania. W tym kontekście nie mogą specjalnie dziwić słowa recenzenta, który trafnie zauważył, że: "Blask Kratzena wynika z jego ograniczeń".

Dobrze, że energetyczne otwarcie "Reichtum" zachęca, żeby posłuchać dalszej części. Potencjalny przebój wita słuchacza od razu, na samym początku; to odrobinę psychodeliczny "Immer". Mój ulubiony transowy "Vielleicht" ma krautrockowy rytm, zawiera również najbardziej rozbudowaną, jak na możliwości grupy, aranżację, podobnie zresztą jak "Zeichen". Wpadający w ucho "Nur  So", który rozpoczął nasze dzisiejsze spotkanie, przypomniał wczesne nagrania spod znaku Yo La Tengo, z jednej strony, z drugiej udane początki formacji Stereolab. Tym razem w roli głównej usłyszymy wokalistkę i basistkę - Malanie Graf. 

Partie wokalne wykonywane są w języku niemieckim, co dla polskich odbiorców może przynieść wraz sobą dodatkową dawkę surowości. "Zu Spat" ma coś z nastroju pieśni grupy The Velvet Underground, zaśpiewany w duecie, ozdobiony gitarowym przerywnikiem. W przekroju całego wydawnictwa "III" widać całkiem wyraźnie, że gitarzysta lubi przeciągać i rozmywać tony, niż grać akordami. Specyficzny nastrój, proste dźwięki syntezatora oraz jednostajny rytm odsłony zatytułowanej "Du", może skojarzyć się z dokonaniami Joy Divison. Album  "III" stanowi ciekawą propozycję skłaniającą do wspomnień. To trzecie wydawnictwo niemieckiego tria, a nadal nie znaleźli wydawcy. Pytanie, czy w ogóle szukali? Być może to celowy zabieg, albo rzeczywiście żadna wytwórnia nie była zainteresowana promowaniem intrygującego przecież materiału.

(nota 7.5/10)





Pozostaniemy w podobnym nastroju słuchając transowego fragmentu, który znalazłem na niedawno wydanej (17 stycznia) płycie grupy The New Mourning - "Songs Of Confusion", kierowanej przez austryiackiego inżyniera dźwięku i muzyka Thomasa Pronaia.



 
"Slow Fawn Music No.2" to bardzo ciekawa propozycja Sama Cohena, na płycie wydanej wczoraj obok twórcy znajdziemy Olivera Hilla, Makaya McCravena, Cochema, Stuarta Bagie.




Przed tygodniem ukazał się album francuskiego muzyka i producenta Barthelemy Corbeleta, który ukrywa się pod nazwą Barth, krążek nosi tytuł "Like Cavemen Do".





Jason Dungan znalazł bezpieczną przystań w Danii, w mieście Kopenhaga, gdzie pod szyldem Blue Lake opublikował album "Weft".




Przed tygodniem młodzieńcy reprezentujący miasto Leeds i tworzący grupę Lot Of Hands, opublikowali wydawnictwo zatytułowane "Into A Pretty Room".




Wspaniale brzmi najnowszy singiel naszych dobrych  znajomych z grupy The Delines, ich najnowszy album ukaże się za dwa tygodnie, 14 lutego i będzie nosił tytuł "Mr.Lucky & Ms.Doom". Pięknie!




MISS TYGODNIA ( wymiary 102/66/95), czyli "PIOSENKA TYGODNIA"  - to prawdziwa torpeda, która powstawała w Austin, i w Montrealu - wracam do niej bardzo często w ostatnich dniach. Przy okazji zapowiada najnowszą płytę zespołu Mien - "Mien", która ukaże się 18 kwietnia nakładem oficyny Fuzz Club Rec. Grupę tworzą Rish Dhir (zespół Elephant Stone), Alex Maas (The Black Angels), John Mark Lapham (The Earlies) i Robb Kidd (Golden Dawn Arkestra). WOW!!




W "Kąciku improwizowanym" zajrzymy do katalogu oficyny Gondwana Records, która na dzień 28 marca zapowiada premierę albumu naszych znajomych Vega Trails - "Sierra Tracks".




Na wydanej kilka dni temu składance "Spiritual Jazz 17: Esoteric Modal & Progressive Jazz From The Saba & MP5 Labels 1965-76" znalazłem wyborny fragment zarejestrowany w 1970 roku, mam tu na myśli kompozycje "Never Let It End" w wykonaniu The Albert Mangelsdorff Quartet, która pochodzi z płyty o tym samym tytule.





 

sobota, 19 lutego 2022

MODERN STUDIES - "WE ARE THERE" (Fire Records) "Szkockie muśnięcia"

 

    Dokładnie cztery lata temu - ach, jak ten czas leci - recenzowałem na łamach tego bloga płytę "Welcome Strangers", drugi album w dyskografii szkockiego zespołu Modern Studies. Podkreślałem wtedy, że warto zderzyć się z tym, co "inne" - poszerzając w ten sposób swoje horyzonty, wzbogacając paletę odczuć - nawet, gdyby owa "odmienność", nie była na pierwszy rzut oka jaskrawa czy oczywista. Muzyka kwartetu z Glasgow charakteryzuje się również tym, że artyści celowo unikają wyrazistych formuł lub krzykliwych barw. Ich estetyka w dużej mierze funkcjonuje w oparciu o rozbudowaną siatkę wszelkiej maści subtelności, i dobrze zbalansowanych niuansów. Jeśli kwartet nawiązuje do jakiegoś stylu, to robi to delikatnie, z wyczuciem, i jakby mimochodem. Kiedy czerpie z różnych gatunków lub odwołuje się do przeszłości, to nie garściami, tylko odłamkami, drobnymi okruchami, które przy pobieżnym traktowaniu tych kompozycji bardzo łatwo przegapić. "Spędzamy mnóstwo czasu w studiu, wybierając różne rzeczy, badając rozmaite dźwięki. W pewnym sensie może przypominać to malowanie, poniekąd również chemię, mieszanie różnych substancji i odczynników, eksperymentowanie" - oświadczyła wokalistka, autorka tekstów i większości piosenek Emily Scott. A co robili: Rob St. John (gitara, śpiew), Joe Smillie (perkusja), i Pete Harvey (bas, wiolonczela), kiedy akurat nie nagrywali w studio "Pumpkinfield" tego ostatniego, mieszącym się w niewielkiej miejscowości Parthshire? W 2018, a także rok później, sporo koncertowali, wystąpili chociażby w Glastonbury i na Celitic Connections, zaliczyli również festiwal "Fringe", który odbył się w Edynburgu. Rok 2020 przyniósł ich kolejna płytę "The Weight Of The Sun" - gdzie kontynuowali pomysły zapoczątkowane na poprzednim udanym, i tak chwalonym przez prasę branżową, albumie.

Najnowsza, wydana wczoraj, płyta zatytułowana "We Are There" przynosi drobne zmiany. Trudno było oczekiwać czegoś innego, skoro niejako w modus operandi szkockiej grupy wpisane zostało unikanie gwałtownych zwrotów. Dziesięć najświeższych kompozycji można by z grubsza podzielić na dwie części. Pierwsza odsłona przynosi nieco bardziej klasyczne, ale też w pewnym sensie różnorodne, dla Modern Studies granie, czyli indie-fokowe piosenki ("pasterski folk"), korzystające z rozwiązań zaprezentowanych na poprzednich wydawnictwach. Znajdziemy tu rustykalne ballady, z delikatnymi ornamentami skrzypiec, jak w "Comfort Me", nieśmiałe ukłony (nie pokłony), w kierunku melodyki dominującej w latach 70-tych, przewijającej się chociażby w "Sink Into", z ciekawie zrealizowaną perkusją, wyczuwalnym pulsem basu, i tak charakterystyczną, nieco senną wokalizą Emily Scott. Jednym z jaśniejszych punktów tego wydawnictwa jest utwór "Light A Fire", w którym można odnaleźć art-rockowego ducha, przetworzonego przez wrażliwość szkockich artystów. Tym razem w aranżacjach usłyszymy zdecydowanie mniej instrumentów, niż miało to miejsce na wcześniejszych albumach. Jednak wiolonczela, skrzypce, gitara, której mocniejszy głos, jak na warunki Modern Studies, odezwie się w kompozycji "Wild Ocean", lub zwiewne fortepianowe ozdobniki, w zupełności wystarczają, żeby uatrakcyjnić ten zestaw piosenek.

Druga część wydawnictwa "We Are There" zawiera znacznie więcej indie-popowych znaków. Przy tej okazji przypomniały się nagranie Belle And Sebastian. Przebojowy, oczywiście jak na możliwości zespołu,  "Won't Be Long" odmierza żywy rytm, i zgrabne frazy melodii. Podobnie brzmi "Mothlight" oraz "Do You Wanna", który potwierdza, że w tej odsłonie albumu Rob St. John i Emily Scott postawili na dynamikę, i energię. Rozmarzony głos tej ostatniej stanowi przyjemny kontrast w stosunku do jasnych rozbłysków sekcji rytmicznej.  Takie już są muzyczne podpisy szkockiego kwartetu Modern Studies - z pozoru bez fajerwerków, ale po uważnym przyjrzeniu się, pokazują swoją mniej oczywistą oraz intrygującą stronę.

(nota 7/10)

 


W dodatku deserowym, na początku zajrzymy raz jeszcze na recenzowaną przed tygodniem bardzo udaną płytę The Delines - "The Sea Drift". Ponoć dobrego nigdy zbyt wiele, a ja do tych niespiesznych nagrań chętnie wracam. Przed Wami wyborny, poruszający, intymny "All Along The Ride".



Prezentowana całkiem niedawno Allegra Krieger ujawniła kolejny singiel, który promuje jej nadchodzącą płytę "Precious Thing". Wprawdzie premiera albumu zapowiedziana została na 4 marca, ale pojawiły się już pierwsze dobre recenzje.



Znakomite recenzje zbiera także najnowszy album "Life On Earth", grupy Hurray For The Riff Raff. W moje ucho najbardziej wpadła piosenka "Precious Cargo".



Przyznam szczerze, że dawno nic mnie tak nie wymęczyło, jak najnowsza, szeroko komentowana, płyta duetu Beach House - "Once Twice Melody". Dodam na marginesie, że nie od dziś jestem fanem zespołu,  i większość tych  nagrań znałem wcześniej. Jednak słuchane w całości, i po sobie, poza drobnymi wyjątkami, jakoś do mnie nie przemówiły. Pewnie muszę spróbować raz jeszcze.



Przed Wami zespół, który stawia dopiero pierwsze kroki, czyli formacja Into Her Final Sleep, w nagraniu z epki "Persemone".



W kąciku improwizowanym fragment z najnowszej płyty Bugge Wesseltofta. Myślę, że tej postaci akurat nie trzeba specjalnie przybliżać. To znany norweski pianista, kompozytor, człowiek instytucja, założyciel wytwórni Jazzland Recordings, od ćwierć wieku obecny na muzycznej scenie. Ostatnie wydawnictwo zatytułowane "Be Am", promuje przepiękna kompozycja "Roads", gdzie swoje saksofonowe oddechy pozostawił Hakon Kornstad. Nie mogę się od niej oderwać.







sobota, 12 lutego 2022

THE DELINES - "THE SEA DRIFT" (Decor Records) "Impresje z Teksasu"

 

      "E pluribus unum" - trudno było znaleźć bardziej ironiczną dewizę na banknoty tej zbankrutowanej utopii, w której garstka groteskowo bogatych Amerykanów cieszy się bogactwem, przywilejami i luksusami, jakich odmówiono większości. W świetle historii tworzonej przez Noahów Rosewaterów znacznie bardziej pasująca byłaby dewiza: "Zgarniaj więcej, niż ci potrzeba, bo inaczej nie dostaniesz nic" - Kurt Vonnegut - "Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater".

  Pomysł na powstanie album "The Sea Drift" narodził się podczas rozmowy wokalistki Amy Boone oraz pisarza, autora tekstów i muzyka - Willy'ego Vlautina (wcześniej tworzył kompozycje i grał na gitarze w grupie Richmond Fontaine). Po długiej wymianie zdań okazało się, że i ona, i on, mają słabość do twórczości Tony'ego Joe White'a (1943 - 2018). To Amy Boone w pewnym momencie tego pamiętnego dialogu zaproponowała: "A może napisałbyś coś w stylu "Rainy Night In Goergia". W ten sposób powoli zaczęła powstawać koncepcja całego albumu. Na miejsce akcji kolejnych jego odsłon wybrano stan Teksas, a dokładniej mówiąc, wybrzeże Zatoki Meksykańskiej.

Wspomniana powyżej akcja wielu z tych niespiesznych indie-folkowych kompozycji rozgrywa się w samochodzie. Jeśli podróżować po Stanach Zjednoczonych, to tylko za kierownicą, korzystając z długich szerokich dróg, które, łącząc wielkie aglomeracje, wiodą przez pustkowia lub urokliwe miasteczka. Teksas to drugi zarówno pod względem ludności, jak i powierzchni, stan Ameryki Północnej. Na trasie naszej nostalgicznej podróży miniemy wielkie farmy i pola uprawne, z rosnącą tam pszenicą lub kukurydzą. Zajrzymy do niewielkich barów, których rozświetlone neony powitają nas na przedmieściach Dallas, San Antonio, Austin czy El Paso. Ponoć nazwa tego stanu wywodzi się od słowa "Taysha", którym plemiona Koddo określały "przyjaciela". Jednak prawo w tej części USA nie przypomina przyjaciela, jest o wiele surowsze, niż w innych regionach. Zakazuje na przykład: "posiadania sześciu lub więcej wibratorów" (sic!), jednocześnie zezwala na zabicie złodzieja, którego złapaliśmy na gorącym uczynku.



Takich złodziei poznajemy już na samym początku płyty "The Sea Drift", czyli w nastrojowym otwarciu "Little Earl". Oto jeden z nich prowadzi samochód, podczas gdy drugi leży na tylnym siedzeniu i przyciska zakrwawioną ranę. To efekt postrzału i nieudanego napadu na sklep, z którego trzeba było ratować się ucieczką. W ten sposób wita nas Ameryka. Kraj, w którym tworzą się i spełniają marzenia. To tutaj rzeczywistość może stać się filmem, a film niepostrzeżenie przeobrazić się w rzeczywistość, powielaną potem w barwnych opowieściach. Muzyka, którą stworzył Willy Vlautin, wraz z grupą przyjaciół z formacji The Delines, stanowi doskonałe tło dla tego typu niespiesznych narracji. Wokaliza Amy Boone jest prosta, skupia się wokół jej ciepłej przyjemnej dla ucha średnicy, i na sugestywnym podawaniu kolejnych fraz, w dużej mierze refleksyjnych tekstów Vlautina. Aranżacje poszczególnych  kompozycji są wyważone i skromne, ich filmowy charakter został podkreślony przy użyciu sekcji smyczkowej oraz dętej. Leniwe tony klawiszy w "All Along The Ride" pozwalają na pełną ekspozycję głosu amerykańskiej wokalistki. Ta znakomita odsłona płyty, jak kilka innych, opowiada o rozpadzie związku i ucieczce w nieznane. "Surfers In The Twilight" rozpoczynają dźwięki gitary akustycznej oraz wokaliza. Ta ostatnia kreśli obraz kobiety, która idzie ulicą, żeby zobaczyć skutego kajdankami męża, zatrzymanego przez policję. Bohaterkę "This Ain't No Getaway" na początku także dostrzegamy w ruchu, zmierza prosto do mieszkania byłego chłopaka, żeby zabrać stamtąd swoje rzeczy, i tym samym ostatecznie przypieczętować rozstanie. Kolejne muzyczne obrazy albumu "The Sea Drift" mają w sobie coś z momentów zatrzymanych w kadrze, i dobitnie potwierdzają, że za każdym mijanym na ulicy człowiekiem kryje się jakaś historia. Muzycznie Willy Vlautin (gitara), Sean Oldham (perkusja), Freddy Trujillo (bas), Cory Gray (trąbka), Noah Bernstein (saksofon), Patty King (skrzypce), Collin Oldham (wiolonczela), poruszają się po terytorium rozkosznie leniwej americany, nawiązując tu i ówdzie do albumów The Sparklehorse, czy dawnych płyt Kurta Wagnera i jego załogi (Lambchop), co najlepiej słychać chyba w "Drowning By Plain Sight". Instrumentalny "Linette's Lament" - nazwa pochodzi od imienia bohaterki jednej z powieści Vlautina - rozpoczyna trąbka, przypominająca grę Milesa Davisa z albumu "Music From Siesta". Ostatnie akcenty płyty "The Sea Drift" również należą do dźwięków trąbki, w rękach Cory Graya; w moich skojarzeniach przywołały końcowe fragmenty filmu "Chinatown". "The Sea Drift" to nasz najbardziej wizualny zapis. Teksty są jak winiety, a instrumentacje,  w tym dramatyczne partie smyczków czy waltorni, mają wywołać filmowy nastrój" - podsumował Willy Vlautin. Na uwagę zasługuje również nienachalna produkcja Johna Morgana Askew - wiernego przyjaciela i poniekąd członka zespołu, obecnego w studiu od samego początku działalności grupy, czyli od udanego debiutu "Colfax" (2014); pełna wyważonych, mądrych lub też całkowicie świadomych dźwięków, użytych w odpowiednim miejscu i czasie, które w konsekwencji nadały temu wydawnictwu dyskretnej elegancji. Świetna płyta. Gorąco polecam.

(nota 8/10)

 


W 2016 roku recenzowałem na łamach tego bloga płytę "Hidden Light" autorstwa Davida Ahlena. Szwedzki piosenkarz na początek marca zapowiedział wydanie swojej najnowszej epki. Oto singiel, który promuje to wydawnictwo.



Wpadł mi ostatnio w ucho prześliczny utwór "Discontent"-  Paula Kintzinga, który ukrywa się pod nazwą German Error Message.



Zupełnie zapomniałem podzielić się moją ulubioną piosenką z płyty "Sakura Flower", którą recenzowałem jakiś czas temu. Steve Kilbey nie zapomniał, jak zgrabnie łączyć ze sobą poszczególne nuty.



Zapowiedź płyty The Districts - "Great American Painting", która ukaże się 11 marca.



Chyba nie jest tak źle, skoro dożyliśmy czasów, gdzie harfistki wydają swoje płyty, i ktoś potem tych albumów słucha. Przed Wami, nasza dobra znajoma z poprzednich wpisów, Brandee Younger i fragment jej najnowszej epki "Unrest".