Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kate Stables. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kate Stables. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 czerwca 2023

THIS IS THE KIT - "CAREFUL OF YOUR KEEPERS" (Rough Trade) "Złoty pył"

 

     Na zakończenie szczególnie ciekawego w tym roku turnieju, rozgrywanego na kortach im. Rolanda Garrosa, przydałby się jakiś treściwy muzyczny francuski akcent. Oczywiście nie mam zamiaru sztucznie i na siłę prezentować w tym wpisie jakiegoś zespołu tylko dlatego, że artyści sprawnie posługują się językiem Charlesa Baudelaire'a. Podstawowe założenie autora tego bloga jest jedno - recenzowany album musi być dobry, jeśli nie bardzo dobry. Wydaje mi się, że jestem w stanie spełnić powyższe kryterium, czyli upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, bowiem wydany wczoraj album brytyjskiej grupy This Is The Kit jest bardzo przyzwoitym wydawnictwem, a wokalistka tej grupy - Kate Stables - posiada francuskie korzenie. Wprawdzie autorka tekstów oraz kompozycji pochodzi z Bristolu, ale jakiś czas temu przeniosła się do Paryża, gdzie obecnie mieszka, czuje się dobrze i być może śledzi pilnie tenisowe rozgrywki. 




Formacja This Is The Kit to stały bywalec tego bloga - prezentowałem ich dwa poprzednie albumy "Moonshine Freeze" (2017), "Off Off On" (2020), oraz całkiem niedawno płytę basistki tej grupy Rozi Plane. Do muzyki tego zespołu przyciąga mnie przede wszystkim ich brzmienie. Słuchasz pierwszych niespiesznych taktów utworu "Goodbye Bite", który rozpoczyna ostatni wydany w dniu wczorajszym krążek "Careful Of Your Keepers", i jedno wiesz na pewno, że nie jest to nasza krajowa produkcja. Uwagę od razu przykuwa specyficzne miękkie doskonale zbalansowane brzmienie, emanujące z tych dziesięciu udanych kompozycji. Tym razem za produkcję płyty odpowiedzialny był Gruff Rhys, który doskonale wyczuł intencję i sposób myślenia członków grupy. "Jego muzyczne wybory i kreatywne pomysły są jak złoty pył" - podsumowała pracę w studiu wokalistka Kate Stables. Tym razem, jak przyznała to w wywiadzie, podczas prac nad albumem przyświecała jej idea "autrospekcji" - "poznawanie siebie poprzez rozwijanie empatycznych relacji z innymi". Płyta "Careful Of Your Keepers" to również zabawa rozmaitymi muzycznymi akcentami, a przy okazji nienachalna lekcja, jak można to robić. Wszystkie te zebrane w gustowną całość drobiazgi - tony gitary elektrycznej, rozmyte smugi, plamy lub nieco bardziej drapieżne zgrzyty, dźwięki banjo, fortepianu, miękka praca perkusji, punktowe oddechy instrumentów dętych - stanowią barwną i mieniąca się na różne możliwe sposoby mięsistą tkankę tej płyty. 

Świetny i chyba mój ulubiony "Take You To Sleep" rozwija się lekko i łagodnie, zabierając nas w oniryczną krainę, żeby płynnie przejść w równie urokliwą odsłonę "More Change", ozdobioną gustownym chórkiem. Najbardziej bogaty brzmieniowo wydaje się być tytułowy "Careful Of Your Keepers", przywołujący nastrój jazzowego zamyślenia. Te mozaikowe kompozycje stworzone zostały z powtarzających się sekwencji tonów poszczególnych instrumentów. Powtarzają się także kolejne frazy tekstów - czasem, jak w "Take You Sleep" wokalistka krąży swobodnie wokół dziesięciu słów, w "Inside Outside" wykorzystała cytat zasłyszany podczas oglądania bajki "Simpsonowie", inspiracją do napisania utworu "This Is When The Sky Gets Big" był paryski park, ulubione miejsce brytyjskiej wokalistki. W tym przypadku poza treścią, często funkcjonującą w trybie luźnych skojarzeń, rezonujących punktów, ważne jest również brzmienie konkretnych słów, głosek, pojedynczych sylab oraz to, jak one dźwięczą, otoczone indie-popowym puchem, w uszach słuchacza. 

(nota 7.5-8/10)
 




W dodatkach do dania głównego wracam, jak obiecałem przed tygodniem do najnowszego albumu formacji The Saxophones - "In My Defense".




Przeniesiemy się do RPA, do bardzo urokliwego miasta Cape Town, skąd pochodzi muzyk ukrywający się pod szyldem Wren Hinds, oto kolejna odsłona płyty "Don't Die In The Bundu", która ukaże się 21 lipca nakładem oficyny Bella Union. Cudeńko!




Youth Lagoon to pseudonim artysty Trevora Powersa, a jego wydana wczoraj płyta "Heaven Is A Junkyard", to powrót po kilku latach milczenia.




Helena Deland to prezentowana już przeze mnie producentka, muzyk, autorka tekstów pochodząca z Montrealu, która przygotowuje się do wydania nowej płyty, póki co kilka dnia temu ukazał się nowy singiel.




Gdzieś na początku lat osiemdziesiątych w mieście Los Angeles zawiązała się grupa Savage Republic, oto jedno z ich nagrań, które znajdziecie na opublikowanym jakiś czas temu albumie "Meteora".



Dobrze znany Czytelnikom bloga amerykański kolektyw The Budos Band zapowiada lipcową premierę epki "Frontier's Edge".




Cazayoux - to międzynarodowy skład rezydujący w Austin, pod koniec maja opublikował płytę zatytułowaną "Cazayoux", wybrałem dla Was, taką oto kompozycję. 




Na koniec "kącika improwizowanego" zajrzymy na niedawno wydaną płytę amerykańskiego trębacza Jeremy Pelta "The Art Of Intimacy vol.2/His Muse".









sobota, 14 stycznia 2023

ROZI PLAIN - "PRIZE" (Memphis Industries) "Czapki z głów"

 

    Na okładce najnowszej, wydanej w dniu wczorajszym, płyty Rozi Plain zatytułowanej "Prize", nad głową brytyjskiej wokalistki unosi się czapeczka. I jeśli nie jest to bezpośrednia sugestia, żeby w geście szacunku zdjąć czapki z głów przed tym zestawem nagrań, to myślę, że i tak warto nisko się pokłonić wciąż mało znanej wokalistce pochodzacej z miejscowości Winchester. Tych dziesięciu piosenek, trwających razem czterdzieści minut, słucha się naprawdę z dużą przyjemnością. Nawet, jeżeli ktoś nie jest wielkim fanem czy znawcą jej twórczości, z pewnością będzie potrafił docenić dobry smak i charakterystyczne ciepłe miękkie brzmienie, jakie udało się wypracować podczas żmudnych prób oraz sesji w studiu nagraniowym.


O Rozi Plain pojawiła się już wzmianka na łamach tego bloga, kiedy to przywoływałem jej postać, nie jako solowej artystki, tylko basistki macierzystej formacji This Is The Kit, której udaną płytę recenzowałem jakiś czas temu. Z wokalistką tej grupy - Kate Stables - łączą ją wspólne korzenie. Obydwie panie pochodzą ze wspomnianego już dzisiaj miasta Winchester. To właśnie tam, w wieku trzynastu lat, Rozi Plain wzięła do ręki gitarę i wydobyła z mocno naciągniętych strun pierwsze akordy. Rosalind Leyden, bo tak naprawdę się nazywa, przeniosła się później do Bristolu, gdzie była częstym gościem w Toybox Studios - nagrywali tu między innymi PJ Harvey czy John Parish. Jej pierwsze utwory, które zwykle zaczynały się od linii basu lub charakterystycznego rytmu perkusji, miksował jej  brat. W tamtym czasie Rozi była członkiem kolektywu Cleaner Records, nagrywała u boku Rachael Dadd, czy kolejnych naszych znajomych - Francois and The Atlas Mountains, żeby na stałe uzupełniać skład zespołu This Is The Kit. Jej solowy debiut "Inside Over Here" przypadł na rok 2008, album bardzo docenił późniejszy przyjaciel dzisiejszej bohaterki Devendra Banhart, nazywając go: "ulubioną płytą roku". Dziennikarz radiowy i promotor muzyki James Pegrum zaprezentował jej wczesne nagrania szefowi wytwórni Memphis Industries, i tak czwarta w dyskografii płyta "What A Boost" została wydana właśnie w tej oficynie.

Najnowszy album "Prize" ukazał się wczoraj, jako efekt współpracy Rozi Plain z kilkoma znanymi gośćmi. Przede wszystkim wokalnie wsparła artystkę koleżanka z grupy This Is The Kit - Kate Stable. Na saksofonie zagrał, zyskujący ostatnio na popularności, Alabaster DePlume. Za zestawem perkusyjnym zasiadł Jamie Whitby Coles, kolejny kolega z formacji This Is The Kit. Syntezatory obsługiwał Dan Leaves z grupy The Comet Is Coming, na skrzypcach , jak chociażby w urokliwym "Sore" zagrała Emma Smith, a za struny harfy opuszkami palców pociągała Serafina Steer. Wszystkie te instrumenty zostały bardzo zgrabnie wplecione - oczko po oczku - w aranżacyjną tkankę. Od pierwszych taktów "Agreeing For Two" ucho przykuwa puszyste miękkie brzmienie - gitary, rozbłyski syntezatorów, drobne podmuchy saksofonu  w rękach Alabastra DePlume, wszystko to ma swoje miejsce i odpowiedni dla siebie czas. Niektóry fragmenty płyty "Prize", jak chociażby "Complicated", "Help", czy mój ulubiony "Blink", przypomniały mi ostatnie dokonania prezentowanego już nieraz na łamach bloga Nicholasa Krgovicha, bardzo podobny sposób myślenia o aranżacji, nienachalny styl posługiwania się dźwiękiem. Proste melodie i czytelne struktury, na których osadzono głos wokalistki, wypełniają kolejne odsłony tego wydawnictwa rozpiętego gdzieś pomiędzy tonami alt-popu oraz indie-folku. Niektóre fragmenty poszczególnych słów zostały dodatkowe podkreślone przez chórek, wynurzający się z tej pastelowej przestrzeni. Rozi Plain określa swoją muzykę terminem "Pop z Thrift Shopu", choć nie wiem, czy jakieś piosenki z tego akurat albumu w konsekwencji trafią na cele charytatywne. Miejmy nadzieje, że komuś z Was zapiszą się na dłużej na kartach kapryśnej nieraz pamięci.

(nota 7.5/10)

 


Pozostaniemy w Bristolu, bowiem stamtąd pochodzi grupa Money, która niedawno opublikowała epkę zatytułowana "Boiling Wells".



Z Austin w stanie Texas pochodzi duet Daydream Twins, czyli Aidan Brock Babiński i Jordan Elizabeth Terry, którzy jesienią opublikowali debiutancki album "Daydream Twins". Moja ulubiona piosenka? Oto ona. 



 Kolejna, jakże urocza, zapowiedź albumu "Principia" grupy En Attendant Ana, który ukaże się 24 lutego. 



Death And Vanilla, to założone w Malmo szwedzkie trio, które 17 lutego opublikuje najnowszą płytę "Looking Glass".



We francuskiej miejscowości Metz nagrywana była epka "Till Death Dries", projektu Animaux Surround ( pod nazwą ukrywa się Isidore Hibou), z której pochodzi mój ulubiony ostatnio utwór.



Prześliczny jest najnowszy i następny singiel promujący płytę "Before I Saw The Sea", grupy Me And My Friends, która ukaże się 27 stycznia.


Ukazał się kolejny singiel promujący najnowszą płytę grupy Yo La Tengo - "This Stupid World", premiera całego albumu 10 lutego.



W kąciku jazzowym następna harfistka w naszej kolekcji, czyli Alina Bzhezhinska i jej HipHarpCollevtive, fragment ubiegłorocznej płyty "Reflections".



Na koniec zostawię Was w wybornym towarzystwie - Freddie Hubbard (trąbka), Eric Dolphy (saksofon altowy), Oliver Nelson (saksofon tenorowy), George Barrow (saksofon barytonowy), Bill Evans (fortepian), Paul Chambers (bas), Roy Haynes (perkusja), i zdecydowanie najlepszy fragment płyty "The Blues And The Abstract Truth" (1961), do którego wracam nałogowo w ostatnich dniach.






sobota, 24 września 2022

EERIE WANDA - "INTERNAL RADIO" (Joyful Noise Recordings) "Ucho od śledzia... panie Kramer"

 

     O Marku Kramerze wspominałem już na łamach tego bloga co najmniej kilka razy. To postać znana dla słuchaczy nieco bardziej wtajemniczonych w arkana wydawnictw muzycznych. Amerykański basista, muzyk sesyjny, a przede wszystkim aranżer i producent, który za stołem mikserskim i suwakami konsolety spędził kilka dekad. Z tych powszechnie rozpoznawalnych grup - oczywiście w kręgach muzyki alternatywnej - które Kramer wypchnął na szerokie wody, warto w tym miejscu wymienić chociażby formację Low, czy odrobinę dziś zapomniany zespół Galaxie 500. Stephen Michael Bonner, gdyż tak naprawdę się nazywa, kupił nowojorskie studio nagraniowe "Noise New York", wcześniej grał u boku Johna Zorna, a w 1987 roku założył wytwornię płytową Shimmy-Disc. Wspominam o nim dlatego, ponieważ to właśnie on pomógł naszej dzisiejszej bohaterce odnaleźć odpowiednie brzmienie dla jej najnowszej długogrającej płyty zatytułowanej "Internal Radio".



Zdaję sobie sprawę, że nie jest to najlepszy pomysł, żeby przedstawić album holenderskiej artystki, mając w pamięci ostatnie osiągnięcia naszych piłkarzy. Dla fanów narodowej reprezentacji mam taki oto prosty przekaz -"Wy, którzy to oglądacie, porzućcie wszelkie nadzieje". Odnoszę osobliwe wrażenie, że gdybyśmy zorganizowali mistrzostwa świata w piłce nożnej dla grupy wiekowej U-10, to już na tym poziomie rozgrywek byłoby widać spore różnice - kultura gry, wyszkolenie techniczne, tak zwana "inteligencja boiskowa" - pomiędzy naszymi reprezentantami, a przedstawicielami krajów, które od lat osiągają w tej dziedzinie sportu najlepsze wyniki. Potem owe różnice (przepaść) tylko i niestety się pogłębiają. I  nie ma co zbytnio utyskiwać, pomstować, załamywać głos czy ręce. Znacznie lepiej i bezpieczniej dla zdrowia skupić się, dajmy na to, na tenisie - emocje większe, a i o sukcesy ostatnio jakby łatwiej. Dla bardziej wrażliwych postaram się jednak stonować przekaz mówiąc, że Marina Tadic (nie mylić z inną popową wokalistką), to emigrantka (jaka tam ona Holenderka!), z Bośni, która w wieku sześciu lat opuściła swoją pogrożoną w zawierusze wojennej ojczyznę, i wraz z rodzicami znalazła bezpieczne schronienie w krainie tulipanów. Mniej więcej osiem lat później zakupiła pierwszą gitarę i zaczęła tworzyć własne piosenki. Potem przewinęła się przez składy kilku lokalnych i mniej znanych zespołów. Z tych wartych odnotowania grup warto wymienić Kidbug, gdzie obok Mariny grał Bobb Bruno (Best Coast), Thor Harris (Swans) i Adam Harding (Dumb Numbers). Ten ostatni zostawił swój gitarowy odcisk również na płycie "Internal Radio". Nazwa "Eerie Wanda" pochodzi od tytułu filmu, czy też mówiąc dokładniej serialu - "Eerie, Indiana". Przyznam, że nie widziałem ani jednego odcinka, ale sprawdziłem, że serial był emitowany w Polsce od 30 czerwca 2007 roku, i doczekał się nawet polskiego dubbingu. Marina Tadic debiutowała w 2016 roku albumem "Hum", ale to kolejne wydawnictwo "Pet Town" (2018) otrzymało przychylne recenzje w prasie branżowej. Warto do niego sięgnąć, żeby dostrzec różnice w podejściu do materii dźwiękowej, pomiędzy utworami stworzonymi głównie w oparciu o gitarę akustyczną (Marina otrzymała ją podczas podróży pociągiem od wiekowego pana, instrument również miał swoje lata), a tym, co wyszło spod rąk i konsolety Marka Kramera. Nie są to jakieś kolosalne rzucające się w oczy różnice, na podobieństwo tych, które dostrzegamy pomiędzy naszymi piłkarzami, a tymi, którzy reprezentują Holandię czy Belgię. W takich przypadkach gra toczy się o subtelności, drobne detale, istotne, przynajmniej  dla niektórych, szczegóły - syntezatory, elektroniczne dodatki, perkusję, bas, gitarę, chórki itd. 

Ani producent płyty Eerie Wanda - "Internal Radio", ani żaden z muzyków obecnych w studiu, nie wpadł na pomysł, żeby w ramach obowiązującej mody szczelnie opakować lekkie i delikatne piosenki Mariny Tadic. Na szczęście pozostawiono sporo miejsca dla jej głosu, który raz rozbrzmiewa swobodnie, jak w przebojowym "Sail to The Sun", czy "Long Time", żeby nieco dalej, przy okazji "Sister Take my Hand", schować się odrobinę, wycofać nieznacznie, stworzyć intymny krąg, przywołując skojarzenia z dokonaniami Julee Cruise. Ten trop serialu "Twin Peaks" nie jest taki odległy. Gitarzysta Adam Harding obecny w studiu podczas nagrywania "Internal Radio", przyjaźni się z Kimmy Robertson - aktorką, która zagrała rolę policyjnej recepcjonistki - Lucy Moran - w kultowym serialu Davida Lyncha. Na ostatniej płycie Eerie Wanda znajdziemy również nieco bardziej psychodeliczne czy refleksyjne fragmenty, subtelnie nakreślone pogranicze jawy i snu, coś pomiędzy niefrasobliwym domowym lo-fi, a celową studyjną produkcją. W takich utworach jak: "Night Walk" czy "Bon Voyage" słychać wspomnienie dawnych płyt His Name Is Alive. Pomimo, iż większość piosenek Mariny Tadic jest krótkich, a i cała płyta czasem trwania odrobinę tylko wykracza poza ramy 30 minut, udało się przykuć uwagę słuchacza, przynajmniej moją, także za sprawą zróżnicowanego nastroju oraz tempa, choć zgodnie z modus operandi Kramera dominuje "slowcore", również dzięki całkiem zgrabnym linią melodycznym, które w takim gatunki jak avant pop lub dream-pop odgrywają kluczową rolę.

(nota 7/10)


 


W dodatkach do dania głównego wybiegniemy w przyszłość, prosto do 13 stycznia 2023 roku, kiedy to ukaże się album "Prize" - Rozi Plain. Artystka powinna być znana uważnym czytelnikom bloga, z prezentowanej niedawno formacji This Is The Kit. Na solowym albumie wspiera ją koleżanka z grupy - Kate Stables, i kolejny nasz dobry znajomy Alabaster De Plume, który zagrał na saksofonie.



Pod szyldem The Coral Sea ukrywa się muzyk ze słonecznej Kalifornii - Rey Villalobos, który zaprezentuje fragment z płyty "Raincoat". O sile utworu (oraz reprezentacji w piłce nożnej), często decydują drobne detale.



Social Station to duet prosto z miasta Waszyngton, który przypomina o sobie zestawem singli. Oto jeden z nich.



And Also The Trees to weterani muzycznych dróg oraz bezdroży, obecni na scenie od ponad 40 lat. Dwa tygodnie temu opublikowali nowy album "The Bone Carver". Po tytule otwierającej całość kompozycji można wnieść, że panowie wciąż całkiem nieźle pamiętają czasy, kiedy to na mapie Europy można było znaleźć Jugosławię.



Zajrzymy do miasta Dallas, gdzie swoją ostatnią podróż odbył niegdyś prezydent J.F. Kennedy. To również stamtąd pochodzi Kennedy, tyle że Ashlyn, która działa pod nazwą SRSQ. Całkiem niedawno opublikowała płytę "Ever Crashing", (wyprodukował ją Chris Coady, znany ze współpracy z Slowdive czy Beach House), z której wybrałem przedostatni utwór. Uważajcie, refren sam wpada w ucho! Chodzę i nucę, nucę i śpiewam, śpiewam i gwiżdżę... Mam wrażenie, że nawet Henri Bergson zatańczyłby przy tej piosence...



W kąciku improwizowanym, w tym tygodniu, wybór był oczywisty. Wczoraj ukazała się znakomita płyta perkusisty Makaya McCravena - "In These Time". Podczas sesji nagraniowych artystę wsparło mnóstwo zacnych gości, także tych znanych bliżej z wpisów na tym blogu - Brandee Younger (harfa), Joel Ross (wibrafon, marimba), Marquis Hill (trąbka), czy gitarzysta Jeff Parker, którego grę możemy usłyszeć chociażby w tej kompozycji.



A ten mniej oczywisty wybór... poprowadzi nas do albumu "Carnet Imaginaire" - Celano/Badenhorst/Baggiani, z gościnnym udziałem dobrze znanego, prezentowanego na łamach bloga, pianisty Wolfreta Brederode.



 




niedziela, 25 października 2020

THIS IS THE KIT - "OFF OFF ON" (Rough Trade Records) "Brytyjka w Paryżu"

 

     To miłe uczucie, kiedy zespół, na który przed laty postawiliśmy, wciąż się rozwija i nie zawodzi naszych oczekiwań. W miarę dokładnie pamiętam, jak na łamach tego bloga przybliżałem przedostatnie wydawnictwo grupy This Is The Kit zatytułowane "Moonshine". W moim odczuciu i pewnie nie tylko w moim, był to album przełomowy. Oto zmienił się wtedy sposób myślenia o dźwięku, dzięki czemu brzmienie formacji stało się pełniejsze i przez to ciekawsze. Wskazywałem przy tamtej okazji na obecność w studiu nagraniowym Aarona Dessnera (The National) oraz jego cenne uwagi. Przy okazji najnowszej płyty - "Off Off On" - można powiedzieć, że nauka nie poszła w las. A stosując terminologię ekonomiczną czy lotniczą warto dodać, że Kate Stables i jej drużyna wciąż są na ścieżce wznoszącej.


Kilka, z tych jedenastu nagrań wypełniających ostatni krążek, wydany nakładem prestiżowej oficyny Rough Trade Records, można było usłyszeć wcześniej podczas trasy koncertowej promującej album "Moonshine". Wszystkie utwory zostały napisane jeszcze przed pandemią, ale w związku z taką, a nie inną warstwą liryczną, odczytane obecnie, uzyskały nowe znaczenie. "Napisałam je w świecie, w którym nikt nie wiedział o COVID-19, ale nadal był to świat, gdzie przywódcy polityczni oraz elity rządzące, wykorzystywali ludzi, byli skorumpowani i niesprawiedliwi" - powiedziała Kate Stables w jednym z wywiadów. Mając wystarczająco dużo materiału wokalistka zebrała swoją załogę - Rozi Plain (bas, wokal), Neil Smith (gitara), Jesse D.Vernon (gitara, klawisze), Jamie Whitby-Coles (perkusja). Dodatkowo dołączył do nich waltornista i saksofonista Lorenzo Prati. W tym składzie początkowo zniknęli w wiejskim domu przyjaciela, w Brecon Beacons (Walia), żeby przećwiczyć poszczególne partie, a dopiero później trafić do studia nagraniowego Realworld w Wiltshire. Kiedy miksowali album, mniej więcej pół roku temu, zaczęła się tak zwana "pierwsza fala" pandemii. Dlatego artyści byli zmuszeni do przejścia na korespondencyjny tryb pracy, co mocno ją spowolniło. I tym razem warto podkreślić rolę producenta - Josha Kaufmana (rocznik '78, współpracował chociażby z Taylor Swift) - z którym Kate Stables spotkała się i rozmawiała dłużej podczas festiwalu "People", który odbył się czas jakiś temu w Berlinie.

Płytę "Off Off On" bardzo udanie otwiera kompozycja "Found Out", którą nagrano w dwóch wersjach. Pierwsza nieco bardziej akustyczna, z przewodnią rola gitary z nylonowymi strunami oraz druga, z wykorzystaniem instrumentów dętych. I tutaj dochodzimy niejako do sedna sprawy. Bo to właśnie instrumenty dęte odegrały na tym albumie zasadniczą rolę. Jednak pomyli się ktoś, kto będzie przypuszczał, że mam tu na myśli solowe popisy trąbki, saksofonu czy waltorni. Nic z tych rzeczy. Długich wirtuozerskich występów w tych nagraniach próżno szukać. Instrumenty dęte odzywają się tylko przez chwilę, sporadycznie, jako gustowne dodatki lub jako kontrapunkty rytmiczne. Tak czy inaczej, nie ulega wątpliwości, że użyto ich w kluczowych momentach oraz w bardzo przemyślany sposób, co znacznie wzbogaciło tkankę brzmieniową kompozycji. Przyznam, że byłem zaskoczony, że kilka dźwięków trąbki, czy oddechów waltorni, może aż tak zmienić odbiór płyty. Dajmy na to, taki "Coming To Get You Nowhere", gdzie cudne początkowe repetycje saksofonu ustawiają całe nagranie; potem pojawiają się punktowe akcenty pozostałych instrumentów oraz dodatkowe głosy (godna odnotowania jest realizacja wokalu we wszystkich nagraniach ). Wiele z tych utworów funkcjonuje w oparciu o pętle brzmieniowe - powtarzalne frazy gitary, banjo lub wyeksponowanego basu. Znajdziemy na tym krążku również miękkie, nieco bardziej akustyczne, aranżacje, jak w ślicznym "Shinbone Soap", rozpisanym na gitarę, głos i delikatne pocieraną perkusję. Wspomniałem o repetycji, jako podstawowym budulcu kompozycji grupy This Is The Kit, warto tez dodać, że gitarzysta Neil Smith potrafi z kilku zaledwie powtarzalnych fraz nakreślić całkiem zgrabną i zapadającą w pamięć solówkę, jak w "No Such Thing". Utwór "Slide", z nieco większą rolą saksofonu, został dedykowany zmarłemu przyjacielowi. Z kolei najbardziej klasycznie brzmiący "Was Magician", inspirowany był twórczością Ursuli K. Le Guine, szczególnie cyklem: "Kroniki Zachodniego Brzegu". Mocnym impulsem do napisania ostatniej kompozycji "Keep Going" był koncert Billa Callahana. I tak oto, ku mojej wielkiej radości, zespół dowodzony przez urodzoną w Winchester, a mieszkającą w Paryżu, Kate Stables, wykonał kolejny spory krok na przód.


(nota 7.5-8/10)

 


  

   W dodatku do dania głównego dziś "kącik weterana", bo chyba tak można powiedzieć o zespołach czy artystach, którzy funkcjonują na scenie od ponad czterdziestu lat. Powiedziałbym nawet, że będziemy mieli drobny polski akcent, gdyby nie fakt, że Michael "Jakko" Jakszyk z ową "polskością" zmagał się jako młody chłopak. Może nie tyle z "polskością", co raczej ze statusem emigranta, który przypisano mu głównie z powodu przybranego ojca Norberta Jakszyka. Jego prawdziwym ojcem był amerykański lotnik, a matką Irlandka. Spotkał się z nią po wielu latach, ale to historia na inną okazję. Najnowsza płyta Jakszyka - "Secret & Lies" została nagrana w towarzystwie wybornych artystów: Gavin Harrison, Tony Levin, Peter Hammil, Robert Fripp, Mel Colins. Krótko mówiąc, mamy tu muzyków związanych głównie z formacją King Crimson, którzy grę na instrumentach opanowali w stopniu biegłym. To prawdziwi mistrzowie, wirtuozi słyszący szerzej i znacznie lepiej niż przeciętny, nawet i uznany, Kowalski szarpiący struny swojego Gibsona. Możemy się o tym przekonać od pierwszych taktów tej płyty. Moje ucho szczególnie przyciągnęły partie basu - wiadomo, Tony Levin, cóż więcej dodać - które ozdobiły wiele z tych udanych kompozycji. Jednak do pełni mojego szczęścia czegoś zbrakło, i chyba częściej będę wracał do poprzedniego wydawnictwa Jakszyka - "A Scarcity Of Miracles". Album CD zawiera 11 nagrań, a dodatek DVD dodatkowych 14 kompozycji. Dlaczego posłuchamy akurat utworu "Before I Met You"? Powody są co najmniej dwa. Pierwszy to gitarowy autograf Roberta Frippa. Drugi zaś, to inspiracja powieścią mojego ulubionego Juliana Barnesa, tym razem nie genialnym "Poczuciem kresu", tylko mniej znaną książką "Before She Met Me".



W drugiej  części dodatku przeniesiemy się do Australii, tam bowiem, w 1978 roku powstała grupa The Apartments, biorąc nazwę od tytułu filmu Billy'ego Wildera, polski przekład to "Garsoniera". Mimo, iż formacja istnieje z przerwami od czterdziestu lat, nie ma w dorobku zbyt wiele płyt. Lubiłem ich krążek "No Song, No Spell, No Madrigal". Ten ostatni album ukazał się całkiem niedawno i nosi tytuł "In And Out Of The Light". 





W tradycyjnym "kąciku muzyki improwizowanej" najnowsza płyta Kahila El'Zabara - "American The Beautiful". W mojej ulubionej i najlepszej kompozycji "Sketches Of An Afro Blue" na trąbce usłyszymy Corey Wilkesa. 







wtorek, 11 lipca 2017

THIS IS THE KIT - "MOONSHINE FREEZE" (Rough Trade Records) "Przełomowa płyta..."




   Tak to czasem bywa, że zespół, który od kilkunastu lat istnieje na scenie muzycznej, regularnie wydaje płyty, nagle nagrywa album, który znacząco różni się od pozostałych. Album, który można określić terminem "przełomowy". Oczywiście nie oznacza to, że następne dokonania grupy będą już tylko bardzo dobre lub wybitne. Historia muzyki zna zbyt wiele przypadków, kiedy zespół czy artysta po wydaniu wspaniałej płyty później już nie potrafił utrzymać podobnego poziomu. Przyszłość jest w tym punkcie nieubłagana i wyjątkowo konsekwentna, na szczęście wciąż pozostaje nieprzewidywalna.
Taki przełomowy w dorobku artysty album oznacza przede wszystkim, że zaszła zmiana w myśleniu o dźwięku. Przy okazji takiego wydawnictwa możemy snuć przypuszczenia, że twórcy dojrzeli lub zmienili swoje podejście. Nierzadko ważnej w dyskografii płycie towarzyszy zmiana wytwórni - tak, jak to było w przypadku THIS IS THE KIT - oraz pojawianie się nowego producenta, który potrafi coś podpowiedzieć, zasugerować, wskazać lub odkryć całkiem inne brzmienie zespołu. Owo, tak często podkreślane na łamach tego bloga, charakterystyczne brzmienie, to coś, do czego niekiedy dochodzi się z upływem lat, w trakcie rozwoju artystycznego. Niektórzy godni zapamiętania twórcy otrzymują ten szczególny dar od matki natury lub w spadku po niemniej utalentowanych przodkach, i od pierwszych utworów przykuwają uwagę czymś wyjątkowym. Przystawiają do swoich dzieł własny stempel jakości.

Nie wiem, czy formacja THIS IS THE KIT nagrała album przełomowy, to będziemy mogli ocenić dopiero z perspektywy czasu. Wiem za to, że "MOONSHINE FREEZE" jest bardzo dobrą płytą, w mojej ocenie dużo lepszą niż pozostałe. Z przyjemnością wysłuchałem najnowszych nagrań wokalistki Kate Stables oraz jej załogi. Do wydania tego krążka zespół w moim odczuciu nie wyróżniał się niczym szczególnym, spośród wielu grup, radzących sobie lepiej lub gorzej na scenie indie-folk. Dobry smak - to kolejne określenie, który pojawiło się przy okazji obcowania z tym albumem. Poszczególne kompozycje są zaiste smaczne lub smakowite, a dania, które serwuje w kolejnych odsłonach ostatniego krążka angielski zespół, mniej lub bardziej wykwintne. Nie trzeba być wielkim znawcą tego gatunku, żeby docenić starania i wkład pracy, którą włożono w stworzenie charakterystycznej aury. A wszystko po to, żeby zaintrygować słuchacza i przyciągnąć jego uwagę na dłużej, niż tradycyjne w wielu przypadkach pięć, dziesięć, czy piętnaście minut.
W poszczególnych kompozycjach na drugim czy na trzecim planie dzieje się coś, co zdecydowanie je ubogaca. W odpowiednich chwilach rozbrzmiewają, dodając tym samym kolejnych barw, skrzypce, altówka, flet, saksofon, trąbka oraz banjo. Jednak nie ma na płycie "MOONSHINE FREEZE" przerostu formy nad treścią, czy tak często spotykanego "przeprodukowania". Wszelkie środki stylistyczne zostały użyte z rozmysłem i w odpowiednim proporcjach. Zdaje się, że wyjątkowo dobry duch czuwał nad muzykami w trakcie sesji w studio nagraniowym. (Może to obecność Johna Parisha albo Aarona Dessnera z The National, który uczestniczył w pracach nad sześcioma z jedenastu  utworów).
Krążek otwiera kompozycja "Bullet Proof", która urzeka śliczną linią melodyczną, aranżacją oraz wykonaniem. To właśnie do takich piosenek potem wraca się i wraca. To właśnie takie pełne magicznego uroku melodie potrafią chodzić za nami dzień po dniu. Gitara i solo saksofon, echa dokonań Vashti Bunyan i Howarda Gelba - oto skojarzenia z utworem "Hotter Colder". Moja ulubiona piosenka ukrywa się pod indeksem 3. To tytułowy "Moonshine Freeze" - sugestywne połączenie melodyki spod znaku Stereolab, z rytmiką, którą można odnaleźć na płytach Sama Prekopa lub Can. Kate Stables śpiewa prosto, nie stosuje ozdobników, a w tej piosence, w wersji płytowej jej głos jest bardzo blisko słuchacza, jakby znacznie bliżej mikrofonu, niż na teledysku. W "Solid Grease" pianista pod koniec pozwolił sobie na swobodną improwizację. I myślę sobie, że jest to bardzo dobry kierunek dla dalszego rozwoju tej sympatycznej grupy.
(nota 7-8/10)


Poniżej zamieszczam mój ulubiony i tytułowy utwór z płyty "MOONSHINE FREEZE" oraz udany cover piosenki Francoise and the Atlas Mountains - "Les Plus Beaux" - który znalazł się na epce "Rusty and Got Dusty" wydanej w ubiegłym roku.