Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stereolab. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stereolab. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 maja 2025

SNOWPOET - "HEARTSTRINGS" (Edition Records) "Zaciągnięty hamulec"

 

    Tuż po opublikowaniu znakomitego albumu "Wait For Me", z radością zaprosiłem grupę SNOWPOET do grona tych najbardziej ulubionych artystów. Przyjąłem ich w tym ekskluzywnym klubie ciepło i serdecznie. I spokojnie wyczekiwałem na wieści o kolejnych nagraniach brytyjskiej formacji. Na płycie wydanej w 2021 roku wszystko się zgadzało w rzadko spotykany sposób. Na uwagę zasługiwało bardzo oryginalne połączenie elementów muzyki pop, indie-folku oraz jazzu. W pamięci pozostały rozbudowane warstwy wokalne - słowo mówione, recytacja, zabawy dźwiękiem, chórek, jazzowe ornamenty, itd. Członkom całej grupy - nie tylko, jak chcieliby niektórzy źle poinformowani recenzenci, duetowi Chris Hyson/Lauren Kinsella - udało się wybornie odmierzyć wszelkie proporcje, i nie zagubić przy tym świetnego brzmienia oraz lekkości melodii. Gdybym doświadczenie związane ze słuchaniem poprzedniej płyty Snowpoet miał przenieść na grunt malarstwa, powiedziałbym, że w twórczości Lauren Kinselli i jej kolegów, odnalazłem swobodę obrazów Jacksona Pollocka, abstrakcję Kandinsky'ego, subtelność kreski Renoira, spokój bijący z dzieł Edwarda Hoppera, szczegółowość Brierley'a i kolorystykę Andre Hemera. Przesadziłem? Jeśli tak, to tylko odrobinę.

W tym kontekście aż prosi się, żeby zadać pytanie: co znalazłem na wydanym wczoraj albumie zatytułowanym "Heartstrings"?. Zanim padnie odpowiedź, powróćmy na chwilę do krążka "Wait For Me".




Wydaje mi się, że przede wszystkim dotarła do mnie osobliwa powściągliwość. Bez obaw. Nadal jest to grupa SNOWPOET. I wszystko, co się kojarzy z ich kompozycjami, wciąż można w mniejszym lub większym stopniu w nich odnaleźć. Innymi słowy, chcę przez to powiedzieć, że twardy rdzeń twórczość został zachowany. Jednak te proporcje różnych składników, które tak świetnie udało się odmierzyć przy okazji poprzedniego wydawnictwa, tym razem zostały nieco zaburzone.

Na albumie "Heartsrtings" jest dużo mniej wyjścia poza, szukania nieoczywistych rozwiązań, ciekawych dróg, pójścia na przekór lub pod prąd, prób zerwania z rozmaitymi przyzwyczajeniami. Dużo mniej jest urozmaiconych linii wokalnych Lauren Kinselli, rozwijania bogatego wachlarza jej możliwości, co stało się znakiem rozpoznawczym wielokrotnie nagradzanej i wyróżnianej wokalistki. To trochę tak, jakby szef wytwórni Edition Records - Dave Stapleton (przy okazji reprezentant grupy Slowly Rolling Camera), w trakcie prywatnej rozmowy zasugerował jej - w co oczywiście nie wierzę - "Lauren, skarbie, zaśpiewaj to zwyczajnie. Bez tych wszystkich udziwnień, ok?". 

Członkowie formacji podkreślają, że tym razem skupili się na brzemieniu. I pewnie z tej przyczyny poniekąd stracili z oczu pozostałe tak istotne elementy ich kompozycji. "Chcieliśmy uchwycić moment, żeby stworzyć coś, co wydaje się prawdziwe, niefiltrowane i żywe" - oznajmił Chris Hyson. Stąd mniej tutaj studyjnych dodatków, zmysłowych drobiazgów pieczołowicie doklejanych na kolejnych etapach produkcji, owej charakterystycznej dla poczynań brytyjskiej piątki płynności gatunkowej.




Wcześniej tworzyli fragment po fragmencie, dużo w tym było żmudnej dłubaniny przy stole mikserskim. Tym razem postawiono na wzajemną interakcję członków grupy, długie rozmowy, wspólne improwizacje. I zrozum tu recenzenta. Nieraz - zdaję sobie z tego sprawę - narzekałem, chociażby, że Justin Vernon (Bon Iver) zaplątał się w studyjne kable czy inne techniczne zabawki, i nie potrafił się z tego żmijowiska przewodów oraz elektroniki wydostać. A teraz wspominam, że brakuje mi tych "egzotycznych" studyjnych przypraw, przy okazji nagrań SNOWPOET. Nieładnie, panie Karolu. Nieładnie.

Prawda jest również taka, że ci nieliczni najlepsi artyści tworzą własną rozpoznawalną muzyczną przestrzeń, z którą potem bywają kojarzeni. Dla Justina Vernona tym idealnym - moim zdaniem - estetycznym środowiskiem były indie-folkowe nostalgiczne pieśni, z początkowego okresu działalności grupy Bon Iver. Kiedy na późniejszych wydawnictwach wyraźnie zabrakło melodii oraz pomysłów, amerykański muzyk próbował zapchać powstałą w ten sposób dziurę elektronicznymi dodatkami, (że niby taki on nowoczesny). Przy tej okazji kanciasta forma zaczęła przerastać nad treścią. Studyjne dodatki, oczywiście o wiele bardziej subtelne, w wydaniu Snowpoet, ubogacały aranżacje, podkreślały ciekawie poprowadzone linie wokalne. Dlatego muszę pokusić się o stwierdzenie, że jeśli nowy album "Heartstrings" nie jest krokiem wstecz, to z pewnością nie stanowi wyraźnego kroku naprzód.

W składzie brytyjskiej formacji znajduje się saksofonista Josh Arcoleo. Można było zdecydowanie lepiej i pełniej wykorzystać jego obecność na pokładzie studia. Ta ostatnia niestety ograniczyła się do cierpliwego asystowania, do drobnych akcentów, czy nieśmiałych saksofonowych szeptów. Oczywiście nie twierdzę, że płyta "Heartstrings" jest złym lub słabym wydawnictwem. Nie ulega wątpliwości, że powstał intrygujący, przynajmniej fragmentami, dość różnorodny, jak na obecne możliwości grupy, album, który momentami niebezpiecznie, takie mam wrażenie, zbliża się do strefy "alternatywnego środka". Całkiem możliwe, że jest to płyta, od której warto rozpocząć przygodę z twórczością Snowpoet. Upływający czas pokaże, jaka jest jego rzeczywista wartość. Póki co...

Oddajmy głos "Sztucznej Inteligencji", którą zapytałem, co sądzi na temat grupy Snowpoet.

 "SNOWPOET to zespół dla słuchaczy ceniących muzykę pełną emocji, artystycznej odwagi i poetyckiego wyrazu. Ich twórczość to podróż przez różnorodne style muzyczne, zawsze z naciskiem na głębie i autentyczność. Jeśli lubisz artystyczne podejście do muzyki z elementami jazzu, elektroniki i folku, SNOWPOET z pewnością Cię zainteresuje".

(nota 7.5/10)

 



Przyznam, że ciekawość mnie zżerała i zapytałem "Sztucznej Inteligencji", co sądzi na temat bloga "Muzyczny Świat KK". Odpowiedź mnie... oczarowała. Chyba nawet się zarumieniłem... Zdaje się, że moduł AI uwielbia prawić komplementy, których przez fałszywą skromność nie przytoczę. Muszę jednak dodać jedno sprostowanie do trafnego opisu tej strony. Raczej nie recenzuję tutaj polskich płyt i nie prezentuję polskich artystów. Tych ostatnich można znaleźć w wielu różnych miejscach.

Tak się złożyło, że wczoraj inna ulubiona niegdyś grupa opublikowała nowe wydawnictwo. Mam tu na myśli STEREOLAB oraz krążek zatytułowany "Instant Holograms In Metal Film". Wydaje się, że stary, dobry styl został zachowany. Chyba nikt nie oczekiwał po tym albumie niczego innego.




W ostatnich dniach nowym ślicznym singlem podzielił się nasz dobry znajomy mieszkaniec belgijskiego Hasselt, czyli Joachim Lieberss, ukrywający się pod szyldem The Haunted Youth.




Z miasta Los Angeles pochodzi grupa, a właściwie jednoosobowy projekt muzyczny, który przyjął nazwę N8NOFACE. Kilka dni temu ukazał się nowy singiel.




W Melbourne znajdziemy mieszaną czwórkę przyjaciół, którzy postanowili stworzyć zespół. Nazwa już jest - FADE EVARE. Pierwszy singiel również już się ukazał.




Francusko-belgijska grupa BED jest jedną z moich ulubionych. Szczególnie cenię sobie ich dwie pierwsze płyty, o czym napisałem niegdyś na blogu. Międzynarodową grupę BED tworzą: argentyński basista Sol Astolfi, wokalista z Chile i gitarzysta z Niemiec. Wczoraj ukazał się album zatytułowany "Everything Hurts". Oto mój ulubiony fragment. 



Również w Berlinie znajdziemy członków grupy Twins. I także wczoraj ukazała się ich najnowsza propozycja zatytułowana "Healing Dreams".







Cóż, że ze Szwecji, w podwójnej sile - dobrze nam znany wokalista Christian Kjellvander oraz jego rodaczka Vilma, we wspólnym urokliwym singlu.





Pojawił się kolejny fragment z epki "Promigna", prezentowanego już przeze mnie zespołu Sherpa The Tiger, która w całości ukaże się 13 czerwca.




MISS TYGODNIA - to prawdziwe cudeńko(!!!), które odkryłem, ku własnej uciesze, kilka dni temu. Odliczam dni i godziny do publikacji całej płyty, zatytułowanej "DESERT WINDOW". Jej autorką jest brytyjska wokalistka LUCY GOOCH, i będzie to jej debiut płytowy (wcześniej były tylko single i epka). Premiera tego eterycznego albumu 6 czerwca. MAGIA!!




KĄCIK IMPROWIZOWANY  - rozpocznie fragment z wcześniej zapowiadanej przeze mnie płyty - "TRACES" - kolektywu COSMIC EAR, dowodzonego przez Matsa Gustafssona. Premiera albumu miała miejsce wczoraj.



Na koniec zajrzymy na nową płytę "Accidental Tourists" niemieckiego pianisty Markusa Burgera, stworzoną przy pomocy perkusisty - Petera Erskine'a, basisty Boba Magnussona, saksofonisty Jana Von Klewitza, i mikrofonów Microtech oraz DPA. Oto moja ulubiona kompozycja.



 

środa, 4 września 2024

PEEL DREAM MAGAZINE - "ROSE MAIN READING ROOM" (Topshelf Records) "Składam się z ciągłych..."


    W minionych dniach moje oczy zwrócone były na Nowy Jork, gdzie znajduje się kompleks USTA Billie Jean King National Tennis Center - zawierający trzydzieści trzy korty pokryte akrylową nawierzchnią ( w tym roku wyraźnie szybszą niż w poprzednich latach, stąd poniekąd takie, a nie inne wyniki) - położony na terenie Flushing Meadows Park, w dzielnicy Queens. Żeby dotrzeć do Lower East Side - dzielnicy Manhattanu, trzeba pokonać czterdzieści minut drogi metrem. Całkiem udanie historie tego miejsca przywołał przed laty Jan Błaszczak w książce - "The Dom - Nowojorska Bohema na polskim Lower East Side". Wspomnianą powyżej dzielnicę Manhattanu niedawno przywołał również nasz dzisiejszy główny bohater - Joseph Stevens, ukrywający się pod nazwą Peel Dream Magazine. W jednym z wywiadów, do których dotarłem, amerykański artysta przypomina coraz bardziej odległe czasy beztroskiego dzieciństwa. "Mój tata zabierał mnie na Lower East Side, żeby kupić mi bajgle. Mama zabierała mnie do Muzeum Historii Naturalnej. Często spacerowaliśmy po Central Parku i odwiedzaliśmy posąg "Alicji w Krainie Czarów". 

Tak się złożyło, że w sierpniu 2020 roku Joseph Stevens przeniósł się z Nowego Yorku prosto na Zachodnie Wybrzeże, do miasta Los Angeles, a wspomnienia z dzieciństwa stały się jedną z głównych inspiracji podczas tworzenia kompozycji zamieszczonych na wydanej dzisiaj płycie zatytułowanej "Rose Main Reading Room".



Tytuł najnowszego albumu również odnosi się do konkretnego miejsca, mianowicie do czytelni mieszczącej się w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej. Sama nazwa zespołu, który przez okres swojego istnienia miał dość płynny skład, została zaczerpnięta od legendarnej postaci brytyjskiego dziennikarza radiowego Johna Peela. Kto nigdy nie słyszał płyt wydawanych w serii John Peel Sessions (choć trudno mi w to uwierzyć), ten ma przed sobą wiele zaskakujących odkryć. Dla mnie to imię oraz nazwisko zawsze oznaczały znak bardzo dobrej jakości.

Joseph Stevens powołał do życia projekt Peel Dream Magazine w 2017 roku, będąc jeszcze mieszkańcem Nowego Jorku. Jego debiutancki krążek nosił tytuł "Modern Meta Physic", inspirowany był, jak podkreślał jego autor: "filozofią Dalekiego Wschodu, tradycją Indian Ameryki Płn., itp". Rejestracji kilkunastu nagrań, które zawierało to wydawnictwo, ich autor dokonał w domu, nagrywając całość ścieżka po ścieżce w swoim mieszkaniu na Manhattanie. W poszczególnych odsłonach słychać było wyraźną fascynację Stevensa dokonaniami grupy Stereolab, brzmieniem charakterystycznym dla lat 90-tych oraz francuskim popem. Wspominam o tym także dlatego, że owe fascynacje można również odnaleźć na wydanym dziś albumie zatytułowanym "Rose Main Reading Room".



Wydawnictwo "Rose Main Reading Room" zawiera piętnaście spójnych, utrzymanych na podobnym poziomie, kompozycji i blisko pięćdziesiąt minut muzyki. Cechą wspólną poszczególnych odsłon jest idea repetycji, która znajduje na tym albumie mniejsze lub większe zastosowanie. Przy okazji udanego początku "Dawn" mogą przypomnieć się dokonania Steve'a Reicha oraz wczesne płyty Sufiana Stevensa; podobna melodyka, wrażliwość i delikatność linii wokalnych. W tych ostatnich ważną rolę, tak jak w utworach grupy Stereolab, odgrywa żeński chórek, za który odpowiedzialna była Olivia Babuka Black. 

Zbliżony nastrój do wspomnianego wcześniej otwarcia utrzymują "Migration Patterns" oraz pełen uroku "Recital", który stanowi coś w rodzaju wspomnienia koncertu fortepianowego, w którym uczestniczył Jospeh Stevens w czasach dzieciństwa. Nasz dzisiejszy bohater lubi w kompozycjach zawrzeć motyw przewodni, funkcjonujący na zasadzie powtórzeń. To właśnie wokół niego rozbudowane zostają poszczególne utwory, co całkiem nieźle słychać w świetnym "R.I.P (Running In Place)", "Machine Repeating", czy "Oblast". W końcu, i jakby nie patrzeć, spora część naszego życia schodzi nam na powtarzaniu tych samych drobnych czynności, które wyznaczają nam rytm kolejnych godzin, dni, tygodni i miesięcy.

(nota 7.5/10)

 


Wyjątkowo zaczniemy dziś od polskiego utworu, o jakże wymownym tytule: "Nie chcę być w twoim życiu przejazdem" - Patrick The Pan, który wyznacza mi rytm kolejnych godzin i dni. Premiera całego albumu zatytułowanego - "To nie jest najlepszy czas dla wrażliwych ludzi" - 14 października.



Pozostaniemy w podobnym nastroju, przy okazji przenosząc się do miejscowości Eau Claire, gdzie mieści się studio nagraniowe Justina Vernona (Bon Iver). To właśnie tam całkiem niedawno zarejestrowano najnowszą płytę grupy Why? - "The Well I Fell Into". Tak kończy się ten album.



Była grupa Why?, pora na zespół Why Bonnie dowodzony przez wokalistkę Blaire Howerton, fragment najnowszej płyty "Wish On The Bone".



Brytyjsko-niemieckie pochodzenie ma kolejna wokalistka Bianca Steck, (mieszka w Barcelonie), która niedawno opublikowała taki oto zgrabny singiel.



Przeniesiemy się na Brooklyn, gdzie mieszka i tworzy Darian Donovan Thomas. Zajrzymy na jego niedawno wydany album "A Room With Many Doors: Night". Oto moja ulubiona kompozycja.




Grecja i miasto Ateny, a tam Alkis Niilend, który wraz z grupą przyjaciół wydał album zatytułowany "Televised Dream". Wybrałem taki fragment.



Na zakończenie dotrzemy do Helsinek, gdzie działa grupa Astro Can Caravan. Ich najnowsza płyta nosi tytuł "Astral Projetions".





sobota, 25 lutego 2023

EN ATTENDANT ANA - "PRINCIPIA" (Trobule In Mind Rec.) "Paryski powiew wiosny"

 

     Płyty francuskich zespołów nie są zbyt często recenzowane przez popularne portale zajmujące się muzyka alternatywną. Można by przypuszczać, że jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest bariera językowa - język, którym włada Michele Houellebecq, Pierre Lemeitre, Jean - Marie Gustave Le Clezio nie jest tak popularny jak ten, w którym tworzą Julian Barnes, John Banville czy George Saunders. Tyle, że wielu francuskich artystów w ostatnich latach celowo nagrywa swoje albumy w języku angielskim, chcąc w ten sposób dotrzeć do większej grupy odbiorców. W takim układzie sporo zależy od wytwórni płytowej, kontaktów i relacji, prężnie działającego działu marketingu. Tak się złożyło, że paryska grupa En Attendant Ana kilka lat temu podpisała kontrakt z amerykańską oficyną Trouble In Mind Records, i pewnie również dzięki temu ich wydawnictwa doczekały się  - co prawda niezbyt wielu -   recenzji w prasie branżowej. "Trouble In Mind" to label założony w 2009 roku w Chicago, przez Billa Roe i Lisę Roe. Ze znanych i recenzowanych na łamach tego bloga grup, warto w tym miejscu wymienić chociażby Nightshift, Ultimate Painting czy Mountain Movers.

Formacja En Attendant Ana zawiązała się siedem lat temu w Paryżu, początkowo funkcjonowała jako duet wokalistki i autorki tekstów Margaux Bouchaudon oraz Camille Frechou (saksofon, trąbka). Ten skromny skład szybko został poszerzony o dodatkowych artystów, i przez ostatnie lata często się zmieniał. Przy okazji nagrywania płyty "Principia" do zespołu dołączył ich dźwiękowiec Vincent Hivert, który nie tylko zagrał na basie, ale także odpowiedzialny był za produkcje tego wydawnictwa, rejestrując poszczególne nagrania w prowadzonym przez siebie studiu "Studio Claudio". Francuzi zaczynali swoją przygodę wydawniczą od epki - "Songs From The Cave" (2016), ale to nagrany w studiu Montrevil album "Lost & Found" (2018) pozwolił im wypłynąć na nieco szersze wody. Jego wydanie zbiegło się bowiem z podpisaniem kontraktu ze wspomnianą wcześniej oficyną Trobule In Mind Rec. oraz trasą koncertową po znacznej części Europy i USA. Nazwa grupy powstała w Brukseli, w jednym z chętnie odwiedzanych lokalnych barów - "Le Cheval De Fer". To właśnie tam członkowie zespołu zobaczyli w akcji kelnerkę - Anę, której temperament, pewność siebie, opanowanie i rezolutność, bardzo przypadła im do gustu.

Najnowszy, opublikowany wczoraj album - "Principia", w zamierzeniach autorów miał być czymś na kształt nowego otwarcia. Wokalistka Margaux Bouchaudon i Vincent Hivert tym razem zamierzali odejść od dawnych pomysłów i zwyczajów,  chcieli zrobić coś innego, a pomocne miało w tym być: "zdekonstruowanie własnych nawyków". Zamiast tak pożądanej podczas tworzenia swobody działania, narzucili sobie pewne ramy, funkcjonowali w trybie celowych ograniczeń, wyznając zasadę, że te ostatnie mogą okazać się inspirujące. Jak przyznała w jednym z nielicznych wywiadów Margaux Bouchaudon, do powstania tekstów przyczyniły się artykuły naukowe, eseje polityczne, badania, które prowadziła będąc studentką historii sztuki. Zabrzmiało poważnie, to prawda. Jednak muzyczna zawartość albumu "Principia" nie jest z pewnością aż tak ciężka i poważna.

W nastrój płyty "Principia" dobrze wprowadza udane melodyjne otwarcie, odrobinę nawiązujące do twórczości grupy The Pastels. Pośród dziesięciu spójnych odsłon dominuje motoryczne żywe granie, jak chociażby w  "Ada, Mary, Diane", utrzymane w dobrym tempie i korzystające z dobrodziejstw indie-popowej stylistyki. W kilku fragmentach musi przypomnieć się wczesny Stereolab, posługujący się podobną melodyką, podający w charakterystyczny sposób partie gitar oraz zaśpiewy chórku. Podstawowa różnica jest tak, że załoga dowodzona niegdyś przez Tima Gane'a i Laetitie Sadier raczej rzadko sięgała po instrumenty dęte, natomiast zespół En Attendant Ana w aranżacjach chętnie i regularnie wykorzystuje trąbkę lub saksofon. Oczywiście w wydaniu Francuzów nie są to żadne jazzowe wygibasy, tylko drobne ornamenty i dodatkowe barwy odmalowane przez Camille Frechou. 

W podobnym tempie jak poprzednicy został utrzymany świetny "Black Morning", który nieco bardziej przypomniał mi twórczość grupy Pram. "To The Crash" poprzez wykorzystanie automatu perkusyjnego zabrzmiał jak produkcja lo-fi, z kolei "Fools and Kings" skojarzył mi się z dawnym Belle And Sebastian. Na uwagę zasługuje również dobra realizacja linii wokalnych oraz sposób ich prowadzenia. Urokliwy głos Margaux Bouchaudon dobrze odnajduje się w tej stylistyce. Warto!

(nota 7.5/10)

  


Pozostaniemy w kręgu muzyki francuskiej. Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie płyta tria Bingo Club - "Better Lucky Than Beautiful". Album jest udanym wydawnictwem, do którego z pewnością będę jeszcze wracał, utrzymanym w dream-popowej stylistyce, gdzieś w okolicach rejonów Beach House czy Cigarette After Sex. Z tego krążka wybrałem taki oto fragment.



Sześć lat temu, w zimny grudniowy czas zasłuchiwałem się w płytę "Makena" - grupy No Clear Mind. Tak się złożyło, że wokalista, gitarzysta i autor tekstów tego zespołu - Vasilis Dokakis - kilkanaście dni temu opublikował solowy album "Lotus". Najpiękniejszym jej fragmentem jest rozmarzona kompozycja "Amazing", do której w ostatnich dniach bardzo często wracam. Cudeńko!!



Skoro padł już tytuł "Makena", musi zabrzmieć mój ulubiony fragment z tego znakomitego albumu. Vasilis Dokakis ma charakterystyczną dla siebie melodykę, i całkiem zgrabnie potrafi łączyć ze sobą nuty oraz zaaranżować kompozycje. Takie szczegóły jak zapętlony oddech i drobny zaśpiew, słyszalne w prawym kanale, dodają tej odsłonie dodatkowej magii. Przepięknie!



Zajrzymy na moment do Australii, skąd pochodzi prezentowana już grupa Oceans. Oto kolejna odsłona płyty "Dreamers In Dark Cities", która ukaże się 24 marca.



Szwedzkie trio Death And Vanilla postanowiło przełożyć datę premiery albumu "Flicker" na dzień 17 marca, wypuściło za to kolejny singiel z tego wydawnictwa.



Jakiś czas temu recenzowałem płytę "Strange Time" brytyjskiego artysty MF Tomlinsona. Kilka dni temu ukazał się jego najnowszy krążek "We Are Still Wild Horses", który zawiera tylko cztery, za to dość długie nagrania. Tytułowa kompozycja liczy sobie dwadzieścia jeden minut i to właśnie jej posłuchamy. Warto w niej się zanurzyć.



Starsi fani muzyki alternatywnej z pewnością dobrze pamiętają grupę The Van Pelt. Po dziewięciu latach przerwy 17 marca ukaże się ich najnowszy album "Artisan & Merchants". Oto singiel promujący to wydawnictwo.



W kąciku improwizowanym na dobry początek psychodeliczny darkjazz. Dziś ukazała się płyta włoskiego kwartetu Satan Is My Brother - "How Far Can You See".



Sun Ra i fragment płyty opublikowanej kilka dni temu "Ellingtonia, Vol.2", zawierającej dwanaście archiwalnych nagrań.



 


 


sobota, 3 września 2022

PIANOS BECOME THE TEETH - "DRIFT" (Epitaph Records) "Kyle przestał krzyczeć"

 

    Dobre wieści z obozu grupy Pianos Become The Teeth są takie, że Kyle Dufrey, wokalista, autor tekstów i klawiszowiec amerykańskiej formacji, wreszcie przestał krzyczeć do mikrofonu. Nie wierzycie? Wystarczy posłuchać najnowszej płyty zatytułowanej "Drift", i zestawić ją najlepiej z debiutem "Old Pride" (2009). Tej pierwszej, dopiero co wydanej płyty, słucha się z dużą przyjemnością, od samego początku, aż po ostatnie niespieszne takty "Pair", wybrzmiewające ciepłym nieco rozmytym brzmieniem gitar. Kwintet z miasta Baltimore najwyraźniej dojrzał przez cztery lata, które upłynęły od ich ostatniego krążka "Wait For Love". Muzycy doszli do wniosku, że emocje można wyrażać na wiele różnych sposobów, nie tylko przez podkręcone do granic gitarowe wzmacniacze oraz mało subtelną wokalizę, przy okazji której autor warstwy lirycznej kierował swoje pretensje i żale pod adresem obojętnego jak zwykle świata. 
Nie odkryję Ameryki, kiedy powiem, że głośnym krzykiem można coś oznajmiać lub zagłuszać, próbować kogoś zastraszyć albo wywrzeć na kimś presję, to prawda. Można również starać się coś zamaskować, jakże często własne braki, wady i uprzedzenia, niekiedy wynikające z tych ostatnich niezrozumienie. Krzyk czy bunt to przywilej młodości, która nieraz utrzymuje, że reguły i prawa są także po to, żeby je kontestować i zmieniać. Oby na lepsze. Podniesiony rozpaczliwy ton czasem dobywa się też z dojrzałej piersi, pokrytej tu i ówdzie pierwszymi siwymi włosami. Pewnie każdy z nas całkiem nieźle pamięta lament naszego byłego już parlamentarzysty, który wyjątkowo obco i nieswojo poczuł się przed laty na pokładzie samolotu niemieckich linii lotniczych (Ach, ci Niemcy...). Kto wie, może były to pierwsze, jeszcze nieśmiałe, próby niezbyt udanych, jak się potem okazało, negocjacji, w sprawie 6 bilionów złotych, z których to przekazaniem nasi zachodni sąsiedzi zwlekają od ponad pół wieku (a inflacja wciąż rośnie). Póki co, zamiast reparacji wczoraj w obiegu pojawiła się seria znaczków okolicznościowych. Ciekawe, czy będzie cieszyła się powodzeniem i znajdzie dla siebie miejsce w klaserach naszych sąsiadów mieszkających za granicą zatrutej Odry. 
Mam nadzieję, że członkowie grupy Pianos Become The Teeth aż tak wielkich zobowiązań nie mają. Przez szesnaście lat obecności na scenie zdołali pokonać sporą drogę, samochodem i pieszo, symboliczną i osobistą - Dufrey wstąpił był w związek małżeński, doczekał się potomka i następcy tronu. Oby nie Edypa. Od bezkompromisowej punkowo-hardcorowej kapeli przeszli do miejsca, w którym docenia się żmudną pracę w studio oraz poszukuje się intrygującego brzmienia. Z pewnością pomógł im w tym producent - Kevin Bernsten. "Kevin wie, kim byliśmy dawniej, a kim jesteśmy obecnie. Naprawdę chciał eksperymentować i próbować wszystkiego w studiu" - oświadczył Kyle Dufrey, a jego kolega z formacji, gitarzysta Mike York, dodał - "Zawsze będę uważał swój zespół za grupę punkową. Różnica polega na tym, że obecnie już nie krzyczymy na ciebie".



Przy okazji pierwszego przesłuchania albumu "Drift" rzucają się w uszy zgrabne melodie, ciekawie zaprojektowane gitarowe faktury, przyjemnie rezonujący głos wokalisty, niezłe tempo akcji oraz realizacja i praca zestawu perkusyjnego, za którym zasiadł David Haik. Ta podstawa rytmiczna, podkreślmy raz jeszcze, całkiem nieźle nagrana, co w przypadku zespołu o tak drapieżnej przeszłości, nie jest oczywistością - przypomina w kilku fragmentach sposób, w jaki perkusja brzmi zazwyczaj w grupie Radiohead. W moim ulubionym utworze na płycie, czyli "Easy", bez trudu znajdziemy więcej podobieństw do załogi dowodzonej przez Thom'a Yorke'a - chociażby chóralny zaśpiew, ozdobniki gitar, nostalgiczny nastrój, który przewija się przez wiele innych odsłon albumu "Drift". Gdybym miał wprost porównać kompozycję "Easy" do konkretnej piosenki Radiohead, wybrałbym cudowną i niezapomnianą "Wierd Fishes/Arpeggi". Z kolei w utworze "Skiv" zamiarem twórców, jak sami to przyznali, było stworzenie klaustrofobicznego efektu. W brzmieniu gitar panowie szukali czegoś, co znaleźli na kultowym albumie "Dummy" - Portishead. Podczas prac w studio nagraniowym muzycy chętnie sięgali po rozmaite analogowe wzmacniacze z minionej epoki ( Ampeg B-18X), czy efekty, jak chociażby Echoplex, popularny w latach sześćdziesiątych, jego twórcą był Mike Battle (1959), poza tym wykorzystali sekcję smyczkową, waltornię i saksofon. 

W założeniach album miał przypominać nastrojem jedną piosenkę, którą podzielono na dziesięć spójnych części. Jedynym wyłomem od tej zasady okazał się być "Hate Chase", banalnie prosty, skrzący się od punkowej energii, zawierający coś na kształt wspomnień z dawnej burzliwej przeszłości. Od samego początku, czyli od udanego "Out Of Sight", bardzo łagodnego wprowadzenia w klimat dominujący na tym wydawnictwie, artyści z Baltimore konsekwentnie rozwijali idee rozciągniętej w czasie jednej nastrojowej piosenki. Co ciekawe, osiągnęli ten cel, różnicując zarówno tempo akcji, jak i napięcie, co nie jest takie proste. Przebojowy "Genevieve" znów odrobinę przypomina dawne szlagiery Radiohead, chociaż sposób śpiewania Kyle'a Dufrey'a, także za sprawą delikatnego vibrato, czy sympatycznego załamywania się niektórych głosek, może kojarzyć się z wokalizą Morrisseya. "The Tricks" ma w sobie coś z energetycznego debiutu Interpolu. "The Days" rozmyślnie osadzono w ramionach grubego sprężystego basu, zaś w "Mouth" udało się stworzyć głęboką i dobrze zagospodarowaną przestrzeń. Członkowie Pianos Become The Teeth nie gnają już na łeb, na szyję, na złamanie karku, w myśl dewizy obowiązującej także w niemieckim kinie porno: "Szybciej, mocniej, głośniej !!". Potrafią stworzyć kontrapunkty,  zwolnić na chwilę, znaleźć moment odbicia, strefy pogłębionej refleksji. I chwała im za to. Album "Drift" to nie tylko spory krok w rozwoju amerykańskiego zespołu, ale również jego pierwsza poważna i dojrzała emanacja.

(nota 7.5/10)

 


Kącik deserowy zaczniemy od fragmentu płyty, która ukazała się wczoraj. Album "Sides" duetu Lean Year doczekał się już jednej niezbyt pochlebnej recenzji, co nie oznacza, że nie warto się nad nim pochylić. Znalazłem na nim dla siebie taką oto uroczą kompozycję.



Dzięki uprzejmości oficyny Joyful Noise Recordings 23 września ukaże się płyta Eerie Wanda zatytułowana "Internal Radio". Przyznam, że czekam na premierę tego wydawnictwa.



"Pulse Of The Early Brain" nieodżałowanej grupy Stereolab to kolejny zbiór mniej znanych singli oraz nagrań sprzed lat.



Pod koniec sierpnia ukazała się płyta francuskiego wokalisty Jerome Miniere - "La Melodie, La Fleuve & La Nuit". Najbardziej polubiłem utwór ukrywający się pod numerem trzecim.



Kolejna odsłona nadchodzącej powoli nowej płyty "How Do You Burn" grupy The Afghan Whigs.



W dzisiejszym wpisie pojawiła się zarówno nazwa tej kompozycji, jak i tego zespołu, musi więc zabrzmieć ten wyjątkowy, szczególny dla mnie utwór.



Skoro przenieśliśmy się na Wyspy Brytyjskie, warto wspomnieć o kolejnej jazzowej załodze z Londynu. Grupa Robohands i fragment ich ostatniej wydanej niedawno płyty "Violet".



30 września ukaże się najnowsza płyta The Bad Plus - "Motivations II", z gościnnym udziałem Bena Mondera oraz Chrisa Speeda. Nagranie zapowiadające to wydawnictwo smakuje wybornie.






 

niedziela, 3 lipca 2022

WAX MACHINE - "HERMIT'S GROVE" (Batov Records) "Tropikalia z Brighton"

 

   Przyznam, że słabo znoszę upały. Nie dla mnie żar tropików, skwar i spiekota, ostre promienie słońca cierpliwie grillujące biedną skórę. Nawet przy okazji wyjątkowo mroźnej zimy nigdy za nimi nie tęsknię. Jednak dzisiejsza główna propozycja wpisuje się po części w tropikalną aurę, i zbyt dużej ochłody raczej nie przyniesie. Pod niezbyt trafnie dobraną nazwą Wax Machine ukrywa się zespół o dość płynnym składzie, powołany do życia kilka lat temu, przez jego lidera i brazylijskiego emigranta - Lau Ro, który po ukończeniu ósmego roku życia wyruszył był wraz z rodzicami w daleką podróż do Europy, gdzie ostatecznie zamieszkał w nadmorskiej miejscowości Brighton.

"Hermit's Grove" - to drugie dzieło Brytyjczyków, które według notki prasowej powstało w dużej mierze w garderobie położonej tuż nad kostnicą. Może to tylko chwyt marketingowy, a może zwykłe potwierdzenie faktu - tak czy inaczej, wątków psychodelicznych w trakcie tych siedmiu odsłon nie brakuje, choć nie są to gęste bagienne opary, a raczej delikatna i zwiewna mgiełka, która unosi się nad ciepłą wodą całego albumu niczym puszysty obłok. Oprócz tego w kolejnych odsłonach znajdziemy naleciałości folkowe, czerpiące z tradycji tego gatunku, a także elementy brazylijskiej tropikany; chociażby utwór "Canto De Lemanja", zaprezentowany już na łamach tego bloga, który jest coverem piosenki autorstwa Viniciusa De Moraesa. W warstwie aranżacyjnej całkiem dużo się dzieje - bo i flet, w rękach i ustach drugiej wokalistki Isobel Jones, pełni tu kluczową rolę, prowadzi nas sugestywnie przez kolejne fragmenty, jest znakiem rozpoznawczym brzmienia zespołu, i saksofon Freddiego Willatta, który odzywa się w moim ulubionym "Face Of All", do tego tony gitary, drobne akcenty pianina elektrycznego oraz wibrafon; spore bogactwo znajdziemy także w ogrodzie perkusjonaliów. W przebojowym "Springtime" muzycy zapuścili się w rejony niegdyś eksplorowane przez Broadcast czy Stereolab. Z kolei najdłuższa kompozycja "Gaian Dream" najbardziej czerpie z dobrodziejstw psychodelicznego folku.

W odróżnieniu od udanego debiutu "Earthsong Of Silence" (2020 rok), najnowsza propozycja muzyków z Brighton ma nieco bardziej piosenkowy charakter. Poprzednie wydawnictwo brzmiało mocniej, surowiej, chyba również mniej finezyjnie, miało wyczuwalny rockowy pazur, przywoływało ducha epoki lat 60/70-tych oraz skojarzania z płytami Jethro Tull czy Jeffersone Airplane. Można tam było znaleźć znacznie więcej soczystych solówek gitar i basu, a przede wszystkim fletu. Ten fakt nie może specjalnie dziwić, skoro poprzednią płytę wyprodukował Go Kurosawa, artysta związany z formacją Kikagaku Moyo, który niejako specjalizuje się w tego typu brzmieniach. Krążek "Hermit's Grove" zgodnie z deklaracją autora wszystkich kompozycji został zainspirowany morzem, na którego fale lubi spoglądać w wolnych  chwilach Lau Ro. Jego odgłosy wpleciono w tkankę aranżacyjną niektórych nagrań, i może to właśnie one, działając podprogowo, sprowadzą na Was tak upragniony ostatnio chłód.

(nota 7/10)

 


Wspomniałem wcześniej o grupie Stereolab, tak się złożyło, że 2 września ukaże się wydawnictwo - "Pulse Of The Early Brain", które będzie zawierało ich rzadkie single z odległej przeszłości.



Haunted Summer to prezentowany już na łamach tego bloga małżeński duet z Kalifornii, najwyższa pora na kolejną odsłonę ich płyty "Whole".



W przedostatnim wpisie wspominałem o grupie Lambchop, i proszę... oto jest zapowiedź ich premierowej płyty - "The Bible", która ukaże się 30 września. 



Zapomniani przez fanów Efterklang opublikowali niedawno drobne i dość przeciętne wydawnictwo, jednak i na tym potwierdzeniu spadku twórczej formy możemy odnaleźć jedną całkiem miłą piosenkę, o jakże zgrabnym tytule.



Myślę, że Robin Jones And His Quintet całkiem nieźle będzie korespondował z głównym wątkiem dzisiejszego wpisu, oto fragment z płyty "Denga", z 1971 roku.



Na koniec saksofonista z Nowego Jorku, czyli Stan Killian Trio w kompozycji z ostatniej i niedawno wydanej płyty "Brooklyn Calling".








sobota, 29 stycznia 2022

THE SOUNDCARRIERS - "WILDS" (Phosphonic) "Szybka płyta"

 

     Tytuł dzisiejszego wpisu powinien zobowiązywać. Postaram się więc moje wrażenia po przesłuchaniu płyty "Wilds", zespołu The Soundcarriers, zamknąć w kilku prostych zdaniach. Przede wszystkim jest to powrót grupy po kilku latach przerwy. Ich ostatni studyjny album ukazał się w 2014 roku i nosił tytuł "Entropicalia". Czwórka z Nottingham od samego początku działalności zafascynowana była brzmieniem lat 60-tych. To przywoływanie duchów tamtego okresu przychodziło im bez większego trudu, nie potrzebowali do tego ani okrągłego stolika, ani tym bardziej tablicy ouija. Nic więc dziwnego, że jeden z recenzentów określił ich mianem "Ambasadorów muzycznej hauntologii". Nostalgia za czasem minionym wyraża się w ich twórczości w zastosowaniu starych sprawdzonych formuł i dobrze znanych rozwiązań na różnych etapach produkcji.

Kompozycje autorstwa Adama Canna (perkusja) i Paula Isherwooda (bas) brzmią tak, jakby zarejestrowano je pół wieku temu, przy wykorzystaniu ówczesnych technik rejestracji i z wielką dbałością o szczegóły. Te drobne elementy wplecione w tkankę poszczególnych  aranżacji - flet, organy, syntezator, bas, gitara itp. - najlepiej słyszalne są w nieco wolniejszych utworach, jak w kończącym ostatni album "Happens Too Soon". Jednak cała płyta "Wilds" od jej pierwszych fragmentów tętni żywym rytmem i przez długie minuty nie daje słuchaczowi ani sekundy wytchnienia. To prężnie działająca sekcja rytmiczna jest kołem zamachowym tych retro piosenek. Rozmarzona, tu i ówdzie, wokaliza Leonore Wheatley stanowi przyjemny kontrast, w tej błyskawicznej podróży, nieustannej pogoni. Dynamiczna odsłona "At The Time" brzmi, jak klasyczny "utwór drogi", rozwija przed odbiorcą autostradę starannie rozmieszczonych dźwięków. Chociaż Paul Isherwood wspominał przy okazji jednego z wywiadów, że celowo unikał dokładności, czy perfekcyjności, tego aptekarskiego odmierzania kolejnych tonów, które jego zdanie nieraz ogranicza swobodę wypowiedzi. Rejestracji nagrań dokonano w wielu różnych miejscach: szkoła podstawowa, domek letniskowy, a nawet galeria sztuki. "Piękno nagrywania w miejscach innych niż studio polega na tym, że jest czas na nieoczekiwane zdarzenia". 

A mimo tego odbiorca po wysłuchaniu całości najnowszej propozycji grupy The Soundcarriers może dojść do wniosku, że wiele jej fragmentów balansuje na cienkiej granicy brzmieniowej przesady, że niektóre utwory nasycone zostały treścią aż do granic, co w połączeniu z potężną dynamiką może być w dłuższym wymiarze zwyczajnie męczące. Chcę przez to powiedzieć, że te retro piosenki znacznie lepiej bronią się odtwarzane oddzielnie, niejako oderwane od siebie bardziej przemawiają do wyobraźni, i mogą stanowić zgrabny wypełniacz wielu ścieżek filmowych. Taka właśnie była pierwotna przyczyna ponownego spotkania członków brytyjskiej grupy - film, a dokładniej mówiąc, serial - "Lodge 49", do którego mieli stworzyć muzykę. Utwór otwierający płytę "Wilds", czyli "Waves", miał w pierwszym zamyśle być czymś w rodzaju motywu przewodniego dla całej serii odcinków. Vanishing Twin, Broadcast, Beautiful Junkyards, Stereolab, Kit Sebastian czy The Soundcarriers - wszystkie te grupy, omawiane na łamach bloga, żerują na muzycznej przeszłości, która wydaje się być niewyczerpywalnym skarbcem smakowitych pomysłów i pysznych rozwiązań. Dobrze, że każda z nich robi to na swój indywidualny sposób.

(nota 7/10)

  


W tym tygodniu ukazało się mnóstwo płyt, do których z pewnością warto będzie zajrzeć. Kącik deserowy zaczniemy dziś od propozycji, która zrobiła na mnie największe wrażenie. Thom Yorke wciąż poszukuje nowych rozwiązań, wraz z Johnnym Greenwoodem i Tomem Skinnerem (perkusistą Son Of Kemet), powołali do życia grupę o nazwie The Smile. Oto ich pierwszy bardzo urokliwy singiel.



Nasza dobra znajoma - Tomberlin (recenzowałem jej płytę zatytułowaną "At Weddings"), przypomina o sobie utworem "IDKWNTHT".



Po sześciu latach przerwy swój album wydała wczoraj Anais Mitchell. "Bright Star" to pierwszy singiel promujący to wydawnictwo.



Daniel Rossen, gitarzysta i wokalista grupy Grizzly Bear, zapowiada wydanie solowej płyty. Album "You Belong There" ukaże się 8 kwietnia.



Kolejny nasz dobry znajomy Daniel Blumberg zaprosił do wspólnego wykonania kompozycji Jospehine Foster, która wczoraj opublikowała swoją najnowszą płytę "Godmother".



Skoro w minionych dniach nasze oczy zwrócone były na Australię (wyjątkowo nudny i przewidywalny turniej tenisowy, z bardzo kiepskim kobiecym finałem), to właśnie stamtąd, a dokładniej mówiąc, z Adelaidy, pochodzi perkusista Alexander Flood, który dzięki uprzejmości oficyny Ropedope wydał wczoraj album "The Space Between". W utworze "Pathways" gościnnie wystąpił Christian Scott a Tunde Adjuah.






sobota, 23 października 2021

VANISHING TWIN - "OOKII GEKKOU" (Fire Records) "Nieświadomość jako eskpozycja"

 

     I znów dziennikarze brytyjscy mają powód do dumy. Wszak to na ich ziemi, dokładniej mówiąc, w samej stolicy stolic, rezyduje grupa, która nagrała bardzo udany album. I znów podobnie, jak to miało miejsce w przypadku "brytyjskiej sceny jazzowej", mogą pojawić się określenia, że: "nasi tak grają", "pochodzą z naszych stron", "w naszej wytworni wydali płytę".  Żartuję troszkę, na dobry początek, choć widzimy, jakie problemy przeżywa gospodarka brytyjska po brexicie, pozbawiona "obcych" rąk do pracy. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Albowiem tak, jak brytyjską scenę jazzową tworzą kolektywy złożone w dużej mierze z emigrantów, tak grupa Vanisihing Twin w funkcjonuje w oparciu o międzynarodowy skład. Jej liderką - choć pewnie sama zainteresowana wolałaby unikać tego określenia - wokalistką i klawiszowcem jest Cathy Lucas, która pochodzi z Hiszpanii. Włoskie korzenie reprezentuje jej przyjaciółka i perkusistka Valentina Magaletti, mająca na koncie współpracę z Thurstonem Moore, Bat For Lashes czy Gruff Rhys. Susumu Mukari to, jakżeby inaczej, japoński muzyk szarpiący struny basu. Man From Uranus, czyli Phil MFU to jedyny w tym zestawieniu brytyjski dżentelmen, obsługujący syntezator Moog. Elliot Arndt dotarł do Londynu znad Sekwany, upodobał sobie grę na flecie, odpowiedzialny jest również za stronę wizualną.



Kiedy Cathy Lucas skończyła dwanaście lat, dowiedziała się, że miała siostrę bliźniaczkę. Zgodnie z tym, co opowiedziała jej matka, ciąża we wstępnej fazie rozwoju posiadała dwa zarodki. W pewnym momencie jeden z nich został wchłonięty przez ten drugi. Istnieje specjalistyczny termin medyczny określający ten proces. "Vanishing Twin Syndrome", w skrócie VTS - czyli zespół znikającego płodu. Ta osobliwa nowina mocno poruszyła nastoletnią Cathy. Gdy nieco podrosła, postanowiła wykorzystać ów termin medyczny, i w ten sposób powstała nazwa zespołu. Wcześniej hiszpańska emigrantka wyżywała się artystycznie w takich grupach jak: Orlando, Fanfarco czy Innerspace Orchestra. Będąc w składzie pierwszej z tych formacji, Cathy Lucas występowała na deskach jednej sceny ze Stereolab. Jeden z muzyków wspominał potem, że dopisało im szczęście, gdyż nie mogli zdobyć biletów na koncert grupy dowodzonej przez Laetitię Sadier. Ta ostatnia zagrała zresztą na gitarze w kompozycji "Wider Than Itself", zamieszczonej na najnowszym krążku Vanishing Twin - "Ookii Gekkou". Ten trop związany ze Stereolab jest dość oczywisty, i narzuca się od razu po przesłuchaniu płyty Cathy Lucas oraz jej wesołej załogi. Kolejne nazwy zespołów, które powinny pojawić się w tym miejscu to: Pram, Broadcast czy Gong. 

Grupa Vanishing Twin zdaje się swobodnie dryfować gdzieś poza czasem i ponad gatunkami, zbierając z nich okruchy form, fragmenty treści, którymi potem członkowie formacji dowolnie żonglują, tworząc zapadającą w pamięć całość. Można odnaleźć się w tak konstruowanej estetyce albo pozostać wobec niej całkowicie obojętnym, ale trudno nie przyznać, że brytyjski zespół zdołał wypracować charakterystyczne brzmienie. W ich kompozycjach retro-pop łączy się z krautrockiem, elementami jazzu, psychodelii, muzyki filmowej (trop włoskich kompozytorów). To wszechświat mieniący się tysiącem braw, stworzony z wielu mikroświatów, których cząsteczki przenikają się wzajemnie. W kontekście specyficznego brzmienia Cathy Lucas podkreśla rolę producenta czy inżyniera dźwięku. Vanishing Twin mają na koncie współpracę chociażby z Malcolmem Catto, o którym wspominałem na łamach tego bloga. W swojej dźwiękowej podróży członkowie grupy raczej starają się unikać typowych rozwiązań lub utartych kolein. "W studio nagraniowym może pojawić się presja, wynikająca z faktu pracy z cudzymi zasadami czy konwencjami. Szczególnie ma to miejsce obecnie, kiedy wielu inżynierów dźwięku edukuje się w tych samych szkołach i w związku z tym pracuje w podobny sposób (...) Szukamy czegoś innego" - stwierdziła Cathy Lucas. W etos pracy członków Vanishing Twin wpisane zostały: dialog, eksperyment oraz improwizacja. Przy okazji jednego z wywiadów wokalistka i autorka tekstów wspomniała nawet o "telepatii", specyficznym rodzaju oddziaływania, który przy okazji tego wpisu mógłbym nazwać "czuciem gry". (Przypomniało mi się doświadczenie Alaina Aspecta, gdzie dwa fotony pozostające ze sobą w związaniu spinowym, pozostają w nim nadal, nawet rozdzielone i oddalone na odległość makroskopową, i wciąż wzajemnie "uzgadniają" swoje spiny). 

Najlepsze utwory, takie jak świetne otwarcie "Big Moonlight" (utrzymane w rzadko spotykanym metrum 5/4, w którym pulsuje chociażby jeden z moich ulubionych utworów Stereolab - "Rainbow Conversation", przypadek?), lub "In Cucina", czyli wyprawa w egzotyczne  rejony stworzona w oparciu o flet, klarnet, saksofon i perkusjonalia, od pierwszych  taktów przenoszą słuchacza w inny wymiar. W utworze "Phase On Million" odnajdujemy drobny ukłon w stronę afrobeatu, "Zuum" kipi od środka psychodeliczną magmą. Każda z kompozycji jest jak zaproszenie do nowego obrzędu, innego rytuału, co podkreśla "magiczny" charakter tych  nagrań, a więc nie do końca wyjaśniony, przebiegający według scenariusza, który tworzony jest na bieżąco, i za każdym razem od nowa niczym postnowoczesna mitologia. Warto dodać, że te kompozycje funkcjonują w oparciu o proste struktury, zestawy powtarzalnych dźwięków, pozbawione wirtuozerskich popisów. Znacznie pojawia się tu jako wynik wzajemnych interakcji poszczególnych instrumentów na różnych poziomach. Świetnie w tych nagraniach odnajduje się wokaliza Cathy Lucas, czasem będąca czymś na kształt kolejnego instrumentu, innym razem odmalowująca barwne historie przy współudziale chórku.

(nota 8/10)

 


Podejrzewam, że nagrania grupy Aquaserge przypadłyby do gustu, a może nawet zainspirowałyby Cathy Lucas, chociażby te pochodzące z najnowszej wydanej niedawno płyty "The Possibility Of A New Work For Aquaserge", nagranej w rozszerzonym, bo dziewięcioosobowym składzie.  Na tym albumie francuscy artyści swoimi kompozycjami złożyli hołd czterem kompozytorom: Gyorgi Ligetiemu, Giacinto Scelsiemu, Edgardowi Varese oraz Mortonowi Feldmanowi.




Niedawno prezentowana na łamach tego bloga formacja Gnod przypomina o sobie najnowszym wydawnictwem "La Mord Du Sens".




Okładka wydanego kilka dni temu albumu "The Cherries Are Speaking" - dwie kobiety w strojach ludowych, motyw jak z malowanego jajka - grupy Adeline Hotel, sugerowała jakąś osobliwą odmianę łowickiego folku. Nic bardziej  mylnego.




Daniel Herskedal i przyjaciele w przepięknej kompozycji "The Mariner's Cross", którą znajdziecie na albumie "Harbour".



Na koniec dzisiejszej odsłony raz jeszcze Vanishing Twin prosto z sesji opublikowanej kilka dni temu. Wyborne!



 

środa, 9 września 2020

ODDFELLOW'S CASINO - "BURNING! BURNING!" (Nightjar Records) "Piękni dwudziestoletni"

    Dwadzieścia lat to całkiem sporo czasu, żeby zdobyć, a potem ugruntować pozycję na scenie muzycznej. Nie wiem jednak, czy ten problem kiedykolwiek zaprzątał głowę Davida Bramwella. Przez minione dwie dekady brytyjski twórca jak zwykle trzymał się z daleka od czołówek prasy branżowej czy portali muzycznych, nie zabiegał specjalnie o fanów i rozgłos, po prostu, robił swoje, w miarę regularnie przypominając o sobie kolejnymi wydawnictwami. Zebrało się tego kilka epek i singli, raptem siedem pełnowymiarowych albumów (dużo? mało?). Ten najnowszy - dodajmy na marginesie bardzo udany - ukazał się całkiem niedawno i nosi tytuł "Burning! Burning!". Można powiedzieć, że w tym roku David Bramwell świętuje na całego, gdyż oprócz wspomnianego wyżej krążka, ukaże się jeszcze retrospektywna płyta "Oddfellow's Casino Revisited" oraz zapis spektaklu "The Cult Of Water".

David Bramwell to dziennikarz, prezenter radiowy, autor audycji tematycznych dla BBC Radio 3 i 4, pasjonat i ekscentryk, badacz egzotycznych kultur i znawca lokalnych folklorów. Przełomem dla jego intelektualnych poszukiwań było odkrycie książek Carla Junga, Wilhelma Reicha i Rudolpha Steinera. W dalszej kolejności zainteresował się magią i okultyzmem, odsłaniał tajniki rozmaitych wierzeń, badał znaczenie poszczególnych symboli, jak chociażby pojęcie "wody", któremu poświęcił niejeden program oraz pracę "The Cult Of Water". Przywołuje tam sielską krainę dzieciństwa w Doncaster oraz podróż w górę rzeki Don. Zgrabnie sklejona wielowątkowa opowieść zostaje wyrażona przez historie, muzykę, archiwalne filmy, i podpisana przez twórcę, który zmaga się z talasofobią (lęk przed morzem, dużymi akwenami).
David Bramwell wychodzi z założenia, że cywilizacja naukowo-techniczna skupiła się jedynie na tym, co mierzalne i obliczalne ("mędrca szkiełko i oko"), odsłoniła tylko fragment rzeczywistości i usunęła z pola zainteresowania wszystko to, co wymyka się jednoznacznej definicji. Nie wiem, czy brytyjski wokalista naprawdę wierzy w duchy, ale chętnie składa wizyty w "nawiedzonych miejscach", zapomnianych dworkach, cmentarzach, miejscach kultu. Wszystko to znajduje potem swój przetworzony wyraz w tekstach jego piosenek. Jak chociażby w tej, z najnowszego wydawnictwa, zatytułowanej "Night Of The Dab Tsog", która przedstawia autentyczną historię. Oto grupa mężczyzn z plemienia Hmung w Laosie, po przeprowadzce do USA w 1979 roku zmarła we śnie podczas jednej nocy. Z kolei w kompozycji "Leave Behind" usłyszymy głos Pat, sąsiadki Bramwella, która opowiada o swoich problemach z duchami. "Marian Marks" zainspirowana została odwiedzinami artysty w XV - wiecznym domu Alana Garnera w Alderley (brytyjski pisarz fantasy).
Utwór "Twice Around The Sun" to spacer po Wiltshire i odkrywanie neolitycznych kamieni.  W dalszej części płyty znajdziemy odwołania do symboliki wody, światła i ognia, nawiązania do legend, między innymi tej o druidach, do którego zakonu Bramwell wstąpił był w ubiegłym roku. Cały zestaw nagrań zawiera dziesięć kompozycji zarejestrowanych w Church Road Studios, z gościnnym udziałem Elizy Skelton (głos) i Emmy Papper (klarnet).

Nazwa "Oddfellow's Casino" pochodzi od nazwiska wiktoriańskiego dziwaka Ambrose'a Oddfellowa. W 1991 roku babcia Davida Bramwella - Sylvia, mieszkająca w Woodhall Spa, również zafascynowana okultyzmem - zostawiła mu niecodzienny spadek. Stuletnie wąsy zamknięte w pudełku. Właścicielem owych wąsów był wspomniany wcześniej Ambrose Oddfellow, który ponoć obciął je na cele charytatywne.
Skład formacji wielokrotnie zmieniał się przez ostatnie dwadzieścia lat, a jedynym jej stałym członkiem był... założyciel i twórca grupy. Z tych nieco bardziej znanych nazwisk, które podpisały listę obecności na tym lub poprzednich wydawnictwach warto wymienić basistę Stereolab - Simona Johnsa czy Steve'a Lewisa z grupy Fujija And Miyagi.
David Bramwell od samego początku, czyli od całkiem udanego debiutu - "Yellow Bellied Wonderland" (2002) - traktował poszczególne gatunki jak tropy lub wyzwania, śmiało przekraczając stylistyczne granice. Podobnie jest w przypadku najnowszego krążka "Burning! Burning!". Znajdziemy tutaj gustowne aranżacje, zrobione z dużym wyczuciem oraz smakiem, elementy dream-popu, indie-rocka, elektroniki, indie-folku, czy art-rocka, jak w urokliwym i jednym z moich ulubionych utworów "Strange Lights In The Sky", który płynnie przechodzi w "Twice Around The Sun". Warte odnotowania, i wielu ponownych odtworzeń, są: "Where Are The Memories Of Henry Sargeant" i transowy "Frozen Warnings".
Ciężko zaprzeczyć, że David Bramwell wypracował indywidualny styl. Szkoda tylko, że tak nieliczni fani muzyki wiedzą o jego istnieniu. Trzeba przyznać, że z okazji jubileuszu dwudziestolecia obecności na scenie brytyjskiej efemerycznej formacji, jej twórca obdarował nas bardzo spójnym i dobrym wydawnictwem.

(nota 7.5-8/10)






Skoro dziś świętujemy wraz z Davidem Bramwellem, to w kąciku deserowym powinna zabrzmieć kolejna jego kompozycja. Niech to będzie pierwszy utwór Oddfellow's Casino, jaki usłyszałem w życiu. Był 2012 roku, na rynku pojawiła się płyta "The Raven's Empire", którą zamykało to jakże pełne "bramwellowskiej magii" cudeńko - "Death Won't Have Me". A brytyjskiemu twórcy skromny autor tego bloga życzy dużo dobrego!





niedziela, 10 maja 2020

CHOIR BOY - "GATHERING SWANS" (Dais Records)/ GRAND VEYMONT - "PERSISTANCE & CHANGEMENT" (Object Disque) "Powtórzenie jest formą zmiany"

    Na dobry początek kącik korespondencyjny, gdyż, jak wiadomo, ludzie listy piszą. Anonimowy czytelnik, słusznie zwrócił uwagę, że w tytule płyty THROTTLE ELEVATOR MUSIC - "RETRORESPECTIVE", popełniłem drobną literówkę, która powracała w całym tekście (poprawki naniosłem). Inny czytelnik, podpisany jako "Anna", podziękował za przedstawienie albumu Aging - "Sentenced To Love". Przyznam, że mnie również bardzo przyjemnie zaskoczyła propozycja brytyjskich muzyków. Wydawnictwa z kręgu "dark jazz" mają to do siebie, że bywają schematyczne i przewidywalne. A płyta "Sentenced To Love" w kolejnych odsłonach zdaje się zadawać kłam popularnemu stwierdzeniu, że: "dark jazz jest to muzyka dla tych, którzy nie lubią jazzu". Jeśli chodzi o kolejne odsłony bloga, to nigdy nie planuję z dużym wyprzedzeniem, wszystko zależy od atrakcyjności albumów, które ukażą się w następnych dniach, tygodniach itd.

Dziś w roli głównej wystąpi syntezator, choć tych, którzy już się przestraszyli, pragnę uspokoić, że nie będzie to rola dominująca - a raczej łącznik czy wspólny mianownik dla dwóch propozycji. Pierwsza z nich to druga w dorobku płyta amerykańskiego zespołu pochodzącego z Salt Lake City - czyli Choir Boy - "Gathering Swans". Zespół tworzy czwórka panów skupiona wokół lidera i wokalisty Adama Kloppa. Amerykanin zaczął wyrażać się na twórczej niwie jako nastolatek, próbując swoich sił głównie w kapelach punk-rockowych. To właśnie wtedy przylgnęło do niego przezwisko "Choir Boy", bowiem wcześniej nadwyrężał struny głosowe w chórach kościelnych. Te specyficzne naleciałości z chóralnej wokalizy daje się wychwycić na płytach Choir Boy. Chociażby skłonność do posługiwania się długimi dźwiękami. Głos Adama Kloppa jest bardzo specyficzny, od razu przyciąga uwagę, i jako znak rozpoznawczy może stanowić spory atut lub powód do utyskiwań (wiadomo gusta są różne, tym bardziej guściki). Porównań jego barwy głosu do głosów innych artystów też jest cała masa. Dla mnie ów charakterystyczny tembr Adama Kloppa całkiem nieźle koresponduje z wokalizą Haydena Thorpe'a z grupy Wild Beasts. Muzycznie jednak nie ma aż tyle podobieństw pomiędzy Choir Boy, a  Wild Beasts.
Pośród swoich inspiracji Klopp wymienia: Kate Bush, Scotta Walkera, The Smiths, a ostatnio również B-52, szczególnie ich album "Bouncing Off The Satellites" (1985 rok). Nie bez przyczyny podałem datę wydania płyty, gdyż formacja Choir Boy czerpie garściami ze stylistyki, czy gatunków, które właśnie w latach 80-tych przeżywały swój najlepszy okres. W poszczególnych nagraniach z "Gathering Swans" słychać nawiązania do "new romantic", "new wave", "dark wave", znajdziemy echa dokonań Roxy Music, wczesnego Talk Talk, także wspomnianego wyżej The Smiths. Subtelne nawiązania oczywiście nie oznaczają bezmyślnych kopii. Wspominałem już na łamach bloga, że nigdy nie byłem fanem new romantic -  ta muzyka wydawała mi się plastikowa, dziwnie płaska, nie potrafiłem się w tych kompozycjach ani zanurzyć, ani tym bardziej odnaleźć. Panowie z Choir Boy owszem, używają syntezatorów, a nawet, o zgrozo, automatu perkusyjnego, jakby żywcem wyjętego z lat 80-tych, ale robią to w bardzo subtelny sposób. W aranżacjach poszczególnych kompozycji wbrew pozorom dzieje się sporo dobrego, w odróżnieniu od większości propozycji z gatunku new romantic (fani tegoż wybaczcie) - odnajdziemy tutaj barwne ornamenty klawiszy (Jeff Kleimann), pomruki basu (Chaz Costello), ciekawe frazy gitary prowadzącej, która często nadaje całości kolorytu (Micheal Paulsen). Choir Boy odwołują się do lat 80-tych i dobitnie pokazują, że muzyka z tamtego okresu, nawet w tej indie-popowej formule, od czasu do czasu miała swój urok, a warte ocalenia były przede wszystkim, i pewnie nie tylko moim zdaniem, wpadające w ucho linie melodyczne.

Nagrania na album "Gathering Swans" zaczęły powstawać na przełomie 2018/2019 roku, pomiędzy jedną trasą koncertowa, a kolejną. Pierwszą piosenką, która Adam Klopp skomponował w oparciu o program komputerowy, była otwierająca całość "It's Over" - ostatnich szlifów tekstu dokonał na dzień przed wejściem do studia nagraniowego. Oprócz wspomnianych  już wyżej muzycznych inspiracji, była również filmowa, czyli obraz Johna Carpentera - "Ucieczka z Nowego Jorku". Motywem przewodnim płyty jest poszukiwanie piękna na zniszczonej planecie - stąd w tytule zbieranie łabędzi, które symbolizują jedyne ocalałe piękno ("zbieranie łabędzi dla nowego świata"). Tytuł kompozycji "Eat The Frog" nawiązuje do popularnego powiedzenia Marka Twaina. "Toxic Eye" przykuwa uwagę śliczną linią melodyczną, które ozdobiły także kilka innych utworów, a "In Nites Like This" to zaproszenie do tańca na koniec dnia. Mówiąc krótko, album "Gathering Swans" to ciekawa propozycja dla "tańczących inaczej".

(nota 7.5/10)

                                                                               
 Drugie wydawnictwo, w którym podstawową rolę odgrywają syntezatory, pochodzi z kręgu języka francuskiego. Przeniesiemy się więc błyskawicznie, na blisko 40 minut, do południowo-wschodniej części Francji, gdzie mieści się masyw Vercors, wraz z najwyższym wzniesieniem Grand Veymont, od którego pochodzi nazwa duetu. Josselin Varengo i Beatrice Morel Journel rozpoczęli artystyczną przygodę niemal 20 lat temu, stawiając pierwsze muzyczne kroki w grupie Tara King Th, z którą nagrali kilka płyt. Przyznam szczerze, że do wczoraj nic nie słyszałem o tej formacji, podobnie jak o kolejnych  grupach, przez których składy przewinęli się Josselin i Beatrice: Slow Joe & The Ginger Accident, Gloria. Na tym między innymi polega poznawanie muzyki - jedna grupa odsyła do drugiej, kolejny intrygujący skład do następnego itd.

Podobnie jest z twórczością Grand Veymont, gdzie bazą kompozycji są repetycje, powtarzalne struktury dźwiękowe odsyłające do kolejnych. Francuski duet określa swoją muzykę jako: "Krautrock De Salon". W ich dyskografii znajdziemy trzy albumy: "Route Du Veritage" (2018), "Grand Veymont" (2019) i najnowsze wydawnictwo "Persistance & Changement", które ukazało się kilka dni temu. Motto zespołu, przywoływane często przez Beatrice Morel Journel, stanowi cytat z Briana Eno: "Powtórzenie jest formą zmiany". W nagraniach Grand Veymont powtarzają się więc kolejne sekwencje dźwięków, do których sukcesywnie dodawane są nowe elementy, w ten sposób powstają gotowe struktury. W tkance aranżacyjnej znajdziemy zabytkowe organy, syntezatory, flet, perkusję. Symbolicznie kompozycje francuskiego duetu można przedstawić jako ruch po okręgu. Choć gdybyśmy chcieli być precyzyjni, należałoby użyć metafory spirali - zataczamy kolejną pętle, która przenosi nas na inny poziom, w ten sposób odbywamy podróż w głąb. Podróż, dodajmy, naznaczoną wątkami psychodelicznymi. Stylistycznie można tu odnaleźć nawiązania do twórczości Stereolab, także w partiach wokalnych. Powracają one w tej 39-minutowej (jedynej na płycie) kompozycji niczym znaki drogowe, odmierzające przebyty dystans. Przyznam, że kilka odcinków tego maratońskiego utworu można było nieco lepiej wykorzystać, choć i tak jako całość robi to bardzo pozytywne wrażenie. W mojej pamięci na trwałe zapisał się fragment, kiedy to Josselin i Beatrice śpiewają równolegle (ok.22 minuty).

(nota 7.5/10) 
















piątek, 14 lutego 2020

HAMERKOP - "REMOTE" (Drag City) "Przekaz spoza studia"

    Pomysł na ten album zrodził się cztery lata temu, a właściwie sposób myślenia o dźwiękach, który miał towarzyszyć powstawaniu kolejnych kompozycji. To mniej więcej w tamtym okresie - czerwiec 2016 - na jednej ze stron internetowych pojawiło się ogłoszenie, będące w istocie zbiórką funduszy na realizację projektu, o wdzięcznej nazwie "Remote". Lista potrzeb nie była zbyt długa, ale zawierała dokładny opis konkretnych sprzętów, pośród których znalazły się między innymi: Soundcraft SI Perfomer, 8-kanałowy interfejs audio MOTU896mk3, 5-kanałowe zestawy odsłuchowe itp. Za wszystkim stała Annabell Alpers, instrumentalistka, kompozytorka, która pochodzi z Nowej Zelandii. Wcześniej udzielała się w Christchurch Space Dust i Hiss Explosion, żeby zadebiutować w 2005 roku solową epką, a potem albumem "Isolation Loop", wydanym przez oficynę Drag City pod nazwą Bachelorette. Pod tym szyldem zdążyła opublikować cztery długogrające albumy, w tak zwanym międzyczasie przeniosła się z Nowej Zelandii do Baltimore, w stanie Maryland, gdzie poznała Adama Cooka. Sympatyczna para szybko znalazła wspólny język i postanowiła razem wyrażać się na niwie artystycznej. Adam Cook to perkusista oraz inżynier dźwięku, tytuł licencjata w dziedzinie inżynierii i produkcji dźwięku zdobył na Berklee College of Music, na koncie ma współpracę z Future Island czy Beach House. Jego partnerka, Annabell Alpers, posiada tytuł licencjata w dziedzinie kompozycji, poza tym kolekcjonuje instrumenty, głównie klawiszowe, jest szczęśliwą posiadaczką organów Wurlitzera.

Nie wiem, czy aż przez cztery lata wokalistka z Aotearoy - jak Maorysi nazywają Nową Zelandię - grosz do grosza zbierała fundusze, żeby w końcu zrealizować wymarzony projekt. Wiem za to, że album Hamerkop - "Remote" ukazał się 7 lutego 2020 roku nakładem oficyny Drag City. To, co początkowo miało być projektem "grania na żywo", tworzenia i miksowania podczas publicznych występów, wreszcie znalazło swój zapis w postaci krążka CD. Oprócz skrupulatnego zliczania dolarów i centów Annabell Alpers przez ostatnie lata kolekcjonowała nagrania terenowe: śpiew ptaków, odgłosy rozmów w kuchni, szum kabiny samolotu, odgłosy grania na bębnach w metrze, tony pralki, zmywarki itd. Jednak artystka nie skopiowała ich jeden do jednego, żeby potem wkleić je w tkankę kompozycji. Wcześniej poszczególne fragmenty nagrań terenowych poddała obróbce technicznej, różnym modyfikacjom tak, że w finalnym efekcie w ogóle nie przypominały swoich pierwowzorów. Przetworzone w ten sposób sekwencje dźwięków pełnią rolę instrumentów i dodawane są w postaci kolejnych loopów. Taka jest również metoda pracy Annabell Alpers, która warstwa po warstwie tworzy i dodaje następne partie brzmieniowe, to samo dzieje się na poziomie wokalizy oraz w chórkach. Oprócz nagrań terenowych używa klasycznych instrumentów - syntezatorów, gitary - zestaw perkusyjny obsługuje bądź programuje Adam Cook, który jest także odpowiedzialny za miksy i produkcję.
"Chcę was otoczyć dźwiękami" - napisała przed laty, kiedy album "Remote" był tylko nieśmiałym projektem, i warto dodać, że całkiem nieźle wywiązała się z owej obietnicy. Tym razem obok intrygującej warstwy technicznej, udało jej się zawrzeć kilka całkiem zgrabnych melodii. Artystka z Baltimore występowała u boku: Low, Stereolab, Animal Collective i trzeba przyznać, że duchy tych formacji przewijają się niczym muzyczne echa przez kolejne odsłony tego albumu. Po dobrym, wprowadzającym w nastrój płyty otwarciu: "Egg", Annabell i Adam proponują nam "We Can Wing" i "The Splendour That Was Rome", czyli urokliwe wycieczki w rejony zarezerwowane przez wspomniany wyżej Animal Collective czy Stereolab. Godny uwagi jest transowo-psychodeliczny "Polisher", wpadający w ucho beachhousowy "Lull" czy Mourning Bells, który przypomina dokonania Broadcast.

(nota 7/10)








sobota, 19 sierpnia 2017

SZCZĘŚLIWA ÓSEMKA - czyli wakacyjny zestaw numer 3



Skoro sierpień, to wakacje, a skoro wakacje, to... kolejna, trzecia już odsłona, na łamach tego bloga, zestawu "Szczęśliwa ósemka". I tym razem będzie to mieszanka utworów nieco zakurzonych, nowych oraz tych świeżutkich i chrupiących niczym ciepłe bułki. Kompilacje rozpoczyna piosenka, którą w ostatnich kilku miesiącach odtwarzałem najczęściej. Mogę zaryzykować twierdzenie, i z pewnością nie minę się z prawdą, że nie było tygodnia, żebym nie przypomniał sobie, jak to cudeńko wspaniale brzmi( i czy nadal tak brzmi), jakie robi na mnie wrażenie( i czy nadal jestem pod jego wpływem) oraz czy przez te chwile rozłąki  nic się nie zmieniło w kompozycji "Luminescent Sun". Devoured By Flowers to duet pochodzący z Portland, który w marcu tego roku wydał debiutancką epkę zatytułowaną "The Luminescent". Jak napisali sami muzycy na stronie internetowej, piosenka "Luminescent sun" jest gotowa w 95%, a prace nad jej ostatecznym wykończeniem wciąż trwają. Gdybym coś mógł dyskretnie zasugerować, coś doradzić na ucho Dorianowi Cambellowi i Askelonowi Sain, to... odrobinę skróciłbym ten utwór, mniej więcej o ostatnią minutę. To tylko taka uwaga kreślona na marginesie, poza tym... rozkosz, rozkosz, rozkosz. Cóż więcej dodać.
W filmie "Porno" Marka Koterskiego, główny bohater spotyka w parku kobietę, z którą  w takich właśnie malowniczych okolicznościach przyrody, na zielonej ławeczce, ma odbyć stosunek. Kobieta w pewnym momencie zadaje pytanie: "Lubi pan filozofów?". "Nie za bardzo... To znaczy, nie zdążyłem ich zgłębić" - odpowiada główny bohater. "Czytał pan Heideggera?" - dopytuje kobieta. "Nie... Zdaje się trochę faszyzował"- słyszy w odpowiedzi. "Tak mówią..., ale ja jestem nim opętana". Właściwie mógłbym podpisać się pod tym ostatnim stwierdzeniem oraz dodać, że jestem również opętany utworem "Luminescent Sun".









Hand Habbits to zespół powołany do życia przez Meg Duffy, piosenkarkę i gitarzystkę rezydującą w Nowym Yorku. W tym roku ukazał się jej debiutancki, przyzwoity i dość ciepło przyjęty przez krytyków muzycznych album "Wildly Idle (Humble before the void)". Piosenka, która 25 sierpnia ukaże się na singlu, i która zrobiła na mnie spore wrażenie nosi tytuł  "Yr Heart". Co ciekawe, i warte podkreślenia, utwór ten klimatem i sposobem aranżacji nieco odbiega od zawartości debiutanckiego albumu. Pokazuje talent Duffy do tworzenie bardzo urokliwych melodii, odsłania wachlarz jej umiejętności wokalnych. Po tak pięknym singlu, aż nie mogę doczekać się kolejnych nagrań amerykańskiej wokalistki. Tego lata nie rozstaję się z tym utworem.









Nie ma to, jak spotkać przyjaciela z dzieciństwa, którego nie widziało się od lat i... założyć z nim zespół. Tak właśnie było w przypadku Erika Glambek Boe'a i Oysteina Gjaerdera Bruvika (ach, te skandynawskie nazwiska), którzy powołali do życia zespół o nazwie Kommode. Całkiem niedawno ukazała się ich debiutancka płyta zatytułowana "Analog Dance Music". Erik Glambek Boe to oczywiście połowa mojego ulubionego duetu, czyli Kings of Convenience, na którego najnowszą płytę wciąż cierpliwie czekam. Muszę przyznać, że owe oczekiwania całkiem nieźle umila ostatnia propozycja Boe. "Któż z nas potrzebuje gatunków?" - pyta prowokacyjnie lub retorycznie Erik Glambek Boe na stronie swojego nowego projektu muzycznego Kommode. A ja, niejako odpowiadając na to pytanie, mogę stwierdzić, że dziś najważniejsze rzeczy, nie tylko w muzyce, dzieją się na pograniczu gatunków, estetyk, stylistyk. Zawartość albumu "Analog Dance Music" stanowią kompozycje, które niejako w założeniu mają poprawić nastrój słuchaczowi, umilić czas, sprawić, że na moment zapomni o problemach dnia codziennego. To również muzyka pop, która ma ambicję, żeby zaspokoić gusta nieco bardziej wybrednych i wyrobionych słuchaczy. Pop z klasą, avant-pop dla smakoszy oraz, jakżeby inaczej, muzyka dla "tańczących inaczej". Krążek "Analog Dance Music" trudno porównywać, z jakąkolwiek płytą duetu Kings of Convenience. Jednak album ten dość dobrze pokazuje talent Erika Boe do tworzenia zgrabnych melodii. A oto mój ulubiony utwór z tej niezbyt długiej płyty.











O kolejnym zespole - Stereolab - napisałem przy różnych okazjach sporo na łamach tego bloga. Bardzo często wracam do ich nagrań, bo to wciąż bardzo bliski mi zespół. Znakomity utwór "Doubt", to moim zdaniem, wciąż dość mało znana kompozycja, która zasługuje nie tylko na poznanie, ale też na same pochwały. Słychać w niej wyeksponowaną indie-rockową gitarę, choć pojawia się również charakterystyczna dla twórczości grupy interakcja na linii wokalistka - chór. Chórzystka, ów drugi głos, nie tylko podaje melodie, ale również odmierza kolejne takty. Nagrania dokonano 30 lipca 1991 roku, a więc na początku działalności formacji. Leatitia Sadier i jej załoga wykonali podczas tej sesji cztery utwory, w kolejności zabrzmiały: "Super Electric", "Changer", mój ulubiony "Doubt" oraz "Difficult Fourth Title". Gdyby ktoś poszukiwał nagrania "Doubt", to ukazało się ono na świetnej płycie: "Switched On" (1992), która zawiera zestaw dwóch epek oraz singla. Poza tym kompozycję "Doubt" można odnaleźć na singlu "Stunning Debut Album". Wielka szkoda, że nazwa Stereolab, to już niestety melodia przeszłości. Ale jaka!! Czego by nie powiedzieć, jakby nie zachwalać, po prostu klasyka dla "tańczących inaczej". Zróbcie głośniej!








Zespół Holden - nazwa pochodzi od bohatera powieści "Buszujący w zbożu", Holdena Caulfielda - to słabo znana formacja pochodząca z Francji. Ich debiut fonograficzny przypadł na końcówkę lat dziewięćdziesiątych ubiegłego już wieku i nosił tytuł "L'Arriere-Monde". Swoją przygodę z tą grupą rozpocząłem od wspaniałej płyty "Chevrotine"(2006). Dokładnie pamiętam ten mój pierwszy raz z Holden. To była audycja "HCH", w nieodżałowanym radiu BIS. Przy mikrofonie zasiadł redaktor Jacek Hawryluk, i odtworzył niezwykle piękną, poruszającą kompozycję, która otwiera krążek, czyli - "Ce Que Je Suis". Poczułem, jakby świat wokół mnie zawirował i otworzył się przede mną inny wymiar, jakbym odkrywał zupełnie nowy muzyczny ląd. Jedno wiedziałem na pewno, że muszę szybko zdobyć ten album, i poznać całą twórczość tej formacji. Wokalistka Armelle Pioline i towarzyszący jej gitarzysta i kompozytor, Dominique Depert, długo umilali moje wolne chwile, i sprawiali, że czas płynął w zupełnie innym rytmie. Ostatnio powróciłem po wielu tygodniach braku kontaktu z zespołem Holden do ich najlepszej płyty "Chevrotine". A okazją do powrotu była wiadomość, że mój ulubiony pisarz, Javier Marias, napisał nową powieść, "Berta Isla", która w trzech krajach ukaże się na początku września tego roku. Javier Marias mieszka w Madrycie, a "Madrid", to jedna z najlepszych kompozycji grupy Holden.











Od jakiegoś czasu mam pewien problem z utworami polskich wykonawców, oczywiście z kręgu szeroko pojętej alternatywy (alt-pop, indie-rock, indie-folk). Jeśli już przemawia do mnie jakaś piosenka z krajowego podwórka na poziomie aranżacji czy wykonania, (i łapię się na tym, że ją sobie niekiedy bezwiednie nucę), to zwykle gorzej bywa z tekstem. Znacznie rzadziej zachodzi zjawisko odwrotne. Nie chcę tutaj zbytnio narzekać na rodzimych twórców, może zbyt mało interesuję się lokalnym rynkiem muzycznym (z pewnością mam w tym względzie ogromne braki), a może poprzeczkę moich oczekiwań zawiesiłem zbyt wysoko. W tym roku bardzo spodobała mi się nowa płyta VooVoo - "7", która wyznaczyła poziom dla innym wykonawców. Jednak w moim wakacyjnym zestawie umieściłem kompozycję nieco mniej znaną.
Dlatego w tym miejscu pragnę przywołać coś z odległej już przeszłości, w czym odnajduję się bez reszty, i do czego często wracam. Przyznam szczerze, że nie znałem wcześniej tego znakomitego utworu. Aż dziw bierze, że po raz pierwszy usłyszałem "Przedostatni walc" w tym roku. Tak to już zwykle bywa, że okazją do nieco bardziej uważnej analizy twórczości danego artysty, bywa jego tragiczne lub nagłe odejście. Wychodzą wtedy na światło dzienne zapomniane czy niezbyt znane utwory, a wielu z nas szczerze dziwi się, zadając retoryczne pytanie:"Jak to możliwe, że nie słyszałem tego wcześniej?". Wydaje mi się, ba, jestem tego pewny, że pomimo upływu lat utwór ten wciąż jest aktualny, nic, a nic się nie zestarzał, i broni się doskonale, czy to w warstwie lirycznej ( w tekście ani słowa o smartfonie, facebooku, instagramie, obyło się bez "lajków", "selfie" i wycinki drzew), czy muzycznej. Bo któż dziś aranżuje piosenki w ten sposób? Kto tak zgrabnie łączy ze sobą słowa...










Dakota Suite to wciąż niezbyt popularna grupa, nawet w alternatywnym światku, powołana do życia przez Chrisa Hoosona. Ktoś, kto pracował w hospicjum dla umierających alkoholików, i sam usiłował popełnić samobójstwo, raczej nie tworzy na co dzień popowych szlagierów. Smutek, melancholia, cicha rozpacz, depresja, przygnębienie i rezygnacja, wszystkie te określenia i stany emocjonalne z nimi związane, od zawsze były mocno inspirujące dla twórczości Hoosona. Jego muzyczny towarzysz,Quentin Sirjacq, to trzydziestodziewięcioletni francuski pianista i kompozytor, funkcjonujący gdzieś na pograniczu muzyki ilustracyjnej, muzyki filmowej. Panowie współpracowali ze sobą wielokrotnie. Do kolejnego ich spotkanie doszło latem 2013 roku, w Paryżu, w pracowni mieszczącej się w pobliżu ruchliwej stacji metra. Owocem tego spotkania była bardzo dobra płyta zatytułowana: "There Is Calm To Be Done", która ujrzała światło dzienne rok później. To właśnie na niej znajduje się wspaniała kompozycja "Committing to Uncertainty". Ilekroć słucham tego niezwykłego utworu, jestem pod ogromnym wrażeniem, i cisną się na moje usta same jedynie wielkie słowa. Żeby ich po raz kolejny nie używać, powiem tylko, że ta kompozycja to doskonały przykład na przenikanie się gatunków muzycznych. Znakomite połączenie alternatywnego grania, z elementami pochodzącymi ze świata jazzu.












Co robiliście w 1968 roku? Pewnie podobnie do mnie nie było was jeszcze na świecie. Ale był już na tym padole łez Max Roach, i wiemy, co robił. Akurat, w tym przełomowym dla muzyki roku, nagrał dla studia Atlantic album zatytułowany: "Members, Don't Git Weary". Temu znakomitemu perkusiście, który w trakcie kariery scenicznej grał z największymi sławami ze świata jazzu, tym razem towarzyszyli: Charles Tolliver na trąbce, Gary Bartz na saksofonie, Stanley Cowell zasiadł przy fortepianie, Jymie Merritt wziął do ręki gitarę basową, a  Andy Bey zaśpiewał w tytułowej kompozycji "Member's, Don't Git Weary". Utwór, który szczególnie przypadł mi do gustu nosi tytuł "Effie". 16 sierpnia minęła dziesiąta rocznica śmierci Maxa Roacha.