Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sun Ra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sun Ra. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 lutego 2023

EN ATTENDANT ANA - "PRINCIPIA" (Trobule In Mind Rec.) "Paryski powiew wiosny"

 

     Płyty francuskich zespołów nie są zbyt często recenzowane przez popularne portale zajmujące się muzyka alternatywną. Można by przypuszczać, że jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest bariera językowa - język, którym włada Michele Houellebecq, Pierre Lemeitre, Jean - Marie Gustave Le Clezio nie jest tak popularny jak ten, w którym tworzą Julian Barnes, John Banville czy George Saunders. Tyle, że wielu francuskich artystów w ostatnich latach celowo nagrywa swoje albumy w języku angielskim, chcąc w ten sposób dotrzeć do większej grupy odbiorców. W takim układzie sporo zależy od wytwórni płytowej, kontaktów i relacji, prężnie działającego działu marketingu. Tak się złożyło, że paryska grupa En Attendant Ana kilka lat temu podpisała kontrakt z amerykańską oficyną Trouble In Mind Records, i pewnie również dzięki temu ich wydawnictwa doczekały się  - co prawda niezbyt wielu -   recenzji w prasie branżowej. "Trouble In Mind" to label założony w 2009 roku w Chicago, przez Billa Roe i Lisę Roe. Ze znanych i recenzowanych na łamach tego bloga grup, warto w tym miejscu wymienić chociażby Nightshift, Ultimate Painting czy Mountain Movers.

Formacja En Attendant Ana zawiązała się siedem lat temu w Paryżu, początkowo funkcjonowała jako duet wokalistki i autorki tekstów Margaux Bouchaudon oraz Camille Frechou (saksofon, trąbka). Ten skromny skład szybko został poszerzony o dodatkowych artystów, i przez ostatnie lata często się zmieniał. Przy okazji nagrywania płyty "Principia" do zespołu dołączył ich dźwiękowiec Vincent Hivert, który nie tylko zagrał na basie, ale także odpowiedzialny był za produkcje tego wydawnictwa, rejestrując poszczególne nagrania w prowadzonym przez siebie studiu "Studio Claudio". Francuzi zaczynali swoją przygodę wydawniczą od epki - "Songs From The Cave" (2016), ale to nagrany w studiu Montrevil album "Lost & Found" (2018) pozwolił im wypłynąć na nieco szersze wody. Jego wydanie zbiegło się bowiem z podpisaniem kontraktu ze wspomnianą wcześniej oficyną Trobule In Mind Rec. oraz trasą koncertową po znacznej części Europy i USA. Nazwa grupy powstała w Brukseli, w jednym z chętnie odwiedzanych lokalnych barów - "Le Cheval De Fer". To właśnie tam członkowie zespołu zobaczyli w akcji kelnerkę - Anę, której temperament, pewność siebie, opanowanie i rezolutność, bardzo przypadła im do gustu.

Najnowszy, opublikowany wczoraj album - "Principia", w zamierzeniach autorów miał być czymś na kształt nowego otwarcia. Wokalistka Margaux Bouchaudon i Vincent Hivert tym razem zamierzali odejść od dawnych pomysłów i zwyczajów,  chcieli zrobić coś innego, a pomocne miało w tym być: "zdekonstruowanie własnych nawyków". Zamiast tak pożądanej podczas tworzenia swobody działania, narzucili sobie pewne ramy, funkcjonowali w trybie celowych ograniczeń, wyznając zasadę, że te ostatnie mogą okazać się inspirujące. Jak przyznała w jednym z nielicznych wywiadów Margaux Bouchaudon, do powstania tekstów przyczyniły się artykuły naukowe, eseje polityczne, badania, które prowadziła będąc studentką historii sztuki. Zabrzmiało poważnie, to prawda. Jednak muzyczna zawartość albumu "Principia" nie jest z pewnością aż tak ciężka i poważna.

W nastrój płyty "Principia" dobrze wprowadza udane melodyjne otwarcie, odrobinę nawiązujące do twórczości grupy The Pastels. Pośród dziesięciu spójnych odsłon dominuje motoryczne żywe granie, jak chociażby w  "Ada, Mary, Diane", utrzymane w dobrym tempie i korzystające z dobrodziejstw indie-popowej stylistyki. W kilku fragmentach musi przypomnieć się wczesny Stereolab, posługujący się podobną melodyką, podający w charakterystyczny sposób partie gitar oraz zaśpiewy chórku. Podstawowa różnica jest tak, że załoga dowodzona niegdyś przez Tima Gane'a i Laetitie Sadier raczej rzadko sięgała po instrumenty dęte, natomiast zespół En Attendant Ana w aranżacjach chętnie i regularnie wykorzystuje trąbkę lub saksofon. Oczywiście w wydaniu Francuzów nie są to żadne jazzowe wygibasy, tylko drobne ornamenty i dodatkowe barwy odmalowane przez Camille Frechou. 

W podobnym tempie jak poprzednicy został utrzymany świetny "Black Morning", który nieco bardziej przypomniał mi twórczość grupy Pram. "To The Crash" poprzez wykorzystanie automatu perkusyjnego zabrzmiał jak produkcja lo-fi, z kolei "Fools and Kings" skojarzył mi się z dawnym Belle And Sebastian. Na uwagę zasługuje również dobra realizacja linii wokalnych oraz sposób ich prowadzenia. Urokliwy głos Margaux Bouchaudon dobrze odnajduje się w tej stylistyce. Warto!

(nota 7.5/10)

  


Pozostaniemy w kręgu muzyki francuskiej. Wczoraj ukazała się zapowiadana przeze mnie płyta tria Bingo Club - "Better Lucky Than Beautiful". Album jest udanym wydawnictwem, do którego z pewnością będę jeszcze wracał, utrzymanym w dream-popowej stylistyce, gdzieś w okolicach rejonów Beach House czy Cigarette After Sex. Z tego krążka wybrałem taki oto fragment.



Sześć lat temu, w zimny grudniowy czas zasłuchiwałem się w płytę "Makena" - grupy No Clear Mind. Tak się złożyło, że wokalista, gitarzysta i autor tekstów tego zespołu - Vasilis Dokakis - kilkanaście dni temu opublikował solowy album "Lotus". Najpiękniejszym jej fragmentem jest rozmarzona kompozycja "Amazing", do której w ostatnich dniach bardzo często wracam. Cudeńko!!



Skoro padł już tytuł "Makena", musi zabrzmieć mój ulubiony fragment z tego znakomitego albumu. Vasilis Dokakis ma charakterystyczną dla siebie melodykę, i całkiem zgrabnie potrafi łączyć ze sobą nuty oraz zaaranżować kompozycje. Takie szczegóły jak zapętlony oddech i drobny zaśpiew, słyszalne w prawym kanale, dodają tej odsłonie dodatkowej magii. Przepięknie!



Zajrzymy na moment do Australii, skąd pochodzi prezentowana już grupa Oceans. Oto kolejna odsłona płyty "Dreamers In Dark Cities", która ukaże się 24 marca.



Szwedzkie trio Death And Vanilla postanowiło przełożyć datę premiery albumu "Flicker" na dzień 17 marca, wypuściło za to kolejny singiel z tego wydawnictwa.



Jakiś czas temu recenzowałem płytę "Strange Time" brytyjskiego artysty MF Tomlinsona. Kilka dni temu ukazał się jego najnowszy krążek "We Are Still Wild Horses", który zawiera tylko cztery, za to dość długie nagrania. Tytułowa kompozycja liczy sobie dwadzieścia jeden minut i to właśnie jej posłuchamy. Warto w niej się zanurzyć.



Starsi fani muzyki alternatywnej z pewnością dobrze pamiętają grupę The Van Pelt. Po dziewięciu latach przerwy 17 marca ukaże się ich najnowszy album "Artisan & Merchants". Oto singiel promujący to wydawnictwo.



W kąciku improwizowanym na dobry początek psychodeliczny darkjazz. Dziś ukazała się płyta włoskiego kwartetu Satan Is My Brother - "How Far Can You See".



Sun Ra i fragment płyty opublikowanej kilka dni temu "Ellingtonia, Vol.2", zawierającej dwanaście archiwalnych nagrań.



 


 


niedziela, 28 czerwca 2020

NAT BIRCHALL - MYSTICISM OF SOUND" (Bandcamp) "Miasto w morzu..."

   Można powiedzieć, że twórczość dzisiejszego bohatera poznałem dzięki uprzejmości Mattew Halsalla.  Przesłuchując kolejne płyty z dyskografii brytyjskiego trębacza odkryłem, że bardzo często w poszczególnych kompozycjach partie saksofonu wykonuje Nat Birchall. Panowie bardzo szybko znaleźli wspólny język, nie tylko ten muzyczny. Nic więc dziwnego, że niektóre krążki Birchalla ukazały się nakładem wydawnictwa Gondwana Records, które założył i prowadzi Halsall.


Jedno z pierwszych wyraźnych  wspomnień muzycznych Nata Birchalla przywołuje obraz singla Isaaca Hayesa, z kultową, także do dziś, ścieżką dźwiękową do pamiętnego obrazu "Shaft". Płytka nosiła tytuł "Them From Shaft", a brytyjski saksofonista słuchał jej bardzo często. W 1972 roku Birchall odkrywa dla siebie świat muzyki jamajskiej, przede wszystkim reggae, którym wciąż się fascynuje. "Jedną z atrakcji muzyki jamajskiej był dźwięk poszczególnych  nagrań (brzmienie), było w nich zawsze dużo ciepła i głębi" - wspominał angielski jazzman.  W 1979 roku Birchall kupił pierwszy saksofon. Warto dodać, że początkowo grał na alcie, który po roku zamienił na tenor. Powód zmiany był prost i prozaiczny - większość jego ulubionych muzyków grała własnie na saksofonie tenorowym: Tommy McCook, Cedric Brooks, John Coltrane. Jeśli zaś chodzi o konkretny sprzęt, to ceni sobie  markę Henri Selmer, ze stroikami Rigotti Gold. Zarówno w kompozycjach, jak i podczas współpracy z innymi artystami, stawia przede wszystkim na wolność i dyscyplinę. W świecie Nata Birchalla to dwa nierozerwalne ze sobą elementy.

"Zawsze nienawidziłem brzmienia syntezatora, z jednym bardzo ważnym wyjątkiem, kiedy grał na nim Sun Ra" - oświadczył Nat Birchall podczas opowieści o swoim najnowszym wydawnictwie "Mysticism of Sound". Luźne odwołania do twórczości wspomnianego wyżej Sun Ra (jego album "Mystery of Being"), jak i syntezator Korg Minilogue, który brytyjski artysta niedawno zakupił, stały się punktem wyjścia w trakcie prac nad nowym wydawnictwem. Warto nadmienić, że tym razem Birchall postanowił zrobić wszystko samodzielnie. I tak, zagrał na: basie, perkusji, dzwonkach, klarnecie basowym, saksofonie tenorowym oraz... na znienawidzonym syntezatorze. Jego brzmienie nie jest jednak dominujące, pełni raczej rolę barwnego tła, które tworzy i pogłębia dźwiękową przestrzeń.
Zarówno po tytule płyty - "Mysticism of Sound" - jak i z nazw poszczególnych kompozycji możemy łatwo wywnioskować, jaki charakter czy nastrój dominuje na całym krążku. A wszystko zaczyna się od krótkiego wstępu "Intro-Pyramidion", gdzie partia saksofonu przywołuje ducha Johna Coltrane'a. "Cosmic Visitant" czy "Outer Realm" to znak rozpoznawczy brytyjskiego artysty i wyprawa w jego ulubioną krainę, czyli Spiritual Jazz. W kolejnych  odsłonach odnajdziemy tak charakterystyczny dla Birchalla nastrój nostalgii, ów specyficzny stan zawieszenia pomiędzy tym, co doczesne, a tym, co metafizyczne, co wykracza poza nasze "tu i teraz". "Celestial Spheres" - mogłaby spokojnie wyjść spod palców Matthew Halsalla, podobnie zresztą jak "Inner Pathway". Warto zanurzyć się w tym przyjemnym morzu dźwięków nie tylko podczas upałów.

(nota 7.5/10)







Skoro Nat Birchall, to muszą zabrzmieć jeszcze dwie moje ulubione kompozycje,. Pierwsza z nich to pokaz możliwości, wrażliwości, skali talentu, niezwykła, wciągająca od pierwszych taktów "Return To Ithaca", pochodząca z album "World Without Form" wydanego w 2012 roku. Druga natomiast to mieniąca się barwami pocztówka albo znak symboliczny (dźwiękowe logo) oficyny Gondwana Records - nie Hania Rani, z całym szacunkiem dla naszej sympatycznej rodaczki - tylko "TOGETHER"(!!!), z płyty Matthew Halsalla "Colour Yes" (2009). Chyba nie muszę dodawać, że to pozycje obowiązkowe!