Fado to smutna melancholijna pieśń, w klasycznym ujęciu wykonywana przez kobietę lub mężczyznę (obowiązkowo w czarnym stroju), przy akompaniamencie dwóch akustycznych gitar. Kiedy myślimy o tym gatunku, który powstał w XIX wieku, nasze skojarzenia podsuwają nam obrazy wąskich i stromych uliczek Lizbony, dzielnicy Alfama lub Mouraria oraz sylwetki takich artystek jak: Amalia Rodrigues czy Mariza. Moje prywatne skojarzenia, to oczywiście niezapomniane kadry "Lisbon Story", w reżyserii Wima Wendersa. To właśnie przy okazji tego filmu, poruszając się po rodzinnym mieście Fernando Pesoi, w towarzystwie dźwiękowca Phillipa Wintera, zwabiony subtelnymi nutami dotarłem na próbę grupy Madradeus.
To chyba również przy tej okazji po raz pierwszy - w każdym razie świadomie i zapamiętywalnie - zetknąłem się z pojęciem "saudade". Wyraz ten, jak utrzymują niektórzy Portugalczycy, nie jest do końca przetłumaczalny, ale przyjmuje się, że oznacza rodzaj specyficznej melancholii, nostalgii, stanu, w którym myśli się o czymś bliżej nieokreślonym i tęskni, lub z rozrzewnieniem wspomina się przeszłość. Można również spotkać się z takim tłumaczeniem "saudade", które rozumiane jest jako: "kontemplacja piękna rozkładu", co będzie kluczowe dla dalszej części tego tekstu. Oczywiście owa "pogłębiona tęsknota", czy jak chce inny twórca całkiem zgrabnego tłumaczenia - "roztęsknienie" - jest obecna w pieśniach fado. To między innymi wokół tych dwóch terminów Portugalczycy budują swoją tożsamość kulturową. Choć, na upartego, można odnaleźć odpowiednik pieśni fado w kulturze japońskiej, jak i odpowiednik "saudade". Mam tu na myśli wyraz "natsukashii" - czyli ciepłe wspomnienie dawnych lat.
Moje z kolei wspomnienie czy napomknięcie o fado, saudade i kulturze japońskiej ma bezpośredni związek z albumem Chrisa Hoosona i jego projektu Dakota Suite zatytułowanym: "The Indestructibility Of The Already Felled". Brytyjski muzyk od lat eksploruje slowcorowo-ambientowe pogranicze, wykorzystując także elementy art-rocka czy jazzu, zaś takie stany emocjonalne jak: tęsknota, nostalgia, smutek, to stałe wektory i motywy przewodnie jego kompozycji. Hooson wychodzi z założenia, że jeśli mamy zamiar pozbyć się smutnego nastroju, to możemy wykorzystać do tego inne nostalgiczno-melancholijne treści. W wywiadach podkreśla, jak ważnym aspektem jego dokonań artystycznych jest motyw katharsis, wokół którego budowane są poszczególne utwory (uwolnienie emocji).
Nie byłoby Dakota Suite, gdyby nie specyficzne postrzeganie rzeczywistości (rozciągnięte chwile, "krople czasu"), któremu Hooson daje wyraz tworząc kolejne kompozycje, jak i dobierając takich, a nie innych współpracowników. Mam tu na myśli twórczą empatię, współodczuwanie, podobne przeżywanie emocji i wzajemne inspiracje - stąd nie dziwi fakt, że brytyjski wokalista swojego wiernego pomocnika, pianistę Quentina Sirjacqa, nazywa "bratem".
Był czas, kiedy muzyk z Leeds chciał zrezygnować z klasycznie rozumianych piosenek, z podziałem na zwrotkę oraz refren, z wokalizą oraz z tekstem. W tym powrocie do pieśni z pewnością pomocna okazała się być znakomita płyta A.A. Bondy - "Believers" (wspominałem o niej na łamach bloga), która należy do jednej z jego ulubionych. Poza tym... na co dzień słucha jazzu, zarówno tego z lat 60-tych, jak i tego oznaczonego etykietą ECM, ceni dokonania Arvo Parta, Toma Waitsa, Marka Eitzela, The Blue Nile czy Bertranda Burgalata.
Tym razem na wyboistej drodze poszukiwań artystycznych Hooson nie skorzystał z pomocy Emanuele'a Errante, który niczym Phillip Winter - bohater filmu "Lisbon Story" - z włochatym mikrofonem w dłoni kolekcjonował dla niego nagrania terenowe. Postawił natomiast na sprawdzonego w boju druha - francuskiego pianistę Quentina Sirjacqa, i tak we dwójkę, ramię w ramię, dotarli aż do Japonii. Spędzili trzy dni w drugim co do wielkości japońskim mieście Yokohamie, korzystając z dobrodziejstw zbudowanego w 1932 roku centrum kulturowego Okurayama Memorial Hall. Dlatego na ostatniej płycie, która ukazała się 31 stycznia 2020 roku, pośród angielskich nazw utworów znajdziemy japońskie tytuły, odnoszące się do estetycznych pojęć. I tak oto "Kyoshu" nawiązuje bezpośrednio do odczuwania nostalgii, a "Aiseki" można przełożyć jako "smutek". "Kintsugi" - to technika łączenia rozbitych elementów laką, którą później pokrywa się złotem ("blizny pokryte złotem"). Pojęcie to łączy się z filozofią wabi-sabi, czyli zachwytem i szukaniem piękna w tym, co niedoskonałe, zepsute, naznaczone przez upływ czasu. Kompozycja "Safe Within Your Arms" dedykowana jest partnerce Chrisa - Johannie.
Album "The Indestructibility Of The Already Felled" zawiera muzykę przepełnioną "szlachetnym rodzajem smutku" - "saudade" - ale nie portugalskim, czy japońskim, ale tym prywatnym, poznawanym i kreowanym od niemal 25 lat na płytach Dakota Suite. "Roztęsknienie", "kontemplacja piękna rozkładu", wszystko to przewija się w kolejnych urokliwych odsłonach tej spójnej, starannie przemyślanej i udanej płyty. "Przynoszę ci ten smutek" - śpiewa Hooson, a bliska realizacja głosu wokalisty sprawia, że słuchacz od pierwszych chwil nawiązuje kontakt z artystami. Gra pianisty, Quentina Sirjacqa, jest spokojna, oszczędna, w duchu dawnego mistrza Erika Satie, dźwięki mają tu dość czasu, żeby w pełni wybrzmieć, tak jak wybrzmiewały na chwalonej przeze mnie płycie Tigrana Hamasyana - "Atmospheres" lub na wydawnictwach skandynawskich jazzmenów sygnowanych logo ECM. Chris Hooson niczym wino, im starszy, tym lepszy, jak zwykle szczery, jak zwykle przekonujący, sugestywnie zaprasza do odkrywania intymnego świata - dla fanów grupy pozycja obowiązkowa.
"Taka "Kobra"..." - westchnął docent Furman w jednym z odcinków serialu "Alternatywy 4", kiedy awaria prądu przerwała kolejny zapierający dech w piersiach odcinek w dawnym teatrze sensacji. "Kobra bardzo jest niedobra - Uch - jak kobra jest niedobra! Lecz czy to jest jej ach wina? Ona działa jak maszyna..." - to z kolei Witkacy i jego pierwsze poetyckie próby. Nie wiem, jak smakują kobry z dalekiego Urugwaju, wiem za to, że brzmią całkiem nieźle - o czym, mam nadzieję, wkrótce sami się przekonacie.
Las Cobras to formalnie duet, który tworzą gitarzysta i wokalista Leandro Rebellato oraz wokalistka, klawiszowiec i autorka grafiki - Sofia Aguerre. Przy okazji koncertów zespół powiększa się o trzech dodatkowych członków. Leandro i Sofia oficjalnie są parą, dorastali i mieszkali w tym samym urugwajskim mieście - Canelones, które nazwę zawdzięcza gatunkowi cynamonu rosnącemu wzdłuż brzegu rzeki. W miasteczku położonym 50 km od Montevideo dzisiejsi bohaterowie nudzili się na tyle, że postanowili coś wspólnie stworzyć. Zaczęli spotykać się ze sobą w dniu, w którym zmarł Lou Reed (27 października 2013). Nazwę "Las Cobras" wymyślili tańcząc do własnej kompozycji "Temporal", i zwracając uwagę na to, że ich ciała, w trakcie rytmicznych pląsów, wyginają się niczym ciało kobry. Duet formalnie powstał latem 2016 roku, początkowo próbując sił głównie w coverach. Wreszcie nadszedł kluczowy dla przyszłości formacji dzień, a był to piątek, kiedy to przesłali pięć własnych utworów do serwisu bandcamp. Nie zdążyły upłynąć pełne trzy doby, był poniedziałek, kiedy zgłosił się do nich przedstawiciel wytwórni Fuzz Club Records, i zaproponował podpisanie kontraktu oraz wydanie płyty w tradycyjnej formie.
Od samego początku w brzmieniu Las Cobras dominowało sugestywne połączenie dźwięków gitary i syntezatora. Znajdziemy tu również odrobinę mrocznej atmosfery, trochę psychodelicznych nastrojów i dusznego powietrza, rodem z dokonań Jesus And The Mary Chain. Urugwajska para czasem nawiązuje do gotyku, jak chociażby w "Evil In Your Eyes", na ostatniej, a drugiej w dorobku, płycie zatytułowanej "Selva". Zwraca na siebie uwagę spokojna i podwojona wokaliza, gdyż w większości kompozycji para śpiewa wspólnie - głos Rebelloto jest na pierwszym planie, Sofia Aguerre schowana jest nieco z tyłu. Transowy wymiar kompozycji uzyskują powtarzając te same struktury, a także oszczędnie zmieniając tonacje. Ich ulubione grupy to: Suicide ,Caetano Veloso, album - "Trans", Moon Duo, Primal Scream, Spaceman 3. Fani tych formacji z pewnością znajdą coś dla siebie na albumie "Selva".
(nota 7/10)
Na tak zwaną drugą nóżkę utwór, który mocno wpadł w moje ucho, z płyty Cindy Lee - "What's Tonight To Eternity". Płyta oficjalnie ukaże się 14 lutego, ale zdążyła wyciec już do internetu i rozczarowała mnie jako całość, choć kilka nagrań całkiem dobrze się broni. Pod nazwą Cindy Lee ukrywa się Patrick Flegel, były frontman grupy Women, artysta posługujący się queerową tożsamością. Zespół Women rozpadł się z hukiem, w 2010 roku, podczas koncertu w Vancouver Island na scenie doszło do bójki pomiędzy Patrickiem, a pozostałymi członkami kanadyjskiej grupy. Po tym wydarzeniu Flegel postanowił zacząć działać na własny rachunek. Nazwę Cindy Lee zaczerpnął od nazwiska mieszkanki Kolumbii Brytyjskiej - "To była naprawdę super i cholernie twarda babka". Od samego początku solowej działalności Patrick Flegel pozostawał pod wpływem popu z przełomu lat 50-60, i w takim właśnie duchu tworzy do dziś własne kompozycje. Na ostatnim albumie zainspirował się historią postaci Keren Carpenter ( z The Carpenters), ale też twórczością Patsy Cline i The Supremes. Szkoda tylko, że podczas tworzenia kolejnych dziewięciu kompozycji na krążek "What's Tonight To Eternity" zbrakło, i pomysłów, i konsekwencji. Chyba zbyt mocno dała o sobie znać nieprzewidywalność i ekstrawagancja twórcy, długimi fragmentami zbyt dużo tutaj, jak dla mnie, efektów, pogłosów, zniekształceń, zbyt wiele tego drag queenowego mrugnięcia okiem (jako ścieżka do obrazów Almodovara momentami pewnie tak). Jak już wspomniałem powyżej, moje ucho zatrzymało się na dłużej przy jednej kompozycji - "Heavy Metal". Melancholijna i smakowita piosenka, w stylu retro-pop, jest hołdem dla zmarłego członka grupy Women, Chrisa Reimera, który odszedł w 2012 roku.
Na sam koniec, dla wytrwałych, którzy docierają do kresu wpisów, do kresu stron... najpiękniejsza kompozycja stycznia 2020. Utwór "Safe Within Your Arms" pochodzi z albumu "The Indestructibility of The Already Felled", który ukaże się za dwa tygodnie, 31 stycznia, nakładem oficyny Schole Records. A któż jest autorem tego cudeńka? - oczywiście Dakota Suite i francuski pianista Quentin Sirjacq.
Skoro sierpień, to wakacje, a skoro wakacje, to... kolejna, trzecia już odsłona, na łamach tego bloga, zestawu "Szczęśliwa ósemka". I tym razem będzie to mieszanka utworów nieco zakurzonych, nowych oraz tych świeżutkich i chrupiących niczym ciepłe bułki. Kompilacje rozpoczyna piosenka, którą w ostatnich kilku miesiącach odtwarzałem najczęściej. Mogę zaryzykować twierdzenie, i z pewnością nie minę się z prawdą, że nie było tygodnia, żebym nie przypomniał sobie, jak to cudeńko wspaniale brzmi( i czy nadal tak brzmi), jakie robi na mnie wrażenie( i czy nadal jestem pod jego wpływem) oraz czy przez te chwile rozłąki nic się nie zmieniło w kompozycji "Luminescent Sun". Devoured By Flowers to duet pochodzący z Portland, który w marcu tego roku wydał debiutancką epkę zatytułowaną "The Luminescent". Jak napisali sami muzycy na stronie internetowej, piosenka "Luminescent sun" jest gotowa w 95%, a prace nad jej ostatecznym wykończeniem wciąż trwają. Gdybym coś mógł dyskretnie zasugerować, coś doradzić na ucho Dorianowi Cambellowi i Askelonowi Sain, to... odrobinę skróciłbym ten utwór, mniej więcej o ostatnią minutę. To tylko taka uwaga kreślona na marginesie, poza tym... rozkosz, rozkosz, rozkosz. Cóż więcej dodać.
W filmie "Porno" Marka Koterskiego, główny bohater spotyka w parku kobietę, z którą w takich właśnie malowniczych okolicznościach przyrody, na zielonej ławeczce, ma odbyć stosunek. Kobieta w pewnym momencie zadaje pytanie: "Lubi pan filozofów?". "Nie za bardzo... To znaczy, nie zdążyłem ich zgłębić" - odpowiada główny bohater. "Czytał pan Heideggera?" - dopytuje kobieta. "Nie... Zdaje się trochę faszyzował"- słyszy w odpowiedzi. "Tak mówią..., ale ja jestem nim opętana". Właściwie mógłbym podpisać się pod tym ostatnim stwierdzeniem oraz dodać, że jestem również opętany utworem "Luminescent Sun".
Hand Habbits to zespół powołany do życia przez Meg Duffy, piosenkarkę i gitarzystkę rezydującą w Nowym Yorku. W tym roku ukazał się jej debiutancki, przyzwoity i dość ciepło przyjęty przez krytyków muzycznych album "Wildly Idle (Humble before the void)". Piosenka, która 25 sierpnia ukaże się na singlu, i która zrobiła na mnie spore wrażenie nosi tytuł "Yr Heart". Co ciekawe, i warte podkreślenia, utwór ten klimatem i sposobem aranżacji nieco odbiega od zawartości debiutanckiego albumu. Pokazuje talent Duffy do tworzenie bardzo urokliwych melodii, odsłania wachlarz jej umiejętności wokalnych. Po tak pięknym singlu, aż nie mogę doczekać się kolejnych nagrań amerykańskiej wokalistki. Tego lata nie rozstaję się z tym utworem.
Nie ma to, jak spotkać przyjaciela z dzieciństwa, którego nie widziało się od lat i... założyć z nim zespół. Tak właśnie było w przypadku Erika Glambek Boe'a i Oysteina Gjaerdera Bruvika (ach, te skandynawskie nazwiska), którzy powołali do życia zespół o nazwie Kommode. Całkiem niedawno ukazała się ich debiutancka płyta zatytułowana "Analog Dance Music". Erik Glambek Boe to oczywiście połowa mojego ulubionego duetu, czyli Kings of Convenience, na którego najnowszą płytę wciąż cierpliwie czekam. Muszę przyznać, że owe oczekiwania całkiem nieźle umila ostatnia propozycja Boe. "Któż z nas potrzebuje gatunków?" - pyta prowokacyjnie lub retorycznie Erik Glambek Boe na stronie swojego nowego projektu muzycznego Kommode. A ja, niejako odpowiadając na to pytanie, mogę stwierdzić, że dziś najważniejsze rzeczy, nie tylko w muzyce, dzieją się na pograniczu gatunków, estetyk, stylistyk. Zawartość albumu "Analog Dance Music" stanowią kompozycje, które niejako w założeniu mają poprawić nastrój słuchaczowi, umilić czas, sprawić, że na moment zapomni o problemach dnia codziennego. To również muzyka pop, która ma ambicję, żeby zaspokoić gusta nieco bardziej wybrednych i wyrobionych słuchaczy. Pop z klasą, avant-pop dla smakoszy oraz, jakżeby inaczej, muzyka dla "tańczących inaczej". Krążek "Analog Dance Music" trudno porównywać, z jakąkolwiek płytą duetu Kings of Convenience. Jednak album ten dość dobrze pokazuje talent Erika Boe do tworzenia zgrabnych melodii. A oto mój ulubiony utwór z tej niezbyt długiej płyty.
O kolejnym zespole - Stereolab - napisałem przy różnych okazjach sporo na łamach tego bloga. Bardzo często wracam do ich nagrań, bo to wciąż bardzo bliski mi zespół. Znakomity utwór "Doubt", to moim zdaniem, wciąż dość mało znana kompozycja, która zasługuje nie tylko na poznanie, ale też na same pochwały. Słychać w niej wyeksponowaną indie-rockową gitarę, choć pojawia się również charakterystyczna dla twórczości grupy interakcja na linii wokalistka - chór. Chórzystka, ów drugi głos, nie tylko podaje melodie, ale również odmierza kolejne takty. Nagrania dokonano 30 lipca 1991 roku, a więc na początku działalności formacji. Leatitia Sadier i jej załoga wykonali podczas tej sesji cztery utwory, w kolejności zabrzmiały: "Super Electric", "Changer", mój ulubiony "Doubt" oraz "Difficult Fourth Title". Gdyby ktoś poszukiwał nagrania "Doubt", to ukazało się ono na świetnej płycie: "Switched On" (1992), która zawiera zestaw dwóch epek oraz singla. Poza tym kompozycję "Doubt" można odnaleźć na singlu "Stunning Debut Album". Wielka szkoda, że nazwa Stereolab, to już niestety melodia przeszłości. Ale jaka!! Czego by nie powiedzieć, jakby nie zachwalać, po prostu klasyka dla "tańczących inaczej". Zróbcie głośniej!
Zespół Holden - nazwa pochodzi od bohatera powieści "Buszujący w zbożu", Holdena Caulfielda - to słabo znana formacja pochodząca z Francji. Ich debiut fonograficzny przypadł na końcówkę lat dziewięćdziesiątych ubiegłego już wieku i nosił tytuł "L'Arriere-Monde". Swoją przygodę z tą grupą rozpocząłem od wspaniałej płyty "Chevrotine"(2006). Dokładnie pamiętam ten mój pierwszy raz z Holden. To była audycja "HCH", w nieodżałowanym radiu BIS. Przy mikrofonie zasiadł redaktor Jacek Hawryluk, i odtworzył niezwykle piękną, poruszającą kompozycję, która otwiera krążek, czyli - "Ce Que Je Suis". Poczułem, jakby świat wokół mnie zawirował i otworzył się przede mną inny wymiar, jakbym odkrywał zupełnie nowy muzyczny ląd. Jedno wiedziałem na pewno, że muszę szybko zdobyć ten album, i poznać całą twórczość tej formacji. Wokalistka Armelle Pioline i towarzyszący jej gitarzysta i kompozytor, Dominique Depert, długo umilali moje wolne chwile, i sprawiali, że czas płynął w zupełnie innym rytmie. Ostatnio powróciłem po wielu tygodniach braku kontaktu z zespołem Holden do ich najlepszej płyty "Chevrotine". A okazją do powrotu była wiadomość, że mój ulubiony pisarz, Javier Marias, napisał nową powieść, "Berta Isla", która w trzech krajach ukaże się na początku września tego roku. Javier Marias mieszka w Madrycie, a "Madrid", to jedna z najlepszych kompozycji grupy Holden.
Od jakiegoś czasu mam pewien problem z utworami polskich wykonawców, oczywiście z kręgu szeroko pojętej alternatywy (alt-pop, indie-rock, indie-folk). Jeśli już przemawia do mnie jakaś piosenka z krajowego podwórka na poziomie aranżacji czy wykonania, (i łapię się na tym, że ją sobie niekiedy bezwiednie nucę), to zwykle gorzej bywa z tekstem. Znacznie rzadziej zachodzi zjawisko odwrotne. Nie chcę tutaj zbytnio narzekać na rodzimych twórców, może zbyt mało interesuję się lokalnym rynkiem muzycznym (z pewnością mam w tym względzie ogromne braki), a może poprzeczkę moich oczekiwań zawiesiłem zbyt wysoko. W tym roku bardzo spodobała mi się nowa płyta VooVoo - "7", która wyznaczyła poziom dla innym wykonawców. Jednak w moim wakacyjnym zestawie umieściłem kompozycję nieco mniej znaną.
Dlatego w tym miejscu pragnę przywołać coś z odległej już przeszłości, w czym odnajduję się bez reszty, i do czego często wracam. Przyznam szczerze, że nie znałem wcześniej tego znakomitego utworu. Aż dziw bierze, że po raz pierwszy usłyszałem "Przedostatni walc" w tym roku. Tak to już zwykle bywa, że okazją do nieco bardziej uważnej analizy twórczości danego artysty, bywa jego tragiczne lub nagłe odejście. Wychodzą wtedy na światło dzienne zapomniane czy niezbyt znane utwory, a wielu z nas szczerze dziwi się, zadając retoryczne pytanie:"Jak to możliwe, że nie słyszałem tego wcześniej?". Wydaje mi się, ba, jestem tego pewny, że pomimo upływu lat utwór ten wciąż jest aktualny, nic, a nic się nie zestarzał, i broni się doskonale, czy to w warstwie lirycznej ( w tekście ani słowa o smartfonie, facebooku, instagramie, obyło się bez "lajków", "selfie" i wycinki drzew), czy muzycznej. Bo któż dziś aranżuje piosenki w ten sposób? Kto tak zgrabnie łączy ze sobą słowa...
Dakota Suite to wciąż niezbyt popularna grupa, nawet w alternatywnym światku, powołana do życia przez Chrisa Hoosona. Ktoś, kto pracował w hospicjum dla umierających alkoholików, i sam usiłował popełnić samobójstwo, raczej nie tworzy na co dzień popowych szlagierów. Smutek, melancholia, cicha rozpacz, depresja, przygnębienie i rezygnacja, wszystkie te określenia i stany emocjonalne z nimi związane, od zawsze były mocno inspirujące dla twórczości Hoosona. Jego muzyczny towarzysz,Quentin Sirjacq, to trzydziestodziewięcioletni francuski pianista i kompozytor, funkcjonujący gdzieś na pograniczu muzyki ilustracyjnej, muzyki filmowej. Panowie współpracowali ze sobą wielokrotnie. Do kolejnego ich spotkanie doszło latem 2013 roku, w Paryżu, w pracowni mieszczącej się w pobliżu ruchliwej stacji metra. Owocem tego spotkania była bardzo dobra płyta zatytułowana: "There Is Calm To Be Done", która ujrzała światło dzienne rok później. To właśnie na niej znajduje się wspaniała kompozycja "Committing to Uncertainty". Ilekroć słucham tego niezwykłego utworu, jestem pod ogromnym wrażeniem, i cisną się na moje usta same jedynie wielkie słowa. Żeby ich po raz kolejny nie używać, powiem tylko, że ta kompozycja to doskonały przykład na przenikanie się gatunków muzycznych. Znakomite połączenie alternatywnego grania, z elementami pochodzącymi ze świata jazzu.
Co robiliście w 1968 roku? Pewnie podobnie do mnie nie było was jeszcze na świecie. Ale był już na tym padole łez Max Roach, i wiemy, co robił. Akurat, w tym przełomowym dla muzyki roku, nagrał dla studia Atlantic album zatytułowany: "Members, Don't Git Weary". Temu znakomitemu perkusiście, który w trakcie kariery scenicznej grał z największymi sławami ze świata jazzu, tym razem towarzyszyli: Charles Tolliver na trąbce, Gary Bartz na saksofonie, Stanley Cowell zasiadł przy fortepianie, Jymie Merritt wziął do ręki gitarę basową, a Andy Bey zaśpiewał w tytułowej kompozycji "Member's, Don't Git Weary". Utwór, który szczególnie przypadł mi do gustu nosi tytuł "Effie". 16 sierpnia minęła dziesiąta rocznica śmierci Maxa Roacha.