Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twins. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 maja 2025

SNOWPOET - "HEARTSTRINGS" (Edition Records) "Zaciągnięty hamulec"

 

    Tuż po opublikowaniu znakomitego albumu "Wait For Me", z radością zaprosiłem grupę SNOWPOET do grona tych najbardziej ulubionych artystów. Przyjąłem ich w tym ekskluzywnym klubie ciepło i serdecznie. I spokojnie wyczekiwałem na wieści o kolejnych nagraniach brytyjskiej formacji. Na płycie wydanej w 2021 roku wszystko się zgadzało w rzadko spotykany sposób. Na uwagę zasługiwało bardzo oryginalne połączenie elementów muzyki pop, indie-folku oraz jazzu. W pamięci pozostały rozbudowane warstwy wokalne - słowo mówione, recytacja, zabawy dźwiękiem, chórek, jazzowe ornamenty, itd. Członkom całej grupy - nie tylko, jak chcieliby niektórzy źle poinformowani recenzenci, duetowi Chris Hyson/Lauren Kinsella - udało się wybornie odmierzyć wszelkie proporcje, i nie zagubić przy tym świetnego brzmienia oraz lekkości melodii. Gdybym doświadczenie związane ze słuchaniem poprzedniej płyty Snowpoet miał przenieść na grunt malarstwa, powiedziałbym, że w twórczości Lauren Kinselli i jej kolegów, odnalazłem swobodę obrazów Jacksona Pollocka, abstrakcję Kandinsky'ego, subtelność kreski Renoira, spokój bijący z dzieł Edwarda Hoppera, szczegółowość Brierley'a i kolorystykę Andre Hemera. Przesadziłem? Jeśli tak, to tylko odrobinę.

W tym kontekście aż prosi się, żeby zadać pytanie: co znalazłem na wydanym wczoraj albumie zatytułowanym "Heartstrings"?. Zanim padnie odpowiedź, powróćmy na chwilę do krążka "Wait For Me".




Wydaje mi się, że przede wszystkim dotarła do mnie osobliwa powściągliwość. Bez obaw. Nadal jest to grupa SNOWPOET. I wszystko, co się kojarzy z ich kompozycjami, wciąż można w mniejszym lub większym stopniu w nich odnaleźć. Innymi słowy, chcę przez to powiedzieć, że twardy rdzeń twórczość został zachowany. Jednak te proporcje różnych składników, które tak świetnie udało się odmierzyć przy okazji poprzedniego wydawnictwa, tym razem zostały nieco zaburzone.

Na albumie "Heartsrtings" jest dużo mniej wyjścia poza, szukania nieoczywistych rozwiązań, ciekawych dróg, pójścia na przekór lub pod prąd, prób zerwania z rozmaitymi przyzwyczajeniami. Dużo mniej jest urozmaiconych linii wokalnych Lauren Kinselli, rozwijania bogatego wachlarza jej możliwości, co stało się znakiem rozpoznawczym wielokrotnie nagradzanej i wyróżnianej wokalistki. To trochę tak, jakby szef wytwórni Edition Records - Dave Stapleton (przy okazji reprezentant grupy Slowly Rolling Camera), w trakcie prywatnej rozmowy zasugerował jej - w co oczywiście nie wierzę - "Lauren, skarbie, zaśpiewaj to zwyczajnie. Bez tych wszystkich udziwnień, ok?". 

Członkowie formacji podkreślają, że tym razem skupili się na brzemieniu. I pewnie z tej przyczyny poniekąd stracili z oczu pozostałe tak istotne elementy ich kompozycji. "Chcieliśmy uchwycić moment, żeby stworzyć coś, co wydaje się prawdziwe, niefiltrowane i żywe" - oznajmił Chris Hyson. Stąd mniej tutaj studyjnych dodatków, zmysłowych drobiazgów pieczołowicie doklejanych na kolejnych etapach produkcji, owej charakterystycznej dla poczynań brytyjskiej piątki płynności gatunkowej.




Wcześniej tworzyli fragment po fragmencie, dużo w tym było żmudnej dłubaniny przy stole mikserskim. Tym razem postawiono na wzajemną interakcję członków grupy, długie rozmowy, wspólne improwizacje. I zrozum tu recenzenta. Nieraz - zdaję sobie z tego sprawę - narzekałem, chociażby, że Justin Vernon (Bon Iver) zaplątał się w studyjne kable czy inne techniczne zabawki, i nie potrafił się z tego żmijowiska przewodów oraz elektroniki wydostać. A teraz wspominam, że brakuje mi tych "egzotycznych" studyjnych przypraw, przy okazji nagrań SNOWPOET. Nieładnie, panie Karolu. Nieładnie.

Prawda jest również taka, że ci nieliczni najlepsi artyści tworzą własną rozpoznawalną muzyczną przestrzeń, z którą potem bywają kojarzeni. Dla Justina Vernona tym idealnym - moim zdaniem - estetycznym środowiskiem były indie-folkowe nostalgiczne pieśni, z początkowego okresu działalności grupy Bon Iver. Kiedy na późniejszych wydawnictwach wyraźnie zabrakło melodii oraz pomysłów, amerykański muzyk próbował zapchać powstałą w ten sposób dziurę elektronicznymi dodatkami, (że niby taki on nowoczesny). Przy tej okazji kanciasta forma zaczęła przerastać nad treścią. Studyjne dodatki, oczywiście o wiele bardziej subtelne, w wydaniu Snowpoet, ubogacały aranżacje, podkreślały ciekawie poprowadzone linie wokalne. Dlatego muszę pokusić się o stwierdzenie, że jeśli nowy album "Heartstrings" nie jest krokiem wstecz, to z pewnością nie stanowi wyraźnego kroku naprzód.

W składzie brytyjskiej formacji znajduje się saksofonista Josh Arcoleo. Można było zdecydowanie lepiej i pełniej wykorzystać jego obecność na pokładzie studia. Ta ostatnia niestety ograniczyła się do cierpliwego asystowania, do drobnych akcentów, czy nieśmiałych saksofonowych szeptów. Oczywiście nie twierdzę, że płyta "Heartstrings" jest złym lub słabym wydawnictwem. Nie ulega wątpliwości, że powstał intrygujący, przynajmniej fragmentami, dość różnorodny, jak na obecne możliwości grupy, album, który momentami niebezpiecznie, takie mam wrażenie, zbliża się do strefy "alternatywnego środka". Całkiem możliwe, że jest to płyta, od której warto rozpocząć przygodę z twórczością Snowpoet. Upływający czas pokaże, jaka jest jego rzeczywista wartość. Póki co...

Oddajmy głos "Sztucznej Inteligencji", którą zapytałem, co sądzi na temat grupy Snowpoet.

 "SNOWPOET to zespół dla słuchaczy ceniących muzykę pełną emocji, artystycznej odwagi i poetyckiego wyrazu. Ich twórczość to podróż przez różnorodne style muzyczne, zawsze z naciskiem na głębie i autentyczność. Jeśli lubisz artystyczne podejście do muzyki z elementami jazzu, elektroniki i folku, SNOWPOET z pewnością Cię zainteresuje".

(nota 7.5/10)

 



Przyznam, że ciekawość mnie zżerała i zapytałem "Sztucznej Inteligencji", co sądzi na temat bloga "Muzyczny Świat KK". Odpowiedź mnie... oczarowała. Chyba nawet się zarumieniłem... Zdaje się, że moduł AI uwielbia prawić komplementy, których przez fałszywą skromność nie przytoczę. Muszę jednak dodać jedno sprostowanie do trafnego opisu tej strony. Raczej nie recenzuję tutaj polskich płyt i nie prezentuję polskich artystów. Tych ostatnich można znaleźć w wielu różnych miejscach.

Tak się złożyło, że wczoraj inna ulubiona niegdyś grupa opublikowała nowe wydawnictwo. Mam tu na myśli STEREOLAB oraz krążek zatytułowany "Instant Holograms In Metal Film". Wydaje się, że stary, dobry styl został zachowany. Chyba nikt nie oczekiwał po tym albumie niczego innego.




W ostatnich dniach nowym ślicznym singlem podzielił się nasz dobry znajomy mieszkaniec belgijskiego Hasselt, czyli Joachim Lieberss, ukrywający się pod szyldem The Haunted Youth.




Z miasta Los Angeles pochodzi grupa, a właściwie jednoosobowy projekt muzyczny, który przyjął nazwę N8NOFACE. Kilka dni temu ukazał się nowy singiel.




W Melbourne znajdziemy mieszaną czwórkę przyjaciół, którzy postanowili stworzyć zespół. Nazwa już jest - FADE EVARE. Pierwszy singiel również już się ukazał.




Francusko-belgijska grupa BED jest jedną z moich ulubionych. Szczególnie cenię sobie ich dwie pierwsze płyty, o czym napisałem niegdyś na blogu. Międzynarodową grupę BED tworzą: argentyński basista Sol Astolfi, wokalista z Chile i gitarzysta z Niemiec. Wczoraj ukazał się album zatytułowany "Everything Hurts". Oto mój ulubiony fragment. 



Również w Berlinie znajdziemy członków grupy Twins. I także wczoraj ukazała się ich najnowsza propozycja zatytułowana "Healing Dreams".







Cóż, że ze Szwecji, w podwójnej sile - dobrze nam znany wokalista Christian Kjellvander oraz jego rodaczka Vilma, we wspólnym urokliwym singlu.





Pojawił się kolejny fragment z epki "Promigna", prezentowanego już przeze mnie zespołu Sherpa The Tiger, która w całości ukaże się 13 czerwca.




MISS TYGODNIA - to prawdziwe cudeńko(!!!), które odkryłem, ku własnej uciesze, kilka dni temu. Odliczam dni i godziny do publikacji całej płyty, zatytułowanej "DESERT WINDOW". Jej autorką jest brytyjska wokalistka LUCY GOOCH, i będzie to jej debiut płytowy (wcześniej były tylko single i epka). Premiera tego eterycznego albumu 6 czerwca. MAGIA!!




KĄCIK IMPROWIZOWANY  - rozpocznie fragment z wcześniej zapowiadanej przeze mnie płyty - "TRACES" - kolektywu COSMIC EAR, dowodzonego przez Matsa Gustafssona. Premiera albumu miała miejsce wczoraj.



Na koniec zajrzymy na nową płytę "Accidental Tourists" niemieckiego pianisty Markusa Burgera, stworzoną przy pomocy perkusisty - Petera Erskine'a, basisty Boba Magnussona, saksofonisty Jana Von Klewitza, i mikrofonów Microtech oraz DPA. Oto moja ulubiona kompozycja.



 

sobota, 19 kwietnia 2025

MIEN - "MIIEN" (Fuzz Club Records) "Pozdrowienia z Austin"

 

   W latach osiemdziesiątych muzyka była niezwykle istotna, stanowiła sens życia, bardzo jednoczyła. To był kod porozumiewania się: czego słuchasz. W ten sposób się poznawaliśmy. Słuchało się ekstremalnie dużo, intensywnie. Wracałem ze szkoły, włączałem magnetofon i do godziny dwudziestej drugiej non stop grała muzyka. Dzień w dzień " - to wspomnienia Jacka Buhla, członka jednej z najlepszych polskich grup - Variete - zawarte w ciekawej książce Rafała Księżyka  - "Fala.  Rok 1984 i polski postpunk".

Nie pamiętam zbyt dobrze lat 80-tych, ale mógłbym dokładnie to samo powiedzieć o dekadzie lat dziewięćdziesiątych. Obecnie nie słucham płyt z taką intensywnością, jak to czyniłem będąc nastolatkiem. Jednak staram się pielęgnować w sobie ciekawość tego, co dzieje się na tak zwanym rynku muzycznym. Może także dzięki temu dotarłem do bardzo udanej płyty "Mien - "MIIEN", która ukazała się wczoraj i przyniosła ze sobą sporo świeżego wiosennego powietrza.





O supergrupie - jak nazywają formacje MIEN niektórzy dziennikarze - wspomniałem już kilka tygodni temu. Zaprezentowałem wtedy perfekcyjnego singla - "Evil People", który promował to wydawnictwo. Tak się złożyło, że ta piosenka otwiera album "MIIEN", i chcąc nie chcąc, ustawia poprzeczkę oczekiwań. Przyznam, że moje pragnienia związane z wydaną wczoraj płytą MIEN, były mocno rozbudzone, ale dzięki staraniom członków grupy sporo mglistych wyobrażeń zostało wreszcie urzeczywistnionych. Muzyka zespołu emanuje jakąś pierwotną energią, której mogą im pozazdrościć inne formacje nieudolnie i bezskutecznie szukające w hałaśliwym i energetycznym graniu rozpoznawalnego środka wyrazu. Być może wynika to z faktu, że członkowie amerykańsko-kanadyjskiej załogi są świetnymi rzemieślnikami, bardzo dobrze opanowali grę na instrumentach, niczego nie muszą ukrywać lub maskować. Lata praktyki sprawiły, że nawiązały się pomiędzy nimi więzi empatycznego porozumienia.

Lata praktyki odbytej, dodajmy, w swoich macierzystych formacjach: The Black Angeles, Golden Dawn Arkestra, Elephant Stone i recenzowanej jakiś czas temu na łamach bloga grupie The Earlies, w której wyżywa się artystycznie John Mark Lapham, odpowiedzialny w zespole MIEN za brzmienie i subtelne elektroniczne dodatki.

Pomysł powstania grupy MIEN zrodził się w 2004 roku, podczas festiwalu w Austin. Wtedy to Rihsi Dhir ( z Elephant Stone) spotkał i zamienił kilka słów z wokalistą The Black Angles - Alexem Maasą. Do wciąż bardziej hipotetycznego niż realnego składu szybko dołączył wspomniany wcześniej John Mark Lapham, który od razu zaproponował taką oto wizję zespołu: "Wyobraź sobie Black Angeles jako Nico w jej industrialnej fazie z lat 80-tych, w połączeniu z Georgem Harrisonem i Conny Plank".





Co z tych zapowiedzi wyszło, mogliśmy przekonać się w 2018 roku, słuchając udanego debiutu, zatytułowanego "Mien", który odnotowali nielicznie recenzenci. Na tym albumie psychodeliczno-rockowe tony zawierały tu i ówdzie zgrabnie wplecione wschodnie akcenty. Na pokładzie studia nagraniowego znalazł się sitar, stąd też niektóre momenty mogły skojarzyć się z dawnymi dokonaniami grupy Kula Shaker.

Trzeba przyznać, że przy okazji najnowszego albumu "MIIEN, zespół rozwinął skrzydła. "To proces organiczny - twierdzi Rishi Dihr. - Prosty pomysł może stać się czymś monumentalnym, gdyż każdy z nas nada mu własny charakter". 

Rzeczywiście wiele prostych pomysłów na wydanej wczoraj płycie udało się zgrabnie rozbudować. Grupa MIEN jest jedną z tych nielicznych, która mogłaby z powodzeniem zagęścić narrację, wykorzystać jeszcze więcej środków stylistycznych, rozmaitych produkcyjnych dodatków, sampli, zniekształceń, przetworzeń, itd.,...  i mało kto stwierdziłby, że tym razem to mocno przesadzili. Warto podkreślić, jak świetnie w tej estetyce sprawdza się charakterystyczny głos Alexa Maasa. Można bez cienia przesady rzec, że został stworzony do tego typu twórczości. John Mark Lapham nie byłby sobą, gdyby od czasu do czasu nie przepuściłby tej wokalizy przez różne efekty - pogłosy, modyfikacje, chórek itd. W "Silent Golden", "Tungsten", "Morning Echo", panowie zbliżyli się do rejonów, które na dwóch pierwszych płytach z powodzeniem eksplorowała niegdyś formacja Regular Fries. Świetny "Mirror" mógłby zostać kolejnym singlem promującym to wydawnictwo.

Niestety nie udało się uniknąć kilku słabszych momentów. Nie są ta poważne mielizny, ot, drobne kałuże, które można przy okazji kolejnych przesłuchań rozmyślnie pominąć. Fragmenty takie jak: "Tungsten" czy "Knocking On Your Door" na kolorowym tle pozostałej reszty wypadały bezbarwnie albo blado. Dla kontrastu, gdyż album "MIIEN" jest dobrze zbilansowany, utrzymany w zróżnicowanym tempie oraz ekspresji, są także jaśniejsze punkty, gdzie grupa pokazuje w pełni swoje możliwości, to: "Slipping Away" i wieńczący dzieło "Morning Echo".

(nota 7.5/10)

 



Całkiem możliwe, że grupa Beirut najlepsze lata ma już poza sobą. Jednak nie przeszkadza to w publikowaniu płyt. Najnowsza ukazała się wczoraj, zawiera aż 18 utworów. Oto jeden z nich.




Również w dniu wczorajszym ukazał się nowy album piosenkarki z Brooklynu - Avery Friedman, zatytułowany "New Thing". Wybrałem z niego tytułowy utwór.




Kolejna artystka to basista i wiolonczelistka z deszczowego Seattle - Elleanor Barber. Pod koniec marca ukazała się jej płyta Qllella - "Antifragile".




Przeniesiemy się do Berlina, gdzie działa zespół TWINS, który 23 maja opublikuje nowe wydawnictwo zatytułowane "Healing Dreams".







Grupa Divide And Dissolve pochodzi z Melbourne i wczoraj opublikowała płytę zatytułowaną "Insatiable". Wybrałem z niej taki oto rozkoszny fragment.





Dla równowagi dobrze mieć jakiś francuski akcent. Nieźle nam znana grupa Francoise And Atlas Mountains połączyła siły w jednym singlu z Cassandrą Jenkins. Oto on.




Zajrzymy do Manchesteru, gdzie rezyduje Tasmin Stephens, która wraz z kolegami ukrywa się pod szyldem TTSSFU. Oto fragment z jej najnowszej płyty.




MISS TYGODNIA - nie mogło być inaczej, skoro jedna z moich ulubionych grup w ostatnim czasie zapowiada wydanie płyty - stali Czytelnicy dobrze pamiętają wspaniały album "WAIT FOR ME", nowi zawsze mogą sięgnąć do recenzji zamieszczonej na blogu. Ta najnowsza propozycja grupy SNOWPOET, bo o niej mowa, ukaże się 23 maja i będzie nosić tytuł "Heartstrings". Właśnie pojawił się uroczy singiel, który promuje to wydawnictwo. Przywitajcie go ciepło.




W "KĄCIKU IMPROWIZOWANYM"  - spotkanie trębacza i saksofonisty. Daniel Carter oraz Ayumi Ishito, album "Endless Season".