Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malcolm Catto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malcolm Catto. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 maja 2025

MAMUTHONES - "FROM WORD TO FLESH" (Rocket Recordings) "Biały dym"

 

   W tym tygodniu wiele dróg prowadziło do Włoch, w szczególność zaś do Rzymu oraz jego okolic. Na malowniczo położonych kortach Foro Italico rozpoczęły się dwa prestiżowe turnieje WTA 1000 i ATP 1000, szczególnie ten pierwszy miał nam pokazać, czy jest szansa na drobne odrodzenie zagubionej formy naszej najlepszej tenisistki, a tym samym, czy jest nadzieja na kolejny sukces w Paryżu. Po dzisiejszej porażce wieści są nienajlepsze. Dokładnie widać, że w tym roku, o jakikolwiek dobry wynik, na kortach Rolanda Garrosa, będzie bardzo ciężko. Nie istnieje nic na czym można by oprzeć grę - ani mentalności, ani pracy nóg, która w tenisie odgrywa kluczową rolę, brak planu, taktyki, ani nawet chęci samej gry (totalna i rzadko spotykana na tym poziomie dekonstrukcja). Cóż począć w takiej sytuacji? Jak mawiał za czasów mojego dzieciństwa pan Dariusz Szpakowski, utyskując nad kolejną porażką polskiej reprezentacji - "Potrzebne są głębokie zmiany".

Muzyka alternatywna ze słonecznej Italii nie jest ogromnym skarbcem, w którym o każdej porze roku możemy swobodnie przebierać. Tak się złożyło, że dwa tygodnie temu ukazała się ciekawa propozycja włoskiej formacji Mamuthones zatytułowana "From Word to Flesh". Album wydała zacna wytwórnia Rocket Recordings. Propozycje z tej oficyny regularnie goszczą na łamach bloga. Poza tym, o tej grupie niegdyś wspominał, zacny i ciekawy muzycznych nowinek, portal "The Quietus". Pomyślałem więc, że zerknę cóż tym razem przygotował dla słuchaczy Alessio Gasaldello oraz jego wesoła załoga.





Nazwa Mamuthones zabiera nas bezpośrednio do obchodów karnawału, które co roku mają miejsce na Sardynii. To właśnie wtedy w barwnym korowodzie, sunącym wąskimi uliczkami, można dostrzec groźnie i charakterystycznie wyglądające postacie, przebrane w stroje z owczej skóry, do których przymocowane zostały pasterskie dzwonki. Ich głowy ozdobione są chustami, a oblicza zasłaniają drewniane pomalowane na czarno maski. Choć przebierańcy kroczący w kolorowym pochodzie sami wyglądają jak sugestywna emanacja zła, ich zadaniem jest przepędzenie sił nieczystych.




To była jedna z pierwszych rzeczy, które Alessio Gasaldello ujrzał kilka lat temu, tuż po wylądowaniu na wyspie. Dokładniej mówiąc, na szybie dostrzegł plakat z groźnie wyglądającymi postaciami - Mamuthones - który reklamował rozpoczęcie karnawału. "To była pierwsza rzecz, którą zobaczyłem... Wisiał tam plakat i byłem zszokowany tymi postaciami" - wspominał.

Muzyka włoskiej formacji raczej nie szokuje, chyba jedynie tych, którzy na co dzień obcują z twórczością Zenka M. lub Sióstr G. Najnowszy album wytycza zupełnie nową ścieżkę, w stosunku do poprzedniego wydawnictwa "Fear On The Corner", którego tematem, jak sama nazwa wskazuje, był strach we wszelkich jego odmianach. Gasaldello wyraźnie ciągnie do odkrywania dawnych kultur, pogańskich rytuałów, tajemniczych obrzędów, mistycznych wierzeń i przesądów. Dlatego wiele z jego kompozycji posiada transowy, psychodeliczny charakter.




Funkcjonują one na bazie powtarzanego motywu, jednostajnie odmierzanego rytmu, wokół czego rozbudowuje się pozostałe elementy aranżacji. Tak jest również w przypadku dobrego otwarcia "Born From Inside", który może przypominać nastrojem dokonania grupy Swans. Najciekawiej, z całego zestawu siedmiu najnowszych odsłon, wydaje się brzmieć "A Cage Full Of Lions", nieco ambientowy w charakterze, o rzadko spotykanej, w wydaniu włoskiej grupy, fakturze dźwiękowej. Od pierwszych taktów przykuwa uwagę i wyprowadza słuchacza z kręgu rytualnego transu, roztaczając wokół niepokojącą przestrzeń.

"Can't Be Done" przypomniał mi fragment prezentowanej jakiś czas temu grupy GNOD, z powtarzanym niczym mantra zwrotem: "Nie można tego uczynić, dopóki dzień się nie skończy". Choć rozpoczął się dość banalnie, od sztampowego wkładu elektronicznie zaprogramowanej perkusji, rozpiętej gdzieś na pograniczu niefrasobliwego lo-fi, i smętnego amatorstwa. Po takim wstępie można było mieć uzasadnione obawy, w jaki sposób rozwinie się w kolejnych minutach. Jednak Alessio Gasaldello wyszedł z tej zastawionej na samego siebie pułapki obronną ręką. Kto wie, może przy tej okazji autor wysłuchał cennych rad pracowników Rocket Recordings, z którymi współpracę tak bardzo zachwalał. "Mają świetną wiedzę o kulturze muzycznej. To tak, jakbyś pracował z ekspertem od produkcji". 

W kolejnych fragmentach jako bazę wykorzystano gitarę akustyczna, co odrobinę zmiękczyło przekaz oraz żeński chórek. W "A Symmetry of Faith" oprócz podkreślonego basu znajdziemy także mocno zarysowany psychodeliczny akcent. Przy okazji "Sons Of Myself" posłużono się cytatem z filmu Werenera Herzoga - "Aguire - Gniew Boży" (1971). Całość tego intrygującego materiału przypominała mi długimi fragmentami recenzowany na łamach tego bloga album "Possession" - SPHARE'OS. Choć trzeba przyznać, że francuskiego muzyka nieco bardziej interesuje mistycyzm, okultyzm, kabała i przenikania się różnych światów, form rzeczywistości.

(nota 7.5/10)


 


Dziś wyjątkowo smakowita "KOMPOZYCJA TYGODNIA" - przed którą lojalnie ostrzegam, bo uzależnia, i to bardzo. Jednak zanim do niej dojdziemy, postaramy się nadrobić zaległości z krainy "Dodatków...". Na dobry początek Claire Molek i Jason Savasani, którzy w mieście Chicago tworzą duet Friend Of A Friend. Kilka dni temu ukazała się ich płyta "Desire!". Tak udanie się rozpoczyna.



 
Stolica Francji przyniesie nam spotkanie z grupą PEURS, która całkiem niedawno opublikowała epkę zatytułowaną "Self-Help".




Los Angeles, znana nam już grupa Deradoorian, z wokalistką Angel, oraz świetny fragment najnowszej, wydanej wczoraj, płyty zatytułowanej "Ready For Heaven".




Uniontown (Pensylwania), i zespół Half Japanese, na który często powołują się alternatywni artyści, wskazując, że to jeden z ich ulubionych. Właśnie pojawił się nowy singiel, który zapowiada album "Adventure" - premiera 11 lipca.




Ukraińskie zespoły rzadko goszczą w alternatywnych zestawieniach, nadarza się okazja, żeby to zmienić. 13 czerwca ukaże się epka - "Promigna" grupy Sherpa The Tiger.




Niegdyś jeden z moich ulubionych zespołów - Broken Social Scene - świętuje. Artyści skupieni wokół alternatywnej sceny, tacy jak: Toro Y Moi, Hand Habits, The Weather Station, Mdou Moctar, Benny Sings itd, postanowili uczcić rocznice wydania świetnego albumu "You Forgot It In People", i zagrać własne wersje zamieszczonych na nim kompozycji. Wydawnictwo nosi tytuł "Anthems: A Celebration Of Broken Social Scene's You Forgot It In People" i ukaże się 6 czerwca. Oto singiel promujący ten album.





Pojawiła się okazja, z której jako wierny fan grupy muszę skorzystać. Przywołam więc koncertową wersję tej wybornej piosenki.




Brytyjski perkusista Malcolm Catto gościł już na łamach bloga. Tym razem pojawi się w towarzystwie grupy Little Barrie, z którą pod koniec kwietnia opublikował album zatytułowany "Electric War".




Detroit w stanie Michigan jest siedzibą zespołu Moonrisers, który 30 maja opublikuje nowy album zatytułowany "Harsh & Exciting".




KĄCIK IMPROWIZOWANY - rozpocznie reprezentantka Nowego Yorku - Eliana Glass, która kilka dni temu opublikowała ciekawy album zatytułowany "E".




KOMPOZYCJA TYGODNIA - należy do szwedzkiego perkusisty Dennisa Egbertha i jego międzynarodowego sekstetu, z Nikolasem Barno na trąbce i Fredrikiem Ljingkvistem na saksofonie (członkowie znanego kolektywu Fire! Orchestra). Niedawno ukazała się ich całkiem udana debiutancka płyta, łącząca spiritual jazz z modern jazzem oraz ambientem - "The Dennis Egbert Dynasty". Szkoda tylko, że nie udało się utrzymać tak fantastycznego nastroju, jak w tej mojej ulubionej kompozycji "Chichen Itza". Początkowo przyciągnął mnie do niej rytm perkusji, nie tyle metrum, co sposób jego odmierzania. A potem... Sprawdźcie sami... CUDO!!!









sobota, 23 października 2021

VANISHING TWIN - "OOKII GEKKOU" (Fire Records) "Nieświadomość jako eskpozycja"

 

     I znów dziennikarze brytyjscy mają powód do dumy. Wszak to na ich ziemi, dokładniej mówiąc, w samej stolicy stolic, rezyduje grupa, która nagrała bardzo udany album. I znów podobnie, jak to miało miejsce w przypadku "brytyjskiej sceny jazzowej", mogą pojawić się określenia, że: "nasi tak grają", "pochodzą z naszych stron", "w naszej wytworni wydali płytę".  Żartuję troszkę, na dobry początek, choć widzimy, jakie problemy przeżywa gospodarka brytyjska po brexicie, pozbawiona "obcych" rąk do pracy. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Albowiem tak, jak brytyjską scenę jazzową tworzą kolektywy złożone w dużej mierze z emigrantów, tak grupa Vanisihing Twin w funkcjonuje w oparciu o międzynarodowy skład. Jej liderką - choć pewnie sama zainteresowana wolałaby unikać tego określenia - wokalistką i klawiszowcem jest Cathy Lucas, która pochodzi z Hiszpanii. Włoskie korzenie reprezentuje jej przyjaciółka i perkusistka Valentina Magaletti, mająca na koncie współpracę z Thurstonem Moore, Bat For Lashes czy Gruff Rhys. Susumu Mukari to, jakżeby inaczej, japoński muzyk szarpiący struny basu. Man From Uranus, czyli Phil MFU to jedyny w tym zestawieniu brytyjski dżentelmen, obsługujący syntezator Moog. Elliot Arndt dotarł do Londynu znad Sekwany, upodobał sobie grę na flecie, odpowiedzialny jest również za stronę wizualną.



Kiedy Cathy Lucas skończyła dwanaście lat, dowiedziała się, że miała siostrę bliźniaczkę. Zgodnie z tym, co opowiedziała jej matka, ciąża we wstępnej fazie rozwoju posiadała dwa zarodki. W pewnym momencie jeden z nich został wchłonięty przez ten drugi. Istnieje specjalistyczny termin medyczny określający ten proces. "Vanishing Twin Syndrome", w skrócie VTS - czyli zespół znikającego płodu. Ta osobliwa nowina mocno poruszyła nastoletnią Cathy. Gdy nieco podrosła, postanowiła wykorzystać ów termin medyczny, i w ten sposób powstała nazwa zespołu. Wcześniej hiszpańska emigrantka wyżywała się artystycznie w takich grupach jak: Orlando, Fanfarco czy Innerspace Orchestra. Będąc w składzie pierwszej z tych formacji, Cathy Lucas występowała na deskach jednej sceny ze Stereolab. Jeden z muzyków wspominał potem, że dopisało im szczęście, gdyż nie mogli zdobyć biletów na koncert grupy dowodzonej przez Laetitię Sadier. Ta ostatnia zagrała zresztą na gitarze w kompozycji "Wider Than Itself", zamieszczonej na najnowszym krążku Vanishing Twin - "Ookii Gekkou". Ten trop związany ze Stereolab jest dość oczywisty, i narzuca się od razu po przesłuchaniu płyty Cathy Lucas oraz jej wesołej załogi. Kolejne nazwy zespołów, które powinny pojawić się w tym miejscu to: Pram, Broadcast czy Gong. 

Grupa Vanishing Twin zdaje się swobodnie dryfować gdzieś poza czasem i ponad gatunkami, zbierając z nich okruchy form, fragmenty treści, którymi potem członkowie formacji dowolnie żonglują, tworząc zapadającą w pamięć całość. Można odnaleźć się w tak konstruowanej estetyce albo pozostać wobec niej całkowicie obojętnym, ale trudno nie przyznać, że brytyjski zespół zdołał wypracować charakterystyczne brzmienie. W ich kompozycjach retro-pop łączy się z krautrockiem, elementami jazzu, psychodelii, muzyki filmowej (trop włoskich kompozytorów). To wszechświat mieniący się tysiącem braw, stworzony z wielu mikroświatów, których cząsteczki przenikają się wzajemnie. W kontekście specyficznego brzmienia Cathy Lucas podkreśla rolę producenta czy inżyniera dźwięku. Vanishing Twin mają na koncie współpracę chociażby z Malcolmem Catto, o którym wspominałem na łamach tego bloga. W swojej dźwiękowej podróży członkowie grupy raczej starają się unikać typowych rozwiązań lub utartych kolein. "W studio nagraniowym może pojawić się presja, wynikająca z faktu pracy z cudzymi zasadami czy konwencjami. Szczególnie ma to miejsce obecnie, kiedy wielu inżynierów dźwięku edukuje się w tych samych szkołach i w związku z tym pracuje w podobny sposób (...) Szukamy czegoś innego" - stwierdziła Cathy Lucas. W etos pracy członków Vanishing Twin wpisane zostały: dialog, eksperyment oraz improwizacja. Przy okazji jednego z wywiadów wokalistka i autorka tekstów wspomniała nawet o "telepatii", specyficznym rodzaju oddziaływania, który przy okazji tego wpisu mógłbym nazwać "czuciem gry". (Przypomniało mi się doświadczenie Alaina Aspecta, gdzie dwa fotony pozostające ze sobą w związaniu spinowym, pozostają w nim nadal, nawet rozdzielone i oddalone na odległość makroskopową, i wciąż wzajemnie "uzgadniają" swoje spiny). 

Najlepsze utwory, takie jak świetne otwarcie "Big Moonlight" (utrzymane w rzadko spotykanym metrum 5/4, w którym pulsuje chociażby jeden z moich ulubionych utworów Stereolab - "Rainbow Conversation", przypadek?), lub "In Cucina", czyli wyprawa w egzotyczne  rejony stworzona w oparciu o flet, klarnet, saksofon i perkusjonalia, od pierwszych  taktów przenoszą słuchacza w inny wymiar. W utworze "Phase On Million" odnajdujemy drobny ukłon w stronę afrobeatu, "Zuum" kipi od środka psychodeliczną magmą. Każda z kompozycji jest jak zaproszenie do nowego obrzędu, innego rytuału, co podkreśla "magiczny" charakter tych  nagrań, a więc nie do końca wyjaśniony, przebiegający według scenariusza, który tworzony jest na bieżąco, i za każdym razem od nowa niczym postnowoczesna mitologia. Warto dodać, że te kompozycje funkcjonują w oparciu o proste struktury, zestawy powtarzalnych dźwięków, pozbawione wirtuozerskich popisów. Znacznie pojawia się tu jako wynik wzajemnych interakcji poszczególnych instrumentów na różnych poziomach. Świetnie w tych nagraniach odnajduje się wokaliza Cathy Lucas, czasem będąca czymś na kształt kolejnego instrumentu, innym razem odmalowująca barwne historie przy współudziale chórku.

(nota 8/10)

 


Podejrzewam, że nagrania grupy Aquaserge przypadłyby do gustu, a może nawet zainspirowałyby Cathy Lucas, chociażby te pochodzące z najnowszej wydanej niedawno płyty "The Possibility Of A New Work For Aquaserge", nagranej w rozszerzonym, bo dziewięcioosobowym składzie.  Na tym albumie francuscy artyści swoimi kompozycjami złożyli hołd czterem kompozytorom: Gyorgi Ligetiemu, Giacinto Scelsiemu, Edgardowi Varese oraz Mortonowi Feldmanowi.




Niedawno prezentowana na łamach tego bloga formacja Gnod przypomina o sobie najnowszym wydawnictwem "La Mord Du Sens".




Okładka wydanego kilka dni temu albumu "The Cherries Are Speaking" - dwie kobiety w strojach ludowych, motyw jak z malowanego jajka - grupy Adeline Hotel, sugerowała jakąś osobliwą odmianę łowickiego folku. Nic bardziej  mylnego.




Daniel Herskedal i przyjaciele w przepięknej kompozycji "The Mariner's Cross", którą znajdziecie na albumie "Harbour".



Na koniec dzisiejszej odsłony raz jeszcze Vanishing Twin prosto z sesji opublikowanej kilka dni temu. Wyborne!



 

wtorek, 18 lutego 2020

THE HELIOCENTRICS - "INFINITY OF NOW" (Madlib Invazion) "Latający dywan"

     W miniony piątek mieliśmy do czynienia z pierwszym poważnym, zimowo-wiosennym, wysypem płyt. Tego dnia ukazało się sporo intrygujących wydawnictw, i nie było wiadomo, od którego rozpocząć nową muzyczną przygodę. Może warto ją zacząć po prostu od najlepszej propozycji, a taką w mojej ocenie jest ostatni krążek londyńskiej formacji The Heliocentrics - "Infinity Of Now". O grupie wspominałem już kilkakrotnie na łamach tego bloga, przy różnych okazjach, ostatnio napomknąłem o nich w trakcie recenzji płyty Greg Foat Group - "The Dreaming Jewels", gdzie na perkusji zagrał  Malcolm Catto, członek i założyciel The Heliocentrics. Ten album został zarejestrowany w analogowym studiu Catto, Quatermass Sound Lab, podobnie zresztą jak ostatni krążek jego macierzystej formacji - "Infinity Of Now".

Malcolm Catto dorastał w muzycznej rodzinie, jego ojciec grał na fortepianie w zespole jazzowym, w domu miał sporą kolekcję płyt, i od najmłodszych lat zarażał swoje pociechy słabością do improwizowanego grania, głównie z okolic Nowego Orleanu. Przyszły perkusista lubił ścieżki dźwiękowe spaghetii westernów, ale też słuchał namiętnie audycji Johna Peela, gdzie mistrz mieszał różne gatunki i style. Ten swoisty eklektyzm stanie się w późniejszym okresie znakiem rozpoznawczym twórczości właściciela studia Quatermass Sound Lab oraz jego formacji. Zanim jednak powoła ją do życia, będzie grał na perkusji w zespole starszego brata, przede wszystkim covery Pink Floyd, a potem zasili szeregi The Soul Destroyers, usiłując odcisnąć własne piętno na gatunku funk. Mniej więcej 20 lat temu przewrotny los postawił na drodze Catto basistę Jake'a Fergusona, i tak od słowa do słowa panowie powołali do życia The Heliocentrics.

Malcolm Catto zapytany przez dziennikarza, jak jednym słowem określiłby to, co robi wspólnie z grupą przyjaciół pod szyldem Heliocentrics, bez wahania odparł: "eksperyment". I ten modus operandi, wpisany został na stałe w CV angielskiego artysty. Stawianie sobie wyzwań, ciągłe poszukiwanie, a nie powielanie, czy utrwalania tego, co było, nowe otwarcie i zderzanie ze sobą elementów różnych estetyk: jazz, psychodelia, funk, elektronika, krautrock, wpływy muzyki afrykańskiej, brazylijskiej, tureckiej, hinduskiej itd. Nie dziwi więc fakt, że sympatyczny kwartet (który w wersji koncertowej rozrasta się do kilkunastu muzyków), zaprosił do wspólnego grania ikonę afrobeatu, czyli Mulatu Astatke - album "Inspiration Information". Postawa Malcolma Catto zakłada także otwartość, na różne estetyczne przestrzenie, jak i na różnych artystów. Josha Davisa (DJ Shadowa) Catto spotkał przypadkiem w sklepie płytowym, panowie znali swoje dokonania, więc to była tylko kwestia czasu, kiedy ten pierwszy zaprosi brytyjskiego perkusistę do grania podczas trasy koncertowej.  Z kolei Madlib, którego Catto porównał do malarza Jacksona Pollocka, wykorzystał partię jego bębnów w kilku własnych utworach, a ostatnio postanowił wydać najnowsze dzieło The Heliocentrics w prowadzonej przez siebie wytwórni.

Oprócz eksperymentu Malcolm Catto kładzie nacisk na tworzenie "spójnej historii", jednej opowieści, w kilku bądź kilkunastu odsłonach. Jake Ferguson i Catto pracę nad kompozycją zwykle zaczynają od nagrania basu i ścieżek perkusji, potem pojawia się improwizacja, gra wyobraźni i skojarzeń, poszukiwanie ciekawego brzmienia w towarzystwie pozostałych członków zespołu: Adriana Owusu i Jacka Yglesiasa. Trzeba również podkreślić, że sporą dawkę świeżego powietrza wniósł wraz z sobą do grupy jej nowy członek, wokalistka Barbora Patkowa, która po raz pierwszy zasiliła szeregi formacji przy okazji albumu "A World Of Masks". Panowie szukali w tym czasie czegoś (instrumentu), kogoś (wokalistki), co poszerzyłoby i pogłębiło pole znaczeniowe ich utworów, wspólny znajomy polecił usługi słowackiej piosenkarki Barbory Patkowej. Na ostatniej płycie - "Infinity Of Now" - użycza ona "ciepłej średnicy" aż w sześciu odsłonach, śpiewając również w ojczystym języku, co przydaje albumowi dodatkowej egzotyki. Hipnotyczna, przestrzenna wokaliza świetnie współgra z transowymi tonami oraz wciąga słuchacza głębiej i głębiej.
Od pierwszego przesłuchania moim ulubionym utworem został "Elephant Walk", cudownie brzmiący, wspaniale, wręcz ikonicznie, zaaranżowany, wypełniony po brzegi swobodnymi oddechami saksofonu, na którym zagrał Collin Webster. Artysta dorastał niedaleko Swindon, gdy miał 18 lat przeniósł się do Londynu, gdzie początkowo pobierał lekcję gry na fortepianie, a dopiero potem wybrał saksofon. Jego solowy debiut przypadł na 2013 roku i nosił tytuł "Antennae", współtworzy trio Dead Neandertals, i prowadzi label Raw Tonk Records. Inny saksofonista, który na moment pojawił się w  Quatermass Sound Lab, to Jason Yarde, który na co dzień gra u boku pianisty Andrew McCromacka. Wśród zaproszonych do współpracy gości warto napomknąć o Sylvii Hallet, która spróbowała swoich sił na lirze korbowej.

W centrum świata The Heliocentrics niezmiennie pozostaje brzmienie, wokół którego skupiają się myśli oraz wysiłki członków brytyjskiej grupy, zarówno na płaszczyźnie kompozycji, jak i poszukiwania ciekawych instrumentów czy analogowego sprzętu z minionej epoki.  Na albumie "Infinity Of Now" artyści po raz kolejny stworzyli "kalejdoskopowy  gobelin", barwny kobierzec, tym razem może nieco bardziej transowy, niż poprzednie wydawnictwa, o czym możemy się przekonać, słuchając nie tylko wybornej drugiej części blisko 10-minutowego, zamykającego całość: "People Wake UP!".

(nota 8/10)

  











środa, 4 grudnia 2019

GREG FOAT - "THE DREAMING JEWELS" (Athens Of The North) "Słabość do analogowego brzmienia"

     I tak to czasem się kończy... kiedy jako chłopiec omal nie rozbijesz sobie głowy o pianino, stojące w rogu salonu, z pozoru tylko wyglądające łagodnie. Nic więc dziwnego, że szybko zapragniesz zemsty, natychmiastowego odwetu, niepostrzeżenie zrodzi się w tobie potrzeba ujarzmienia połyskującej złowrogo bestii. Zamiast kaleczyć skronie, nabijać kolejnego guza, wystawiać na niebezpieczeństwo jakże czuły na wszelkie obrażenia nos, zaczniesz systematycznie ćwiczyć palce, uderzając nimi o klawiaturę. Te, początkowo dziwnie sztywne, będą stawiały trudny do pokonania opór, nie chcąc trafić w odpowiednim momencie to w białe, to znów w czarne klawisze. Nie poddasz się przy następnych niepowodzeniach, choć myśl o rezygnacji będzie powracała z siłą wodospadu, po raz kolejny przesuwając przed oczami sugestywne obrazy mizernych efektów. To stanie się w słoneczną sobotę lub w ociekający deszczem czwartek; po kilkudziesięciu czy setkach prób, wreszcie poczujesz pod opuszkami palców osobliwą miękkość, salon wypełnią dźwięki "Sonaty księżycowej" Beethovena, a twoje wysiłki oraz upór zostaną wynagrodzone. I nie zrazisz się jedną, czy drugą fałszywą nutą, środkowy palec w ostatniej chwili pomyli drogę, przecież melodia będzie wyraźnie słyszalna, i tak łatwa do rozpoznania nawet z podwórka.
Mając dziesięć lat poprosisz rodziców o kupno pianina, żeby móc ćwiczyć w domu, mieć w zasięgu ręki coś, co niezmiennie przyciąga do siebie tajemnicą oraz magią. Chcąc zaimponować kolegom, zrobić wrażenie na koleżankach - spojrzenie Ani będzie najważniejsze - zapiszesz się do młodzieżowej orkiestry hrabstwa wyspy Wight. Na warsztatach muzycznych organizowanych w szkole poznasz Jeffa Clyne'a, który zaintryguje cię umiejętnościami, a także rozległą wiedzą, i od którego będziesz regularnie otrzymywał kasety z nagraniami pianistów jazzowych. Największe wrażenie zrobi na tobie muzyka Gordona Becka, szczególnie ta rozbrzmiewająca z płyty: "Experiments With Pops". Nim się spostrzeżesz, przesiąkniesz nią do szpiku kości, odkryjesz te dźwięki tak, jakbyś od dawna nosił je w sobie. Gordon Beck zostanie twoim ulubionym artystą. Będziesz miał wyjątkowe szczęście i zdążysz poznać ulubionego muzyka osobiście.
Z upływem lat, z biegiem dni, poznasz ich znacznie więcej, będą to twoi znajomi, widywani każdego dnia w sklepie i na ulicy, sąsiedzi mieszkający nieopodal na wyspie Wight. Z uwagą wysłuchasz ich ciekawych opowieści, jak to grali na statkach wycieczkowych, brzdąkali w pubach i barach, nieraz będąc świadkami niezwykłych zdarzeń. Nabierzesz szacunku do tradycji, odkryjesz uroki analogowego brzmienia, a inspiracji zaczniesz szukać w odległej przeszłości.

Kreśląc te słowa, mam nieodparte wrażenie, że historia ponownie zatoczyła koło, bowiem jedna z pierwszych, krótkich i niezdarnych notatek, jaką popełniłem na tym blogu dotyczyła muzyki dzisiejszego bohatera. Chodzi tu o płytę Greg Foat Group: "The Dancers At The End of Time" (tytuł zainspirowała prozą Michalea Moorcocka). Od tamtej pory minęło kilka lat, w trakcie upływu których brytyjski pianista i kompozytor nie próżnował. Kończący się z wolna rok był dla niego szczególnie płodnym okresem, pod szyldem Greg Foat ukazały się dwie płyty, kolejne dla wytwórni Athens Of The North. W maju w sklepach pojawił się jego krążek "The Mage", podczas pracy nad którym przy zestawie perkusyjnym zasiadł Malcolm Catto - jeszcze wspomnę dziś o tym artyście. Majowe wydawnictwo otwiera kompozycja "Of My Hands", nagrana 45 lat po premierze, w której to ponownie zaśpiewała piosenkarka z Trynidadu - Kathy Garcia, tyle że już niemal o pół wieku starsza.

Najnowsze wydawnictwo "The Dreaming Jewels", które ukazało się pod koniec listopada, przynosi wraz z sobą zestaw ośmiu kompozycji, gdzie ich autor eksploruje jazzowe pogranicze, raz to skręcając w stronę funky, innym razem w kierunku fussion, jazz rocka czy spiritual jazz. Im dalej w album, tym coraz wyraźniej rozbrzmiewa jazz odwołujący się do lat 60-tych. Pomogli w tym wydatnie zaproszeni do współpracy goście - Binker Golding (saksofon tenorowy), Hugh Harris (gitara) i Malcolm Catto (perkusja). Ten ostatni to członek zespołu The Heliocentrics, współpracownik Madliba, DJ Shadowa, The Hipnotic Brass Ensemble, a także właściciel studia Quatermass Sound Lab, za drzwiami którego dokonano rejestracji nagrań. To analogowe studio mieści w londyńskiej dzielnicy Dalston i przypomina bardziej muzeum niż współczesne pomieszczenie służące do rejestracji kompozycji. Poszczególne urządzenia wchodzące w skład wyposażenia dobierane były w wyniku starannej selekcji i żmudnych poszukiwań. Stół mikserski to Vintage EMI, podobnie jak mikrofony - EMI Ribbon, wzmacniacze są lampowe, a muzykę zapisuje się na taśmach. Na szczęście wszystko pomimo upływu lat i wyglądu wciąż jest sprawne, czego efekty możemy usłyszeć także na płycie "The Dreaming Jewels".
Kompozycja "The Door Into Summer" to kolejne podejście do klasyka, który po raz pierwszy pojawił się na albumie "The Dancers At The End Of Time". W "Eric's Breakdown" w roli głównej wystąpił Malcolm Catto i jego perkusja. "Not That It Makes Any Difference" - zabiera nas w podróż do lat sześćdziesiątych. Fani twórczości Matthew Halsalla - który wystąpił u boku bohatera dzisiejszego wpisu na albumie "Girl And Robot With Flowers" (2012) - z pewnością znajdą coś dla siebie na płytach Grega Foata czy The Greg Foat Group.

(nota 7.5/10)