Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Slowly Rolling Camera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Slowly Rolling Camera. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lipca 2024

SLOWLY ROLLING CAMERA - "SILVER SHADOW" (Edition Records) "W oku kamery"

 

    Przyznam, że w mijających dniach i godzinach niewiele miałem czasu na odsłuchanie nowych płyt, singli oraz epek. Obiecuję, że postaram się szybko nadrobić zaległości. Dlatego dzisiaj nieco mniej słów i mniej muzyki. Rozpocznę od płyty, której premiera miała miejsce w dniu wczorajszym. Dokonania brytyjskiej formacji Slowly Rolling Camera prezentowałem już kilka razy. Ich ostatni album długogrający zatytułowany "Flow" (2023), do końca mnie nie przekonał. Z pewnością nie w taki sposób, w jaki zrobił to jego znakomity poprzednik "When The Streets Leed" (2021). Zespół Slowly Rollling Camera w 2013 roku powołał do życia Dave Stapleton (założyciel wytwórni płytowej Edition Records), przy współudziale perkusisty Eliota Bennettta, producenta Deri Robertsa oraz wokalistki Dionne Bennett, która opuściła szeregi grupy tuż opublikowaniu trzeciego wydawnictwa w dorobku zespołu.



 W pierwszych słowach mojej pobieżnej oceny jako zwykle życzliwy dla artystów sygnalista pragnę donieść, że płyta "Silver Shadow" jest lepsza od niezbyt wyraźnego i opisywanego na łamach bloga poprzedniego albumu "Flow" (ten ostatni miał stanowić coś na kształt ścieżki dźwiękowej do filmu o kajakarstwie "River Of Mirrors"). Przede wszystkim zawiera ciekawsze kompozycje, pełne barwnych drobin, sugestywnych i leniwie rozwijanych motywów. Oczywiście w wielu fragmentach nadchodzących z wolna recenzji pewnie pojawią się porównania do muzyki filmowej, skojarzenia z kinem (także tym spod znaku noir), wymuszone niejako nazwą zespołu. Gdybym koniecznie miał podążać tym tropem, przywołałbym obrazy Andrieja Tarkowskiego, z charakterystyczną dla nich bardzo wolną pracą kamery albo "pocztówkowe ujęcia" Jeana Pierre'a Jeunetta. Tych ewentualnych tropów filmowych może pojawić się całkiem sporo, każdy z Was będzie miał własne mniej lub bardziej trafne wskazania.

Po wysłuchaniu płyty "Silver Shadow" najbardziej doceniam nie tyle nastrój, który roztaczają wokół kolejne odsłony tego albumu, co krótkie partie swobodnych improwizacji. Ot, pozornie niby nic wielkiego, zwykłe barwne ornamenty, ale podane ze smakiem, klasą i zaprezentowane w odpowiednim miejscu oraz czasie. To właśnie tam widać wkład pracy zaproszonych do studia gości, znanych również z poprzednich wydawnictw sygnowanych nazwą Slowly Rolling Camera - czyli trębacza Verneri Pohjoli, saksofonisty Josha Arcoleo i gitarzysty Stuarta McCallluma (niegdyś The Cinematic Orchestra).



Niespiesznie rozwijający się "Rebirth" przywołuje jakiś mglisty miejski pejzaż z dawno zapomnianego filmu noir. Mój ulubiony "Desert Sun" stanowi połączenie miękkiej elektroniki, jazzu, z prostym motywem, ciekawie rozwiniętym przez instrumenty dęte. Tytułowy "Silver Shadow" może przywoływać skojarzenia z kompozycjami reprezentującymi rejony nu-jazzu. Trochę zabrakło jednej dłuższej i nieco bardziej rozbudowanej kompozycji, w której większy akcent zostałby położony na swobodną improwizację, albo fragmentu, gdzie pojawiłby się ludzki głos. Nieco ambientowo w moich uszach zabrzmiał "When The Sun Comes Out", czy "Mirror Image" - ten ostatni zawiera ślady dawnej poetyki Davida Sylviana. "Evergreen" i singlowy "Beam" - to kolejne świetne momenty nowego wydawnictwa. Gustowne dopełnienie całości znajdziemy w zamykającym album "Spotless Mind", tutaj więcej przestrzeni dla siebie znaleźli gitarzysta Stuart McCallum i saksofonista Josh Arcoleo. Wciąż bardzo lubię zespół Slowly Rolling Camera. Mało kto tak subtelnie, a jednocześnie zupełnie nienachalnie, tłumaczy obrazy, wrażenia, chwile zamknięte w kadrze, szczeliny bezczasu, na język muzyki.

(nota 7.5-8/10)




W strefie "Dodatków..." przeniesiemy się do miasta Somerville w stanie Massachusetts, gdzie rezydują członkowie grupy The Shallows, oto ich ostatni singiel.



Pozostaniemy na amerykańskiej ziemi. Przeniesiemy się do Los Angeles, gdzie kilka lat temu Cory Hanson wraz z kolegami założył grupę Wand. Wczoraj ukazała się płyta zatytułowana "Vertigo". Oto mój ulubiony fragment.


Dzięki nowemu wydanemu wczoraj albumowi artysty - "Resusticate!", możemy wybrać się na koncert Billa Callahana, który miał miejsce w Chicago Thalia Hall w 2022 roku.



Stali Czytelnicy chyba całkiem nieźle pamiętają szkocką grupę Nightshift. Jakiś czas temu zaprezentowałem ich wydawnictwo długogrające zatytułowane "Zoe". Wczoraj ukazał się nowy album, już nie tak ciekawy - "Homosapien". Wybrałem z niego utwór numer dwa.


Północną Kalifornię reprezentuje Nathan Bowles oraz jego trio. Panowie wczoraj opublikowali nowy album zatytułowany "Are Possible".




Skandynawie reprezentuje Oresund Space Collective, który to kolektyw wczoraj wydał album "Orgone Unicorn". Posłuchamy tytułowej kompozycji, panowie nie lubią ograniczać się czasowo, więc przed Wami 23 minuty muzyki.





sobota, 15 czerwca 2024

COPENHAGEN JAZZEXPERIENCE - "LAZY AFTERNOON" (Waidtlow Music) "Leniwe popołudnie"

 

   "Leniwie sączą się popołudniowe godziny. Chrząszcze zbliżają się do nas. Rozkwitają tulipany. Nie widać nikogo prócz nas, tylko my dwoje (...) W oddali różowy obłok zawisł gdzieś nad wzgórzami (...). Spędź ze mną to leniwe popołudnie." Przed laty, dokładnie rzecz ujmując, w 1954 roku, po raz pierwszy te słowa i łączącą je subtelną nić melodii zaśpiewała w musicalu zatytułowanym "The Golden Apple" - Kaye Ballard. Autorem tej kompozycji był Jerome Moross, a kompletnie zapomniane dziś wersy tekstu napisał John Latouche. Później kompozycję "Lazy Afternoon" wykonywali mistrzowie i wirtuozi wielu instrumentów, w tym jeden z największych pośród nich - John Coltrane, ale także równie wspaniały Joe Henderson, album "Ballads And Blues", trębacz Kenny Dorham, gitarzysta Grant Green, i kolejny saksofonista w tej wybornej stawce James Moody. 
Tak się złożyło, że ten niezwykły utwór, który za chwilę usłyszycie, wszedł w skład siedmiu innych wspaniałych wydanych w majowy czas kompozycji, i posłużył jako tytuł dla całego wydawnictwa, za którym stoi duński saksofonista i kompozytor Claus Waidtlow. Jakaś metafizyczna zaduma, ale również tajemnica ukryta jest w tych delikatnych dźwiękach "Lazy Afternoon", w przestrzeni pomiędzy nimi, która wyłania się, powoli otwiera i nieśmiało cofa... Jakaś "Nie-skrytość"...


Przyznam, że do tego wspaniałego albumu przyciągnęła mnie tyleż urokliwa, co sugestywna okładka. Pomyślałem sobie, że może widok tarasu, stolika oraz drzew prześwietlonych strumieniami popołudniowego światła ma odzwierciedlać nastrój tego wydawnictwa. I wyobraźcie sobie, że ku mojej wielkiej radości, tak w istocie było! 

Dawno nie słyszałem tak udanego zestawu nagrań, które w niezwykły sposób współistniałyby obok siebie. A przecież powstały, co warto podkreślić, w różnych  epokach muzycznych - z odmiennym nastawieniem i w zupełnie innych okolicznościach - raczej bardziej oddalonych od naszych naznaczonych nerwowym rytmem dni, niż do nich w jakiekolwiek sposób zbliżonych. To, co je łączy, to nie tylko tytułowa spokojna, leniwa atmosfera, która niemal od razu udziela się odbiorcy, ale również niezwykła głębia, elegancja i wyrafinowanie, kultura z jaką zostały zaprezentowane oraz troska o każdy najmniejszy nawet szczegół. W końcu mamy do czynienia ze standardami! Kompozycjami i pieśniami, które niegdyś wykonywali Billie Holiday, Louis Armstrong, Frank Sinatra, Ella Fitzgerald, Nat King Cole, Cassandra Wilson, Sarah Vaughan itd. 

Wszystkie te małe dzieła sztuki cierpliwie opracowywał duński, wciąż słabo u nas znany saksofonista, wielokrotnie nagradzany i wyróżniany na ojczystej ziemi - Claus Waidtlow, korzystając z pomocy pianisty Jacoba Christoffersena, basisty Daniela Francka oraz perkusisty Jeppe'a Grama. Skandynawski kwartet dołożył wszelkich starań, żeby oddać specyficzny nastrój, zadbać o najdrobniejszy ton, a przy okazji tchnąć nowe życie w to, co usiłował ocalić od zapomnienia.

Trzeba wspomnieć, że każda z tych kompozycji niesie wraz sobą jakąś odrębną historię, przywołuje także czas, który wciąż mają w pamięci ci nieco od nas starsi, odstawieni obecnie na margines rzeczy mało istotnych. I tak, cudna kompozycja "Ernie's Tune" zabiera nas do schyłku lat 50-tych, kiedy to Jack Gelber napisał sztukę zatytułowaną "The Connection". Jej głównym tematem był problem uzależnienia od narkotyków. W przedstawieniu, którego premiera miała miejsca 15 lipca 1959 roku na deskach nowojorskiego teatru Living Theatre, pojawili się artyści jazzowi, którzy próbowali połączyć tekst z muzyką. Na potrzeby wystawienia tego spektaklu w  Los Angeles (premiera miała miejsce w 1960 roku), zaproszono do współpracy saksofonistę Dextera Gordona, który skomponował muzykę, wśród licznych tematów znalazł się również "Ernie's Tune" (tytułowy bohater istniał naprawdę i był uzależnionym od narkotyków muzykiem).



Z kolei pełny uroku "Chelsea Bridge" został nagrany w 1941 roku, z orkiestra Duke'a Ellingtona, z saksofonistą Benem Websterem, i pianistą Billy'm Strayhornem. Tego ostatniego, a przy okazji autora tej kompozycji, w trakcie podróży po Europie zainspirował obraz Jamesa McNeilla Whistlera - "Battersea Bridge". Również Strayhorn jest autorem kolejnej świetnej kompozycji "Lush Life", która znalazła się na recenzowanym przeze mnie albumie "Lazy Afternoon". Standard powstał w 1936 roku, kiedy pianista pracował jeszcze w aptece w Pittsburghu. Po raz pierwszy wykonała go Kay Davis, w Carnegie Hall, 13 listopada 1948 roku. W tekście znajdziemy fragmenty dotyczące nieudanego romansu, topienia smutków w alkoholu, spędzania późnych wieczorów w towarzystwie pań o: "smutnych i ponurych, szarych obliczach". 

Nie zamierzam Was zanudzać przydługimi opowieściami, dotyczącymi kolejnych odsłon albumu "Lazy Afternoon". Zainteresowani tematem mogą samodzielnie przeszukać odpowiednie strony w sieci.  Dodam tylko, że autorem kompozycji "Central Park West" jest John Coltrane, po raz pierwszy pojawiła się ona na płycie "Coltrane's Sound" (1964). "To zmysłowy i pełen refleksji spacer po parku, w którym struktura utworu służy poetyckiej ekspresji" - napisał o nim jeden z recenzentów. Temat "Two For The Road" powstał na biurku Henry Manciniego w 1967 roku, a później opracowali go Charlie Haden i Pat Metheeny. "We'll Be Together Again" skomponował Carl T. Fisher, autorem słów był Frankie Laine. "Twój pocałunek, twój uśmiech, są wspomnieniami, które zachowam na zawsze..." - zaśpiewał później Frank Sinatra, który spopularyzował tę pieśń. Album "Lazy Afternoon" nie jest debiutanckim wydawnictwem Copenhagen Jazzexperience. W połowie listopada ubiegłego roku ukazała się płyta zatytułowana "Everything I Love", która jednak nie była tak udana.

W towarzystwie albumu "Lazy Afternoon" spędzam ostatnie wieczory. Jakoś ciężko się uwolnić od tych skrzydlatych fraz, miękkich i wyrafinowanych tonów, ich lekkość, finezja oraz dojmujące piękno sprawiają, że wciąż chce się do nich powracać. Mimo, że sporo różni poszczególne leniwe i tęskne kompozycje - epoki, okresy, lata dawno minione - wydaje się, że ich twórcą jest jeden i ten sam autor, tak znakomicie brzmią i komunikują się ze sobą, nawiązują ponadczasowy dialog i tworzą wspólną przestrzeń, powołaną do życia przez muzyków skupionych pod szyldem Copenhagen Jazzexperience. Słucham tych kompozycji z niesłabnącą uwagą, albo odtwarzam poszczególne fragmenty w tle, zatapiając oczy w lekturze, chociażby książki Mike'a McCromaka - "Słoneczny szkielet", czy Didiera Eribona - "Życie, starość i śmierć kobiety" lub hipnotyzującej prozy Emmy Cline - "Zaproszona". Co gorąco polecam.

(nota 8/10)



 



Wspomniałem wcześniej o poprzedniej płycie Copenhagen Jazzexperience zatytułowanej "Everything I Love", która ukazała się jesienią ubiegłego roku, wybrałem z niej taki oto fragment.



Przeniesiemy się do Addis Abeby, skąd pochodzi Yorga Mesfin, który jest członkiem grupy Mulatu Astatke. Kilkanaście dni temu opublikował album zatytułowany "The Kindest One".



Formacja Slowly Rolling Camera nie zwalnia tempa, po rocznej przerwie, która upłynęła od opublikowania poprzedniego wydawnictwa, zapowiada zupełnie nowy album - "Silver Shadow". Premiera 26 lipca.



Szybka wycieczka do Zurychu, gdzie rezyduje duet Hermanos Gutierrez, przyniesie nam dźwięki z wczoraj wydanej płyty "Sonido Cosmico".



Pozostaniemy w kręgu muzyki instrumentalnej. Z Japonią kojarzy się nam również zespół Mono, który wczoraj opublikował płytę "OATH". Najlepszy utwór znalazłem na samym jej końcu.



Z Oslo pochodzi grupa Airbag, która również w dniu wczorajszym wydała nowy album zatytułowany "Century Of The Self". 



W Nowym Jorku mieszka obecnie Lila Ramani, która wraz z grupą przyjaciół tworzy grupę Crumb. Ich niedawno wydany album "Amama" zebrał niezłe recenzje.



Na trasie naszej wycieczki zawitamy do Holandii, skąd pochodzi grupa Docile Bodies. Oto fragment z ich płyty "Light Will Come Our Way", która ukaże się 11 lipca.



Moją ulubioną piosenkę ostatni dni zostawiłem na koniec. Byron Region i przyjaciele, czyli australijski zespół Gimmy, który dwa tygodnie temu opublikowała album zatytułowany "Things Look Different Now". A na nim... znalazłem... takie cudeńko!





sobota, 12 sierpnia 2023

SLOWLY ROLLING CAMERA - "FLOW"(Edition Records) "Na bezrybiu i rak ryba"

 

    Po ostatnim albumie "When The Street Lead" (2021) brytyjska formacja stała się jednym z moich ulubionych zespołów. To było wydawnictwo, na którym wszystko się zgadzało, jakby formuła połączenia elementów muzyki filmowej, z fragmentami jazzu i współczesnej elektroniki, właśnie tam i dokładnie wtedy znalazła pełnię wyrazu. Bardzo dużo do tej płyty wnieśli zaproszeni goście, jak chociażby wirtuoz saksofonu Chris Potter, który w jednej kompozycji zostawił swój jakże wymowny ślad. Przy okazji "When The Street Lead" zespół powrócił również na moment do własnej koncepcji piosenki, od której, co warto podkreślić, zaczynał muzyczną przygodę. Na pierwszej płycie za warstwę wokalną odpowiedzialna była Dionne Bennet, którą po wielu latach godnie zastąpił Sachal Vasandani. Znakomita kompozycja "Illuminate" pokazała możliwości tkwiące w brytyjskiej grupie. Stanowiła wyrafinowane połączenie piosenki z elementami swobodnej improwizacji. I to właśnie do niej jeszcze długo potem wracałem najczęściej.



Świetny krążek "When The Street Lead" zaostrzył mój apetyt. Ten długimi fragmentami doskonały materiał sprawił, że zapragnąłem czegoś więcej, a jeśli nie "więcej", to przynajmniej zachowania dotychczasowego poziomu. Najnowszy wydany wczoraj album "Flow" moich skrytych pragnień nie spełnia. Słuchacz otrzymuje znacznie mniej, i to w każdym aspekcie muzycznego rzemiosła, niż mógłby otrzymać, gdyby... I w tym miejscu można wymienić kilka warunków brzegowych, które powinny zostać spełnione. Minimalizm, czy też swoista oszczędność, jaka bije z opublikowanego wczoraj wydawnictwa, mogła być, może nawet jest, celowym posunięciem i zabiegiem artystycznym. Jednak porównywać można lub trzeba, jeśli jest okazja warto wykorzystać klasę kontrastu, a w tej ostatniej płyta "Flow", w zestawieniu z jej udaną poprzedniczką  - "When The Street Lead" - wypada dość blado. 

Mało na wydanym wczoraj albumie dobrych tematów, jeszcze mniej ciekawych pomysłów, niewiele swobodnej improwizacji, a tym samym interakcji pomiędzy poszczególnymi instrumentami, które zwykle stanowią o sile tego typu płyt. Zespół Slowly Rolling Camera wciąż potrafi budować urokliwy nastrój, nadal całkiem nieźle kreśli barwne pejzaże, to prawda, ale i oni, członkowie grupy, i my, słuchacze, dobrze wiemy, że potrafią znacznie więcej. Gra fińskiego trębacza Vernera Pohjolia przypomina dokonania innego skandynawskiego twórcy Nilsa Pettera Molvaera. Ten sam niespieszny sposób rozwijania drobnych motywów, podobne wykorzystanie dźwiękowych plam, podobna ekspresja. Saksofon w rękach Josha Arcoleo również dostosował się do wspomnianej wcześniej oszczędnej formy, i w żadnym momencie nie odważył się wyjść przed szereg. Troszkę tu za mało tego zawartego w tytule "Flow", żebyśmy z radością przyklasnęli, a zazwyczaj czujne oko kamery tym razem długimi fragmentami po prostu stoi w miejscu. 

Pierwotnie zestaw niektórych najnowszych kompozycji został napisany na potrzeby filmu o kajakach, panowie - Bennet, Roberts, Stapleton - po namyśle postanowili nieco go rozwinąć. Ten ostatni był w minionym okresie bardzo zajętym człowiekiem. W czasie pandemii skupił się na rozwijaniu prowadzonej przez siebie wytwórni Edition Records. Działał głównie w pojedynkę, a mimo to oficyna z siedzibą w New Burry (godzina drogi od Londynu), opublikowała rok do roku znacznie więcej wydawnictw płytowych. "W ostatnich latach nie poświęcałem wystarczająco dużo czasu mojej muzyce" - oświadczył Stapleton. A potwierdzenie tych słów niestety znajdziemy na płycie "Flow". W przyszłym roku wytwórnia Edition Records będzie obchodziła jubileusz 15-lecia istnienia.

(nota 7/10)

 


Początkowo pozostaniemy w nastroju muzyki filmowej. Na krajowym podwórku mamy prawdziwego mistrza w tym fachu, który jak nikt inny potrafi łączyć elementy muzyki ilustracyjnej z elementami jazzu. Kto to taki? Michał Lorenc - bo to o nim mowa. Tak się złożyło, że niedawno obejrzałem film "Mniejsze zło". Warto było zerknąć na ten obraz, nie tylko po to, żeby ujrzeć na ekranie panią Tamarę Arciuch bez... lekarskiego fartucha. Oto główny pełen uroku temat pochodzący z tego filmu.



Czwartkowy wieczór spędziłem w towarzystwie jednego z moich ulubionych reżyserów Jen-Pierre'a Jeuneta. Kanał Ale Kino Plus przypomniał znakomity film "Delikatesy". Nie widziałem go od wielu lat, ale muszę przyznać, że wciąż zachwyca niezwykłymi zdjęciami, przepięknymi kadrami rozpisanymi aż po najmniejszy detal (nagroda "Cezara za najlepszy film"), kalejdoskopem barwnych postaci oraz zdarzeń, typowym dla francuskiego twórcy magicznym światem przedmiotów - pudełko zwane "wykrywaczem bzdur" przydałoby się nie tylko w czasie kampanii wyborczej.



Z Atlanty pochodzi wokalistka Bailey Crone, która wraz z gitarzystą Damonem Moonem tworzy duet Bathe Alone. Przed tygodniem opublikowali płytę "Fall With The Lights Dawn". Oto mój ulubiony fragment.



Drop Ninteen to grupa z Bostonu, która powróciła po trzydziestoletniej przerwie, 3 listopada ukaże się ich najnowszy album zatytułowany "Hard Light".



Slowdive i kolejny, trzeci utwór ujawniony w ostatnich tygodniach przed wrześniową premierą albumu "Everything Is Alive" 



Soft Vein to projekt muzyczny prosto ze słonecznej Kalifornii, 20 października ukaże się debiutancki album "Pressed In Glass".



Jedyna wokalistka w dzisiejszym zestawieniu, ale za to kompozycja, do której w ostatnich dniach wracam najchętniej. Matilda Bond pochodzi z Brighton, i niedawno opublikowała epkę "Home For 24 Hours". Oto moja ulubiona piosenka z tego wydawnictwa.



W "sekcji psychodelicznej" dziś dwie kompozycje. Pierwsza z nich należy do brytyjskiej załogi The Black Delta Movement, i pochodzi z niedawno wydanej płyty "Recovery Effects", którą wyprodukował nasz dobry znajomy z wpisów na tym blogu Malcolm Catto.



Druga odsłona psychodelicznych gitar pochodzi z wydanej wczoraj płyty "Geltungsbereich Universum" niemieckiej formacji Datashock.



New Model Army symfonicznie - to jest dopiero szok! Albo zwykła kolej rzeczy, jeśli chodzi o grupy z poważną metryką. Tak czy inaczej, płyta "Sinfonia" ukaże się 15 września, oto singiel promujący to osobliwe wydawnictwo.



W kąciku improwizowanym Ben Lamdin i przyjaciele, czyli grupa Nostalgia 77 z płyty "The Loneliest Flower In The Village".



Wczoraj ukazała się płyta "My Only Secret" kwintetu z Portland - Blue Cranes, znalazłem na niej dla siebie taki oto przykład muzyczny.



Rozpocząłem sekcję dodatków, singli i zapowiedzi, od kompozycji Michała Lorenca i nią również zakończę dzisiejszą odsłonę bloga. Tak dobrej muzyki nigdy zbyt wiele.




sobota, 1 lipca 2023

ASCETIC - "ASCETIC" (Audio Cave) "Metafizyczna asceza"

 

    "(...) naszych wspomnień i naszej cierpliwie gromadzonej wiedzy, naszych trosk i wysiłków teraz jawiących się jako próżne, choć może wcale takie nie były; tej nieskończonej liczby obrazów, które przeszły przed naszymi oczami, i słów usłyszanych przez nasze uszy, biernie albo z uwagą, beztroskich śmiechów i wybuchów radości, momentów pełnego szczęścia i tych niespokojnych, rozpaczy i optymizmu, a także tego ciągłego tykania towarzyszącego nam od urodzenia". (Javier Marias)

"Tak było w dzieciństwie: wychodziłeś z domu i były tylko kształty i kolory. To dorośli mieli wszystko jakoś ponazywane, żeby się nie pogubić w życiu. Dobre i złe miejsca. Cudze i własne. Z całą tą historią, zdarzeniami, z pułapkami i ocaleniem, granicami i najazdami, ucieczkami, nędzą i bogactwem. Spaprany krajobraz". (Andrzej Stasiuk)



Szkoda, że o wydanej całkiem niedawno płycie polskiego kwartetu Ascetic - "Ascetic" znajdziemy tak niewiele wzmianek. Album ten z pewnością wyróżnia się na tle tego, co w ostatnim czasie wydarzyło się w przestrzeni nie tylko krajowej muzyki improwizowanej. Może dzieje się tak dlatego, że muzyka zawarta na tym wydawnictwie jest specyficzna, potrzebuje spokoju i namysłu, wymaga chwili zatrzymania się, gdyż sama w konsekwencji przynosi ów namysł i spokój. Nie znajdziemy pośród tych dziesięciu kompozycji wypełniających krążek "Ascetic" porywających popisów pianisty, gwałtownych zmian stylistycznych, świadomego przekraczania wszelkich możliwych granic, czy ekstrawaganckich poczynań saksofonu. Zamiast tego formacja reprezentująca ziemię wrocławską proponuje zwarte, przemyślane i spójne kompozycje, starannie dobrane tony, rozpięte na pięciolinii odczuć oraz prostego i długimi fragmentami wyrafinowanego grania.

To, co przy pobieżnym kontakcie wydaje się być łatwe i proste, często niesie wraz sobą niemały wysiłek i trud, a każda pomyłka widoczna jest w takim układzie tym bardziej, im bardziej próbujemy ją zamaskować. Cisza obnaża wszelkie niedoskonałości, drobne braki, minimalne niedociągnięcia czy odstępstwa - panowie Mateusz Rybicki (saksofon), Tomasz Kaczmarek (fortepian), Dariusz Dżugan/Ju Ghan (kontrabas), Jan Słowiński (perkusja), musieli przekonać się o tym nieraz, kiedy, w pocie czoła, opracowywali kolejne kompozycje zawarte na ich niedawno opublikowanym debiutanckim krążku. Kwartet Ascetic zawiązał się w 2019 roku, na skutek inicjatywy klarnecisty i saksofonisty Mateusza Rybickiego. Ten ostatni jest absolwentem Akademii Muzycznej im. Konrada Lipińskiego we Wrocławiu. Powołując do życia nowy skład zapragnął zmienić środowisko swobodnej improwizacji i free jazzu na rzecz poszukiwania prostoty, głębi i duchowości. To również Rybicki jest autorem większości zgrabnych tematów, które wypełniły krążek "Ascetic". Nazwa kwartetu, jak i tytuł płyty, sugerują, że artyści narzucili sobie pewne ograniczenia, w ramach których poruszali się, dodajmy bardzo sprawnie, tworząc następne barwne odsłony tego godnego polecania wydawnictwa.

W niektórych momentach gra wrocławskiej czwórki przypomniała mi dokonania Yuri Honing Acoustic Quartet (płyty: "True", Goldbrun", "Bluebeard"), recenzowanego na łamach bloga - podobny spokój, łagodność i cierpliwość towarzysząca rozwijaniu kolejnych motywów. Podobne szanowanie frazy i czasu, poszukiwanie muzycznego porozumienia. W innych fragmentach, jak chociażby w najlepszym, moim zdaniem, "Polish Song", pojawiły się skojarzenia z płytami szefa wytwórni Gondwana Records - Matthew Halsalla. Swoją drogą szkoda, że tak  udany album polskiego kolektywu nie ukazał się właśnie w tej wytwórni, z pewnością na to zasługuje. 
Od pierwszych minut płyty "Ascetic" zwraca na siebie uwagę świetna współpraca, czucie i zrozumienie na linii saksofonista-pianista, co zwykle stanowi o sile tego typu wydawnictw. Ten drugi - Tomasz Kaczmarek, również absolwent Akademii Muzycznej we Wrocławiu - doskonale prowadzi grę, wyczuwa tempo, frazę, jak w dobrym otwarciu "No Eye Has Seen", czy w nostalgicznym "Eternity", gdzie starannie dawkowane dźwięki zdają się szukać właściwej drogi, odpowiedniego kolorytu. 

Przy okazji zawieszonego gdzieś na krawędzi światów "Cross of Reality", przypomniała mi się płyta Shinaya Fukumori Trio "For 2 Akis", recenzowana jakiś czas temu na łamach bloga. Takich tropów stylistycznych można podać więcej: Eberhard Weber, Rain Sultanov, dawny Bobo Stenson, przedstawiciele jazzowej krainy łagodności. Warto podkreślić filmowość niektórych tematów, jakby zostały wyciągnięte ze ścieżki dźwiękowej do obrazu Tarkowskiego czy Kieślowskiego. Szczególnie gra pianisty pełna znaków zapytania, pogłębionych momentów refleksji, zatroskania, mówiąc krótko "polskiego saudade", zabrała moje skojarzenia w kierunku prac Zbigniewa Preisnera z okresu "Dekalogu". "Drobiazgowa dbałość o wyczucie przestrzeni, koloru i faktury scenografii, staranna kontrola (...), oraz wykorzystanie kluczowych ujęć, wizualnie intensywnych momentów przypominających fotografię z ich zagęszczeniem akcji i znaczeń" - napisano przed laty, charakteryzując twórczość Krzysztofa Kieślowskiego. Niemal dokładnie to samo mógłbym powiedzieć o muzyce kwartetu Ascetic. Brawo!

(nota 8/10) 



Dziś nieco bardziej jazzowa odsłona bloga, do płyt z muzyką alternatywną wrócimy w przyszłym tygodniu. Zaczniemy od wizyty w Danii, skąd pochodzi kontrabasista Richard Andersson, który niedawno, z pomocą gitarzysty Hilmara Jenssona i perkusisty Mathiasa Hemstocka, opublikował album "Undo".



Brytyjska grupa Modern Nature - recenzowałem dwa poprzednie albumu na łamach bloga - na 29 września zapowiedziała premierę najnowszego krążka zatytułowanego "No Fixed Point In Space", który ukaże się w oficynie Bella Union.



Saksofonista Alabaster DePlume 8 września opublikuje płytę "Come With Fierce Grace", podczas prac na tym wydawnictwem w studiu pojawiło się sporo znajomych artystów, wśród nich była chociażby basistka Rozi Plain (This Is The Kit), czy perkusista Tom Skinner.



 Tak, jak obiecałem, wracam do albumu amerykańskiej multiinstrumentalistki Meshelli Ndegeocelli, oto kolejny fragment z płyty "The Omnichord Real Book".



Szkocki perkusista Richard Galssby niedawno opublikował płytę "Travels", obok artysty wystąpili: Matthew Kilner na saksofonie, Pete Johnstone - fortepian, Ewan Hastie - kontrabas.



Szwedzki, cóż, że ze Szwecji, kwintet Organ Donor, z Isaakiem Hedtjamem na klarnecie i saksofonie, prosto z wiosennej płyty "Malplace".



Zajrzymy na niedawno wydaną płytę brytyjskiego gitarzysty Harry'ego Christelisa - "Nature Child/Challenge The Adult", który wystąpił u boku trębacza Christosa Stylianidesa, basisty Andrei Di Biase i perkusisty Dave'a Storeya.



Na zakończenie dwie grupy, a także spora niespodzianka. Oto jedna z moich ulubionych brytyjskich formacji Slowly Rolling Camera - recenzowałem ich poprzednią znakomitą płytę - 11 sierpnia, czyli jeszcze przed moimi urodzinami, opublikuje album zatytułowany "Flow". Oto singiel promujący to wydawnictwo.



 A to cudeńko znajdziecie oczywiście na poprzednim bardzo udanym wydawnictwie Slowly Rolling Camera zatytułowanym "Where The Streets Leed".



Wspominałem w tekście o wytwórni Gondwana Records, tak się złożyło, że wczoraj ukazała się najnowsza płyta amerykańskiego kwartetu Phi-Psonics, dowodzonego przez basistę Setha Ford-Younga, zatytułowana "Octava". Wybrałem taką oto kompozycję.



 


sobota, 1 stycznia 2022

"Wait For Me"... czyli... "Reasumpcja głosowania" - albo podsumowanie płytowe 2021 roku

 

     "Niczego w tym świecie nie wie się na pewno, ale wie się, że o wszystkim, o czym się wie, wiedzieć można zgoła w odmienny sposób - a każda wiedza jest tyle samo warta, co inna, nie lepsza ani nie gorsza, a już z pewnością nie mniej od innych tymczasowa i ulotna" - Zygmunt Bauman - "Ponowoczesność jak źródło cierpień".

  Rozpocząłem dzisiejsze podsumowanie płytowe 2021 roku od cytatu, który można odnaleźć, w zakazanej, w pewnych kręgach, księdze Zygmunta Baumana nie dlatego, że pobrzmiewa w nim radosna pochwała wszelkiego relatywizmu, ale z tego prostego powodu, że dostrzegam w tych zgrabnych frazach metaforę czasu, w którym przyszło nam żyć. Jakoś nigdy specjalnie nie wierzyłem, i uwierzyć nie chcę albo nie potrafię, w jednomyślność krytyków czy recenzentów, którzy zupełnie niezależnie od siebie - o tę właśnie niezależność gra się toczy - ustalają, bez polemiki i dyskusji, niekiedy podobne do siebie listy najlepszych płyt minionego roku. Żeby takie listy miały sens, trzeba by owych recenzentów całkowicie od siebie odizolować (komora deprywacyjna), na czas krótszy lub dłuższy, a potem cierpliwie poczekać, aż wyplują z siebie szczere werdykty i rzetelne opinie. W tym kontekście równie ważne - jak postulowana wyżej izolacja - wydają się być kryteria wyboru i oceny, a więc zasady według których ustalone zostały poszczególne zestawienia. "Pluralizm to istnienie wielu układów odniesienia, z których każdy ma swój własny schemat rozumienia oraz kryteria racjonalności". 

 Dla mnie - przeciętnego słuchacza - jednym z najważniejszych punktów na złożonej mapie wartościowania dzieła muzycznego, jest ilość odtworzeń; liczba, zazwyczaj co najmniej trzycyfrowa, wyrażająca częstotliwość moich powrotów do płyty, epki, singla, itd. Ta liczba zawiera w sobie także oznaczenie pewnego potencjału, który przy okazji najlepszych wydawnictw, w pierwszych chwilach, ale również długo potem, zdaje się być niewyczerpywalny. Na szczęście, i wbrew co niektórym, próbującym zagłuszać swoje rozmaite kompleksy i realizować dyktatorskie zapędy, nie żyjemy w sowieckim kołchozie - gdzie wszyscy mają odczuwać tak samo i myśleć w podobny sposób, jeśli już taki stan pogłębionej refleksji w ogóle się przytrafi. Uważam, że właśnie w tym można wyrazić siłę tego typu stron czy blogów - stanowią one pożywkę dla wszystkich tych, którzy noszą w sobie jakiś niepokój oraz ciągły głód, i nieustannie poszukują nowych bodźców, innych  treści, niż te powszechnie obowiązujące w popularnych serwisach. Według obiegowej opinii "DOBRA MUZYKA" obroni się sama - choć nie zawsze uda się jej wypłynąć na szerokie wody powszechnej akceptacji i zrozumienia - gdyż, jak pisał przed laty Jean Baudrillard: "Nie ma przedmiotu uprzywilejowanego. Dzieło sztuki tworzy własną przestrzeń". Tym między innymi różnią się wszelkie artystyczne dokonania od zwykłego kiczu, który często potrafi przystroić się w barwne piórka, -  że ten drugi rzadko kiedy tworzy oryginalną przestrzeń, w swoim karykaturalnym naśladownictwie zawsze żywi się cytatem, kalką czy powtórzeniem. Zdaje się, że to Roland Barthes w "Le Plassir Du Texte" ("Przyjemność tekstu") napisał o: "Bękarciej formie kultury masowej, jako zdegradowanym powtórzeniu".



 Przede wszystkim pragnę wyróżnić płytę "WAIT FOR ME", grupy Snowpoet, do której wielokrotnie wracałem lub z którą bardzo długo nie potrafiłem się rozstać. Autorka tekstów, współtwórca wszystkich kompozycji, wokalistka roku według JAZZ FM (2016) - Lauren Kinsella starała się pokazać ludzki głos - a tym samym rozmaite funkcje języka - na wszelkie możliwe sposoby. W subtelnych przejściach od śpiewu do mowy, przez radosne i kojarzone z okresem dzieciństwa zabawy słowem oraz swobodną improwizację, wraz z Chrisem Hysonem (instrumenty klawiszowe, produkcja), poruszali się po obrzeżach gatunków - indie-folk, pop, jazz, awangarda - nie zapominając o tym, że to, co porusza i zostaje w pamięci słuchacza na długie tygodnie, a nawet lata, to także piękne i wyrafinowane linie melodyczne. "Eksperymentujemy z kolorem, fakturą, formą, narracją i sposobem połączenia wszystkich tych elementów w kompozycji" - oświadczył Chris Hyson. Album "Wait For Me" ukazał się nakładem oficyny Edition Records, i nie jest to jedyna płyta pochodząca z tej zacnej wytwórni, którą chciałbym dziś zaprezentować.



Slowly Rolling Camera - "Where The Street Lead" - czyli grupa dowodzona przez szefa wytwórni Edition Records - Dave'a Stapletona. Przy wydatnym wsparciu gości zaproszonych na sesje nagraniowe - Stuarta McCalluma (gitara), Marka Lockhearta (saksofon), Chrisa Pottera (saksofon) oraz oktetu smyczkowego - stworzyli kilka niezapomnianych i wspaniałych kompozycji, które swobodnie flirtują z takimi gatunkami jak: jazz, rock, fussion, muzyka filmowa. W tym wydaniu to piorunująca mieszanka. Na płycie "Where The Street Lead" znajduje się również pieśń "Illuminate", którą w 2021 roku słuchałem zdecydowanie najczęściej. Wykonanie warstwy wokalnej powierzono Sachalowi Vasandani, który, sami to przyznacie, wspaniale odnalazł się pośród tych delikatnych i nostalgicznych dźwięków. Przy tej okazji, aż zamarzyła mi się cała płyta Slowly Rolling Orchestra, poprzetykana warstwami wokalnymi Sachala Vasandani. Ten ostatni, również w wytwórni Edition Records, wydał w tym roku płytę z pianistą Romain Collinem zatytułowaną "Midnight Shelter".



O albumie "Promises" Pharoah Sandersa, Floating Points i London Symphony Orchestra napisano niemal wszystko, więc nie będę się powtarzał. Przy tej okazji warto również sięgnąć do nieco starszych wydawnictw - chociażby tych pochodzących z lat sześćdziesiątych: "Pharoah", "Tauhid", "Karma", "Jewel Of Thought" - mistrza saksofonu, który 13 października skończył 81 lat. Takim mistrzem nie jest z pewnością jeszcze Thomas de Pourquery, ale jego płyty "Back To The Moon", nagranej ze swoim kwintetem Supersonic, słucha się z ogromną przyjemnością. W kolejnych jej odsłonach urzeka swobodne połączenie wątków pochodzących ze świata muzyki improwizowanej z elementami orkiestrowego popu.




Mnóstwo świeżego powietrza oraz głębokiej muzycznej przestrzeni znalazłem w kompozycjach londyńskiej grupy Muck Spreader zawartych na płycie "Abysmal". Sporo w tym graniu swobodnych improwizacji instrumentów dętych, a także soczystych dialogów. Ta muzyka za każdym razem i w kolejnych odsłonach zdaje się szukać adekwatnej dla siebie formuły. Wokalista grupy - Luke Brennan, oraz jego wesoła załoga znaleźli dla siebie sporą niszę, usytuowaną gdzieś pomiędzy dokonaniami TaxiWars, a tonami, które można kojarzyć z albumami nieodżałowanej grupy Morphine.




Kiedy tak spoglądam na to pobieżne i skrócone zestawienie dostrzegam, że w mijających miesiącach nieco bardziej przemawiały do mnie zespoły, które w swoim brzmieniu mają również sekcję dętą. Podobnie jest w przypadku kanadyjskiej grupy Les Moontunes, dowodzonej przez kompozytora, autora tekstów, klawiszowca i producenta - Miguela Dumaine'a. Na płycie "Lees Moontunes" zebrał on kilku artystów reprezentujących różne środowiska - jazz, psychodelię, rock - którzy świetnie czuli się szczególnie w nieco dłuższych wypowiedziach muzycznych oraz podczas sesji nagraniowych wypełnionych swobodnymi improwizacjami. Tak powstało jedenaście kompozycji, z pogranicza art-rocka, jazzu i popu, wolnych od elektronicznych dodatków i sztucznych studyjnych upiększeń.



Nie był to zły rok, ale z drugiej strony jakoś szczególnie nie obfitował w zalew niezwykłych wydawnictw płytowych. Jak widać po kolejnych tematach w moim prywatnym muzycznym pamiętniku, pojawiło się sporo nowych artystów i grup, którzy dopiero poszukują dla siebie miejsca na rynku. Starzy wyjadacze i weterani wszelkich scen raczej roztropnie przyczaili się, zajmując z góry upatrzone pozycje, i spokojnie obserwowali, jak rozwinie się sytuacja związana z pandemią. O zaistnieniu całkiem nowych gatunków mowy być nie mogło, gdyż żyjemy w czasach, gdzie twórcy zwykli grać resztkami, zaś łączenie ze sobą rozmaitych stylów czy różnych wątków, nie jest wyborem estetycznym, a formułą zastaną i czymś poniekąd naturalnym. 
Spotkało mnie także kilka rozczarowań. Największe dotyczyło najnowszej propozycji niegdyś mojego ulubionego duetu - Kings Of Convenience. Im dłużej słuchałem płyty "Peace Or Love", tym bardziej nużyły mnie kompozycje na niej zawarte. Podobnie było z miałkim, niczym plaża nudystów nocą, albumem grupy Soup - "Visions". Poprzedni krążek "Remedies", to długimi fragmentami była jednak duża klasa. Najbardziej wymęczyła mnie płyta zespołu Low -"Hey What", która znalazła się bardzo wysoko w wielu podsumowaniach. Być może recenzenci, którzy obsypali te nagrania tak dobrym słowem, nie pamiętają wczesnych dokonań formacji z Duluth założonej w 1993 roku. Z kolei grupa Efterklang, z roku na rok, coraz bardziej traci swój indywidualny muzyczny idiom, czego potwierdzeniem jest z pewnością ostatni album "Windflowers". Dość już tych utyskiwań.
Wszyscy ci, którzy cenią sobie brzmienie wypracowane przed laty przez Marka Hollisa, także na ostatnich płytach Talk Talk, lub dokonania Davida Sylviana, z okresu działalności z grupą Rain Tree Crow, koniecznie powinny dotrzeć do drugiego w dorobku albumu grupy Modern Nature - "Island Of Noise". A może by tak skusić się na wydanie winylowe? Zakładam, że egzemplarz "Burzy" Szekspira chyba już macie na półkach.




Na koniec mojej pobieżnej wyliczanki zostawiłem dwa albumy. O pierwszym z nich napisałem całkiem niedawno - Nous With Laraaji And Arji OceAnanda - "Circle Of Celebration". O drugiej płycie - The Weather Station - "Ignorance", napisali wyczerpująco inni recenzenci i dziennikarze, czy to krajowi, czy zagraniczni. To piąte w całym dorobku i zdecydowanie najlepsze wydawnictwo formacji z Kanady, kierowanej przez wokalistkę Tamarę Lindeman (Hope), która przy okazji sesji nagraniowych zaprosiła do współpracy kilkunastu muzyków (klarnet, flet, saksofon, skrzypce, wiolonczela, fortepian). W tych pełnych uroku kompozycjach można się rozsmakować i zatracić, bowiem powoli, i z każdym kolejnym przesłuchaniem, ujawniają ukrytą w nich głębię. Poza tym dorzucę garść tytułów, z krainy improwizowanych dźwięków, kolejność przypadkowa: Kenny Garrett - "Sound From The Ancestors", Ill Considered - "Liminal Space", Archie Shepp, Jason Moran - "Let My People Go", Bill Charlap Trio - "Street Of Dreams", Arooj Aftab - "Vulture Prince", Isaiah Collier & The Chosen Few - "Cosmic Transitions". 






Ktoś kiedyś całkiem trafnie powiedział, że: "Widzimy nie dlatego, że nie jesteśmy ślepi - widzimy dlatego, że jesteśmy ślepi na większość rzeczy". Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z ograniczeń mojej percepcji oraz z faktu, że moje poznanie uwikłane jest w perspektywiczność. Dlatego też pewnie w najbliższych dniach i tygodniach będę cierpliwie docierał do albumów, które, z braku czasu lub z innych równie ważnych powodów, niefrasobliwie pominąłem, w kolejce do wiecznie spragnionego świeżego muzycznego mięsa odtwarzacza. Mrrrr....
I właśnie tego Wam życzę, drodzy stali Czytelnicy oraz napływowi Goście, i Wy sympatyczni uchodźcy z innych blogów, w nadchodzących tygodniach i miesiącach - radosnych odkryć, nieoczekiwanych premier, smakowitych singli oraz wybornych epek, które przeniosą Was w inny wymiar, i umilą czas oczekiwania na... pojawienie się... kolejnych nowych wydawnictw. Do usłyszenia, do odczytania, w 2022 roku.





sobota, 24 lipca 2021

SLOWLY ROLLING CAMERA - "WHERE THE STREETS LEAD" (Edition Records) "W oku walijskiej kamery"

 

      I jak tu rozpocząć przerwę wakacyjną, również taką, która wiąże się z odpoczynkiem od przesłuchiwania nowych wydawnictw płytowych, kiedy w samym środku sezonu ogórkowego co chwila ukazują się znakomite albumy. Szefowie większych wytwórni zwykle czekają z opublikowaniem ciekawych premier do początku września lub środka jesieni. Letni czas oraz mniejsza ilość intrygujących płyt mogą tym samym wykorzystać dyrektorzy małych oficyn. Skoro na rynku niewiele się dzieje, a przede wszystkim nie ma tłoku, ich propozycje można łatwiej dostrzec. Kto wie, czy właśnie nie z tego założenia wyszedł Dave Stapleton - szef wytwórni Edition Records - który na 23 lipca zaplanował premierę najnowszego i znakomitego, co za moment postaram się Wam przybliżyć, krążka Slowly Rolling Camera - "Where The Streets Lead".

 Dave Stapleton nie jest tylko założycielem Edition Records, ale także jest członkiem Slowly Rolling Camera, którą to grupę powołał do życia w 2013 roku. Miał wtedy u swojego boku Devi Robertsa, zajmującego się produkcją i warstwą elektroniczną, Elliota Bennetta, grającego na perkusji oraz Dionne Bennett, odpowiedzialną za wokalizy i warstwę tekstową. W tym składzie nagrali dwa pierwsze albumy, udany debiut, który ujrzał światło dzienne w 2014 roku, i "All Things" (2016). Stapleton i Bennett znali się jeszcze z czasów studenckich, kończyli Royal Welsh College Of Music & Drama. Stapleton próbował wtedy swoich sił w solowych produkcjach, dał się poznać chociażby w duetach fortepianowych z Matthew Bournem, czy grając na organach kościelnych, których brzmienie ozdobiło wydawnictwo "The Conway Suite" (2005). W trakcie studiów - klasa fortepianu, przyszły klawiszowiec Slowly Rolling Camera, był uczniem słynnego Keitha Tippetta. W latach 2004 - 2010 wyrażał się artystycznie grając głównie ze swoim kwintetem. W 2008 roku wraz z przyjacielem Jasperem Hoiby (basista i kompozytor), postanowili założyć wytwórnię płytową, która ostatecznie przyjęła nazwę Edition Records. Początkowo, jak to często w takich przypadkach bywa, miały ukazywać się tam płyty właścicieli oficyny oraz wąskiej grupki ich najbliższych znajomych. Z czasem mały niezależny label zaczął systematycznie poszerzać swoją ofertę katalogową, skupiając się na związkach muzyki improwizowanej z muzyka klasyczną, rockiem, popem, soulem itd. Dave Stapleton pełni w wytwórni Edition Records bardzo ważną role. Odpowiedzialny jest nie tylko za marketingowy aspekt prowadzonej przez siebie firmy, zajmuje się również stroną wizualną wydawnictw - projektuje charakterystyczne okładki płyt. Funkcjonuje również jako opiekun artystyczny i doradca muzyków czy grup, z którymi podpisał kontrakt. To także dzięki jego pracy i zaangażowaniu nie tak dawno mogliśmy cieszyć się znakomitym, recenzowanym na łamach tego bloga, albumem Snowpoet - "Wait For Me". 

Poniżej jedna z moich najpiękniejszych kompozycji tego roku, którą oczywiście znajdziecie na płycie "Where The Streets Lead", pod numerem szóstym.



"Zespół Slowly Rolling Camera powstał jako projet łączący progresywne jazzowe bity z filmową wrażliwością" - tyle Dave Stapleton. Ukłonem w stronę nieco szerszej publiczności miała być obecność na pokładzie walijskiej brygantyny wokalistki Dionne Bennett, która opuściła szeregi grupy po nagraniu dwóch pierwszych płyt. Przy okazji tych wydawnictw recenzenci dostrzegli podobieństwo kompozycji muzyków z Cardiff do twórczości The Cinematic Orchestra. Ten trop niejako nasuwał się sam, bowiem podczas prac nad kolejnymi płytami podstawowy trzon Slowly Rolling Camera - czyli trio Stapleton/Roberts/Bennett - poszerzało się o dodatkowych muzyków, chociażby o basistę Aidana Thorne'a i gitarzystę Stuarta McCalluma, znanych ze składu The Cinematic Orchestra. 

Przy okazji najnowszego wydawnictwa "Where The Streets Lead" do współpracy po raz kolejny zaproszono Stuarta McCalluma, który wiele nagrań wypełnił soczystymi solówkami, saksofonistę Marka Lockhearta, bez którego udziału po prostu nie byłoby tej płyty w tym kształcie (swobodne improwizacje, ozdobniki), trębacza Verneri Pohjola, basistę i współzałożyciele wytwórni Edition Records - Jaspera Hoiby oraz największą gwiazdę w tym zestawieniu, saksofonistę Chrisa Pottera. Tony jego instrumentu wypełniły wspaniały "The Afternoon Of Human Life", wprowadzając tam swobodę, energię, żywioł, i przenosząc tę kompozycję w zupełnie inny wymiar. Chris Potter dobrze odnajduje się we wszelkiej maści transgresywnych formach. Pamiętamy, przynajmniej niektórzy z nas, zderzenie tradycji z nowoczesnością, czyli jego barwne dialogi z Kenny Wheelerem na świetnej płycie "What Now?".  
W notkach prasowych muzycy Slowly Rolling Camera określają swoje poczynania jako swobodną fuzję jazzu, trip-hopu, soulu i muzyki filmowej. Krążek "Where The Streets Lead" elementów trip-hopu czy soulu raczej nie zawiera. Zastąpiły je art-rockowe, czy prog-rockowe faktury, wyczarowane także palcami gitarzysty Stuarta McCalluma, który nawiązując dialog z Chrisem Potterem, nadał utworowi "The Afternoon Of Human Life" dodatkowych barw. W tytułowym "Where The Streets Lead" prosty motyw instrumentów klawiszowych stanowi punkt wyjścia do namalowania dźwiękowego krajobrazu, a poszczególni muzycy robią to z takim wdziękiem, i z taką łatwością, jakby od pięćdziesięciu lat niczego innego nie robili. Paletę wykreowanych barw wzbogacił dodatkowo oktet smyczkowy oraz kolejny podpis wspomnianego już powyżej gitarzysty, którego gra tym razem skojarzyła mi się z wczesnymi dokonaniami Stevena Wilsona (w innych fragmentach porusza się sprawnie po rejonach zarezerwowanych niegdyś dla Pata Metheny). I tak już będzie do końca tego jakże udanego albumu. Jazz, rock, art-rock, elementy muzyki filmowej, przeplatają się tu i przenikają w bardzo wyrafinowany sposób. Wszystko zdaje się być starannie przemyślane i dokładnie zaplanowane. Dwukrotna nominacja do nagrody Fundacji Paula Hamlyna dla kompozytorów, do czegoś zobowiązuje. 
Swoboda w tworzeniu dźwiękowych przestrzeni na krążku "Where The Streets Lead" zachwyca w takim samym stopniu, jak poszczególne tematy, czy panowanie nad każdym tonem i dbałość o najmniejsze szczegóły. Dave Stapleton mając w pamięci dawną współpracę z Dionne Bennett, i tym razem postarał się o wypełnienie warstwy wokalnej oraz drobny ukłon w stronę szerszej publiczności. W utworze "Illuminate" gościnnie zaśpiewał Sachal Vasandami. Jego ciepła barwa głosu znalazła doskonałe otoczenie pośród starannie rozpisanych nostalgicznych tonów. 
Duża klasa!!!

(nota 8.5/10)
 




A na deser oczywiście kolejna pełna uroku kompozycja z płyty "Where The Streets Lead" - Slowly Rolling Camera. Saksofon - Chris Potter, gitara - Stuart McCallum.



W kąciku improwizowanym dziś zabrzmią tony z płyty "Where The Streets Lead" - Slowly Rolling Camera, bo dobrego nigdy za wiele.