Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chris Potter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chris Potter. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 marca 2024

KAHIL EL' ZABAR'S ETHNIC HERITAGE ENSEMBLE - "OPEN ME, A HIGHER CONSCIOUSNESS OF SOUND AND SPIRIT" (Spiritmuse Records) "Wibracyjna esencja wszechświata"

 

   Kahil El' Zabar (Clifton Blackburn) nadchodził, nadchodził i wreszcie się zjawił. Całkiem niedawno wspominałem o zbliżającej się wielkimi krokami premierze jego płyty, czy raczej pełen entuzjazmu zapowiadałem to wydawnictwo, o jakże sugestywnym, a zarazem adekwatnym, tytule -  "Open Me, A Higher Consciousness Of Sound And Spirit". Dobrze wiecie, jak to zwykle bywa, kiedy na coś się czeka. Czas, który pozostał, w jakiś dziwny sposób zaczyna się wydłużać i rozciągać, jakby był zrobiony z gumy, szczególnie, kiedy myśli się o czymś intensywnie albo wciąż do tego powraca, w kolejnych nawet pozornie bezwiednych przypomnieniach. Czas to również jeden z głównych tematów ostatniego wydawnictwa naszego dzisiejszego głównego bohatera. Jego nieubłagany upływ, sposoby odmierzania, interpretowania osobliwego przebiegu, mieszające się ze sobą trzy kierunki - przeszłość, teraźniejszość, oraz to, co dopiero nadejdzie. Jakby kolejnym wymownymi odsłonami najnowszego, dodajmy, bardzo udanego albumu, Kahil El' Zabar chciał nam przypomnieć, że to właśnie czas wyznacza nam horyzont naszego bycia tu oto.



Kahil El' Zabar to artysta wielu rozmaitych talentów. Przede wszystkim uznany i ceniony perkusista, ponoć całkiem niezły malarz, wyrafinowany kucharz, o czym mogli przekonać się nieliczni, którzy dostąpili zaszczytu skosztowania jego wykwintnych potraw, a także krawiec czy projektant. Kiedy przed laty spędzał czas u boku Niny Simone, przy okazji szył dla niej ubrania, w których legendarna wokalistka chętnie się pokazywała (jego spodnie kosztowały pięćdziesiąt dolarów za sztukę). Nie wiem, czy były to również suknie ślubne, chociażby takie, które można było podziwiać i kupić w sklepie prowadzonym przez jego matkę. Ojciec policjant oraz wuj El' Zabara grali na perkusji, nie dziwi więc fakt, że młody Kahil również poszedł w ich ślady, kontynuując naukę gry w Lake Forest College, gdzie pilnie słuchał wykładów z filozofii i muzyki. Później był półroczny staż w Ghanie, odkrywanie egzotycznej kultury, nowych podziałów rytmicznych, własnej tożsamości. 

"Chicago było wtedy (lata sześćdziesiąte) jedną wielką "wioską muzyczną" - wspominał nasz dzisiejszy bohater w jednym z wywiadów. Funkcjonując w obrębie kilku dzielnic, Kahil El' Zabar mijał na chodniku przyszłych wirtuozów trąbki, saksofonu czy fortepianu. Lista osób, z którymi współpracował jest imponująca - wspominana wcześniej Nina Simone, Cannonball Adderly, Paul Simon, Pharoah Sanders, Stevie Wonder, Archie Sheep, David Murray, Don Cherry, z którym połączyła go mocna więź przyjaźni, itd. W tym personalnym kontekście chyba łatwiej wymienić artystów, z którymi do tej pory jeszcze nie zdołał wystąpić na jednej scenie lub znaleźć się pod dachem studia podczas kolejnych sesji nagraniowych.

Swój obecny zespół Ethnic Heritage Ensemble założył w 1974 roku, mamy więc przy okazji okrągły jubileusz, czego potwierdzeniem jest najnowsze wydawnictwo oraz trasa koncertowa. Rok później w 1975, Kahil El' Zabar został prezesem AACM. Powołana do życia w 1965 roku organizacja miała wspierać afroamerykańskich twórców muzyki improwizowanej oraz eksperymentalnej. Celem nadrzędnym, jak zwykle w takich przypadkach, i w tamtym burzliwym okresie, była wolność do samostanowienia czy rozwoju, również ta ekonomiczna. Studia nagraniowe, rozgłośnie radiowe, krytyka prasowa, wszystkie te media były opanowane przez białych, którzy niechętnie odnosili się do tego typu twórczości. Ruch ten świetnie wpisał się w ówczesny niespokojny klimat społeczno-polityczny (zabójstwo Roberta Kennedy'ego i Martina Luthera Kinga). Pierwszym prezesem AACM był Muhal Richard Abrams, a początkowa składka dla członków wynosiła symbolicznego dolara. W ten sposób inwestowano w przyszłość młodych talentów, szkolono menadżerów, producentów, budowano studia nagraniowe, oraz szkoły, gdzie na specjalnych kursach uczono podstaw kompozycji i techniki. Raczej nie używano wtedy słowa "jazz", na określenie poczynań afroamerykańskich artystów, znacznie częściej mówiło się o "Wielkiej Czarnej Muzyce". Pierwszym opublikowanym nagraniem artysty wywodzącego się z kręgu AACM był album "Sounds" - sekstetu Roscoe Mitchella, który to skład jakiś czas później przeobraził się w Art Ensemble Of Chicago.



"Gatunek - powiada Kahil El' Zabar - to specyficzne postrzeganie tego, co staje się normą w danym stylu muzycznym, a przecież są jednostki, które wykraczają poza styl, żeby skierować komunikację do źródeł ducha". Trudno, szczególnie po przesłuchaniu wczoraj wydanego albumu, nie odnieść wrażenia, że amerykański artysta w tym cytacie wspomina również o sobie. Płyta "Open Me, A Higher Conscoiuness Of Sound And Spirit" to przede wszystkim niezwykła wyprawa przez czas, różne jego odnogi przeplatające się ze sobą we wzajemnym uścisku, ale także transgatunkowa opowieść dotycząca tradycji oraz historii jazzu i muzyki afroamerykańskiej. Któż obecnie mógłby to zrobić lepiej, jak nie doświadczony i niepokorny muzyk, który od samego początku swojej artystycznej drogi poruszał się własnymi ścieżkami. Warto w tym miejscu wspomnieć, że od kilku lat u jego boku wytrwale kroczą Corey Wilkes (trąbka), i Alex Harding (saksofon), a na potrzeby tej sesji w studiu pojawili się James Sanders oraz Ishmael Ali, grający na instrumentach skrzypcowych.

"Nie ma gatunku - podkreśla w kolejnym wywiadzie Kahil El' Zabar - są tylko emocje, myśli i wpływ dźwięku na naszą psychikę, na naszego ducha oraz siły życiowe". Ciężko nie zgodzić się z tym zdaniem, słuchając kolejnych udanych odsłon najnowszego wydawnictwa. Wspólnym mianownikiem wszystkich tych dwunastu kompozycji jest rytmika, mniej  lub bardziej nietypowe podziały, wyrażone za pomocą całego bardzo bogatego świata perkusjonaliów (dzwonki, grzechotki, kalimba, talerze, ale również głos), w których gąszczu El' Zabar bardzo sprawnie się porusza. O część duchową - "spiritual jazz" - tego albumu zatroszczyły się pozostałe instrumenty - saksofony, trąbki, róg, skrzypce, wiolonczela, altówka, których barwne dialogi oraz subtelne opowieści pozostają w odbiorcy na dłużej. Urzeka swoboda gry poszczególnych artystów, to empatyczne czucie partnera w kolejnej sugestywnie rozwijanej opowieści.



Album "Open Me, A Higher Consciounsness Of Sound And Spirit" udanie rozpoczyna kompozycja "All Blues", autorstwa Milesa Davisa, pochodząca z klasycznego dzieła legendarnego trębacza "Kind Of Blue", zagrana zgodnie z tytułem nieco wolniej, sprytnie wyłapująca i akcentujące wszystkie te bluesowe drobiny, przynosząca wraz z sobą także nieobecny w oryginale etniczny wymiar, i funkcjonująca w ulubionym trybie amerykańskiego artysty "RHK" - "Rytmika, harmonia, kontrapunkt". Nie tylko przy okazji tej odsłony mogą przypomnieć się wczesne filmy Jima Jarmuscha. Najbardziej energetyczny, tuż obok "Kari", wydaje się być hard-bopowy "Passion Danse", którego twórcą był Mccoy Tyner. Wspaniały, rozkosznie funkujący "Compered To What" pochodzi z twórczości Eugene'a McDanielsa.

 Wiele z tych kompozycji możemy całkiem nieźle kojarzyć, oczywiście w odmienionych  wersjach - z wcześniejszych płyt El' Zabara. I tak, "Hang Tuff" pochodzi z albumu o tym samym tytule, opublikowanym w 1991 roku. Poruszający, intymny i wspaniały "Can You Find A Place" po raz pierwszy pojawił się na płycie "Black Is Back" (2014), utwór "Ornette" znajdziemy na albumie Ritual Trio - "Renaissance Of The Resistance" (1991), a "Great Black Music" dopełnił listę wydawnictwa "Follow The Sun" (2013).Jak wyraźnie widać, najnowsze dzieło załogi dowodzonej przez admirała Kahila El' Zabara, to również okazja do tego, żeby sięgnąć do poprzednich płyt tego wciąż słabo znanego w naszym kraju artysty. 

"Im jestem starszy, tym bardziej muszę stać się studentem" - podkreśla amerykański perkusista. W kolejnych fragmentach płyty "Open Me, ..." Kahil El' Zabar nie ogranicza się tylko do grania na instrumentach perkusyjnych, równie chętnie zabiera głos - śpiewa, mruczy, powtarza poszczególne frazy, wzdycha lub pojękuje, wchodząc przy okazji w interakcje z pozostałymi instrumentami. Największym atutem tego wydawnictwa jest jednak zwyczajna i od razu wyczuwalna radość wynikająca ze wspólnego grania, coraz rzadziej obecnie spotykana. Na koniec raz jeszcze oddam głos głównemu bohaterowi dzisiejszego wpisu - "Muzyka to wibracyjna esencja wszechświata". A album "Open Me, A Higher Consciusness Of Sound And Spirit" jest doskonałym tego potwierdzeniem.

(nota 8.5/10)

  


Dziś odwracamy tradycyjną kolejność oraz proporcję dodatków, na początek muzyka improwizowana lub z pogranicza jazzu i alternatywy. Przed Wami bardzo urokliwa, wyjątkowo subtelna, oraz jedna z moich ulubionych kompozycji ostatnich dni. Grupa Caoilfhionn Rose, i fragment albumu "Constellation", który ukaże się 24 maja nakładem oficyny Gondwana Records.



Ali Jackson - perkusja, Omer Avital - bas, Aaron Goldberg - fortepian, czyli formacja Yes! Trio i fragment z płyty "Spring Spring" wydanej pod koniec lutego.

 


Przeniesiemy się na Wyspy Brytyjskie, kompozycja z płyty saksofonisty Jon Loyd Quartet - "Earth Song".



Oren Ambarchi/Johan Berthling/Andrea Werliin - fragment albumu "Ghosted II", który ukaże się 26 kwietnia nakładem oficyny Drag City.



Artystka z Brooklynu Amirtha Kidambi, prężnie rozwijająca się skandynawska oficyna We Jazz, oraz kompozycja z płyty "New Monuments", która ukaże się 15 marca.



Ponoć składy nie grają, ale taki... musi zagrać. Chris Potter (saksofon), Brad Mehldau (fortepian), John Patitucci (bas) i Brain Blade (perkusja). Kompozycja pochodzi z płyty "Eagles Point", która ukazała się wczoraj. 



Pod nazwą Astrel K ukrywa się Rhys Edwards, który wczoraj opublikował album zatytułowany "The Foreign Department", gdzie znalazłem taki wyborny fragment!



Przeniesiemy się do Manchesteru, w ubiegłym tygodniu ukazał się album grupy TSSFU zatytułowany "Me, Jed And Andy". Wybrałem dla Was takie oto moje ulubione cudeńko.



Zespół prosto z Sydney, czyli Royel Otis, i ulubiony fragment z płyty wydanej na początku lutego zatytułowanej "Pratts And Pain".



Na koniec zajrzymy do słonecznej Kalifornii, jednak nie na korty Indian Wells, tylko na wydaną wczoraj debiutancką płytę grupy Torrey - "Torrey", na której znalazłem dla siebie taki oto fragment.



 

sobota, 24 lipca 2021

SLOWLY ROLLING CAMERA - "WHERE THE STREETS LEAD" (Edition Records) "W oku walijskiej kamery"

 

      I jak tu rozpocząć przerwę wakacyjną, również taką, która wiąże się z odpoczynkiem od przesłuchiwania nowych wydawnictw płytowych, kiedy w samym środku sezonu ogórkowego co chwila ukazują się znakomite albumy. Szefowie większych wytwórni zwykle czekają z opublikowaniem ciekawych premier do początku września lub środka jesieni. Letni czas oraz mniejsza ilość intrygujących płyt mogą tym samym wykorzystać dyrektorzy małych oficyn. Skoro na rynku niewiele się dzieje, a przede wszystkim nie ma tłoku, ich propozycje można łatwiej dostrzec. Kto wie, czy właśnie nie z tego założenia wyszedł Dave Stapleton - szef wytwórni Edition Records - który na 23 lipca zaplanował premierę najnowszego i znakomitego, co za moment postaram się Wam przybliżyć, krążka Slowly Rolling Camera - "Where The Streets Lead".

 Dave Stapleton nie jest tylko założycielem Edition Records, ale także jest członkiem Slowly Rolling Camera, którą to grupę powołał do życia w 2013 roku. Miał wtedy u swojego boku Devi Robertsa, zajmującego się produkcją i warstwą elektroniczną, Elliota Bennetta, grającego na perkusji oraz Dionne Bennett, odpowiedzialną za wokalizy i warstwę tekstową. W tym składzie nagrali dwa pierwsze albumy, udany debiut, który ujrzał światło dzienne w 2014 roku, i "All Things" (2016). Stapleton i Bennett znali się jeszcze z czasów studenckich, kończyli Royal Welsh College Of Music & Drama. Stapleton próbował wtedy swoich sił w solowych produkcjach, dał się poznać chociażby w duetach fortepianowych z Matthew Bournem, czy grając na organach kościelnych, których brzmienie ozdobiło wydawnictwo "The Conway Suite" (2005). W trakcie studiów - klasa fortepianu, przyszły klawiszowiec Slowly Rolling Camera, był uczniem słynnego Keitha Tippetta. W latach 2004 - 2010 wyrażał się artystycznie grając głównie ze swoim kwintetem. W 2008 roku wraz z przyjacielem Jasperem Hoiby (basista i kompozytor), postanowili założyć wytwórnię płytową, która ostatecznie przyjęła nazwę Edition Records. Początkowo, jak to często w takich przypadkach bywa, miały ukazywać się tam płyty właścicieli oficyny oraz wąskiej grupki ich najbliższych znajomych. Z czasem mały niezależny label zaczął systematycznie poszerzać swoją ofertę katalogową, skupiając się na związkach muzyki improwizowanej z muzyka klasyczną, rockiem, popem, soulem itd. Dave Stapleton pełni w wytwórni Edition Records bardzo ważną role. Odpowiedzialny jest nie tylko za marketingowy aspekt prowadzonej przez siebie firmy, zajmuje się również stroną wizualną wydawnictw - projektuje charakterystyczne okładki płyt. Funkcjonuje również jako opiekun artystyczny i doradca muzyków czy grup, z którymi podpisał kontrakt. To także dzięki jego pracy i zaangażowaniu nie tak dawno mogliśmy cieszyć się znakomitym, recenzowanym na łamach tego bloga, albumem Snowpoet - "Wait For Me". 

Poniżej jedna z moich najpiękniejszych kompozycji tego roku, którą oczywiście znajdziecie na płycie "Where The Streets Lead", pod numerem szóstym.



"Zespół Slowly Rolling Camera powstał jako projet łączący progresywne jazzowe bity z filmową wrażliwością" - tyle Dave Stapleton. Ukłonem w stronę nieco szerszej publiczności miała być obecność na pokładzie walijskiej brygantyny wokalistki Dionne Bennett, która opuściła szeregi grupy po nagraniu dwóch pierwszych płyt. Przy okazji tych wydawnictw recenzenci dostrzegli podobieństwo kompozycji muzyków z Cardiff do twórczości The Cinematic Orchestra. Ten trop niejako nasuwał się sam, bowiem podczas prac nad kolejnymi płytami podstawowy trzon Slowly Rolling Camera - czyli trio Stapleton/Roberts/Bennett - poszerzało się o dodatkowych muzyków, chociażby o basistę Aidana Thorne'a i gitarzystę Stuarta McCalluma, znanych ze składu The Cinematic Orchestra. 

Przy okazji najnowszego wydawnictwa "Where The Streets Lead" do współpracy po raz kolejny zaproszono Stuarta McCalluma, który wiele nagrań wypełnił soczystymi solówkami, saksofonistę Marka Lockhearta, bez którego udziału po prostu nie byłoby tej płyty w tym kształcie (swobodne improwizacje, ozdobniki), trębacza Verneri Pohjola, basistę i współzałożyciele wytwórni Edition Records - Jaspera Hoiby oraz największą gwiazdę w tym zestawieniu, saksofonistę Chrisa Pottera. Tony jego instrumentu wypełniły wspaniały "The Afternoon Of Human Life", wprowadzając tam swobodę, energię, żywioł, i przenosząc tę kompozycję w zupełnie inny wymiar. Chris Potter dobrze odnajduje się we wszelkiej maści transgresywnych formach. Pamiętamy, przynajmniej niektórzy z nas, zderzenie tradycji z nowoczesnością, czyli jego barwne dialogi z Kenny Wheelerem na świetnej płycie "What Now?".  
W notkach prasowych muzycy Slowly Rolling Camera określają swoje poczynania jako swobodną fuzję jazzu, trip-hopu, soulu i muzyki filmowej. Krążek "Where The Streets Lead" elementów trip-hopu czy soulu raczej nie zawiera. Zastąpiły je art-rockowe, czy prog-rockowe faktury, wyczarowane także palcami gitarzysty Stuarta McCalluma, który nawiązując dialog z Chrisem Potterem, nadał utworowi "The Afternoon Of Human Life" dodatkowych barw. W tytułowym "Where The Streets Lead" prosty motyw instrumentów klawiszowych stanowi punkt wyjścia do namalowania dźwiękowego krajobrazu, a poszczególni muzycy robią to z takim wdziękiem, i z taką łatwością, jakby od pięćdziesięciu lat niczego innego nie robili. Paletę wykreowanych barw wzbogacił dodatkowo oktet smyczkowy oraz kolejny podpis wspomnianego już powyżej gitarzysty, którego gra tym razem skojarzyła mi się z wczesnymi dokonaniami Stevena Wilsona (w innych fragmentach porusza się sprawnie po rejonach zarezerwowanych niegdyś dla Pata Metheny). I tak już będzie do końca tego jakże udanego albumu. Jazz, rock, art-rock, elementy muzyki filmowej, przeplatają się tu i przenikają w bardzo wyrafinowany sposób. Wszystko zdaje się być starannie przemyślane i dokładnie zaplanowane. Dwukrotna nominacja do nagrody Fundacji Paula Hamlyna dla kompozytorów, do czegoś zobowiązuje. 
Swoboda w tworzeniu dźwiękowych przestrzeni na krążku "Where The Streets Lead" zachwyca w takim samym stopniu, jak poszczególne tematy, czy panowanie nad każdym tonem i dbałość o najmniejsze szczegóły. Dave Stapleton mając w pamięci dawną współpracę z Dionne Bennett, i tym razem postarał się o wypełnienie warstwy wokalnej oraz drobny ukłon w stronę szerszej publiczności. W utworze "Illuminate" gościnnie zaśpiewał Sachal Vasandami. Jego ciepła barwa głosu znalazła doskonałe otoczenie pośród starannie rozpisanych nostalgicznych tonów. 
Duża klasa!!!

(nota 8.5/10)
 




A na deser oczywiście kolejna pełna uroku kompozycja z płyty "Where The Streets Lead" - Slowly Rolling Camera. Saksofon - Chris Potter, gitara - Stuart McCallum.



W kąciku improwizowanym dziś zabrzmią tony z płyty "Where The Streets Lead" - Slowly Rolling Camera, bo dobrego nigdy za wiele.