Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Weather Station. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Weather Station. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 czerwca 2025

TRA PHAIDIN - "AN 424 (EXPANDED)" (Hivemind Records) "Podróże małe i duże"

 

    Świat przyrody, rozległe pejzaże - mówiąc krótko piękno krajobrazu - od zawsze inspirowało wszelkiej maści artystów. Jakiś czas temu przedstawiłem na łamach bloga znakomitą płytę Williama Doyle'a - "Your Wilderness Revisited", który pozostawał pod wrażeniem urokliwych fragmentów przedmieść. Sufjan Stevens rozpoczął muzyczną przygodę od mocnego postanowienia, żeby na swoich płytach oddać specyfikę kolejnych stanów USA. Jak czas pokazał, skończyło się głównie na szumnych  zapowiedziach i ambitnych planach. Nasi dzisiejsi główni bohaterowi - członkowie kolektywu TRA PHAIDIN - pozostają pod wrażeniem malowniczej trasy autobusowej linii numer 424 (stąd taka, a nie inna okładka tego albumu). W kolejnych odsłonach płyty zatytułowanej "An 424", przy pomocy sporej ilości instrumentów, postarali się odmalować kluczowe, ich zdaniem, fragmenty trasy wiodącej z irlandzkiego miasta Galway do Cois Farraige. Pierwszy żółto-niebieski autobus spółki Bus Eireani odchodzi o godzinie 6 rano, ostatni kurs rozpoczyna się o 23.30. Proszę wsiadać, drzwi zamykać!





Po drodze miniemy sporo atrakcyjnych miejsc - niebezpieczne i zapierające dech w piersiach klify, torfowiska, przejedziemy w pobliżu jeziora Eagle. Będziemy mogli podziwiać wzgórze Mordain i wzniesienia Maamturk. Przemkniemy przez nieskalane wpływem cywilizacji wiejskie tereny i część Parku Narodowego Connemara. Z Connemary do Galaway jest mniej więcej 62 km, czyli godzinę i kwadrans wycieczki autobusem, za cenę ok. 30 funtów. Oczywiście możemy pojechać znacznie dalej. Wspominam o tej pierwszej miejscowości również z tego powodu, gdyż to właśnie tam zawiązał się dziewięcioosobowy skład kolektywu Tra Phaidin. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że reprezentują oni nadmorski region zachodniej Irlandii, gdzie "gaeilge" wciąż pozostaje podstawowym językiem. Stąd takie, a nie inne teksty poszczególnych kompozycji, zaśpiewane w tym egzotycznym regionalizmie. Przekładając to na polskie warunki, to trochę tak, jakbyśmy słuchali piosenek w gwarze kaszubskiej.

Członkowie TRA PHAIDIN używają na co dzień tradycyjnego języka "Gaelic", również w trakcie bardzo nielicznie udzielanych wywiadów. Udało mi się rozszyfrować nazwę zespołu, co nie było takie proste. "TRA PHAIDIN" - to przede wszystkim tytuł irlandzkiej piosenki ludowej wykonywanej w tradycyjnym języku gaelic. "Tra" oznacza plażę lub brzeg, zaś "Phaidin" to forma imienia Patryk.

Kolejną inspiracją do powstania płyty "AN 424" była pionierska praca psychogeograficzna artysty oraz kartografa - Tima Robinsona, który upodobał sobie piesze wycieczki nad brzegami Connemary. Przy okazji skrupulatnie tworzył szczegółowe zapiski dotyczące tej podróży. "Psychogeografia bada wpływ geografii krajobrazu konkretnego obszaru na psychologię". W tym kontekście nie dziwią szczególnie takie słowa członków grupy: "Mając na uwadze krajobraz, podróż autobusem stanowi formę wspaniałej medytacji nad różnymi tematami, które przynosi życie".




Album "AN 424" otwiera świetny "Cain Chairr", który dobrze wprowadza w stylistykę tego wydawnictwa. Jego pełne rozwinięcie znajdziemy na końcu albumu, w odsłonie "Can Chairr Athrach". Mamy tutaj krautrockowy napędzający całość rytm, poddają się mu gitary i sekcja rytmiczna, do tego dochodzą wymowne akcenty instrumentów dętych, oraz polifoniczne wokalizy, które odrobinę przypomniały mi dialogi formacji Novi Singers. Wszystkie wymienione powyżej elementy to stałe punkty programu tej płyty. Dochodzą do tego fragmenty swobodnej improwizacji, gdzie saksofon, trąbka, harfa, klarnet, flet i skrzypce, znajdują dla siebie nieco więcej swobody.

Od samego początku czuć, że znajdujemy się w ruchu - bycie w drodze - przemieszczamy się szybciej lub nieco wolniej, znajdując na trasie podróży momenty postoju, wyciszenia. Symbolizują je krótkie utwory, zawierające część nagrań terenowych lub kolaży dźwiękowych.

Barwny krajobraz przesuwa się za oknem w rytm, w którym pojawiają się i wybrzmiewają kolejne kompozycje, gdzie folkowa irlandzka tradycja zgrabnie łączy się z nowoczesnością. Jeden z nielicznych krytyków, który zdołał dotrzeć do tego albumu, określił jego zawartość jako: "Dopieszczony/wygładzony chaos". Całkiem możliwe, że tych momentów zagęszczenia narracji mogłoby być nieco więcej - ale to tylko moje prywatne odczucia.

Trzeba również wspomnieć, że to kolejna próba prezentacji tej płyty. Album "AN 424" ukazał się już jakiś czas temu. Jakoś nie miał szczęścia do recenzji czy odbiorców. Ponad pół roku czekał na prezentację w serwisie Spotify. Pod koniec maja 2025 roku ukazała się wersja winylowa, przy okazji rozszerzona o trzy dodatkowe utwory, w stosunku do pierwotnego wydania, którą można znaleźć także na stronie Bandcamp. I to właśnie do tego wydawnictwa warto dotrzeć.

Przyznam, że wysłuchałem tego udanego materiału z dużą przyjemnością. Od pierwszych taktów, aż po ostatnie gasnące akcenty, czuć tutaj radość i swobodę wynikającą ze wspólnego grania. Podróż autobusem po zachodnim wybrzeżu Irlandii stanowi także transgatunkową wycieczkę. Egzotyczne brzemienia języka - w tekstach mamy zabawy słowem, żarty, surrealistyczne skojarzenia - dodaje tylko specyficznego kolorytu tej oryginalnej propozycji.

(nota 7.5-8/10)

 



Pozostaniemy na irlandzkiej ziemi, skąd pochodzi Glen Hansard, który znów na swojej drodze spotkał Marketę Inglovą. 11 lipca ukaże się nowe wydawnictwo zatytułowane The Swell Season - "Forward". Oto singiel promujący ten album.




Szybka podróż do Oslo przyniesie spotkanie z grupą, która przyjęła niezbyt wyszukaną nazwę IV. Oto ich najnowszy singiel.




Grupa THE WANT pochodzi z Nowego Yorku, w dniu wczorajszym ukazała się ich nowa płyta zatytułowana "Bastard". Oto jedno z wyróżniających się nagrań.




Portland w stanie Oregon, dwie panie w towarzystwie trzech panów tworzą formację DUSTBUNNY. Przed tygodniem ukazał się ich singiel zatytułowany "Sheltering".




Po ulicach miasta Toronto porusza się kolejnym artysta - Ryan Wayne, który niedawno opublikował album zatytułowany "Functioning Dysfunctionals".




Brooklyn jest siedzibą mało znanej formacji SEX WEEK, która 1 sierpnia może zmienić nieco ten stan rzeczy, bowiem tego dnia ukaże się epka "Upper Mezzanine".




SUDDEN VOICES to znany czytelnikom bloga kolektyw z Londynu, dowodzony przez Bena Morrisa, który w w kompozycjach łączy krautrockowe podejście z elementami spacejazzu. Ich najnowszy album - "Scruples" - ukaże się 18 lipca.




Powracam do albumu "Anthems...". Kolejna propozycja to pełen uroku typowego dla grupy The Weather Station cover utworu Broken Social Scene.




MISS TYGODNIA - Nie ukrywam, że lubię formację OTHER LIVES, pochodzącą ze miasta Stillwater (Oklahoma). Dlatego poczekam cierpliwie do 10 października, kiedy to ukaże się nowy album zatytułowany "Volume V'. Oto jeszcze ciepły singiel z tego wydawnictwa.




KĄCIK IMPROWIZOWANY - a w nim wyborny fragment pochodzący z wydanej wczoraj płyty ulubionej harfistki (recenzowałem niegdyś jej wcześniejszą propozycję) - Brandee Younger - "Gadabout Season".





sobota, 22 stycznia 2022

NIGHT CRICKETS - "A FREE SOCIETY" (Omnivore Recordings) "Muzyka łączy pokolenia"

 

    Zaryzykuję stwierdzenie, że pewnie każdy z nas słyszał kiedyś "Cykady na Cykladach" - przywołując przy okazji fragment klasycznego rockowego przeboju. Ciekaw jestem, ilu z Was potrafi w miarę trafnie rozróżnić dźwięki, które wydają świerszcze nocą, od tych, które rozbrzmiewają wokół nich w jasny słoneczny dzien. Jak wieść gminna niesie, pewien znany reżyser bez większego trudu dokonuje takiego rozróżnienia. To David Lynch kilkanaście lat temu poprosił swojego dźwiękowca Johna Neffa, żeby dostarczył mu nagrania terenowe dźwięków świerszczy, które autor "Miasteczka Twin Peaks" zamierzał wykorzystać w filmie "Mullholand Drive". Kiedy John Neff wreszcie odtworzył wymagającemu reżyserowi zdobyte w pocie czoła nagrania, ten wysłuchał ich z uwagą i w skupieniu, po czym oświadczył: "Nie! Nie! Nie! To są świerszcze za dnia, John! Chcę świerszcze nocne!". Jakiś czas temu John Neff podzielił się ową anegdotą z Davidem Haskinsem (niegdyś członek grupy Bauhaus), a ta przypadła do gustu temu ostatniemu na tyle, że postanowił użyć zwrotu "Nocne świerszcze" jako nazwy niedawno powołanego do życia zespołu. Resztę składu Night Crickets uzupełnili multiinstrumentalista Darwin Meiners oraz perkusista Victor DeLorenzo.

Darwin Meiners od dobrych kilku lat współpracuje z legendarnym, tu i ówdzie, basistą zespołu Bauhaus - Davidem Johnem Haskinsem. Współautor przeboju "She's In Parties" pomagał młodszemu o dwa pokolenia muzykowi, pochodzącemu ze słonecznego San Francisco, kiedy ten rejestrował, nie dźwięki świerszczy, tylko piosenki na swój debiutancki krążek "Starfishing" (2012). Zagrał tam na basie i organach, a przy okazji także zaśpiewał. Dawny członek  formacji Bauhaus, a później Love And Rockets (rocznik '57), w ostatnich latach nie próżnował. Przyznam szczerze, że nie śledziłem specjalnie rozwoju jego kariery, a tym bardziej najnowszych dokonań. Jakby nie patrzeć, zebrało się tego trochę, gdyż David J. jest aktywnym twórcą - funkcjonował jak producent, muzyk sesyjny, autor kompozycji do sztuk teatralnych czy ścieżek dźwiękowych do filmów. To Darwin Meiners wyszedł z pomysłem, że stworzyć zespół. Drogą mailową zaprosił do składu perkusistę Victora DeLorenza (rocznik '54), którego poznał podczas prac na swoją epką "Souvenir". Victor DeLorenzo gra na perkusji od szesnastego roku życia. W 1980 roku wraz z basistą Brianem Ritchie stworzyli grupę Violent Femmes. DeLorenzo wyrażał się także jako aktor Teatru X. Za pomocą internetu panowie Meiners, Haskins, DeLorenzo zaczęli przesyłać sobie kolejne próbki nagrań. Można więc bez cienia przesady powiedzieć, że płyta Night Crickets - "A Free Society" powstała gdzieś na linii Los Angeles - Milwaukee - Londyn. Jej zawartość muzyczna to sugestywne połączenie alt-rockowej tradycji (szczególnie tej wywodzącej się z post-punka), z... otóż to, raczej nie z nowoczesnością, ale z tym, co wydarzyło się w muzyce w nieodległej przeszłości,.

Od pierwszych taktów tego wydawnictwa, czyli od "Black Leather On The Inside", który rozpoczynają pętle dźwięków, perkusjonalia oraz melorecytacja połączona ze śpiewem, możemy przypuszczać, a później tylko utwierdzić się w tym spostrzeżeniu, że cichym bohaterem tej płyty będzie perkusja. Zestaw bębnów obsługiwany przez 65-letniego Vicotra DeLorenzo zwykle znajduje się w centrum wydarzeń, i z pewnością nie ogranicza się tylko do miarowego odmierzania następujących po sobie taktów. Wokół gry perkusisty, jak i całej sekcji rytmicznej, znajdziemy sporo wolnej przestrzeni, podobnie jak w skromnych, ale udanych aranżacjach. A to, jak w "Sacred Monster", odezwą się organy, uzupełnione drobnymi akcentami klawesynu, to znów w "Candlestick Park" - nazwa nawiązuje do miejsca, gdzie w 1966 roku koncertowała grupa The Beatles - usłyszymy partię skrzypiec lub przy okazji "Amanda's Mantra" da o sobie znać solo saksofonu. Stylistycznie na krążku "A Free Society" mamy do czynienia ze zlepkiem różnych estetyk: psychodelia, rock, pop, krautrock. W odsłonie zatytułowanej "Little Did J" słychać echa fascynacji dokonaniami Talking Heads. Osadzony na krautrockowej glebie "Down Belew", brzmi jak zagubione demo Davida Bowie z okresu albumu "Outside". Po wysłuchaniu całości płyty "A Free Society" słuchacz może dojść do wniosku, że tych zwrotów stylistycznych jest momentami troszkę za dużo, a muzycy sami nie wiedzą, w jakim kierunku zmierzają oraz co pragną osiągnąć. Szczególnie, że po drodze do końca trzeba pokonać kilka drobnych mielizn. Jednak krótkie i zwarte formy większości utworów sprawiają, że czas spędzony w towarzystwie tego albumu mija zaskakująco szybko. Do plusów tego wydawnictwa można zaliczyć fakt, że tym razem obyło się bez ukłonów w stronę gotyckiego grania, co - spoglądając na skład grupy - nie było wcale takie oczywiste. Nurt gotycki, chyba jak żaden inny w ostatnich latach, wykopał sobie głęboki grób, z którego nie potrafi i zwyczajnie nie chce się wydostać.

(nota 7/10)

 


Allegra Krieger piosenką "Taking It In" zapowiada album "Precious Thing", który ukaże się 3 kwietnia.



Czasem tak się zdarza, że artyści po latach jeszcze raz nagrywają ten sam album. Tak było w przypadku Jany Horn, która po raz pierwszy płytę "Optymism" opublikowała własnym sumptem - co ciekawe na winylu - 18 września 2020 roku. Tym razem jej debiut wspiera mała wytwórnia No Quarter.



"Les Loups" to utwór francuskiego duetu Overland Inn, który zapowiada nadejście albumu "Proxima".



Na zakończenie dzisiejszego wpisu wybrzmią dwa utwory. Pierwszy z nich to zapis koncertu grupy The Weather Station, który odbył się w Toronto Danforth Music Hall.



W kąciku improwizowanym znakomity fragment albumu "Invite Your Eye" - Illhana Ersahina/Dave'a Harringtona/ Kenny Wollesena, który ukaże się 4 marca. Czekam z niecierpliwością.







 

sobota, 1 stycznia 2022

"Wait For Me"... czyli... "Reasumpcja głosowania" - albo podsumowanie płytowe 2021 roku

 

     "Niczego w tym świecie nie wie się na pewno, ale wie się, że o wszystkim, o czym się wie, wiedzieć można zgoła w odmienny sposób - a każda wiedza jest tyle samo warta, co inna, nie lepsza ani nie gorsza, a już z pewnością nie mniej od innych tymczasowa i ulotna" - Zygmunt Bauman - "Ponowoczesność jak źródło cierpień".

  Rozpocząłem dzisiejsze podsumowanie płytowe 2021 roku od cytatu, który można odnaleźć, w zakazanej, w pewnych kręgach, księdze Zygmunta Baumana nie dlatego, że pobrzmiewa w nim radosna pochwała wszelkiego relatywizmu, ale z tego prostego powodu, że dostrzegam w tych zgrabnych frazach metaforę czasu, w którym przyszło nam żyć. Jakoś nigdy specjalnie nie wierzyłem, i uwierzyć nie chcę albo nie potrafię, w jednomyślność krytyków czy recenzentów, którzy zupełnie niezależnie od siebie - o tę właśnie niezależność gra się toczy - ustalają, bez polemiki i dyskusji, niekiedy podobne do siebie listy najlepszych płyt minionego roku. Żeby takie listy miały sens, trzeba by owych recenzentów całkowicie od siebie odizolować (komora deprywacyjna), na czas krótszy lub dłuższy, a potem cierpliwie poczekać, aż wyplują z siebie szczere werdykty i rzetelne opinie. W tym kontekście równie ważne - jak postulowana wyżej izolacja - wydają się być kryteria wyboru i oceny, a więc zasady według których ustalone zostały poszczególne zestawienia. "Pluralizm to istnienie wielu układów odniesienia, z których każdy ma swój własny schemat rozumienia oraz kryteria racjonalności". 

 Dla mnie - przeciętnego słuchacza - jednym z najważniejszych punktów na złożonej mapie wartościowania dzieła muzycznego, jest ilość odtworzeń; liczba, zazwyczaj co najmniej trzycyfrowa, wyrażająca częstotliwość moich powrotów do płyty, epki, singla, itd. Ta liczba zawiera w sobie także oznaczenie pewnego potencjału, który przy okazji najlepszych wydawnictw, w pierwszych chwilach, ale również długo potem, zdaje się być niewyczerpywalny. Na szczęście, i wbrew co niektórym, próbującym zagłuszać swoje rozmaite kompleksy i realizować dyktatorskie zapędy, nie żyjemy w sowieckim kołchozie - gdzie wszyscy mają odczuwać tak samo i myśleć w podobny sposób, jeśli już taki stan pogłębionej refleksji w ogóle się przytrafi. Uważam, że właśnie w tym można wyrazić siłę tego typu stron czy blogów - stanowią one pożywkę dla wszystkich tych, którzy noszą w sobie jakiś niepokój oraz ciągły głód, i nieustannie poszukują nowych bodźców, innych  treści, niż te powszechnie obowiązujące w popularnych serwisach. Według obiegowej opinii "DOBRA MUZYKA" obroni się sama - choć nie zawsze uda się jej wypłynąć na szerokie wody powszechnej akceptacji i zrozumienia - gdyż, jak pisał przed laty Jean Baudrillard: "Nie ma przedmiotu uprzywilejowanego. Dzieło sztuki tworzy własną przestrzeń". Tym między innymi różnią się wszelkie artystyczne dokonania od zwykłego kiczu, który często potrafi przystroić się w barwne piórka, -  że ten drugi rzadko kiedy tworzy oryginalną przestrzeń, w swoim karykaturalnym naśladownictwie zawsze żywi się cytatem, kalką czy powtórzeniem. Zdaje się, że to Roland Barthes w "Le Plassir Du Texte" ("Przyjemność tekstu") napisał o: "Bękarciej formie kultury masowej, jako zdegradowanym powtórzeniu".



 Przede wszystkim pragnę wyróżnić płytę "WAIT FOR ME", grupy Snowpoet, do której wielokrotnie wracałem lub z którą bardzo długo nie potrafiłem się rozstać. Autorka tekstów, współtwórca wszystkich kompozycji, wokalistka roku według JAZZ FM (2016) - Lauren Kinsella starała się pokazać ludzki głos - a tym samym rozmaite funkcje języka - na wszelkie możliwe sposoby. W subtelnych przejściach od śpiewu do mowy, przez radosne i kojarzone z okresem dzieciństwa zabawy słowem oraz swobodną improwizację, wraz z Chrisem Hysonem (instrumenty klawiszowe, produkcja), poruszali się po obrzeżach gatunków - indie-folk, pop, jazz, awangarda - nie zapominając o tym, że to, co porusza i zostaje w pamięci słuchacza na długie tygodnie, a nawet lata, to także piękne i wyrafinowane linie melodyczne. "Eksperymentujemy z kolorem, fakturą, formą, narracją i sposobem połączenia wszystkich tych elementów w kompozycji" - oświadczył Chris Hyson. Album "Wait For Me" ukazał się nakładem oficyny Edition Records, i nie jest to jedyna płyta pochodząca z tej zacnej wytwórni, którą chciałbym dziś zaprezentować.



Slowly Rolling Camera - "Where The Street Lead" - czyli grupa dowodzona przez szefa wytwórni Edition Records - Dave'a Stapletona. Przy wydatnym wsparciu gości zaproszonych na sesje nagraniowe - Stuarta McCalluma (gitara), Marka Lockhearta (saksofon), Chrisa Pottera (saksofon) oraz oktetu smyczkowego - stworzyli kilka niezapomnianych i wspaniałych kompozycji, które swobodnie flirtują z takimi gatunkami jak: jazz, rock, fussion, muzyka filmowa. W tym wydaniu to piorunująca mieszanka. Na płycie "Where The Street Lead" znajduje się również pieśń "Illuminate", którą w 2021 roku słuchałem zdecydowanie najczęściej. Wykonanie warstwy wokalnej powierzono Sachalowi Vasandani, który, sami to przyznacie, wspaniale odnalazł się pośród tych delikatnych i nostalgicznych dźwięków. Przy tej okazji, aż zamarzyła mi się cała płyta Slowly Rolling Orchestra, poprzetykana warstwami wokalnymi Sachala Vasandani. Ten ostatni, również w wytwórni Edition Records, wydał w tym roku płytę z pianistą Romain Collinem zatytułowaną "Midnight Shelter".



O albumie "Promises" Pharoah Sandersa, Floating Points i London Symphony Orchestra napisano niemal wszystko, więc nie będę się powtarzał. Przy tej okazji warto również sięgnąć do nieco starszych wydawnictw - chociażby tych pochodzących z lat sześćdziesiątych: "Pharoah", "Tauhid", "Karma", "Jewel Of Thought" - mistrza saksofonu, który 13 października skończył 81 lat. Takim mistrzem nie jest z pewnością jeszcze Thomas de Pourquery, ale jego płyty "Back To The Moon", nagranej ze swoim kwintetem Supersonic, słucha się z ogromną przyjemnością. W kolejnych jej odsłonach urzeka swobodne połączenie wątków pochodzących ze świata muzyki improwizowanej z elementami orkiestrowego popu.




Mnóstwo świeżego powietrza oraz głębokiej muzycznej przestrzeni znalazłem w kompozycjach londyńskiej grupy Muck Spreader zawartych na płycie "Abysmal". Sporo w tym graniu swobodnych improwizacji instrumentów dętych, a także soczystych dialogów. Ta muzyka za każdym razem i w kolejnych odsłonach zdaje się szukać adekwatnej dla siebie formuły. Wokalista grupy - Luke Brennan, oraz jego wesoła załoga znaleźli dla siebie sporą niszę, usytuowaną gdzieś pomiędzy dokonaniami TaxiWars, a tonami, które można kojarzyć z albumami nieodżałowanej grupy Morphine.




Kiedy tak spoglądam na to pobieżne i skrócone zestawienie dostrzegam, że w mijających miesiącach nieco bardziej przemawiały do mnie zespoły, które w swoim brzmieniu mają również sekcję dętą. Podobnie jest w przypadku kanadyjskiej grupy Les Moontunes, dowodzonej przez kompozytora, autora tekstów, klawiszowca i producenta - Miguela Dumaine'a. Na płycie "Lees Moontunes" zebrał on kilku artystów reprezentujących różne środowiska - jazz, psychodelię, rock - którzy świetnie czuli się szczególnie w nieco dłuższych wypowiedziach muzycznych oraz podczas sesji nagraniowych wypełnionych swobodnymi improwizacjami. Tak powstało jedenaście kompozycji, z pogranicza art-rocka, jazzu i popu, wolnych od elektronicznych dodatków i sztucznych studyjnych upiększeń.



Nie był to zły rok, ale z drugiej strony jakoś szczególnie nie obfitował w zalew niezwykłych wydawnictw płytowych. Jak widać po kolejnych tematach w moim prywatnym muzycznym pamiętniku, pojawiło się sporo nowych artystów i grup, którzy dopiero poszukują dla siebie miejsca na rynku. Starzy wyjadacze i weterani wszelkich scen raczej roztropnie przyczaili się, zajmując z góry upatrzone pozycje, i spokojnie obserwowali, jak rozwinie się sytuacja związana z pandemią. O zaistnieniu całkiem nowych gatunków mowy być nie mogło, gdyż żyjemy w czasach, gdzie twórcy zwykli grać resztkami, zaś łączenie ze sobą rozmaitych stylów czy różnych wątków, nie jest wyborem estetycznym, a formułą zastaną i czymś poniekąd naturalnym. 
Spotkało mnie także kilka rozczarowań. Największe dotyczyło najnowszej propozycji niegdyś mojego ulubionego duetu - Kings Of Convenience. Im dłużej słuchałem płyty "Peace Or Love", tym bardziej nużyły mnie kompozycje na niej zawarte. Podobnie było z miałkim, niczym plaża nudystów nocą, albumem grupy Soup - "Visions". Poprzedni krążek "Remedies", to długimi fragmentami była jednak duża klasa. Najbardziej wymęczyła mnie płyta zespołu Low -"Hey What", która znalazła się bardzo wysoko w wielu podsumowaniach. Być może recenzenci, którzy obsypali te nagrania tak dobrym słowem, nie pamiętają wczesnych dokonań formacji z Duluth założonej w 1993 roku. Z kolei grupa Efterklang, z roku na rok, coraz bardziej traci swój indywidualny muzyczny idiom, czego potwierdzeniem jest z pewnością ostatni album "Windflowers". Dość już tych utyskiwań.
Wszyscy ci, którzy cenią sobie brzmienie wypracowane przed laty przez Marka Hollisa, także na ostatnich płytach Talk Talk, lub dokonania Davida Sylviana, z okresu działalności z grupą Rain Tree Crow, koniecznie powinny dotrzeć do drugiego w dorobku albumu grupy Modern Nature - "Island Of Noise". A może by tak skusić się na wydanie winylowe? Zakładam, że egzemplarz "Burzy" Szekspira chyba już macie na półkach.




Na koniec mojej pobieżnej wyliczanki zostawiłem dwa albumy. O pierwszym z nich napisałem całkiem niedawno - Nous With Laraaji And Arji OceAnanda - "Circle Of Celebration". O drugiej płycie - The Weather Station - "Ignorance", napisali wyczerpująco inni recenzenci i dziennikarze, czy to krajowi, czy zagraniczni. To piąte w całym dorobku i zdecydowanie najlepsze wydawnictwo formacji z Kanady, kierowanej przez wokalistkę Tamarę Lindeman (Hope), która przy okazji sesji nagraniowych zaprosiła do współpracy kilkunastu muzyków (klarnet, flet, saksofon, skrzypce, wiolonczela, fortepian). W tych pełnych uroku kompozycjach można się rozsmakować i zatracić, bowiem powoli, i z każdym kolejnym przesłuchaniem, ujawniają ukrytą w nich głębię. Poza tym dorzucę garść tytułów, z krainy improwizowanych dźwięków, kolejność przypadkowa: Kenny Garrett - "Sound From The Ancestors", Ill Considered - "Liminal Space", Archie Shepp, Jason Moran - "Let My People Go", Bill Charlap Trio - "Street Of Dreams", Arooj Aftab - "Vulture Prince", Isaiah Collier & The Chosen Few - "Cosmic Transitions". 






Ktoś kiedyś całkiem trafnie powiedział, że: "Widzimy nie dlatego, że nie jesteśmy ślepi - widzimy dlatego, że jesteśmy ślepi na większość rzeczy". Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z ograniczeń mojej percepcji oraz z faktu, że moje poznanie uwikłane jest w perspektywiczność. Dlatego też pewnie w najbliższych dniach i tygodniach będę cierpliwie docierał do albumów, które, z braku czasu lub z innych równie ważnych powodów, niefrasobliwie pominąłem, w kolejce do wiecznie spragnionego świeżego muzycznego mięsa odtwarzacza. Mrrrr....
I właśnie tego Wam życzę, drodzy stali Czytelnicy oraz napływowi Goście, i Wy sympatyczni uchodźcy z innych blogów, w nadchodzących tygodniach i miesiącach - radosnych odkryć, nieoczekiwanych premier, smakowitych singli oraz wybornych epek, które przeniosą Was w inny wymiar, i umilą czas oczekiwania na... pojawienie się... kolejnych nowych wydawnictw. Do usłyszenia, do odczytania, w 2022 roku.