"(...) naszych wspomnień i naszej cierpliwie gromadzonej wiedzy, naszych trosk i wysiłków teraz jawiących się jako próżne, choć może wcale takie nie były; tej nieskończonej liczby obrazów, które przeszły przed naszymi oczami, i słów usłyszanych przez nasze uszy, biernie albo z uwagą, beztroskich śmiechów i wybuchów radości, momentów pełnego szczęścia i tych niespokojnych, rozpaczy i optymizmu, a także tego ciągłego tykania towarzyszącego nam od urodzenia". (Javier Marias)
"Tak było w dzieciństwie: wychodziłeś z domu i były tylko kształty i kolory. To dorośli mieli wszystko jakoś ponazywane, żeby się nie pogubić w życiu. Dobre i złe miejsca. Cudze i własne. Z całą tą historią, zdarzeniami, z pułapkami i ocaleniem, granicami i najazdami, ucieczkami, nędzą i bogactwem. Spaprany krajobraz". (Andrzej Stasiuk)
Szkoda, że o wydanej całkiem niedawno płycie polskiego kwartetu Ascetic - "Ascetic" znajdziemy tak niewiele wzmianek. Album ten z pewnością wyróżnia się na tle tego, co w ostatnim czasie wydarzyło się w przestrzeni nie tylko krajowej muzyki improwizowanej. Może dzieje się tak dlatego, że muzyka zawarta na tym wydawnictwie jest specyficzna, potrzebuje spokoju i namysłu, wymaga chwili zatrzymania się, gdyż sama w konsekwencji przynosi ów namysł i spokój. Nie znajdziemy pośród tych dziesięciu kompozycji wypełniających krążek "Ascetic" porywających popisów pianisty, gwałtownych zmian stylistycznych, świadomego przekraczania wszelkich możliwych granic, czy ekstrawaganckich poczynań saksofonu. Zamiast tego formacja reprezentująca ziemię wrocławską proponuje zwarte, przemyślane i spójne kompozycje, starannie dobrane tony, rozpięte na pięciolinii odczuć oraz prostego i długimi fragmentami wyrafinowanego grania.
To, co przy pobieżnym kontakcie wydaje się być łatwe i proste, często niesie wraz sobą niemały wysiłek i trud, a każda pomyłka widoczna jest w takim układzie tym bardziej, im bardziej próbujemy ją zamaskować. Cisza obnaża wszelkie niedoskonałości, drobne braki, minimalne niedociągnięcia czy odstępstwa - panowie Mateusz Rybicki (saksofon), Tomasz Kaczmarek (fortepian), Dariusz Dżugan/Ju Ghan (kontrabas), Jan Słowiński (perkusja), musieli przekonać się o tym nieraz, kiedy, w pocie czoła, opracowywali kolejne kompozycje zawarte na ich niedawno opublikowanym debiutanckim krążku. Kwartet Ascetic zawiązał się w 2019 roku, na skutek inicjatywy klarnecisty i saksofonisty Mateusza Rybickiego. Ten ostatni jest absolwentem Akademii Muzycznej im. Konrada Lipińskiego we Wrocławiu. Powołując do życia nowy skład zapragnął zmienić środowisko swobodnej improwizacji i free jazzu na rzecz poszukiwania prostoty, głębi i duchowości. To również Rybicki jest autorem większości zgrabnych tematów, które wypełniły krążek "Ascetic". Nazwa kwartetu, jak i tytuł płyty, sugerują, że artyści narzucili sobie pewne ograniczenia, w ramach których poruszali się, dodajmy bardzo sprawnie, tworząc następne barwne odsłony tego godnego polecania wydawnictwa.
W niektórych momentach gra wrocławskiej czwórki przypomniała mi dokonania Yuri Honing Acoustic Quartet (płyty: "True", Goldbrun", "Bluebeard"), recenzowanego na łamach bloga - podobny spokój, łagodność i cierpliwość towarzysząca rozwijaniu kolejnych motywów. Podobne szanowanie frazy i czasu, poszukiwanie muzycznego porozumienia. W innych fragmentach, jak chociażby w najlepszym, moim zdaniem, "Polish Song", pojawiły się skojarzenia z płytami szefa wytwórni Gondwana Records - Matthew Halsalla. Swoją drogą szkoda, że tak udany album polskiego kolektywu nie ukazał się właśnie w tej wytwórni, z pewnością na to zasługuje.
Od pierwszych minut płyty "Ascetic" zwraca na siebie uwagę świetna współpraca, czucie i zrozumienie na linii saksofonista-pianista, co zwykle stanowi o sile tego typu wydawnictw. Ten drugi - Tomasz Kaczmarek, również absolwent Akademii Muzycznej we Wrocławiu - doskonale prowadzi grę, wyczuwa tempo, frazę, jak w dobrym otwarciu "No Eye Has Seen", czy w nostalgicznym "Eternity", gdzie starannie dawkowane dźwięki zdają się szukać właściwej drogi, odpowiedniego kolorytu.
Przy okazji zawieszonego gdzieś na krawędzi światów "Cross of Reality", przypomniała mi się płyta Shinaya Fukumori Trio "For 2 Akis", recenzowana jakiś czas temu na łamach bloga. Takich tropów stylistycznych można podać więcej: Eberhard Weber, Rain Sultanov, dawny Bobo Stenson, przedstawiciele jazzowej krainy łagodności. Warto podkreślić filmowość niektórych tematów, jakby zostały wyciągnięte ze ścieżki dźwiękowej do obrazu Tarkowskiego czy Kieślowskiego. Szczególnie gra pianisty pełna znaków zapytania, pogłębionych momentów refleksji, zatroskania, mówiąc krótko "polskiego saudade", zabrała moje skojarzenia w kierunku prac Zbigniewa Preisnera z okresu "Dekalogu". "Drobiazgowa dbałość o wyczucie przestrzeni, koloru i faktury scenografii, staranna kontrola (...), oraz wykorzystanie kluczowych ujęć, wizualnie intensywnych momentów przypominających fotografię z ich zagęszczeniem akcji i znaczeń" - napisano przed laty, charakteryzując twórczość Krzysztofa Kieślowskiego. Niemal dokładnie to samo mógłbym powiedzieć o muzyce kwartetu Ascetic. Brawo!
(nota 8/10)
Dziś nieco bardziej jazzowa odsłona bloga, do płyt z muzyką alternatywną wrócimy w przyszłym tygodniu. Zaczniemy od wizyty w Danii, skąd pochodzi kontrabasista Richard Andersson, który niedawno, z pomocą gitarzysty Hilmara Jenssona i perkusisty Mathiasa Hemstocka, opublikował album "Undo".
Brytyjska grupa Modern Nature - recenzowałem dwa poprzednie albumu na łamach bloga - na 29 września zapowiedziała premierę najnowszego krążka zatytułowanego "No Fixed Point In Space", który ukaże się w oficynie Bella Union.
Saksofonista Alabaster DePlume 8 września opublikuje płytę "Come With Fierce Grace", podczas prac na tym wydawnictwem w studiu pojawiło się sporo znajomych artystów, wśród nich była chociażby basistka Rozi Plain (This Is The Kit), czy perkusista Tom Skinner.
Tak, jak obiecałem, wracam do albumu amerykańskiej multiinstrumentalistki Meshelli Ndegeocelli, oto kolejny fragment z płyty "The Omnichord Real Book".
Szkocki perkusista Richard Galssby niedawno opublikował płytę "Travels", obok artysty wystąpili: Matthew Kilner na saksofonie, Pete Johnstone - fortepian, Ewan Hastie - kontrabas.
Szwedzki, cóż, że ze Szwecji, kwintet Organ Donor, z Isaakiem Hedtjamem na klarnecie i saksofonie, prosto z wiosennej płyty "Malplace".
Zajrzymy na niedawno wydaną płytę brytyjskiego gitarzysty Harry'ego Christelisa - "Nature Child/Challenge The Adult", który wystąpił u boku trębacza Christosa Stylianidesa, basisty Andrei Di Biase i perkusisty Dave'a Storeya.
Na zakończenie dwie grupy, a także spora niespodzianka. Oto jedna z moich ulubionych brytyjskich formacji Slowly Rolling Camera - recenzowałem ich poprzednią znakomitą płytę - 11 sierpnia, czyli jeszcze przed moimi urodzinami, opublikuje album zatytułowany "Flow". Oto singiel promujący to wydawnictwo.
A to cudeńko znajdziecie oczywiście na poprzednim bardzo udanym wydawnictwie Slowly Rolling Camera zatytułowanym "Where The Streets Leed".
Wspominałem w tekście o wytwórni Gondwana Records, tak się złożyło, że wczoraj ukazała się najnowsza płyta amerykańskiego kwartetu Phi-Psonics, dowodzonego przez basistę Setha Ford-Younga, zatytułowana "Octava". Wybrałem taką oto kompozycję.
"Niczego w tym świecie nie wie się na pewno, ale wie się, że o wszystkim, o czym się wie, wiedzieć można zgoła w odmienny sposób - a każda wiedza jest tyle samo warta, co inna, nie lepsza ani nie gorsza, a już z pewnością nie mniej od innych tymczasowa i ulotna" - Zygmunt Bauman - "Ponowoczesność jak źródło cierpień".
Rozpocząłem dzisiejsze podsumowanie płytowe 2021 roku od cytatu, który można odnaleźć, w zakazanej, w pewnych kręgach, księdze Zygmunta Baumana nie dlatego, że pobrzmiewa w nim radosna pochwała wszelkiego relatywizmu, ale z tego prostego powodu, że dostrzegam w tych zgrabnych frazach metaforę czasu, w którym przyszło nam żyć. Jakoś nigdy specjalnie nie wierzyłem, i uwierzyć nie chcę albo nie potrafię, w jednomyślność krytyków czy recenzentów, którzy zupełnie niezależnie od siebie - o tę właśnie niezależność gra się toczy - ustalają, bez polemiki i dyskusji, niekiedy podobne do siebie listy najlepszych płyt minionego roku. Żeby takie listy miały sens, trzeba by owych recenzentów całkowicie od siebie odizolować (komora deprywacyjna), na czas krótszy lub dłuższy, a potem cierpliwie poczekać, aż wyplują z siebie szczere werdykty i rzetelne opinie. W tym kontekście równie ważne - jak postulowana wyżej izolacja - wydają się być kryteria wyboru i oceny, a więc zasady według których ustalone zostały poszczególne zestawienia. "Pluralizm to istnienie wielu układów odniesienia, z których każdy ma swój własny schemat rozumienia oraz kryteria racjonalności".
Dla mnie - przeciętnego słuchacza - jednym z najważniejszych punktów na złożonej mapie wartościowania dzieła muzycznego, jest ilość odtworzeń; liczba, zazwyczaj co najmniej trzycyfrowa, wyrażająca częstotliwość moich powrotów do płyty, epki, singla, itd. Ta liczba zawiera w sobie także oznaczenie pewnego potencjału, który przy okazji najlepszych wydawnictw, w pierwszych chwilach, ale również długo potem, zdaje się być niewyczerpywalny. Na szczęście, i wbrew co niektórym, próbującym zagłuszać swoje rozmaite kompleksy i realizować dyktatorskie zapędy, nie żyjemy w sowieckim kołchozie - gdzie wszyscy mają odczuwać tak samo i myśleć w podobny sposób, jeśli już taki stan pogłębionej refleksji w ogóle się przytrafi. Uważam, że właśnie w tym można wyrazić siłę tego typu stron czy blogów - stanowią one pożywkę dla wszystkich tych, którzy noszą w sobie jakiś niepokój oraz ciągły głód, i nieustannie poszukują nowych bodźców, innych treści, niż te powszechnie obowiązujące w popularnych serwisach. Według obiegowej opinii "DOBRA MUZYKA" obroni się sama - choć nie zawsze uda się jej wypłynąć na szerokie wody powszechnej akceptacji i zrozumienia - gdyż, jak pisał przed laty Jean Baudrillard: "Nie ma przedmiotu uprzywilejowanego. Dzieło sztuki tworzy własną przestrzeń". Tym między innymi różnią się wszelkie artystyczne dokonania od zwykłego kiczu, który często potrafi przystroić się w barwne piórka, - że ten drugi rzadko kiedy tworzy oryginalną przestrzeń, w swoim karykaturalnym naśladownictwie zawsze żywi się cytatem, kalką czy powtórzeniem. Zdaje się, że to Roland Barthes w "Le Plassir Du Texte" ("Przyjemność tekstu") napisał o: "Bękarciej formie kultury masowej, jako zdegradowanym powtórzeniu".
Przede wszystkim pragnę wyróżnić płytę "WAIT FOR ME", grupy Snowpoet, do której wielokrotnie wracałem lub z którą bardzo długo nie potrafiłem się rozstać. Autorka tekstów, współtwórca wszystkich kompozycji, wokalistka roku według JAZZ FM (2016) - Lauren Kinsella starała się pokazać ludzki głos - a tym samym rozmaite funkcje języka - na wszelkie możliwe sposoby. W subtelnych przejściach od śpiewu do mowy, przez radosne i kojarzone z okresem dzieciństwa zabawy słowem oraz swobodną improwizację, wraz z Chrisem Hysonem (instrumenty klawiszowe, produkcja), poruszali się po obrzeżach gatunków - indie-folk, pop, jazz, awangarda - nie zapominając o tym, że to, co porusza i zostaje w pamięci słuchacza na długie tygodnie, a nawet lata, to także piękne i wyrafinowane linie melodyczne. "Eksperymentujemy z kolorem, fakturą, formą, narracją i sposobem połączenia wszystkich tych elementów w kompozycji" - oświadczył Chris Hyson. Album "Wait For Me" ukazał się nakładem oficyny Edition Records, i nie jest to jedyna płyta pochodząca z tej zacnej wytwórni, którą chciałbym dziś zaprezentować.
Slowly Rolling Camera - "Where The Street Lead" - czyli grupa dowodzona przez szefa wytwórni Edition Records - Dave'a Stapletona. Przy wydatnym wsparciu gości zaproszonych na sesje nagraniowe - Stuarta McCalluma (gitara), Marka Lockhearta (saksofon), Chrisa Pottera (saksofon) oraz oktetu smyczkowego - stworzyli kilka niezapomnianych i wspaniałych kompozycji, które swobodnie flirtują z takimi gatunkami jak: jazz, rock, fussion, muzyka filmowa. W tym wydaniu to piorunująca mieszanka. Na płycie "Where The Street Lead" znajduje się również pieśń "Illuminate", którą w 2021 roku słuchałem zdecydowanie najczęściej. Wykonanie warstwy wokalnej powierzono Sachalowi Vasandani, który, sami to przyznacie, wspaniale odnalazł się pośród tych delikatnych i nostalgicznych dźwięków. Przy tej okazji, aż zamarzyła mi się cała płyta Slowly Rolling Orchestra, poprzetykana warstwami wokalnymi Sachala Vasandani. Ten ostatni, również w wytwórni Edition Records, wydał w tym roku płytę z pianistą Romain Collinem zatytułowaną "Midnight Shelter".
O albumie "Promises" Pharoah Sandersa, Floating Points i London Symphony Orchestra napisano niemal wszystko, więc nie będę się powtarzał. Przy tej okazji warto również sięgnąć do nieco starszych wydawnictw - chociażby tych pochodzących z lat sześćdziesiątych: "Pharoah", "Tauhid", "Karma", "Jewel Of Thought" - mistrza saksofonu, który 13 października skończył 81 lat. Takim mistrzem nie jest z pewnością jeszcze Thomas de Pourquery, ale jego płyty "Back To The Moon", nagranej ze swoim kwintetem Supersonic, słucha się z ogromną przyjemnością. W kolejnych jej odsłonach urzeka swobodne połączenie wątków pochodzących ze świata muzyki improwizowanej z elementami orkiestrowego popu.
Mnóstwo świeżego powietrza oraz głębokiej muzycznej przestrzeni znalazłem w kompozycjach londyńskiej grupy Muck Spreader zawartych na płycie "Abysmal". Sporo w tym graniu swobodnych improwizacji instrumentów dętych, a także soczystych dialogów. Ta muzyka za każdym razem i w kolejnych odsłonach zdaje się szukać adekwatnej dla siebie formuły. Wokalista grupy - Luke Brennan, oraz jego wesoła załoga znaleźli dla siebie sporą niszę, usytuowaną gdzieś pomiędzy dokonaniami TaxiWars, a tonami, które można kojarzyć z albumami nieodżałowanej grupy Morphine.
Kiedy tak spoglądam na to pobieżne i skrócone zestawienie dostrzegam, że w mijających miesiącach nieco bardziej przemawiały do mnie zespoły, które w swoim brzmieniu mają również sekcję dętą. Podobnie jest w przypadku kanadyjskiej grupy Les Moontunes, dowodzonej przez kompozytora, autora tekstów, klawiszowca i producenta - Miguela Dumaine'a. Na płycie "Lees Moontunes" zebrał on kilku artystów reprezentujących różne środowiska - jazz, psychodelię, rock - którzy świetnie czuli się szczególnie w nieco dłuższych wypowiedziach muzycznych oraz podczas sesji nagraniowych wypełnionych swobodnymi improwizacjami. Tak powstało jedenaście kompozycji, z pogranicza art-rocka, jazzu i popu, wolnych od elektronicznych dodatków i sztucznych studyjnych upiększeń.
Nie był to zły rok, ale z drugiej strony jakoś szczególnie nie obfitował w zalew niezwykłych wydawnictw płytowych. Jak widać po kolejnych tematach w moim prywatnym muzycznym pamiętniku, pojawiło się sporo nowych artystów i grup, którzy dopiero poszukują dla siebie miejsca na rynku. Starzy wyjadacze i weterani wszelkich scen raczej roztropnie przyczaili się, zajmując z góry upatrzone pozycje, i spokojnie obserwowali, jak rozwinie się sytuacja związana z pandemią. O zaistnieniu całkiem nowych gatunków mowy być nie mogło, gdyż żyjemy w czasach, gdzie twórcy zwykli grać resztkami, zaś łączenie ze sobą rozmaitych stylów czy różnych wątków, nie jest wyborem estetycznym, a formułą zastaną i czymś poniekąd naturalnym.
Spotkało mnie także kilka rozczarowań. Największe dotyczyło najnowszej propozycji niegdyś mojego ulubionego duetu - Kings Of Convenience. Im dłużej słuchałem płyty "Peace Or Love", tym bardziej nużyły mnie kompozycje na niej zawarte. Podobnie było z miałkim, niczym plaża nudystów nocą, albumem grupy Soup - "Visions". Poprzedni krążek "Remedies", to długimi fragmentami była jednak duża klasa. Najbardziej wymęczyła mnie płyta zespołu Low -"Hey What", która znalazła się bardzo wysoko w wielu podsumowaniach. Być może recenzenci, którzy obsypali te nagrania tak dobrym słowem, nie pamiętają wczesnych dokonań formacji z Duluth założonej w 1993 roku. Z kolei grupa Efterklang, z roku na rok, coraz bardziej traci swój indywidualny muzyczny idiom, czego potwierdzeniem jest z pewnością ostatni album "Windflowers". Dość już tych utyskiwań.
Wszyscy ci, którzy cenią sobie brzmienie wypracowane przed laty przez Marka Hollisa, także na ostatnich płytach Talk Talk, lub dokonania Davida Sylviana, z okresu działalności z grupą Rain Tree Crow, koniecznie powinny dotrzeć do drugiego w dorobku albumu grupy Modern Nature - "Island Of Noise". A może by tak skusić się na wydanie winylowe? Zakładam, że egzemplarz "Burzy" Szekspira chyba już macie na półkach.
Na koniec mojej pobieżnej wyliczanki zostawiłem dwa albumy. O pierwszym z nich napisałem całkiem niedawno - Nous With Laraaji And Arji OceAnanda - "Circle Of Celebration". O drugiej płycie - The Weather Station - "Ignorance", napisali wyczerpująco inni recenzenci i dziennikarze, czy to krajowi, czy zagraniczni. To piąte w całym dorobku i zdecydowanie najlepsze wydawnictwo formacji z Kanady, kierowanej przez wokalistkę Tamarę Lindeman (Hope), która przy okazji sesji nagraniowych zaprosiła do współpracy kilkunastu muzyków (klarnet, flet, saksofon, skrzypce, wiolonczela, fortepian). W tych pełnych uroku kompozycjach można się rozsmakować i zatracić, bowiem powoli, i z każdym kolejnym przesłuchaniem, ujawniają ukrytą w nich głębię. Poza tym dorzucę garść tytułów, z krainy improwizowanych dźwięków, kolejność przypadkowa: Kenny Garrett - "Sound From The Ancestors", Ill Considered - "Liminal Space", Archie Shepp, Jason Moran - "Let My People Go", Bill Charlap Trio - "Street Of Dreams", Arooj Aftab - "Vulture Prince", Isaiah Collier & The Chosen Few - "Cosmic Transitions".
Ktoś kiedyś całkiem trafnie powiedział, że: "Widzimy nie dlatego, że nie jesteśmy ślepi - widzimy dlatego, że jesteśmy ślepi na większość rzeczy". Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z ograniczeń mojej percepcji oraz z faktu, że moje poznanie uwikłane jest w perspektywiczność. Dlatego też pewnie w najbliższych dniach i tygodniach będę cierpliwie docierał do albumów, które, z braku czasu lub z innych równie ważnych powodów, niefrasobliwie pominąłem, w kolejce do wiecznie spragnionego świeżego muzycznego mięsa odtwarzacza. Mrrrr....
I właśnie tego Wam życzę, drodzy stali Czytelnicy oraz napływowi Goście, i Wy sympatyczni uchodźcy z innych blogów, w nadchodzących tygodniach i miesiącach - radosnych odkryć, nieoczekiwanych premier, smakowitych singli oraz wybornych epek, które przeniosą Was w inny wymiar, i umilą czas oczekiwania na... pojawienie się... kolejnych nowych wydawnictw. Do usłyszenia, do odczytania, w 2022 roku.
Nie bez powodu w tytule dzisiejszego wpisu użyłem jednego z moich ulubionych cytatów, który można odnaleźć w dramacie Williama Szekspira - "Burza". Napisany czterysta lat temu tekst zainspirował Jacka Coopera - lidera formacji Modern Nature - na tyle, że w oparciu o niego postanowił stworzyć dziesięć kompozycji, a pewien jego fragment umieścił na ścianie swojego warsztatu. "Be Not Afeard, The Isle Is Full Of Noises" - brzmią zgrabne frazy, które posłużyły także za tytuł najnowszej, wydanej wczoraj płyty. O poprzednim debiutanckim albumie brytyjskiej formacji Modern Nature - "How To Live" - napisałem na łamach tego bloga, zwracając uwagę na subtelne połączenie wątków indie-rocka z technikami muzyki improwizowanej. W przypadku najnowszej płyty "Island Of Noise" jest podobnie, choć tych wymownych akcentów pochodzących ze świata swobodnej improwizacji jest jeszcze więcej, niż miało to miejsce dwa lata temu.
"Wyobraziłem sobie krajobraz wyspy oraz to, jak będzie zmieniał się na płycie. Brzmienie mojej gitary, bębny Jima Wallisa i bas Johna Edwardsa, uosabiają sukcesywnie zmieniający się krajobraz. (...). Lasy, doliny oraz życie reprezentowaliby przedstawiciele świata muzyki improwizowanej" - stwierdził w jednym z wywiadów Jack Cooper. Oprócz stałych współpracowników, w tym saksofonisty - Jeffa Tobiasa (przewija się przez kilka różnych składów), brytyjski gitarzysta zaprosił do współpracy Evana Parkera (saksofon, klarnet basowy), Alexandra Hawkinsa (fortepian) oraz Alison Cotton (skrzypce). To właśnie ci muzycy, balansując na pograniczu grania tonami i motywami, a także w oparciu o elementy swobodnej improwizacji, dodali światła, barw i rozmaitych odcieni poszczególnym kompozycjom. "Miałem kilka starych pomysłów i orkiestracji, ale w zasadzie stworzyłem płótno" - to raz jeszcze Jack Cooper. Szukając wyciszenia podczas prac nad kolejnymi fragmentami nasz dzisiejszy bohater schronił się na wsi w hrabstwie Essex. Umiłowanie do świata przyrody jest jednym ze znaków rozpoznawczych Coopera, nie dziwi więc specjalnie fakt, że cała płyta (opakowanie, książeczka), stworzona została dzięki wykorzystaniu materiałów pochodzących z recyclingu. Wszystkie nagrania zarejestrowano w analogowy sposób, dokonując zapisu na taśmie magnetycznej, pod czujnym okiem Eda Deegana. Wspomniana wyżej książeczka ma 36 stron, zawiera prace zaprzyjaźnionych artystów, którzy zainspirowali się kolejnymi utworami. Wśród nich znajdziemy poetę Robina Robertsona (nominowany do prestiżowej nagrody Bookera za poemat "The Long Take"), pisarza Richarda Kinga, a także ilustratorkę Sophy Hollington.
Płyta "Island Of Noise" liczy sobie dwadzieścia nagrań (10 Lp1 plus 10 Lp2), drugi fizyczny krążek to nic innego jak instrumentalne wersje utworów, które możemy znaleźć na pierwszym nośniku. Album rozpoczyna dialog gitary Jacka Coopera, kontrabasu i saksofonu Jeffa Tobiasa. Panowie niedawno opublikowali wspólne wydawnictwo zatytułowane "Tributanies". Kolejna odsłona krążka, czyli "Dunes", to drobny ukłon w stronę dojrzałych dokonań Talk Talk. Nieco bardziej klasyczne podejście do tematu kompozycji i aranżacji, znane z poprzedniej płyty "How To Live", przybliżają "Masque" i wprowadzający żywsze tempo "Brigade". Znakomity i rozmarzony "Ariel", z drobną orkiestracją instrumentów dętych, to jeden z najlepszych fragmentów. Dyskretnie pulsujący od środka jazzową magmą - "Bluster" - przypomniał mi dawne pieśni Davida Sylviana, z okresu działalności grupy Rain Tree Crow. Podobnie brzmi nieśpieszny "Symmetry", choć w tym przypadku nieco bardziej daje o sobie znać myślenie o dźwięku spod szyldu Marka Hollisa. W ostatnim czasie coraz częściej dochodzi do spotkania przedstawicieli sceny alternatywnej, z muzykami reprezentującymi krainę swobodnej improwizacji. Zwykle takie zderzenie dwóch światów niosło wraz z sobą wiele dobrego - podobnie jest w przypadku płyty "Island Of Noise". Pierwsze lepsze wydawnictwo, omawiane na łamach tego bloga, które przychodzi mi w tym kontekście do głowy, to album Daniela Blumberga - "Minus". W odróżnieniu od wspomnianego wyżej artysty, Jack Cooper w większym stopniu wykorzystuje ciszę (te wyłaniające się z niej szepty basu, westchnienia trąbki czy klarnetu, okruchy dźwięków fortepianu). Umiejętnie akcentuje jej rolę, podkreśla znaczenie, a przede wszystkim używa jej jako kolejnego instrumentu, czego przykładem może być kompozycja "Spell" lub "Tempest". Sporo tu grania motywami, oscylowania między melodią, a abstrakcją ("Myślę, że jest to coś, co próbuję odnaleźć - porządek w chaosie"), wyrafinowanej wymiany zdań pomiędzy instrumentami, które sugestywnie odmalowują scenerią tytułowej wyspy. "Improwizacja jest kolorem tej muzyki". Jack Cooper podkreśla także uniwersalność tekstu Szekspira. "Wyspa (...) to analogia, równie dobrze może to być jakakolwiek nieznana przestrzeń, w której się znajdziesz (...). Może to być coś tak banalnego, jak wejście do metra w Londynie o szóstej rano".
Słuchajmy Modern Nature. Czytajmy Szekspira!
(nota 8/10)
Na deser Combo Chimbita, w przepięknej - i nawiązującej odrobinę, zupełnie przypadkiem, również do nastroju omawianej dziś płyty Modern Nature - kompozycji "Oya". Cały album zatytułowany "Ire" ukaże się 28 stycznia przyszłego roku nakładem oficyny Anti - Records.
Ten tydzień chyba należy do oficyny Bella Union, bo oprócz płyty Modern Nature - "Island Of Noise", szef wytwórni Simon Raymonde opublikował wczoraj bardzo udany album Deep Throat Choir - "In Order To Know You".
Zespół Goose przypomniał o sobie znakomitym coverem pieśni Niny Simone - "Sinnerman", pretekstem do podzielenia się ze światem tym utworem jest okazja obchodów 25-lecia działalności wytwórni Secretly Canadian. Na gitarze odcisnął swoje piętno Rick Mitarotondo.
Raz jeszcze, podobnie jak przed tygodniem, zajrzymy na najnowszą płytę Jacksona VanHorna - "A Silent Understanding".
Na koniec, w kąciku improwizowanym, fragment z ostatniej płyty trębacza Erika Palmberga zatytułowanej "In Between". Duch Kenny Wheelera unosi się nad tą kompozycją.
"Osobowość jest jak strój, który zakładamy na własną nagość, gdy mamy się spotkać z kimś"
Witold Gombrowicz "Dzienniki 1953-1969"
Ktoś, kto uważnie czytał poprzedni wpis dotyczący debiutanckiej płyty Brigid Dawson, mógłby pomyśleć, że oto uparłem się niczym blogowy stalker i podążam tropem Jeffa Tobiasa, który okrasił nagrania brytyjskiej wokalistki partiami saksofonu. Wydaje się jednak, że Tobias jest ostatnio bardzo rozchwytywanym muzykiem - nie dość, że występuje z formacją Sunwatchers, to również uzupełnia skład grupy Modern Nature. Przekonali się o tym chociażby ci, którzy wysłuchali ich debiutanckiej płyty "How To Live" - jej premiera miała miejsce w sierpniu roku ubiegłego, i spodobała mi się na tyle, że napisałem o niej kilka słów na łamach tego bloga.
Modern Nature powołał do życia 40-letni muzyk urodzony w Blackpool - Jack Cooper oraz jego towarzysz Will Young, próbujący swoich sił także w zespole Beak. Nie zdążyło upłynąć dwanaście miesięcy, a do naszych rąk trafiło najnowsze wydawnictwo Brytyjczyków - "Annual" - tym razem nagrane bez pomocy Willa Younga w Gizzard Studio w Londynie. Nazwę "Modern Nature" panowie zaczerpnęli z dzienników ogrodowych reżysera Dereka Jarmana. I to również dzienniki, a dokładniej mówiąc, codzienne zapiski prowadzone od końca 2018 roku przez Jacka Coopera były główną inspiracją do powstania najnowszego albumu. Notatki zawierające wrażenia, spostrzeżenia czy drobne myśli ich autor podzielił na cztery główne części, jako kryterium używając pór roku. Artystyczne przeniesienie zapisków znajdziemy właśnie na płycie "Annual" pośród siedmiu kompozycji. Cały materiał jest stosunkowo krótki i przywołuje skojarzenie z epką, mini albumem, którego główne motywy krążą wokół refleksji na temat upływającego czasu i cykliczności zmian w przyrodzie.
W porównaniu do udanego debiutu "How To Live", najnowsze wydawnictwo nie zawiera krautrockowej czy transowej dynamiki, a szkoda. W poszczególnych odsłonach znajdziemy nawiązania do post-rocka, ślady myślenia o dźwięku w stylu rozwijanym niegdyś przez Sama Prekopa (czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta tego artystę?), realizacja sekcji rytmicznej momentami przypomina schyłkowe nagrania Talk Talk. Wspomniany przeze mnie wyżej Jeff Tobias i jego saksofon odzywają się zbyt rzadko (nie zawsze jest niedziela), i głównie w bezpiecznych rejestrach. Do miłych akcentów możemy zaliczyć gościnny udział Kayli Cohen (ex Itasca), jej głos usłyszymy w kompozycji "Harvest". Otwierający całość króciutki wstęp "Dawn" skojarzył się jego autorowi z klimatem albumu "In A Silent Way" Milesa Davisa (cóż, różnymi ścieżkami chodzą nasze skojarzenia), "Flourish" inspirowany był odgłosami budzącej się do życia przyrody, a "Halo" opowiada o letnim czasie. W jednym z wywiadów Cooper przyznał, że podczas izolacji słuchał namiętnie albumu Steve'a Tibbetts'a - "Life Of" (ECM 2018), i trzeba przyznać, że niespieszne kompozycje płyty "Annual" całkiem nieźle korespondują z atmosferą krążka "Life Of".
(nota 7/10)
Prawdopodobnie nieco dojrzalsi stażem muzycznym czytelnicy całkiem dobrze pamiętają grupę Hood. Zespół powstał w 1991 roku w Leeds i debiutował krążkiem "Cabled Linear Traction" wydanym przez label Slumberland Records w 1994 roku. O ile dobrze pamiętam, to również przy okazji kolejnych albumów tej formacji pojawiła się kategoria "zniszczonych płyt". Ich mroczne utrzymane w postrockowym nurcie kompozycje zawierały bowiem kliki, trzaski, szumy, celowe elektroniczne zniekształcenia, które stanowiły coś w rodzaju znaku rozpoznawczego. Nie ukrywam, że bardzo lubiłem kilka płyt grupy Hood - "The Cycle Of Days And Seasons", "Cold House", "Outside Closer", ale nie pamiętam, kiedy ostatnio ich słuchałem. Może więc skorzystam z okazji i przywołam jedną z wciąż bliskich piosenek, sam jestem ciekaw, jak zabrzmi ona w moich uszach po takiej przerwie.
Przyznacie chyba, że pomimo upływu lat te dźwięki wciąż poruszają. Dlaczego wspominam grupę Hood? Otóż tak się złożyło, że w skład tego zespołu wchodził Craig Torttersall - muzyk, kompozytor, na późniejszym etapie artystycznej kariery związany z formacją The Remote Viewer. W końcu zaczął działać tylko i wyłącznie na własny rachunek ukrywając się pod szyldem The Humble Bee. W ubiegłym roku postanowił połączyć siły z Jasonem Corderem (alias Offthesky) i wspólnie opublikowali album zatytułowany "All Others Voices Gone, Only Yours Remains". Całkiem niedawno panowie znów weszli do studia, czego efekty możemy usłyszeć na wydawnictwie Offthesky & The Humble Bee - "We Were The Hum Of Dreams".
I tym razem artyści eksplorują ambientowo-elektroniczne pogranicze, tworząc nostalgiczno-oniryczne, fragmentami także mroczne kolaże, o bogatej, zmiennej oraz intrygującej fakturze, w których znajdziemy odwołania do dokonań takich twórców jak: Brian Eno, Jon Hassell, David Sylvian czy Jacaszek, chociażby z okresu płyty "Kwiaty". Oprócz fortepianu, skrzypiec, basu, gitary, loopów i elektronicznych dodatków usłyszymy głos - często powielony, zniekształcony, poddany obróbce - Riny Howell, stałej współpracowniczki Craiga Torttesalla, która odpowiedzialna była również za warstwę liryczną albumu, na saksofonie swoich sił spróbował Cody Yantis, kompozytor, producent, i pasjonat fotografii z Denver. Warto sprawdzić, jak radzi sobie dawny muzyk grupy Hood w czasach pandemii.
Domy z czerwonej cegły, bujna zieleń ogródków, bramy, których zawiasy wydają bolesny pisk, labirynty wąskich uliczek, rozbity klosz lampy ulicznej rzucającej złowrogi cień, wyrwa w tafli asfaltu, zapach skoszonej trawy, odgłos kroków na żwirowej alejce, pordzewiała skrzynka na listy, do której dawno nikt nie zaglądał - wszystko to stało się zarówno źródłem inspiracji, jak i bohaterem najnowszego wydawnictwa Williama Doyle'a - "Your Wilderness Revisited".
William Doyle muzyczną przygodę zaczynał kilka lat temu pod nazwą East India Youth, za debiut: "Total Strife Forever" w 2014 roku był nominowany do Mercury Music Prize. Nazwę projektu zaczerpnął od rejonu East India Docks we wschodnim Londynie; inspirował się dokonaniami Harolda Budda i Briana Eno, który pozostał jego mentorem do dziś, i którego głos wykorzystał w nagraniu "Design Guide" na swojej ostatniej płycie. Rok 2015 przyniósł podpisanie kontraktu z wytwórnią XL Recordings oraz album: "Culture of Valume" - tym razem tytuł płyty zaczerpnął z wiersza "Monument" Ricka Hollanda. Rok później zmęczony i zniechęcony Doyle postanowił zawiesić działalność jako East India Youth, i poszukać innych inspiracji, kolejnego otwarcia. Bardzo pomocne okazało się poznanie Johna Dorana, dziennikarza muzycznego The Quietus, którego spotkał podczas koncertu Factory Floor, w Village Underground w sierpniu 2012, i któremu sukcesywnie przesyłał swoje próbki demo - "To było jedno z najważniejszych spotkań w moim życiu".
William Doyle urodził się i dorastał w Bournemouth, po śmierci ojca, w wieku 12 lat przeniósł się wraz z matką do Southampton. "Przeprowadzka z Bournemouth była dla mnie ogromną zmianą" - powiedział w jednym z wywiadów dla brytyjskiej prasy. Dotkliwa strata, ale też oswajanie się z nowym otoczeniem, odkrywanie i poznawanie kolejnych miejsc, na trwałe odcisnęło się w pamięci angielskiego artysty. I tak oto po latach kompozycja otwierająca jego najnowsze wydawnictwo - "Millersdale" - została nazwana na cześć domu, do którego przeprowadził się po śmierci ojca. "Nigdy tak naprawdę z nikim nie rozmawiałem na ten temat (śmierć ojca), i myślę, że tworzenie muzyki było sposobem na przepracowanie tych rzeczy". Nic więc dziwnego, że płyta "Your Wilderness Revisited" dedykowana jest ojcu bohatera dzisiejszego wpisu.
Kolejnym źródłem inspiracji, do którego Doyle chętnie się przyznaje, jest twórczość Jonathana Turnera Meadesa - pisarza, eseisty i twórcy popularno-naukowych programów telewizyjnych. Meades szczególnie zainteresował się zmianami w architekturze, choć zaczynał od recenzji restauracji, jako redaktor naczelny "Tatlera" pisał o jedzeniu, zajmując miejsce samego... Juliana Barnesa (ach, jaki ten świat mały). W 2008 roku Jonathan Turner Meades dla BBC Four stworzył film zatytułowany: "Magnetic North", gdzie skupił się na analizowaniu zmian w architekturze i miejskiej przestrzeni; na trasie swojej wycieczki odwiedził północną Francję, Belgię, później Hamburg, Gdańsk, a podróż zakończył w Helsinkach.
William Doyle jako młody chłopak z uwagą oglądał program "Magnetic North", zapamiętał, że autor telewizyjnych audycji starał się znaleźć różnicę pomiędzy północnymi, a południowym regionami poszczególnych krajów, które nastolatek mógł później również dostrzec za swoim oknem.
Przedmieścia bywają kojarzone ze spokojem oraz nudą powtarzalnej codziennej egzystencji, ale to również suburbia zdaniem Williama Doyle'a skrywają swoje niekiedy intrygujące sekrety. Ulice, domy, widoki, znane tylko nielicznym zakątki, Genius loci, to czynniki kształtujące tożsamość oraz zaproszenia, żeby wniknąć głębiej, przyjrzeć się uważniej. I taką właśnie pierwszą próbę przyjrzenia się z bliska tematyce przedmieść w kontekście artystycznym Doyle podjął już cztery lata temu, kiedy to rozpoczął pracę nad najnowszym albumem.
Płytę "Your Wilderness Revisited" rozpoczyna wspomniany już "Millersdale" elektroniczną repetycją (które stanowią bazę dla wielu utworów, również w postaci zapętlonych głosów), i kiedy myślimy, że ów charakterystyczny minimalistyczny motyw będzie dalej rozwijany, pojawia się free-jazzowy saksofon, który pogłębia, a zarazem nadaje inny wymiar tej kompozycji. Subtelne przejścia pomiędzy stylistykami, umiejętne korzystanie z wielu estetyk w obrębie tematu oraz budowanie sugestywnych przestrzeni, są z pewnością znakami rozpoznawczymi tego albumu. Zaproszenie do studia saksofonistki Laury Misch oraz saksofonisty Alexa Paintera okazało się być znakomitym posunięciem, podobnie jak skorzystanie z pomocy gitarzysty, basisty, perkusisty, a tym samym zwolnienie się z odpowiedzialności gry na każdym instrumencie. W "Continuum" Doyle przypomina mi odrobinę dokonania Petera Gabriela, nawiązań do art-rocka umiejętnie wplecionych w tkankę poszczególnych nagrań jest całkiem sporo. W tym osobliwym połączeniu art-rockowej tradycji z nowoczesnością udało się uzyskać coś jeszcze - przywołać, przynajmniej częściowo, ducha linii melodycznych sprzed 40 lat. Warto także wspomnieć, jak dobrze w tak kreowanych przestrzeniach odnalazł się delikatny głos wokalisty, co chyba najlepiej potwierdza "An Orchestral Depth", okraszony zmysłowym podmuchem saksofonu oraz cytatem dźwiękowym z ulubionego Jonathana Meadesa (program "Father To The Man"). Ciekawe, że to kolejna w tym roku płyta - po recenzowanych na łamach tego bloga albumach Modern Nature - "How To Live" i Anni Hogan - "Lost in Blue", która powstała w wyniku inspiracji architekturą krajobrazów, znaczeniem konkretnych miejsc.
Nie ulega wątpliwości, że to bardzo udane wydawnictwo, które gorąco polecam.
(nota 8.5/10)
Na dobry początek oddajmy tedy, co jest cesarskiego cesarzowi , głos ma Brian Eno i William Doyle.
Po udanej epce, która niepostrzeżenie wyłoniła się z oparów płytowej mgły i po intrygującym singlu promującym drugie pełniejsze i debiutanckie wydawnictwo, miałem przeczucie (owszem, czasem miewam), że może to być dobry materiał. Od życzeniowego myślenia do jego urzeczywistnienia czy spełnienia wiedzie niekiedy wyboista i długa droga. Jednak muzycy skupieni wokół formacji Modern Nature tym razem stanęli na wysokości zadania, wypełniając album "How To Live" dziesięcioma równymi kompozycjami.
Pomysł na zespół i jego brzmienie początkowo zrodził się w głowie dwóch artystów: Jacka Coopera oraz Willa Younga. W zamierzeniach panowie chcieli znaleźć połączenie brzemienia, z jednej strony nawiązującego do twórczości Briana Eno z okresu współpracy z Harmonia 76, zaś z drugiej do Fairport Convention. Co z tych planów wynikło, posłuchacie i ocenicie sami.
Nazwę Modren Nature zaczerpnęli z dziennika, czy pamiętnika ogrodowego Dereka Jarmana. Ten znany reżyser ("Caravaggio", "Wittgenstien", czy twórca teledysków, chociażby "It's a Sin" - Pet Shop Boys) pod koniec życia zamieszkał w nadmorskiej miejscowości Dungeness (Kent). Jego dom i ogród ,"Prospect Cottage", usytuowany został pomiędzy morzem... a... elektrownią atomową. I to osobliwe pogranicze natury (łąka, ogród, pola) oraz kultury (cywilizacja, także z jej industrialnymi akcentami), zainspirowało Jacka Coopera.
Angielski muzyk wcześniej dokładał sił i starań, żeby utrzymać przy życiu grupę Mazes (założona w 2009 w Manchesterze, grali indie-rocka, porównywani byli do Pavement czy Sebodah, czyli zacnie) oraz formację Ultimate Painting (powstali w 2014 roku i nagrali trzy albumy). Jego wyżej wspomniany kolega - Will Young - wchodził w skład zespołu Beak (u boku Billy Fulllera i Geoffa Barrowa z Portishead), a pod pseudonimem Moon Gangs w roku ubiegłym wydał płytę "Earth Loop", eksplorując ambientowe terytorium. Do składu Modern Nature szybko dołączyli: Rupert Gillett (wiolonczela), Aaron Neveu (perkusja) oraz Jeff Tobias (saksofon, udzielający się również w jazzowym składzie Sunwatchers).
Na debiutanckim krążku "How To Live", który ukazał się wczoraj, indie-folkowa melodyka miesza się z krautrockową czy transową rytmiką. Przy tej okazji w prasie branżowej pojawiło się określenie - "Krautfolk". Już sam początek - czyli dwie pierwsze kompozycje - zwiastują, a także dobrze oddają charakter całego wydawnictwa. Rzewne i spokojne tony wiolonczeli - "Bloom" - przechodzą łagodnie w transowy "Footsteps" (odrobinę w stylu Can, podobnie jak utwór "Nature"), który w finale dopełniają swobodne podmuchy saksofonu. Znając wcześniejsze dokonania obydwu panów, można w dużym uproszczeniu powiedzieć, że melodyka pochodzi od Jacka Coopera, a motoryka, transowy wymiar kompozycji, to sprawka Willa Younga.
"Większość sekwencji akordów powtarza się w tych utworach(...). Zacząłem myśleć o graniu lub układaniu akordów, tak jak McCoy Tyner robi to na fortepianie" - powiedział w jednym z wywiadów Jack Cooper. W tej perspektywie po raz kolejny pojawia się trop filmowy, gdyż jak przyznają sami artyści, na początkowym etapie podeszli do komponowania całości albumu, jak do tworzenia filmu lub spektaklu. Stąd między innymi owe powtarzanie pewnych motywów, dźwięków, sekwencji akordów oraz wrażenie prostoty, oszczędności czy wyrafinowanego minimalizmu. Większość nagrań została zarejestrowana na żywo, na taśmie, w gościnnym wnętrzu Gizzard Studios. Założył je Ed Deegan w 2002 roku, skupiając myślenie wokół analogowych technik rejestracji. Sprzęt, którym dysponuje pochodzi z końcówki lat 50-tych i początku 70-tych. Stół mikserski to... Mikser Alice Stancoil z lat 70-tych. Można odwiedzić stronę studia i sprawdzić, co skrywa się za jego drzwiami, przy okazji słuchając krążka "How To Live".